Korona i Wirus. Zaniedbania władzy i globalizacja strachu

Przez dziesiątki lat w zdecydowanej większości systemów ochrony zdrowia, w tym w Polsce, stosowano permanentną taktykę i praktykę szukania oszczędności. Ograniczano wydatki na sprzęt medyczny, redukowano etaty, nie podnoszono płac, nie otwierano odpowiedniej ilości miejsc specjalizacyjnych itd. Epidemiolodzy wielokrotnie przypominali i apelowali do władz o zabezpieczenie środków na wypadek zagrożenia epidemicznego. Odpowiedź zazwyczaj była jedna i ta sama: „być może w przyszłorocznym budżecie, bo teraz mamy inne wydatki”…

Zet

Jesteśmy świadkami sytuacji wyjątkowej (stan na połowę marca 2020 r.). Poszczególne kraje, całe kontynenty i praktycznie cały ziemski glob są ogarnięte epidemią choroby COVID-19 wywoływanej przez nowy koronawirus SARS-CoV-2. O ile ludzkość miała w swojej historii do czynienia zarówno z epidemiami (w dawniejszych wiekach dżuma i cholera, w czasach nowożytnych grypa, np. hiszpanka czy ptasia lub świńska grypa), jak i z samym koronawirusem (pierwotnie ten wirus powoduje np. ostre nieżyty układu pokarmowego u dzieci), to zarówno ta epidemia i jej społeczny oddźwięk, jak i ten rodzaj koronawirusa i choroby przez niego wywoływanej zawierają w sobie swoistą nową jakość. Jeśli chodzi o wirusa – jego „nowość” wynika z faktu wystąpienia zmian strukturalnych mających swoje źródło w mutacjach genetycznych. Skutkiem tych przemian nabył on właściwości, poprzez które prowokuje układy odpornościowe ludzi do gwałtownych reakcji obronnych stanowiących istotę ciężkości samej choroby. Z kolei epidemia COVID-19 ujawnia przynajmniej dwie fundamentalne kwestie o wymiarze i zasięgu globalnym. Pierwsza z nich to fenomen społeczno-medialny, z którym związane jest zjawisko wystąpienia silnych emocji zbiorowych oraz niespotykanych dotąd masowych reakcji na informacje o stanie zagrożenia populacyjnego. Druga to fakt porażającej niewydolności i nieudolności systemów administracyjnych, tak centralnych, jak i lokalnych, zarówno w sytuacji bieżącej, jak i na przestrzeni całych lat wstecz, w procesie zabezpieczania i reagowania na rozprzestrzeniające się zagrożenie.

Fakty, które przedstawię, to obserwacje poczynione niejako „od wewnątrz” frontu walki z epidemią COVID-19 – z punktu widzenia pracownika systemu ochrony zdrowia. Konkretnie dotyczą one m.in. przykładu jednego ze szpitali, gdzie trafiły osoby z objawami zakażenia nowym koronawirusem, które zostało potwierdzone odpowiednim testem. Szpital ten jest zlokalizowany w Polsce, w mieście, w którym pojawił się jeden z tak zwanych „pacjentów zero”, czyli taki, który przeniósł czynnik patogenny z innego obszaru na określony – dotychczas nieobjęty epidemią – teren (w tym przypadku jedno z województw we wschodniej części kraju). Obecnie w szpitalu przebywają pacjenci z objawami zakażenia, jeden z nich potwierdzony – w stanie ciężkim, na oddziale intensywnej terapii.

Nie byliśmy przygotowani
Mówiąc wprost: Informacje przedstawiane przez głównonurtowe media w odniesieniu do przygotowania systemu ochrony zdrowia oraz całego państwa do zwalczania epidemii są mocno przerysowane, niepełne, zaś wiele istotnych faktów jest po prostu przemilczanych. Nie jest prawdą, że w kraju zabezpieczono w odpowiednich ilościach niezbędne środki i sprzęt medyczny. Nie jest prawdą, że personel ochrony zdrowia jest przeszkolony i przygotowany do podejmowanych interwencji. Co więcej – nie ma opracowanych stosownych procedur na wypadek obecnej sytuacji, przynajmniej w zakresie takim, jaki wydaje się niezbędny. Ogólnie brakuje personelu – przede wszystkim z powodu zaniedbań organizacyjnych czynionych zarówno obecnie, jak i na przestrzeni całych minionych dekad.

Kilka tygodni temu, kiedy epidemia na terenie Europy była w zalążku, organizowano spotkania epidemiologiczne na poziomie wojewódzkim, w czasie których przedstawiciele wojewody zapewniali o pełnym przygotowaniu sprzętowym na wypadek wystąpienia epidemii. Miało być pod dostatkiem środków ochrony osobistej, w tym kombinezonów ochronnych i płynów do dezynfekcji. Ponadto miano oddać do dyspozycji specjalnie do tego przeznaczone środki transportu sanitarnego (w tym helikopter) służące do przekazywania pacjentów pomiędzy szpitalami, gromadzenia ich w jednym miejscu czy skracania drogi do docelowego miejsca hospitalizacji. Miały być też gotowe ścisłe procedury postępowania na wypadek pojawienia się osób z objawami infekcji oraz osób z potwierdzonym wynikiem testu w kierunku zakażenia nowym koronawirusem.

Sytuacja wygląda jednak tak, że nie ma dostępnej odpowiedniej ilości specjalnej odzieży ochronnej. Te egzemplarze, które są obecnie do dyspozycji szpitala, dotarły tu z opóźnieniem. Zanim to się stało, część pracowników – w tym personel anestezjologiczny oraz ratunkowy – uległa kontaktowi z zakażonymi, przez co obecnie przebywa na 14-dniowej kwarantannie. Początkowo pracownicy i pracownice kilku oddziałów mieli bliski kontakt z pacjentami zakażonymi bez zastosowania odpowiednich środków zabezpieczenia. Narażeniu ulegali zatem kolejni pacjenci, którymi zajmował się personel. Doszło do tego, że – z racji objęcia lekarzy kwarantanną – na terenie szpitala pracuje obecnie tylko jeden anestezjolog, który pełni ciągły (!) dyżur na oddziale intensywnej terapii, mając pod opieką zakażonego nieprzytomnego pacjenta na respiratorze. Z powodu braku choćby anestezjologów wstrzymano wykonywanie operacji i przyjmowanie pacjentów/ek na stan oddziałów: chirurgicznego, urazowo-ortopedycznego, ginekologicznego, gastroenterologicznego, bloku porodowego. Nie odbywają się również porody. Osoby, których stan wymaga podjęcia interwencji operacyjnej (np. z powodu wypadków komunikacyjnych) czy kobiety mające rodzić, są zmuszone do zgłaszania się do innych – często odległych – szpitali, które zresztą borykają się z własnymi problemami organizacyjnymi.

Brak sprzętu i informacji
Poza brakami personalnymi brakuje również sprzętu medycznego. Respiratory (których i tak zawsze było za mało) są zajęte. Dyrektor ds. medycznych udzielił nieoficjalnej informacji, że jeśli w którymkolwiek z oddziałów szpitala będzie potrzeba zastosowania kolejnego respiratora, to „nie ma ich więcej, więc będzie problem”. Podano też nieoficjalnie zalecenie, by w sposób oszczędny korzystać z płynów dezynfekcyjnych, gdyż kończy się ich zapas w magazynach. Brakuje także maseczek ochronnych. Kilka tygodni temu dotarła do szpitala informacja, że dostawca środków ochrony osobistej w ciągu dwóch dni od początku epidemii na obszarze Europy, zerwał umowy dotyczące zaopatrzenia zarówno w stosunku do tej, jak i innych placówek. Nieoficjalnie podano, że ma to związek z pochodzeniem części materiałów z Chin. Kiedy okazało się, że w szpitalu wystąpiło ognisko zakaźne, zgłoszono zapotrzebowanie na określoną ilość testów do badań w kierunku zakażenia. Testy dotarły z opóźnieniem oraz w zbyt małej ilości w stosunku do potrzeby. Powód – ogólny niedobór testów do badań. Gdy testy pojawiły się w szpitalu, nie wiadomo było, kto i w jaki sposób ma je pobierać (brak przygotowanych procedur) – wywołało to szereg nieporozumień na linii: pracownice laboratorium oraz pielęgniarki OIOM. Poza tym personel nie został przeszkolony, w jaki sposób korzystać z kombinezonów ochronnych w czasie i po pobraniu materiału do badań (bezpieczne zdejmowanie odzieży i dalsze jej zabezpieczenie). Z racji braku odpowiedniej ilości testów do badań, części pracowników oraz pracownic skontaktowanych z osobami zarażonymi odmówiono wykonania badania i zasugerowano oczekiwanie na ewentualne wystąpienie objawów.

Wszelkie pilne decyzje podejmowane są na szybko, część ich konsekwencji jest nieprzewidywana, stąd zamieszanie organizacyjne momentami znacznie się nasila. Początkowo zakazano odwiedzin na terenie całej placówki, następnie wstrzymano tzw. przyjęcia planowe. Obecnie kilka oddziałów w ogóle nie przyjmuje osób chorych, zaś te, które przyjmują, robią to tylko w sytuacjach pilnych (tzw. przyjęcia nagłe). Obserwuje się zresztą tendencję do unikania przez ludzi zarówno szpitali, jak i ogólnie placówek ochrony zdrowia. Wiele osób – mimo zaleceń i skierowań – nie zgłasza się na leczenie innych chorób i wymagających interwencji stanów. Dochodzi do prób przeczekania i przetrzymywania chorych w domach w celu uniknięcia pobytu w szpitalu, w którym mogą przebywać lub przebywają osoby z rozpoznaniem bądź podejrzeniem SARS- -CoV-2. Osobiście uważam, że może być to brzemienne w skutkach za kilka dni/tygodni. Pewne groźne konsekwencje tychże prób przeczekania już mają miejsce. Wiele osób jest wypisywanych ze szpitala przed zakończeniem pełnego procesu diagnostyczno-terapeutycznego w trybie „na własne żądanie”.

Oprócz leczenia szpitalnego w ramach oddziałów, istnieje także przestrzeń tzw. ambulatoryjnej opieki specjalistycznej oraz podstawowej opieki zdrowotnej. Tu także niedopatrzenia organizacyjne są ewidentne, zaś ich skutki trudne do przewidzenia. Poradnie specjalistyczne odwołują wizyty pacjentów lub podejmują próby przeprowadzania porad telefonicznych. O ile w tej materii, konsekwencje mogą nie być dramatyczne, o tyle zgoła inaczej wygląda sytuacja w ramach przychodni podstawowej opieki zdrowotnej (przychodnie medycyny rodzinnej czy nocnej i świątecznej opieki lekarskiej i pielęgniarskiej). Część takich przychodni została zamknięta. Jedne z powodu kwarantanny całego personelu (osoby z objawami SARS-CoV-2 pojawiały się pierwotnie na terenie niektórych takich placówek), zaś część z powodu szerzącego się w populacji zagrożenia. Działalność zawiesiło też wiele tzw. praktyk prywatnych…

Jest obecnie marzec, koniec zimy i czas przedwiośnia. Choroby infekcyjne występują w tym okresie co roku ze szczególnym nasileniem. Pojawia się zatem fundamentalna kwestia – co mają zrobić ludzie borykający się z (innymi) problemami zdrowotnymi? Dokąd mają się udać i kogo prosić o pomoc? Kwestia ta pozostaje – póki co – nierozwiązana. Obecnie skutki tego stanu rzeczy nie się jeszcze zauważalne w sposób masowy, jeśli jednak w najbliższych tygodniach sytuacja się nie odmieni, to może okazać się, że jeszcze większym problemem niż zakażenia koronawirusem, stanie się grypa, powikłania po ospie wietrznej, nieżyty przewodu pokarmowego czy bakteryjne zapalenia płuc.

Zostań w domu?
Ludziom zaleca się lub wręcz karze pozostać w domach. Działalność zawiesiły szkoły, przedszkola, żłobki, uczelnie, lokale gastronomiczne, część punktów usługowych, instytucje kultury, ośrodki sportowe itp. Studentom nakazuje się opuszczenie i wyprowadzkę z domów studenckich na wypadek potrzeby zorganizowania przestrzeni dla celów kwarantanny. W czasie gdy sytuacja teoretycznie wymaga zaprzestania wykonywania pracy i aktywności przez wiele grup zawodowych, osoby pracujące stają przed dodatkową trudnością – pułapką zastawioną przez system prawny, w jakim przyszło im żyć. Otóż nie wszyscy mają te same możliwości bezpiecznego oddalenia się od swoich zakładów pracy. Dla zobrazowania i dobitnego oddania problemu posłużę się takim przykładem: w jednym z ośrodków rehabilitacyjnych finansowanych ze środków publicznych, gdzie codziennie trafiają osoby z przewlekłymi problemami zdrowotnymi, głównie dotyczącymi układu ruchu (niestanowiącymi stanów bezpośredniego zagrożenia życia), znaczna część personelu to kobiety w wieku 20-30-40 lat. Część z nich pracuje na podstawie umów na czas określony. Wiele z pracownic potrzebuje obecnie dni wolnych od pracy z racji potrzeby opieki nad dziećmi, które nie mogą pójść do zamkniętych z powodu epidemii przedszkoli czy żłobków. O ile osoby pracujące na umowach na czas nieokreślony biorą urlopy, idą na zwolnienia lekarskie lub korzystają z innych rodzajów zabezpieczeń socjalnych, o tyle jedna z pracownic na umowie na czas określony usłyszała od koordynatorki w/w ośrodka niniejszy tekst: „urlopu nie dostaniesz, a jeśli pójdziesz na zwolnienie lekarskie, to zastanów się, czy będziesz miała do czego wracać…”. Przed podobnymi problemami staje obecnie masa ludzi pozostających na umowach śmieciowych. Inną kwestią pozostaje fakt, że np. tego rodzaju ośrodki rehabilitacyjne, nie będąc jednostkami ratującymi życie, teoretycznie mogłyby również zawiesić działalność na czas epidemii – tym bardziej że przebywające tam całe grupy ludzi – głównie starszych osób – stanowią potencjalne zagrożenie epidemiczne. Dlaczego zatem dalej działają? Zdaje się, że to kolejne przeoczenie organizacyjne…

Wirus a media
W tym samym czasie na najwyższych obrotach funkcjonują środki do wytwarzania zbiorowych iluzji czyli media głównego nurtu. W istocie, jest to obecnie najlepsza broń władzy, która z jednej strony, za pośrednictwem środków masowego przekazu przekonuje, jak intensywnie działa dla dobra ludu, z drugiej zaś – mimo pozornego uspokajania masowych emocji – sieje przerażenie, wręcz panikę, stanowiącą idealny grunt pod wprowadzanie przez nią radykalnych rozwiązań, drastycznych ograniczeń i bezwzględnych środków kontroli w postaci kolejnych spec-ustaw, stanów wyjątkowych, poszerzania uprawnień tzw. służb itp. Zanim media zaczęły apelować o spokój i rozwagę, zdążyły nakręcić spiralę powszechnego strachu, który zapisał się w masowej podświadomości, stanowiąc obecnie źródło poczucia osaczenia i dezintegracji społecznej. Schemat ten jest oczywiście znany od lat – ludzie zastraszani, przekonywani o zagrożeniu i o własnej indywidualnej bezsilności, nieporadności, a wręcz nieodpowiedzialności, są bardziej podatni na wpływy odgórne, a jednocześnie mniej ufają sobie nawzajem i już zaczynają obrzucać się wzajemnie winą i podejrzeniami – narastają uprzedzenia i rośnie agresja. W ten sposób rozbijane jest poczucie solidarności i jedności wobec wspólnego zagrożenia. Media osiągają swój cel – nakręcone emocje zwiększają im oglądalność i poczytność. Jednocześnie wrzucają w gorące głowy propagandę polityczną na rzecz swoich politycznych mocodawców – przykładowo kilka dni temu TVP jako jedną z pierwszych informacji podawała statystyki dot. tego, jak wielu ankietowanych uważa działania rządu w czasie epidemii za właściwe i oczywiście na diagramie była ich zdecydowana większość. Za moment przedstawiono informację o nieodpowiedzialnym zachowaniu przedstawiciela partii opozycyjnej, który w czasie zagrożenia epidemią naraził na zachorowanie innych polityków. Oczywiście akcent w tej informacji był położony na konkretną osobę i jej opozycyjne pochodzenie, nie zaś na samą istotę zagrożenia epidemicznego.

Środki masowego przekazu, w całym natłoku informacyjnym, przemycają również próby przerzucania winy za rozwój epidemii na samych ludzi. Podaje się przykłady rzekomych nieodpowiedzialnych zachowań pojedynczych osób i całych grup, obarcza się winą bezdomnych, imigrantów, nielegalnych handlarzy targowych, osoby podróżujące itp. Jednocześnie nikt nie wspomina o tym, ani nawet nie sugeruje, że winę za niepowstrzymanie epidemii i jej rozprzestrzenianie ponoszą przede wszystkim przedstawiciele władz. Pomimo tego, iż póki co nie ma ani leku, ani szczepionki przeciwko koronawirusowi, okazuje się, że państwa nie zorganizowały i nie zabezpieczyły wystarczającej ilości środków ochrony osobistej, produktów dezynfekcyjnych, specjalnego sprzętu medycznego używanego choćby w oddziałach intensywnej terapii, jednostek hospitalizacji dla chorych zakaźnie itd. Przez dziesiątki lat w zdecydowanej większości systemów ochrony zdrowia, w tym w Polsce, stosowano permanentną taktykę i praktykę szukania oszczędności. Ograniczano wydatki na sprzęt medyczny, redukowano etaty, nie podnoszono płac, nie otwierano odpowiedniej ilości miejsc specjalizacyjnych itd. Epidemiolodzy wielokrotnie przypominali i apelowali do władz o zabezpieczenie środków na wypadek zagrożenia epidemicznego. Odpowiedź zazwyczaj była jedna i ta sama: „być może w przyszłorocznym budżecie, bo teraz mamy inne wydatki”…

Co dalej?
Epidemia trwa i nie zapowiada się, by miała w najbliższym czasie wygasać. Brak – jak widać – wystarczającej ilości sił i środków do walki z szerzącą się COVID-19. Znacząco szwankuje ponadto dystrybucja tych, które są dostępne, zaś ich rozdzielanie na przestrzeni całego kraju jest nierównomierne i nieproporcjonalne. Stąd część placówek medycznych jest lub w najbliższej przyszłości będzie zamykana. Okazuje się także, że edukacja epidemiologiczna oraz procedury postępowania na wypadek takiego rodzaju zagrożenia były i są niewystarczające.

Był czas na to, by się do tego w odpowiedni sposób przygotować – nie zrobiono tego – teraz trzeba sobie radzić z dynamiczną sytuacją i niejednokrotnie zaskakującymi efektami. Konsekwencje w mniejszym lub większym stopniu będą dotyczyć nas wszystkich, zaś rządzący najpewniej spróbują zrzucić z siebie odpowiedzialność za popełnione błędy.

Jaki będzie ciąg dalszy – zobaczymy.

Artykuł ukazał się w nr 13 „A-taku” (2020).

 

Udostępnij tekst
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *