11 lat wolności czy ukryta niewola?

11 lat temu, w sierpniu 2009 r., wyszedł z koszar ostatni żołnierz wcielony siłą do armii w ramach obowiązkowej służby wojskowej. Wydawało się, że kończy to pewną erę niewolnictwa, ale było to niestety tylko poluzowanie łańcucha, ponieważ sam obowiązek wojskowy w naszym kraju wcale nie zniknął.
Maciej Wy
Są na świecie kraje, w których do więzienia wciąż wsadzani są ludzie próbujący tego obowiązku unikać lub odmawiają jego wypełnienia z przyczyn moralnych lub religijnych. W Polsce od czasu do czasu pojawiają się niestety głosy polityków, dziennikarzy czy zwykłych obywateli, by przywrócić przymusowy pobór do wojska. Jest to bardzo niepokojące, gdyż nikt w tych postulatach nie wspomina o ludziach, jako osobach posiadających prawo do decydowania o sobie. Mówi się jedynie o interesie państwa, o jakimś „bezpieczeństwie” czy „dyscyplinie”. Uwięzienie człowieka na 2 lata, rok, kilka miesięcy czy kilkanaście tygodni rozwleczone w czasie (jak w Szwajcarii, o której mówi się, że „ten kraj nie ma armii, on jest armią”) jest dokładnie tym samym – pozbawieniem wolności, uwięzieniem, zniewoleniem. Samostanowienie czy, używając libertariańskiego pojęcia, samoposiadanie, prawo do decydowania o swoim życiu, odmowa współudziału w wątpliwych moralnie procedurach rządu – to nie są argumenty dla władzy, dla państwa obywatel jest bowiem jego własnością i na tymże obywatelu ciążą „nadrzędne” obowiązki wobec instytucji państwa.Il
Ilustracja: QRDE

Pobór do wojska został tylko zawieszony na mocy ustawy o powszechnym obowiązku obrony RP z dnia 9 stycznia 2009 r., zmieniła się więc jedynie czasowo procedura wypełniania zapisów tej obowiązującej ustawy, która mówi dosłownie: Obowiązkowi służby wojskowej (…) podlegają obywatele polscy, począwszy od dnia, w którym kończą osiemnaście lat życia, do końca roku kalendarzowego, w którym kończą pięćdziesiąt pięć lat życia. Dotyczy to także kobiet, choć było to i jest w praktyce mniej widoczne. Nie zniknął więc sam obowiązek mobilizacyjny, czego dowodem są choćby wciąż trwające inne procedury: przymusowa rejestracja poborowych i badanie lekarskie pod kątem zdolności do służby w wojsku oraz obowiązek posiadania książeczki wojskowej. Nawet Konstytucja w art. 85 mówi, że Obywatel, któremu przekonania religijne lub wyznawane zasady moralne nie pozwalają na odbywanie służby wojskowej, może być obowiązany do służby zastępczej na zasadach określonych w ustawie, nie likwiduje to więc samego przymusu, a zmienia jedynie jego formę.

Wiele osób może pamięta jeszcze z lat 80. kampanie przeciwko przymusowej służbie wojskowej prowadzone min. przez Ruch „Wolność i Pokój”, z którego wielu działaczy dziś jest niestety prominentnymi politykami, zazwyczaj orbitującymi przy obecnej partii rządzącej. Udało się jednak dzięki tym protestom wywalczyć w 1988 roku ustawę, która wprowadzała pojęcie zastępczej służby wojskowej, choć nie likwidowała oczywiście samej instytucji niewolnictwa. Służba w mundurze, w koszarach, została zamieniona na cywilną służbę, dłuższą o połowę, za żenujące wynagrodzenie w wysokości ówczesnego żołdu czyli około 2/3 minimalnej pensji, choć z takimi samymi obostrzeniami karnymi jak w wojsku – groźbą więzienia za opuszczenie służby, zakazem wyjazdu z kraju etc. Pojawił się też inny problem – to urzędowe komisje decydowały, czyje poglądy i przekonania są wystarczające do otrzymania służby zastępczej, wiele osób, które składały podania o przyznanie tej służby lądowało i tak w jednostkach wojskowych. A dla dopełnienia absurdu to na osobach ubiegających się o służbę zastępczą spoczywał ciężar udowodnienia tego, że służba w wojsku jest sprzeczna z zasadami moralnymi poborowego; byli więc traktowani gorzej niż kryminaliści z ich domniemaniem niewinności. Postulowany przez niektórych powrót przymusowego poboru może znowu przywołać ową patologię urzędniczą, na co mało kto zwraca uwagę. Więzienie dla odmawiających służby w wojsku, dla uciekających z koszar, to w latach 80. ubiegłego wieku była normalna procedura i nie chodziło wtedy tylko o pacyfistów – byli też ludzie, którzy np. nie chcieli składać przysięgi na wierność przyjaźni z ZSRR, a także Świadkowie Jehowy. Tych ostatnich według pewnych statystyk przebywało w więzieniach nawet kilkudziesięciu rocznie. Do dziś zresztą w Konstytucji widnieje dość kontrowersyjny zapis w Art. 53, p. 5: Wolność uzewnętrzniania religii może być ograniczona jedynie w drodze ustawy i tylko wtedy, gdy jest to konieczne do ochrony bezpieczeństwa państwa, porządku publicznego, zdrowia, moralności lub wolności i praw innych osób. Jednak jak ostatnio widzimy tworzenie ustaw to czasem zaledwie kwestia jednego wieczoru w Sejmie…

Jedną z najgłośniejszych spraw w podobno „wolnej Polsce” w latach 90. było skazanie i uwięzienie Romana Gałuszki w 1992 r., który powoływał się na religię katolicką, wraz z piątym przykazaniem, podając to jako powód, który nie pozwala mu na służbę w wojsku. Komisja jednak odrzuciła jego podanie. Sąd, do którego się odwołał, potwierdził niestety zdanie komisji, twierdząc, że „wiara rzymskokatolicka nie zabrania służby w wojsku”. Roman został skazany na półtora roku bezwzględnego więzienia. Przez kraj przetoczyła się fala protestów, ale i tak musiał odsiedzieć pełny wyrok. Ówczesny prezydent Lech Wałęsa nie zgodził się na jego ułaskawienie, ale w tym samym czasie ułaskawił np. słynnego gangstera „Słowika”. To najbardziej spektakularny i smutny dowód na idiotyzm komisji orzekających o „postawie moralnej obywatela”.

A jeżeli ktoś ma wątpliwości, czy obecna władza (nie rozróżniając PO od PiS) zapomniała o swojej represyjnej funkcji, wystarczy przywołać niedawną wypowiedź prof. Stanisława Kozieja, byłego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego: „Jeśli chcemy utrzymać kwalifikację (wojskową – przyp. red.) w dotychczasowym kształcie, to musimy zadbać o to, aby ściganie za uchylanie się od często jedynego obowiązku wobec ojczyzny było bardziej skuteczne”.

Statystyki samobójstw i wypadków śmiertelnych wśród żołnierzy były zawsze jednymi z najbardziej ukrywanych liczb. W latach 90. w Polsce rocznie z powodu śmierci samobójczej ginęło około 40-50 żołnierzy, po skróceniu czasu trwania służby wojskowej i uzawodowieniu wojska liczby te malały, ale dane dotyczące wypadków śmiertelnych na poligonach i w czasie służby o wiele trudniej przedostawały się do opinii publicznej. Dziś te dane są bardziej dostępne, ale i bardziej wymowne: np. w wojsku USA więcej żołnierzy ginie od śmierci samobójczej niż w trakcie służby na misjach. Jeszcze więcej samobójstw, bo aż kilka tysięcy rocznie, odnotowywanych jest wśród żołnierzy, którzy zakończyli służbę. Podobnie jest niestety u naszych wschodnich sąsiadów – podawane są dane, że co tydzień w Donbasie 2-3 żołnierzy popełnia samobójstwo w wojsku ukraińskim. Trudno jednak podać liczby dotyczące tych, którzy odebrali sobie życie po zakończeniu służby. Wojsko zabija więc nie tylko na wojnie.

Wydawałoby się, że żyjemy w czasach pokoju, ale czy na pewno? Od 30 lat, czyli od czasu przemian ustrojowych, polskie wojsko uczestniczyło w wielu misjach zagranicznych, w czasie których zginęło 74 naszych żołnierzy. Najbardziej spektakularne misje to pomoc w amerykańskiej inwazji w Iraku (która kosztowała nas około miliarda złotych), zaś misja w Afganistanie kosztowała już blisko 6 miliardów złotych.

Rząd nie zaniechał militaryzacji naszego kraju, szukając dodatkowych narzędzi na zwiększenie swego potencjału mundurowego. Od prawie 10 lat funkcjonuje formacja zwana Narodowymi Siłami Rezerwowymi, będąca ochotniczą, kontraktową formacją, liczącą kilkanaście tysięcy mundurowych. Kolejną ochotniczą strukturą wojskową stały się Wojska Obrony Terytorialnej, powołane do życia przez obecny rząd. W tej formacji pod koniec 2018 roku służyło prawie 15 tysięcy żołnierzy. Obydwie formacje mają za zadanie także pomagać w przypadku choćby klęsk żywiołowych, ale nie ma co ukrywać, że ich podstawowym zadaniem jest wspomaganie polityki rządu, jego wizji obronności i bezpieczeństwa państwa (a nie bezpieczeństwa obywateli).

Wisienką na torcie militaryzacji polityki było użycie w zeszłym roku Żandarmerii Wojskowej jako ochrony po części prywatnego wydarzenia, jakim był Marsz Niepodległości, mocno kontrowersyjna impreza organizowana rokrocznie w Warszawie z udziałem wielu jawnie faszyzujących ugrupowań.

Czemu wojsko jest tak kluczową dziedziną władzy dla wszystkich rządów? Wystarczy spojrzeć na polską historię, odkrywając wszystkie polityczne i krwawe zarazem zagrania przy użyciu armii, zaczynając od Poznania ’56, przez Czechy ’68, Wybrzeże ’70, stan wojenny, sięgając aż do niedawnych międzynarodowych misji, wątpliwych w kontekście polskiej polityki, czyli do Iraku i Afganistanu. Ale najsmutniejszym podsumowaniem jest to, co powiedział mi kolega z pracy, Ukrainiec, na moje pytanie o wojnę w Donbasie, w której uczestniczył na szczęście tylko jako kucharz: „To nie wojna, a na pewno nie nasza. To polityka”.

Nie musimy być pacyfistami, by sprzeciwiać się istnieniu armii na usługach rządu. Wystarczy, że uznamy, iż człowiek jest ważniejszy niż polityka.

Artykuł ukazał się w nr 11 „A-taku” (2019), pt. 10 lat wolności czy ukryta niewola?

Pdf numeru: https://tiny.pl/7qlxb
Udostępnij tekst
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *