Kiedy cesarz chciał zostać bogiem

Unter den Linden 3, 10117 Berlin to adres Pałacu Kronprinza czyli następców pruskiego tronu. Klasycystyczny gmach odbudowany w latach 1968-1969. Do 1989 roku znajdował się na terenie Berlina Wschodniego, obecnie odbywają się tu wydarzenia kulturalne i o charakterze komercyjnym. Jego historia wiąże się nierozerwalnie z historią niemieckiej stolicy, dynastii Hohenzollernów oraz osobą cesarza Wilhelma II, ostatniego władcy Niemiec. 27 stycznia mineło 160 lat od jego urodzin. Ocena postaci cesarza jednoznacznie negatywna. Nie tylko przez fakt narzucenia światu wyścigu zbrojeń na przełomie XIX i XX wieku, który później doprowadził do wybuchu I wojny światowej, a wcześniej do ludobójstwa ludów obecnej Namibii dokonanej rękoma niemieckich żołnierzy zorganizowanej przez tamtejszą niemiecką administrację. Polityka kolonialna Cesarstwa Niemiec nie różniła się od polityki eksploatacyjnej innych państw kolonialnych jak Wielka Brytania czy Francja. Wywołało to bunt plemion Herero oraz Namaqua, których powstanie przyniosło ze strony niemieckiej eksterminację trwającą w latach 1904-1907 na terenie ówczesnej Niemieckiej Afryki Południowo – Zachodniej obecnie Namibii. Wszystkie działania wymierzone w tamtejszą ludność plemienną akceptował cesarz. Jego postać wywoływała już za jego życia krytykę światowej opinii publicznej. Polityka Niemiec za panowania Wilhelma II opierała się na nacjonalizmie, ekspansji kolonialnej oraz rywalizacji z Francją oraz Wielką Brytanią. W polityce wewnętrznej monarcha podsycał w narodzie niechęć do innych nacji żyjących na terenie kraju, przede wszystkim Żydów, mając po swojej stronie rozbudowany aparat władzy walczył z ruchami lewicowymi, socjalistycznymi i anarchistycznymi. Mówił o Niemcach: „Moi poddani chcą we wszystkim sami myśleć i stąd się biorą wszelkie trudności”. Cesarz chciał myśleć za nich. Nie był więc monarchą konstytucyjnym jak jego babka brytyjska królowa Wiktoria, nie był też autokratą. Jeśli idzie o dbanie o swój publiczny wizerunek niemiecki władca nie miał sobie równych wśród koronowanych głów Europy. Jak pisze Grzegorz Kucharczyk w książce „Hohenzollernowie” z 2016 roku: „Słusznie mówi się, że Wilhelm II był pierwszym „medialnym monarchą”. Doceniał siłę mediów; w tamtych czasach przede wszystkim wysokonakładowej prasy oddziałującej nie tylko tekstem, ale i obrazem (fotografią). Bardzo dbał o swój wizerunek. Wszystkie jego publiczne wystąpienia były wcześniej starannie przygotowane, także gdy chodziło wygląd cesarza”. Potomni pamiętają mu również pompę oraz parady wojskowe, w których świetnie się odnajdował. Nie był wyjątkiem w swojej rodzinie miłującym militaryzm. Był cesarzem kraju zjednoczonego „Krwią i żelazem” przez politykę kanclerza Ottona von Bismarcka. Wilhelm II darzył szacunkiem „żelowanego kanclerza”, chociaż dwa lata ich burzliwej współpracy (1888-1890) skończyły się odejściem Bismarcka z urzędu. Powodem tego były inne wizje obydwu roli Niemiec na świecie. Głoszony jest do dziś pogląd, że sukces kanclerza jakim było zjednoczenie Niemiec zaprzepaścił Wilhelm II przez dwie następne dekady, stając się jedynie awanturnikiem na światowej scenie politycznej. Bismarck sądził, że trzydziestoletni prawie monarcha będzie słuchał jego rad tak samo jak Wilhelm I. Kanclerz będący mentorem następcy tronu przestał nim być z chwilą gdy został cesarzem. Nie należał Wilhelm II do intelektualistów, nie był mecenasem sztuki, nie interesowały go sprawy społeczne oraz socjalne Niemców. Rozwój kultury oraz sztuki niemieckiej w okresie Belle Epoque nastąpił poza dworem cesarza. Sam Wilhelm II ani nie szkodził, ani też nie wspierał rozwoju kultury oraz nauki. Rozwój jego ukochanego Berlina pod tym względem toczył się tuż obok niego. Jako konserwatysta i osoba o dość ograniczonych horyzontach myślowych stał się hamulcowym rozwoju demokratycznego Niemiec. Dla niego wojsko było tożsamością kraju oraz narodu, nic innego nie było ważne. Cesarz pragnął uczynić z kraju trzecią potęgę kolonialną. Ekspansjonizm niemiecki na terenie Afryki dał się poznać szczególnie dwóm plemionom Herero oraz Namaqua zamieszkującym tereny Niemieckiej Afryki Południowo – Zachodniej. Oba plemiona padły ofiarą potwornych zbrodni, przeszli obozy przypominające w swoim funkcjonowaniu oraz pracy więźniów obozy koncentracyjne w czasie II wojny światowej. Niewielu przeżyło ludobójstwo. Powodem tych tragicznych zdarzeń był bunt w 1904 roku rdzennych mieszkańców wobec kolonialistów traktujących ziemie plemienia Herero jako swoją własność. Powstanie stłumił brutalnie przysłany z Niemiec Lothar von Trotha, generał pruskiej piechoty.Ścieram z powierzchni ziemi buntujące się plemiona strumieniami krwi i strumieniami pieniędzy. Tylko po tak gruntownym oczyszczeniu może narodzić się coś nowego i pożytecznego”. Te słowa należały do von Trotha, dotyczyły powstańców, ale także dzieci i osób starszych pochodzących z plemion Herero oraz Namaqua. Ich ciała po śmierci często brane do przeróżnych eksperymentów naukowych w Niemczech przypominały jako żywo metody z czasów II wojny światowej. Ludobójstwo w Namibii ciąży do dziś na Berlinie. Niemieckie władze nie poczuwają się jednak do winy, a co za tym idzie do zadośćuczynienia względem potomków ofiar z początku wieku, do czego wzywają nie tylko mieszkańcy dawnej niemieckiej koloni, ale przedstawiciele plemion Herero oraz Namaqua rozsiani po całym świecie. Cesarz nawet jeśli za okrucieństwo generała von Trotha odwołał go z misji i nie przyjął go na audiencji, to nie zmieniło tragedii Herero oraz Namaqua. Okrucieństwo niemieckich kolonialistów obciąża nie tylko biografie bezpośrednich sprawców, również osobę Wilhelma II. Sprawa eksterminacji z początku wieku była zapomnianym przez świat wydarzeniem. Dobrze, że przypomnianym. Obrazuje na czym budowano tożsamość Niemców po zjednoczeniu ich kraju w 1871 roku. Rasa białych panów, przedstawicieli „doskonałego” narodu pod wodzą Hohenzollernów podporządkowała sobie plemię dzikusów. Odarto ich z człowieczeństwa, skazując ich na wyniszczającą pracę na rzecz kolonialistów.

“Ostatni pocałunek” w reżyserii Davida Leveaux z 2016 roku. Prezentuje on byłego cesarza jako sympatycznego staruszka.

Niemcy Wilhelma II parły dalej do ekspansji kolonialnej oraz konfrontacji z całym światem. Czemu Niemcy wierzyli w buńczuczne zapowiedzi swojego monarchy? Bismarck oraz Wilhelm II narzucili im myślenie, że są wyjątkowi wśród narodów Europy. Udało się doprowadzić do zjednoczenia państwa rozdrobnionego przez wieki na mniejsze lub większe księstwa, narzucić upokarzające warunki potężnej Francji po wojnie francusko – pruskiej 1870-1871, rozwinąć przemysł, technologię, stać się liczącym graczem na arenie międzynarodowej. Wszystko odbywało się poza mocą sprawczą samych Niemców. Z ich potu, łez i półdarmowej pracy rosły fortuny nowej niemieckiej arystokracji będącej podporą cesarskiego tronu. Wilhelm II stawiał wyżej interesy przemysłowców nad stare rody junkierskie. Szybki rozwój Niemiec zakończył definitywnie wybuch I wojny światowej. Cesarz dążący do wojny za wszelką cenę nie brał pod uwagę jednego. Nie była to wojna błyskawiczna lecz konflikt na dwa fronty trwający przez ponad cztery lata, gdzie żołnierze umierali nie w wyniku walk lecz w okopach zapadając na różne choroby np. tyfus czy malarię. Kiedy monarcha abdykował i wyjechał do Holandii, naród mu tego nie wybaczył. Nie przestał przez lata życia poza krajem marzyć o restauracji cesarstwa i powrotu Hohenzollernów do władzy. Nawet kiedy w 1933 roku Hitler doszedł do władzy starzejący się eks-cesarz nie porzucił tej wiary, kokietując nazistowski reizm. U Adolfa Hitlera postać byłego cesarza wywoływała negatywne odczucia. Gardził nim i z wzajemnością ze strony byłego monarchy. Do końca życia miał żal do swoich generałów za klęskę Niemiec w czasie I wojny światowej. Sam jest odpowiedzialny za rozpętanie czteroletniego piekła w Europie. Paweł Kucharczyk w monografii „Hohenzollernowie” na zakończenie pisze: „Trudno obarczać Hohenzollernów za koszmar, którym dla Niemiec i całego świata był hitlerowski narodowy socjalizm”. Kucharczyk nie odnajduje związków między II a III Rzeszą? Hitler nie budował aparatu władzy z nowych ludzi nie pamiętających czasów Wilhelma II, nie mających nic wspólnego z nim. To m. in. cesarscy generałowie, urzędnicy, dostojnicy dworu oraz krewni Wilhelma II wspierali reżim NSDAP od początku do końca istnienia. Wnuczka cesarza przyszła królowa Grecji, księżniczka Fryderyka Hanowerska wraz z mężem Pawłem księciem greckim i duńskim należeli do najbardziej zagorzałych zwolenników Hitlera. Ostrożność jaką mieli wykazywać przedstawiciele cesarskiej rodziny względem władz III Rzeszy to mit pielęgnowany przez ich potomków usprawiedliwiających ich haniebne czyny w czasie II wojny światowej.

.
Robert
Udostępnij tekst
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *