To jest wojna

Od momentu, w którym polityczny trybunał wydał wyrok na kobiety, pojawiły się w kraju protesty. Pojawiły się też za granicą, bo widzę zdjęcia znajomych mieszkających poza Polską, którzy też ten czas spędzają na protestach. To jest walka. TO JEST WOJNA. Bo wolności i godności nie można pozwolić sobie odebrać bez słowa. Tych resztek wolności i godności, które jeszcze udało nam się ocalić.
Trybunał głosami tych, którzy zostali tam wsadzeni z politycznego nadania, postanowił zakazać aborcji w sytuacji choroby płodu, poważnego uszkodzenia płodu, deformacji płodu, braku szans na przeżycie płodu. Nawet w momencie, w którym wiadomo, bo współczesna medycyna jest lepsza od tej ze średniowiecza, że te deformacje nie pozwalają komórkom finalnie z płodu stworzyć człowieka, który przeżyje – trzeba donosić, urodzić i pozwolić umrzeć. Albo nawet pozwolić umrzeć jeszcze w macicy i urodzić martwą istotę. Wypchnąć na świat zwłoki. A nawet jeśli urodzić żywe stworzenie, to patrzeć jedynie na jego cierpienie, na jego agonię, na jego śmierć. Takie tortury teraz sobie politycy wymyślili, którym będą poddawać kobiety. A wraz z nimi też mężczyzn, bo każda kobieta ma męża, partnera, ojca, brata, przyjaciela… Ona będzie cierpieć nosząc w sobie tragedię, a oni będą cierpieć z nią.
W takim wypadku protesty są czymś naturalnym i żadna pandemia tego nie powstrzyma. Bo pandemia minie, a ta tragedia nie.

Nie na każdy protest mogę iść, chociaż w ważnych sprawach walczę od lat. Ale mam obowiązki zawodowe i domowe, które czasem stają na przeszkodzie. Nie mam wyrzutów sumienia, mam poczucie odpowiedzialności. W czasie pandemii, gdy nie wiem ile jeszcze uda mi się popracować, bo lockdown uniemożliwia mi pracę i zarabianie, nie jestem w stanie z żadnej możliwości zarobku zrezygnować. Ale w końcu pojawi się moment, w którym czasowo mogłam na protest iść. Pozostała kwestia tego, czy dam radę iść na niego psychicznie.

To nie są łatwe decyzje dla wielu osób – nie tylko kobiet. Ludzie mają prawo się bać. Choroby. Wychodzenia po miesiącach przekonywania, że w domu bezpieczniej. Bycia w tłumie na ulicy. Kordonów policji, która nie ochrania protestujących, tylko ochrania przed protestującymi. Taka nasza demokracja i prawo do demokratycznego wyrażania sprzeciwu.

We mnie też odbywała się walka. Walczyły we mnie różne uczucia. Chciałam iść, ale się bałam. I nie choroby, nie zagrożenia koronawirusem. Jedyne czego się bałam, to policja i ich zachowanie. Oglądając filmy z protestów miałam łzy w oczach, lęk w duszy i tysiące myśli w głowie. Dwie znajome mi osoby, w tym jedna w pewien sposób mi bliska, zostały brutalnie potraktowane przez policję. Zupełnie bez sensu i bez podstaw. Jakby policja postanowiła walczyć z resztą społeczeństwa. Jakby policjanci w nosie mieli to, po co wstępują do służby. No chyba że wstępowali do policji by używać siły, a nie by bronić, to wtedy pełna zgoda. Już tylko rozkazy z góry miały dla nich jakiekolwiek znaczenie.
Mam dziecko. Jestem samotną matką i jako jedyny rodzic musze codziennie wrócić bezpiecznie do domu. A z drugiej strony moje dziecko to córka i nie chce, żeby musiała dorastać i żyć w kraju, w którym politycy na samej górze robią, co chcą. Nie chcę, żeby żyła w kraju, w którym wolność i godność człowieka można odebrać pstryknięciem pacami i nie ma kto się temu sprzeciwić. Nie ma sensu przetrwać w kraju, w którym nie da się żyć.
I te dwie opcje walczyły we mnie burząc mój spokój.
Iść czy nie iść? Ryzykować bezpieczeństwo tu i teraz czy odpuścić bezpieczeństwo w przyszłości? Moje i mojej córki.

Chwila, w której podjęłam decyzję, że idę na protest była tą, w której poczułam spokój. I wtedy zrozumiałam, że to dobra decyzja. Że niepotrzebnie się wahałam. Że działanie jest zawsze lepsze od braku działania, od bierności.

Jechałam na protest sama. Wsiadłam do tramwaju i chociaż nikogo nie znałam, to dzięki wielu osobom, które też jechały na protest, co było widać chociażby po transparentach, sama się nie czułam. Czułam się częścią czegoś większego.
Dawno nie byłam na takim proteście, na którym z trudem odnajduję znajome twarze. I nie chodzi mi tutaj o to, ze wszyscy mieli maseczki. Chodzi o ogrom ludzi, z których wiele osób nie widywałam na protestach wcześnie. Mnóstwo ludzi młodych, w których dopiero budzi się solidarność społeczna i chęć walki o prawa także na ulicy.
I pierwszy raz byłam na proteście, na którym nikt nie udawał, że jesteśmy delikatnie poirytowani, to sobie troszkę grzecznych haseł pokrzyczymy i pójdziemy do domu. Jesteśmy wkurwieni. A ja jak jestem wkurwiona, to mówię, że jestem wkurwiona, a nie że odczuwam pewien dyskomfort w obrębie emocji. I chyba reszta czuła podobnie, bo nie przebierano w słowach określających stan i potrzeby. Mocno, ostro, dosadnie. Ale to nie my na tych ulicach przekroczyliśmy granice. Granice zostały przekroczone tam na górze przez podejmujących decyzje, które dotyczą nas wszystkich. To była tylko odpowiedź. I nadal mniej drastyczna niż to, co nam zgotowano.

Klaudia

Udostępnij tekst
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *