Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

Jesteś tu: Start / Artykuły /
A+ R A-

Publicystyka

25 maja 2017 | Dział: Publicystyka

W ostatnich dniach cała Polska dowiedziała się, że Igor Stachowiak był torturowany i został zabity przez funkcjonariuszy policji. Środowisko anarchistyczne wielokrotnie alarmowały, że dochodzi do tego typu nadużyć, nie tylko na komisariatach, ale też np. w trakcie protestów społecznych. W Poznaniu systematycznie organizowano pod sądami i komisariatami pikiety i akcje protestacyjne tego dotyczące (np. 19 sierpnia i 20 czerwca ubiegłego roku). W oświadczeniach podkreślaliśmy, że Igor Stachowiak nie jest pierwszą, ani niestety ostatnią ofiarą policji.

Wcześniej w 2015 r. w Knurowie 27-letni mężczyzna został raniony w okolice szyi, a po przewiezieniu do szpitala zmarł. Tego samego roku w Kutnie 29-letni mężczyzna został śmiertelnie postrzelony podczas przesłuchania na komisariacie. Także w 2015 r.  w Legionowie podczas akcji policyjnej 19-letni Rafał W. połknął woreczek z marihuaną, który utknął mu w tchawicy, co doprowadziło do jego śmierci; z kolei w Jastrzębiu-Zdroju 35-letni górnik z kopalni Zofiówka podczas protestu został postrzelony przez policjanta gumową kulą, w wyniku czego miał pękniętą czaszkę, obrzęk mózgu i złamaną nogę. I tak dalej. Wszystko to dzieje się w obliczu totalnej bezkarności funkcjonariuszy, których nadużycia są zwykle tuszowane lub usprawiedliwiane przez polityków i rząd. W jednym z naszych ubiegłorocznych oświadczeń pisaliśmy min.; "Statystyki dot. policyjnych przestępstw wskazują, że zaledwie 3,5 proc. spośród 16 tys. skarg na nadużycia ze strony policji prokuratura kieruje do sądu. Pozostałe umarza lub odmawia wszczęcia postępowania. Dane te dotyczą wymuszania zeznań przez policjantów, bezprawnej ochrony interesów wpływowych osób i znęcania się nad zatrzymanymi. W przypadku wymuszania zeznań biciem statystyka jest jeszcze gorsza: tylko 1,3 proc. spraw kończy się aktem oskarżenia."Jednocześnie aktywiście i aktywistki naszego ruchu są karane przez sądy za udział w demonstracjach przeciwko przemocy policyjnej.

 

www.rozbrat.org

11 maja 2017 | Dział: Publicystyka

Scena - miejsce gry aktorów w teatrze, oddzielone od widowni kurtyną. To pierwsza definicja słowa scena, jaką podaje Słownik Języka Polskiego, chyba najbardziej oczywista i jako pierwsza przychodząca na myśl osobom niezaangażowanym w żaden sposób w ruch wolnościowy, squaterski, działalność anarchistyczną, czy lewicową. Jednak w przypadku w/w osób słowo to w codziennym użyciu oznacza całą otoczkę kulturowo- obyczajową dla środowisk, które swoją tożsamość osadzają w mniejszym, lub większym stopniu w muzyce, czy szerzej pojętej kulturze scenowej. Genezą zespolenia z tego rodzaju kulturą są wpływy muzyki Punk, czy później HardCore Punk, na których fali odrodził się ruch wolnościowy nad Wisłą i choć czasem staje się już post-scenowym, wpływy kulturowe, czy subkulturowe nadal są znaczące.Sprawa jednak dotyczy zarabiania na scenie i wykorzystywania niegdyś wiele znaczących haseł, dla własnych partykularnych interesów.O ile nie jest problemem, że ktoś jeździ na koncerty, gdzie sprzedaje koszulki, przypinki, czy inne gadżety. O tyle zdarza się, że czasem ktoś wpada na pomysł, że można to zrobić w wydaniu kapitalistycznym- ktoś pracuje na mnie. Wchodzi w ten sposób w znoszone buty symbolicznego szefa, przejmuje tę rolę z całym „dobrodziejstwem inwentarza” i choć lubi pośpiewać na koncercie „zabij swego szefa w pracy bóg na pewno to wybaczy” całkiem dobrze czuje się w tej roli.Schody zaczynają się w momencie, kiedy to nasz antysystemowy szef, chce jak to szef dokręcić trochę śrubę, okazuje się, że wśród kolegów-pracowników (tych, którzy stoją obok niego pod sceną na sobotnim koncercie) znajdują się tacy, dla których to nie tylko zabawa i wyżej od relacji z kolegą cenią swoją godność i mówią głośne nie. Zresztą w to, że to jest kolega wierzą już tylko pracownicy, bo szef dawno pojął, że takie relacje się wykorzystuje, żeby pracownicy szli na rękę wielu kwestiach.Nauczył się bardzo dobrze wchodzić w swoje role i pod płaszczykiem koleżeństwa wprowadzać niekorzystne dla pracowników rozwiązania, ale jak pracownik, chce sprawę rozwiązać z klucza koleżeństwa nie musi się martwić, szef przypomni, że to praca, a on ma wykonywać polecenia.W pewnym momencie rodzi się jakże oczywisty w takim przypadku konflikt klasowy.Okazuje się, że dawny kolega już nie jest działaczem, a wyzyskiwaczem, bardzo dobrze rozumiejącym mechanizmy relacji pracownik- „pracodawca” Tworzą nam się dwa obozy, pierwszy to ten dla których owa scena to fajnie ciuchy, drogi napój, kozackie dziary, wege żarcie. Z całą swoją powierzchownością i bez-refleksyjnym przyjęciem skutków bez świadomości przyczyn swojego działania.I druga, która też może w mniejszym, lub większym stopniu ma ten sam back-ground kulturowy, ale ma świadomość, że to tylko skutek, a nie przyczyna wszystkich innych działań i mechanizmów ruchów wymienionych w pierwszym akapicie tekstu.
Efektem takiej polaryzacji staje się fakt, że gdy rodzi się konflikt na tle pracownik-pracodawca np. w wegańskiej knajpie (co miało miejsce nie raz). Pierwsza grupa widzi próbę zorganizowania puczu na ich ulubioną knajpę, gdzie mają najlepsze wegańskie buły w mieście, gdzie chodzą w każdy piątek z kolegami, wcielać w życie swój weganizm i zwiększać zaangażowanie w walkę o emancypacje zwierząt, a przez to także ludzi (sic!)Druga grupa widzi, próbę instrumentalnego wykorzystania pewnych ideałów, dla maksymalnego zmniejszenia kosztów pracy i maksymalnego dokręcenia śruby byłym już towarzyszom z pod sceny, bo z czasem nawet szef widząc bez sens, takiego dualizmu przestaje na te koncerty przychodzić.Wartym zaznaczenia jest fakt, że gdy konflikt na tej samej linii rodzi się gdzieś dalej, z szefostwem jakieś dużej firmy, którzy personalnie są odlegli, wtedy nie ma problemu, żeby stanąć po stronie pracowników, bo przecież szef nie jest czyimś kolegą i nie powiedział, „że tak naprawdę to burzą się obiboki, bo im się pracować nie chce, w sumie te wszystkie rzeczy co słyszałeś, że się u nas dzieją to nie prawda”. Kiedy się usłyszy coś takiego, to wypada nawet współczuć koledze, że ktoś chce zburzyć to co on tak ciężko wypracował.Dopóki wszyscy nie będą potrafili rozstrzygać takich konfliktów przez pryzmat klasowy, a nie koleżeński, dopóki zasadność działalności związkowej w takich miejscach będzie deprecjonowana przez ludzi uważających się za część rzeczonej sceny, dopóty nie zrobimy jako scena kroku naprzód w walce a jakąkolwiek emancypację.

 

Sasza Berskin                  

 

www.rozbrat.org

04 maja 2017 | Dział: Publicystyka

W najbliższym czasie Wydawnictwo Bractwo Trojka przygotowuje kilka nowości wydawniczych. Jedną z nich będzie album Krieg dem Kriege (Wojna wojnie albo Wojna przeciwko wojnie)

Pacyfistyczny album autorstwa Ernsta Friedricha z 1924 roku (I wydanie Wydawnictwo Freie Jugend, 1924 Berlin), poświęcony wydarzeniom I Wojny Światowej. Publikacja w oryginalnym kształcie liczy 248 stron (w tym ok. 200 fotografii, ilustracji i plansz z tekstem), jest również opatrzona autorskim komentarzem Friedricha - formą manifestu.
Wszystkie teksty znajdujące się w książce zapisane są w czterech językach:  angielskim, francuskim, holenderskim, niemieckim. Książka wielokrotnie wznawiana, doczekała się tłumaczeń w wielu językach, w Polsce nie została nigdy wydana.O wyjątkowości niniejszej publikacji stanowi fakt ponadczasowej wartości fotografii - odczytywanych zarówno jako umiejętnie skonstruowany manifest antywojenny, jak i również będących jednym z najbardziej kompleksowych zapisów oblicza wielkiej wojny. Wojna wojnie sytuuje się więc na pograniczu dokumentu i dzieła wizualnego. Autor z konsekwencją i pasją operuje materiałem fotograficznym, tworząc pełną opowieść o wymiarach wojny, mającą być jednocześnie komunikatem wizualnym zaświadczającym o bezsensie i brutalności wszelkich konfliktów i rozwiązań militarnych.Friedrich ukazuje I Wojnę Światową w totalności jej okrucieństwa, zmuszając nas do kontaktu zarówno z wizerunkami śmierci w boju, jak i wizjami powolnego umierania.
Krieg dem Kriege jest pełna silnych kontrapunktów i zestawień kontrastujących obrazów - dobranych tak, by fantazmatom i mitologii wojennej przeciwstawić twardy obraz realiów.
Książkę otwierają ilustracje ołowianych żołnierzyków, a zamykają zdjęcia cmentarzy wojennych. Stanowi ona niewątpliwie zbiór obrazów trudnych w odbiorze, które miały nie trafić nigdy do opinii publicznej - uniwersalny atlas okropności.Paradoksalnie treści zawarte w albumie są zapisem niezwykle poetyckim, odbiciem fascynacji Ernsta Friedricha dziełami i myślą polityczną innych autorów. (Manifest otwierający Wojnę wojnie nawiązuje bezpośrednio do tekstu Piotra Kropotkina Odezwa do młodych.). Krieg dem Kriege jest bez wątpienia dziełem politycznym. Sposób konstruowania narracji zaświadcza o wielkiej pasji i głęboko zaszczepionym humanizmie autora, trosce o losy jednostki.  Jest jednocześnie uniwersalną opowieścią o odpowiedzialności obywatelskiej i potencjale zmian. W prozie Friedricha pobrzmiewają sygnały głębokiego zaangażowania anarchopacyfistycznego. Wojna wojnie była pomyślana jako zarzewie rewolucji wiodącej ku wielkiemu rozbrojeniu i pokojowi na świecie.
Ostatnia rewolucja „pokolenia straceńców” miała być „Wojną wypowiedzianą wojnie".Najprawdopodobniej Krieg dem Kriege (po ponad 90 latach od wydania!) ukaże się po raz pierwszy w języku polskim, w całości, w tłumaczeniu autorskim - wzbogacona o przypisy i informacje historyczne. Jako tekst ideowo zaangażowany Wojna wojnie jest dziełem ponadczasowym, a wydanie go w 2017r dzięki zaangażowaniu i otwartości Oficyny Bractwa Trojka oraz wsparciu Anti-Kriegs Museum w Berlinie, pozwoli dojrzeć szerszemu gronu odbiorców potencjał aktualności manifestu Ernsta Friedricha (niemalże u progu 100. rocznicy zakończenia I Wojny Światowej).

Zuzanna Sękowska
(autorka tłumaczenia i koncepcji graficznej polskiego wydania Wojny wojnie)

11 kwietnia 2017 | Dział: Publicystyka

Rządząca partia, PiS, nie może uniknąć odpowiedzialności za wzrost fali przemocy wobec osób innej narodowości. PiS jest odpowiedzialny za atmosferę pogardy dla obcych i za strach przed obcymi.

PiS cynicznie wykorzystał niechęć do obcych i podsycił nienawiść do imigrantów i uchodźców, aby zdobyć władzę w 2015 roku. Antyuchodźczą politykę PiS prowadzi nawet wbrew  naukom Kościoła katolickiego, który ponoć stanowi dla niego zawsze moralny drogowskaz. Wbrew stanowisku papieża, apelującego o pomoc dla uchodźców. Chrześcijańska moralność i chrześcijański Bóg, jak się okazuje, musi ustąpić, kiedy pojawia się szansa przejęcia władzy.PiS z jednej strony chce zatem uchodzić za ugrupowanie CHADECKIE, kiedy potrzebuje poparcia hierarchii kościelnej i głęboko wierzących osób. Z drugiej stron PiS przedstawia się jako ugrupowania narodowe, ENDECKIE, kiedy potrzebne mu poparcie stadionu i prawicowych środowisk akademickich. Kiedy maszeruje w jednym szeregu z ONRowcami, kiedy kokietuje nacjonalistyczne bojówki napadające na zagranicznych studentów i tureckie kebaby.Lider PiS, Jarosław Kaczyński w wywiadach opowiada dziś, jak to w czasach opozycji studiował myśl Romana Dmowskiego. Tego samego, który z podziwem i nadzieją spoglądał na faszystowski Rzym, który nawoływał do asymilacji Żydów, uważając ich za obcy element, który spotykał się na dyskusjach z młodzieżą akademicką organizującą "ławkowe getta" i pogromy żydowskie. Jego polityczni i ideologiczni zwolennicy wydali rozkazy strzelania do robotników. To w tym mieście, 300 metrów stąd, ENDECKA policja zamordowała protestujących robotników.
Nie dostrzegano wówczas, że ta droga prowadzi dalej - do komór gazowych w Oświęcimiu. Prawdą jest, że wielu międzywojennych działaczy prawicy zawróciło z tej drogi i ratowali Żydów z narażeniem życia. Ale nie zwalnia to ENDECJI od odpowiedzialności za falę nienawiści jaka przetoczyła się przez Europę i która doprowadziła do gehenny Żydów, Romów czy homoseksualistów.Jan Józef Lipsk, działacz opozycji i Komitetu Obrony Robotników, napisał kiedyś esej pt. "Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy". Dowodził w nim, że obok patriotyzmu ONR-owskiego, patriotyzmu niechęci do obcego, do Żyda, Roma, muzułmanina - istnieje inny patriotyzm. Patriotyzm nakazujący traktować inne narody i inne grupy etniczne czy wyznaniowe z szacunkiem. Dziś na ulicach polskich miast nie widzę tego drugiego patriotyzmu. Dziś na ulicach polskich miast młodzież nosi koszulki z napisem "Śmierć wrogom ojczyzny", a nie "Za wolność naszą i Waszą".  Dziś patrioci-nacjonaliści atakują na ulicy osoby o innej karnacji skóry czy posługujące się innym językiem.Dziś bardziej niż kiedykolwiek jestem dumny z tego, że w moich żyłach płynie nie tylko polska, ale także ukraińska i niemiecka krew. Dziś żałuje, że moim dziadkiem nie był Tony Halik, którego duch obnażył ignorancję PiSowskich polityków z poznańskiej rady miasta.Dziś stojąc pod biurem PiS z dumą mówię: TU BYŁEM, Jarosław Urbański.

Stop rasizmowi! Stop homofobii! Stop wyzyskowi! Stop nacjonalizmowi!

 

 

www.rozbrat.org

09 kwietnia 2017 | Dział: Publicystyka

„Lokal tylko dla chrześcijan”, „Żydów nie przyjmujemy”, „Tylko dla aryjczyków! – tablice tej treści wisiały w witrynach kawiarni, restauracji i hoteli, Zarząd Związku Restauratorów, Związek Towarzystw Kupieckich, Związek Właścicieli Domów i Nieruchomości głosiły oficjalnie, że nie będą zatrudniać ani obsługiwać osób nie będących aryjczykami, że Żydom nie można wynajmować mieszkań, prowadzić z nimi interesów, został wprowadzony i przyjęty paragraf aryjski w klubach sportowych , w związkach prawników i lekarzy, a na uczelniach obowiązywał numerus nullus – czyli zakaz przyjmowania osób narodowości żydowskiej.

Gdzie to wszystko się działo? W hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy? Nie! W narodowym Poznaniu, w Wielkopolsce cztery lata przed wybuchem II Wojny Światowej. Poznań, województwo poznańskie, było liderem ruchu narodowo-katolickiego. Hasło „Wielkopolska bez Żydów” wcielano w życie od 1935. Powstała “Liga Zielonej wstążki” organizacja akademicka, która w swoim programie miała tylko trzy punkty:
1. Przestrzegać osobiście i propagować wszędzie bezwzględny bojkot żydowskiego handlu, rzemiosła i wolnych zawodów.
2. Zerwać stosunki osobiste i koleżeńskie z żydami.
3. Głosić wszędzie i uzasadniać konieczność wprowadzenia „numerus clausus” na wyższych uczelniach.Czy Poznań odrobił już swoją lekcję wstydu? Czy stał się miejscem, w którym nikt nie odważy się na wykrzykiwania rasistowskich haseł? Tak!
W każdym środowisku, także, a może szczególnie w akademickim trzeba pamiętać o haniebnej historii, której dopuszczono się na wyższych uczelniach.
26 grudnia 1937 roku 944 uczonych i profesorów wyższych uczelni amerykańskich wystosowało list otwarty do profesorów wyższych uczelni polskich:Od kilku lat z bólem dowiadywaliśmy się o coraz to nowych czynach gwałtu, popełnianych wobec studentów i profesorów Żydów w starych i czcigodnych świątyniach nauki polskiej. (…) Apelujemy do Was, koledzy w Polsce, o przeciwstawienie się planowanej dyskryminacji i o stosowanie w służbie pokoju takich metod, które są zgodne ze szczytnymi tradycjami nauki i ludzkości.”Niech te słowa z przeszłości dodadzą odwagi współczesnym akademikom, żeby nigdy nie powtórzyła się sytuacja z lat 30’ i 40’!
Tylko głupcy, nieznający historii pozwalają sobie na paradowanie ulicami naszego miasta ze sztandarami takich organizacji jak Młodzież Wszechpolska czy ONR.
Szczególnie w Poznaniu nie może być mowy o tym, żeby jakieś spalone politycznie i moralnie organizacje, typu oener czy inne wszechpolaki, które (JAKO JEDYNE!!!) organizacje parapolityczne, mają prawdziwą, najprawdziwszą krew dzieci na rękach chodziły ulicami i wrzeszczały swoje chore hasła nienawiści!
Ci odważni chłopcy z oneru, strzelając 1 maja 1937 roku na oślep do tłumu, jak tchórze zabili Abramka Szenkera – pięcioletniego chłopca. Jeśli więc teraz, wielcy narodowcy, macie odwagę drzeć się o wielkiej Polsce narodowej - to miejcie odwagę powiedzieć, że wrogiem waszej ojczyzny było pięcioletnie dziecko, które zastrzelone - zostawiliście na chodniku, uciekając przed wymiarem sprawiedliwości. Jesteście tchórzami i nie znacie przeszłości własnej organizacji. Jeśli chcecie nosić bluzy i koszulki z wizerunkami swoich bohaterów - to nie zapomnijcie o dzieciach zabitych przez prawdziwych Polaków! O pięcioletnim Abramku, o czternastolatku z Sosnowca - Moszku Rozenblumie, o Dwunastoletniej Małce i dziesięcioletnim Motelu z Woli Kuraszowej! Noście na swoich sztandarach nazwiska bezbronnych ludzi zamordowanych, zatłuczonych kamieniami, drągami w Przytyku, w Częstochowie, w Mińsku Mazowieckim. Mówicie o tchórzliwych atakach w nocy na śpiących ludzi, o podpaleniach, o bombach wrzucanych do sklepów, synagog i mieszkań. Mówcie o tym - jak to jest napadać w grupie na bezbronnych, na kobiety, na dzieci! To jest ta wasza odwaga, to jest ten czyn narodowy!
Z nacjonalistami, narodowcami, nazistami, kato-narodowicami się nie rozmawia! Nie dyskutuje! Nie ma miejsca dla rasizmu, dla homofobii, dla chorych idei nienawiści! Jeden z zapomnianych, wyrzuconych z pamięci literatury, żydowski pisarz Nachum Bomse pisał w pewnym opowiadaniu o starym Żydzie, który stanął naprzeciw najeżdżających miejscowość Moskali i krzyczał do przerażonych kobiet: „Ech hajs niszt mojre hobn! Ja nie każę się bać!”. Te słowa, to: „Ja nie każę się bać! Nie pozwalam nikomu się bać!” To jest rozkaz. Pamiętacie, co śpiewaliśmy wspólnie na koncertach Apatii? Hasła wolności zamienili w przemoc,
Zawładnęła nimi ta brutalna siła
Znaki nienawiści na wszystkich murach,
Głupia ideologia bezsilnych kretynów Niszcz nazizm NISZCZ NAZIZM!

23 marca 2017 | Dział: Publicystyka

Walka pracownicza nie zna granic! 

Nasze społeczeństwo wkroczyło w fazę populizmu, jakiego nie doświadczyliśmy w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Wyzysk pracowników i osób wykluczonych napędzany jest przez nacjonalistyczną i rasistowską retorykę, podżegającą ludzi przeciwko sobie nawzajem. Temu obrazowi świata pełnego nowych murów – zarówno na granicach, jak i w umysłach – musimy przeciwstawić projekt, który jest w stanie rozbić je wszystkie, a w ich miejsce stworzyć więzi między nami, pracownikami, oparte na solidarności i pomocy wzajemnej. Zamiast kultywować to co nas dzieli, powinniśmy skupić się na tym, co nas łączy w walce o lepsze warunki życia i - zgodnie z dążeniami anarcho-syndykalizmu – walczyć o świat bez wyzysku i dominacji.

FAU wzywa wszystkie osoby, inicjatywy, kolektywy i oddolne związki zawodowe, do wzięcia udziału w międzynarodowym dniu akcji na temat: „Praca i migracja“. W dniu 1 maja, chcemy wyrazić solidarność klasową z migrantami poprzez międzynarodową mobilizację przeciwko panującej ksenofobii, rasizmowi i nacjonalizmowi, które są bronią państwa i kapitału. Nasza walka z rasizmem skierowana jest przeciwko systemowi kapitalistycznemu, który opiera się na skrajnych nierównościach i - dla zapewnienia własnej ciągłości - zależny jest od podziałów społecznych.

Pracownikami w szczególnym stopniu wyzyskiwanymi i pozbawionymi uprawnień w naszym społeczeństwie są migranci, którzy – w wyniku rasistowskiej polityki migracyjnej – skazani są bądź na nielegalne zatrudnienie, zakazy pracy lub pracę przymusową. Zatrudniani głównie w branży gastronomicznej, sprzątającej czy budowlanej, o niskim poziomie uzwiązkowienia (lub żadnym), mają niewielkie możliwości walki z rosnącą prekaryzacją warunków pracy. Z kolei - oparte na idei dialogu społecznego - związki zawodowe „głównego nurtu“ wykazują niewielkie zainteresowanie w organizowaniu (nielegalnych) migrantów lub wspieraniu ich w walce o prawo do pobytu, czy też przeciwko barierom prawnym. Wręcz przeciwnie, koncentrując się na pracownikach zatrudnionych na stałe i kierując się logiką gospodarki narodowej, pogłębiają jedynie podziały społeczne.

Obecnemu stanowi rzeczy należy przeciwdziałać za pomocą solidarności i samoorganizacji - tak jak w przypadku naszych kolegów z Rumunii, którzy byli wyzyskiwani na placu budowy centrum handlowego w Berlinie (Mall of Berlin). Zmuszeni do życia i pracy w skandalicznych warunkach, zostali oni oszukani na wynagrodzeniu i spotkali się z groźbami. Samoorganizacja w FAU i wspólna walka pracownicza doprowadziły do tego, że Mall of Berlina został przemianowany na „Mall of Shame“ i stał się symbolem wyzysku migrantów w Niemczech. Tak oto, poprzez skuteczny opór przeciwko wyzyskowi, odpowiedzieliśmy na próby skierowania społecznej nienawiści przeciwko pracownikom z Europy Południowo-Wschodniej. Również w obecnych planach, by zmuszać uchodźców do podejmowania nieodpłatnej pracy w Niemczech, dostrzegamy próbę wykluczania i obniżania standardów pracy, co w konsekwencji negatywnie wpłynie na sytuację wszystkich pracowników. Jako klasa pracownicza powinniśmy solidarnie stawiać opór i walczyć nie tylko o prawo do swobodnego przemieszczania się dla wszystkich, ale także przeciwko wyzyskowi usankcjonowanemu przez rasizm.

Zgodnie z tradycją 1maja, wzywamy do solidarności z migrantami, by wspólnie protestować przeciw prekaryjnym warunkom pracy, przeciw kapitalistycznemu wyzyskowi, przeciw rasistowskiemu reżimowi granicznemu. Bez względu na to, jaką formę te protesty przyjmą – strajku, manifestacji, akcji informacyjnej, performance; nie ważne, czy na lokalnym lub ponadregionalnym poziomie; niezależnie od tego, czy jesteś pracownikiem/czką, osobą bezrobotną, studentem/tką, emerytem/ką, migrantem/ką lub uchodźcą/czynią, ważne jest, że wszyscy mają możliwość samoorganizacji przeciwko wyzyskowi. Tylko dzięki solidarności międzynarodowej i transgranicznej działalności związkowej, możemy stawiać opór kapitalizmowi. Dołącz do nas, by pod hasłem: „Walka pracownicza nie zna granic!“ wspólnie przeprowadzić akcję 1 maja. Wspólnie będziemy budować mosty, tam gdzie inni chcą wznosić mury.

 

Komitet ds. Międzynarodowych FAU

P.S. W razie jakichkolwiek pytań, zgłaszajcie się do nas. Jesteśmy otwarci na wszelkie pomysły, sugestie i komentarze. Cieszylibyśmy się z Waszego udziału w akcji 1 maja: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

06 marca 2017 | Dział: Publicystyka

Ceny kobiet wahają się w zależności od wieku i liczby posiadanych dzieci. Uprowadzone przez tzw. Państwo Islamskie jazydki wymieniane są pomiędzy dżihadystami lub sprzedawane na targach niewolnic i w Internecie. Część z nich już nigdy nie zostanie oswobodzona.

W sierpniu 2014 r. terroryści ISIS wtargnęli do zamieszkanego głównie przez jazydów dystryktu Sinjar, zabijając ponad 5 tys. osób. Czystki etniczne przeprowadzane przez dżihadystów dotknęły głównie wyznaniową kurdyjską mniejszość, która od zawsze stanowiła cel ataków – poczynając od czasów Imperium Osmańskiego, w trakcie rządów Saddama Husseina, a na tzw. Państwie Islamskim kończąc. Najazd ISIS wiązał się z próbami przymusowego nawracania jazydów na islam. Tysiące osób poniosło śmierć w wyniku odmowy, a ci, którym udało się uciec z Sinjaru napotkali szczelnie zamknięte granice Unii Europejskiej.

Dżihadyści w trakcie najazdu uprowadzili 7 tysięcy kobiet i dziewczynek, które potraktowane zostały jak łup wojenny. Część z nich wykupiono z niewoli, niektóre z jazydek zbiegły, inne zostały sprzedane na targu niewolnic m. in. do Algierii, Libii czy Arabii Saudyjskiej. Nazywane „trofeami”, gwałcone, zmuszane do aborcji i okaleczane kobiety, po uwolnieniu z rąk oprawców borykają się z zespołem stresu pourazowego (PTSD) i ciężką depresją. Odnotowano wiele przypadków samobójstw, także wśród dziewczynek, których wiek waha się pomiędzy 8–13 lat.

Kobietobójstwo – tym terminem najczęściej określa się masakrę jakiej dopuścili się na jazydkach islamisci – mówi szefowa Asudy, organizacji zwalczającej przemoc wobec kobiet w Iraku. – Uwolnione kobiety, którym udzielamy pomocy, przeżyły. Jednakżycie z tym bagażem doświadczeń jest koszmarem. Ofiary seksualnego wykorzystywania zostały okaleczone w sposób, który nigdy nie pozwoli im swobodnie funkcjonować w społeczeństwie.

Islamskie więzienie

Scenariusz zazwyczaj był ten sam: islamiści najeżdżali wieś i wywlekali kobiety z domów na ulicę. Nakazywali im siadać bądź kłaść się twarzą do ziemi. Poszturchiwali buciorami. Później, przystawiając broń do głów, zapędzali je na samochodowe przyczepy i transportowali do Mosulu bądź Rakki. – Dowodzący bandami mężczyźni przeprowadzali wstępną selekcję kobiet zanim weszłyśmy do aut – opowiada Lamiya, 24-letnia jazydka, która po ucieczce z domu swojego oprawcy trafiła do obozu dla uchodźczyń w irackim Duhok. Jej twarz pokryta jest siateczką drobnych blizn będących pozostałością po poparzeniu wrzątkiem. – To kara za nieposłuszeństwo – tłumaczy dziewczyna. Każdy opór karany jest w bestialski sposób – wyrażające sprzeciw kobiety są bite, przypalane, oblewane kwasem. Często dochodzi do obrażeń głowy czy złamań rąk.

Młode kobiety ze wsi Lamiyi w trakcie najazdu ISIS zostały odseparowane od starszych i przewiezione do dużej willi w centrum Mosulu. Tym samym transportem podróżowały dzieci jazydek; chłopców odebrano kobietom i wcielono do islamskich bojówek. – Już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek zobaczę mojego syna – mówi Lamiya. – Jeśli Imar żyje, to kim teraz jest?Więźniem Państwa Islamskiego. Będzie mordował w imię ich Boga i uważał, że to co robi jest słuszne. Gdy go widziałam po raz ostatni miał 5 lat. Rozkładał i składał kałasznikowa, mówił po arabsku i nie reagował na moją obecność.

Ideą dżihadystów jest budowanie licznej armii, dlatego udział dzieci w walce jest czymś powszechnym. Kilkuletni kurdyjscy chłopcy, którzy zostali uprowadzeni, towarzyszą dorosłym mężczyznom na każdym kroku; w tym czasie uczą się mówić i pisać po arabsku, recytować Koran, poznają taktykę wojenną – posługiwanie się bronią różnego kalibru, od kałasznikowów po moździerze i bazooki. Dżihadyści wykorzystują dzieci także w celu sprawdzenia czy dany teren jest zaminowany lub strzeżony przez YPG (Kurdyjskie Jednostki Ochrony). Często młodzi chłopcy wysyłani są jako pierwsi na linię frontu w charakterze „żywych tarcz”.– Mężczyzna, który kupił mnie na aukcji żądał ode mnie żebym rodziła mu chłopców. Mówił, że mnie zabije jeśli urodzę dziewczynkę – wspomina Shadan. Kobieta została porwana wraz ze swoimi siostrami i sprzedana na targu niewolnic w stolicy ISIS w Syrii. Wcześniej sfotografowano ją siedzącą na kanapie w malutkim pomieszczeniu znajdującym się na tyłach więzienia dla jazydek. – Wszystkim więźniarkom nakazano trzymać dłonie na kolanach i patrzeć prosto w obiektyw – opowiada Shadan. – Dzieci sadzano wokół kobiet; młodsze na kolanach, starsze na podłodze. Pod żadnym pozorem nie wolno im było płakać; strażnicy mierzyli do nich z broni, dotykali lufami główek.

PiekłoShadan została zlicytowana na targowisku. Każda z kobiet wychodziła na komendę przed szereg i była oglądana przez potencjalnych „klientów”. Zęby, dłonie, stopy, włosy. Mężczyźni dotykali jazydek przez burki. Gdy wynegocjowali cenę, „sprzedawca” pobierał opłatę i odsyłał kobiety do domu „nabywcy”. Shadan trafiła do haremu imama, który na powitanie obił jej twarz. – Okładał mnie pięściami i krzyczał, że mam być skromna i posłuszna, że mam od tej pory obowiązki i powinnam słuchać się najstarszej z żon.

Lamiya, Shadan i wiele innych kobiet padały każdego dnia ofiarami przemocy seksualnej. Wymuszano na nich odbywanie stosunków płciowych bez zabezpieczeń bądź faszerowano tabletkami antykoncepcyjnymi niewiadomego pochodzenia. – Nie wiedziałam, co biorę. Żona imama podawała mi jedną kapsułkę każdego dnia, a ja bałam się zapytać o przeznaczenie leku. Zresztą nawet się nad tym nie zastanawiałam. Byłam przerażona jak zwierzę, gdy Mohammed wracał do domu i przywoływał mnie skinieniem ręki – opowiada dziewczyna. – Zabierał mnie do pokoju i rzucał na dywan. Gdy mnie gwałcił patrzyłam na popękany sufit i to mi jakoś pomagało, bo odwracało uwagę od zadawanego bólu.

Według relacji Lamiyi niektóre z kobiet poddawane były przymusowej aborcji, po których borykały się z powikłaniami lub umierały. Zabiegi dokonywane były w nieprzystosowanych do tego pomieszczeniach, bez zachowania podstaw higieny. – Kobiety zabierano do jakiegoś lekarza na przedmieściach. W pomieszczeniu przebywało kilku mężczyzn, którzy przytrzymywali je podczas zabiegu – mówi Dilal, wolontariuszka pracująca w jednym z obozów dla jazydek w Iraku. – Dziewczyny traciły bardzo dużo krwi podczas nieudolnie przeprowadzanych aborcji, dochodziło do okaleczania narządów płciowych i zakażeń. Wiem także, że niekiedy po porodzie stosowano eutanazję, jeśli okazywało się, że kobieta urodziła dziewczynkę.

 

Jazydki przechodzą piekło w granicach Państwa Islamskiego, ale ta niewola, w którą zostały wtrącone nie skończy się po ich uwolnieniu. To miejsce to więzienie bez reguł, bo każdy dżihadysta dyktuje swoje warunki, a kobiety zmuszone są pod groźbą utraty życia poddać się męskiej władzy – tłumaczy Gul, psycholożka z Erbil, która od początku wojny z ISIS pracuje z uchodźccami. – Niewolnictwo w XXI wieku ma się całkiem dobrze, a kraje „pomagające” w wojnie na Bliskim Wschodzie w niewielkim stopniu angażują się w pomoc uwolnionym już jazydom. Brakuje świadomości, że dochodzi obecnie do kolejnego ludobójstwa, podobnego temu, które przeprowadzone zostało podczas II wojny światowej w Europie.

 

Marta Senk

Tekst ukazał się pierwotnie w 5 nr Ulicznej Gazety Anarchistycznej A-Tak

23 lutego 2017 | Dział: Publicystyka

Osoby śledzące doniesienia na temat organizowania blokad polowań, z pewnością dochodzą do wniosku, że głównym ich powodem jest sprzeciw wobec "rozrywkowego" pozbawiania życia dzikich zwierząt. Kwestie etyczne stanowią istotny czynnik motywujący aktywistów i aktywistki do działania. Jednak występowanie przeciwko myślistwu ma rozleglejszy sens, także walki ekonomicznej. Jest sprzeciwem wobec rosnącej eksploatacji przyrody dla doraźnych komercyjnych celów.

Przyglądając się danym za ostatnie osiem sezonów łowieckich (2008/2009-2015/2016) umieszczonych na stronach Polskiego Związku Łowieckiego (PZŁ), dostrzegamy, że liczba odstrzału wielu zwierząt łownych wzrasta. Dotyczy to szczególnie danieli (wzrost o 123%), muflonów (wzrost o 192%), jeleni (102%), saren (30%), wreszcie dzików (53%). Wprawdzie spada liczba upolowanych ptaków np. kuropatw (spadek o 94%) czy bażantów (spadek o 23%), a także zajęcy (spadek o 16%), to wyraźnie się rysuje tendencja do pozyskiwania jak największej ilości mięsa. Stąd rośnie odstrzał dużych zwierząt, a maleje małych. Gdyby porównać wyniki łowieckie na przestrzeni ostatnich ośmiu lat, to zauważamy, iż dziś szacunkowo pozyskuje się o ponad 1/2 więcej mięsa niż wcześniej. Potwierdzają to też dane Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) dotyczące skupu dziczyzny. W stosunku do jeleni, saren i dzików (głównych dużych ssaków łownych) wzrósł on między rokiem 2010 a 2015 o ponad 40%. Jest to - dodajmy - tendencja europejska, która da się zaobserwować już od kilku dekad. Myśliwi i część naukowców tłumaczy to raczej czynnikami naturalnymi, a nie ekonomicznymi. Utrzymują, że odstrzał jest konsekwencją wzrostu populacji ssaków łownych, który postępuje zasadniczo niezależnie od człowieka. Tak naprawdę jednak funkcje "ochronno-przyrodnicze" łowiectwa sprowadzają się do zabiegów hodowlanych, jak na przykład krytykowane przez ekologów dokarmianie zwierząt w zimie i  introdukcje, czyli wprowadzenie nierodzimego gatunku do danego ekosystemu.Polują nie tylko myśliwi zrzeszeni w kołach PZŁ, ale także leśnicy, a Lasy Państwowe (LP) nie ukrywają, że chciałyby zarabiać nie tylko na handlu drewnem, ale także coraz więcej na sprzedaży dziczyzny. Lasy Państwowe to ogromne przedsiębiorstwo. W Polsce ponad 90% powierzchni lasów jest poddana intensywnej eksploatacji gospodarczej. Spółka przynosi rocznie ponad 400 mln złotych czystego zysku, przy przychodzie ze sprzedaży wynoszącym 8,2 mld złotych. Lasy Państwowe posiadają zatem środki, aby swoje marketingowe plany zrealizować. Temu też prawdopodobnie mają służyć zmiany w Prawie łowieckim. Nowelizacja tej ustawy oprócz tego, że jest odpowiedzią na postulaty miłośników łowiectwa (rekrutujący się w większości spośród uprzywilejowanych klas społecznych), to ma otworzyć nowe możliwości niezakłóconej eksploatacji fauny. W handlu dziczyzną pośredniczą spółki prywatne. Większość dziczyzny jest eksportowana na Zachód (głównie do Niemiec). Wg GUS wartość eksportu w ostatniej dekadzie wzrosła o blisko 80%. Rynek ten wart jest dziś ok. 177 mln zł (47 mln. $) i dynamicznie się rozwija. Pojawiają się też rozważania marketingowe, jak zachęcić Polaków i Polki do kupowania i konsumowania dziczyzny, która dla większości póki co jest po prostu za droga i trudno dostępna. Powoli jednak realizowany jest plan pobudzenia wewnętrznego popytu na dziczyznę, co raczej stoi w sprzeczności z tłumaczeniem, że łowiectwo ogranicza się tylko do zachowania równowagi biologicznej i funkcji "ochronno-przyrodniczych".Co to realnie oznacza? Dziś zabija się ok. jednego miliona zwierząt łownych (85-90% odstrzału dokonują członkowie PZŁ, pozostałą część przede wszystkim leśnicy). Pesymiści twierdzą, że ofiarą eksploatacji może rocznie padać nawet ponad 1,5 miliona zwierząt, gdyby uwzględnić te, które umierają ranione, ale nie schwytane przez myśliwych. Presja na odstrzał ciągle rośnie, ale to wcale nie oznacza, że populacja dużych ssaków łownych maleje. Przeciwnie, wkłada się wiele starań, aby do tego nie dopuścić, wraz ze wspomnianym już dokarmianiem czy wprowadzeniem do ekosystemu gatunków obcych (np. danieli). Całe połacie lasów i przyległości zamieniono w tereny de facto hodowlane, a eksploatacja lasów (wycinka) sprzyja powstawaniu polan i młodników, gdzie wiele zwierząt łownych żeruje. Współczesny hodowlany las jest o wiele rzadszy od borów sprzed kilku stuleci, co - wbrew pozorom - sprzyja rozwoju gatunków zwierząt łownych. Przede wszystkim jednak struktura dzisiejszego rolnictwa przyczynia się do powiększania się liczebności wielu ssaków kopytnych, które zyskały dostęp do dużych obszarów bogatych w żywność, o każdej w zasadzie porze roku. Na tym tle - nie tyle innego, co dodatkowego - sensu nabierają blokady polowań. 28% naszego kraju zajmują lasy, a wraz z przylegającymi do nich polami, to ogromny obszar, który został zawłaszczony na potrzeby czysto merkantylnych celów. Na styku sektora państwowego (zwierzyna łowna teoretycznie należy do państwa) i biznesu rodzą się prywatne fortuny i dostatnio żyje urzędnicza nomenklatura. Sprzedaje się nie tylko drewno, ale także w coraz większej ilości dziczyznę.  Problem polega na tym, czy dzieje się to w interesie społecznym? Według jednego z opracowań, myśliwi (ok. 100 tys. osób) to przede wszystkim osoby z wyższy wykształceniem (49,7%), mężczyźni (97,4%), reprezentujący prywatnych przedsiębiorców (34,7%) lub - dodatkowo - menadżerów przedsiębiorstw i kierownictwo instytucji państwowych (32%). Jest to "hobby" wyjątkowo elitarne. Z kolei sama konsumpcja mięsa jest ścisłe spleciona z zajmowaną pozycją społeczną. Jak wykazałem to w mojej książce "Społeczeństwo bez mięsa", powołując się na badania GUS dotyczące polskich gospodarstw domowych, te o najniższych dochodach konsumują o 1/5 mniej mięsa w ogóle, niż gospodarstwa domowe o najwyższych dochodach. W przypadku dziczyzny rozdźwięk ten jest prawdopodobnie jeszcze większy. Blokady polowań są zatem próbą odzyskania inicjatywy społecznej w obszarze, gdzie pojęcie dobra wspólnego, jak lasy i dzikie zwierzęta, zostało dawno zatracone - pomimo obowiązujące rządowej retoryki ochrony przyrody. Chroni się jedynie zasób, na którym swoją łapę położyły uprzywilejowane klasy społeczne - mężczyźni z wyższym wykształceniem kierujący prywatnymi firmami lub przedsiębiorstwami i instytucjami państwowymi.
Artykuł ukaże się na nadchodzącym numerze pisma "A-tak"

 

Jarosław Urbański

17 lutego 2017 | Dział: Publicystyka

Uchodźcy z Syrii, podobnie jak miliony ludzi z innych krajów do ucieczki za granicę przez wojny, głów i klęski żywiołowe, padają ofiarą brutalnej eksploatacji ekonomicznej. Na granicy turecko-syryjskiej wyrosły nieformalne strefy przemysłowe, w których wyzyskuje się setki tysięcy pozbawionych środków do życia uciekinierów. Wielu z nich, po latach ciężkiej pracy bez perspektyw, podejmuje próby wyjazdu do Europy. 

Francois Crépeau, niezależny ekspert przy Radzie Praw Człowieka ONZ, w swoich licznych wystąpieniach wskazywał, że jeżeli rządy Europy chcą mieć jakąkolwiek realną kontrolę nad migracjami to muszą wprowadzić w życie mechanizm umożliwiający legalne przekraczanie granic. Jako jeden z nielicznych mówił wprost: „Nie udawajmy, że to co dotychczas robi UE oraz jej członkowie działa. (…) [B]udowanie grodzeń, używanie gazu łzawiącego i inne formy przemocy kierowane przeciwko migrantom i ludziom ubiegającym się o azyl; więzienie, odmawianie prawa do podstawowych rzeczy takich jak schronienie, jedzenie czy woda oraz używanie języka nienawiści nie zatrzyma ludzi przed migracją, czy wykorzystywaniem różnych dróg migracji (też tych nielegalnych) do Europy”[1]. Crépeau wypowiadał się w kontekście wydarzeń, które miały miejsce w 2015 r., a nazwane zostały „kryzysem uchodźczym”. Twierdził, iż jest on właściwie kryzysem struktur Unii Europejskiej. Jako rozwiązanie alternatywne, wobec wprowadzanego przez rządy politycznego stanu wyjątkowego, militaryzacji granic, zaostrzenia kontroli czy dyscyplinowania migrujących ludzi, Crépeau proponuje stworzenie np. systemu wiz, które umożliwią migrantom i uchodźcom wejście na rynek pracy w danym kraju przyjmującym. Jednocześnie zaznacza, że takiemu rozwiązaniu musiałoby towarzyszyć wprowadzenie systemu sankcji wobec tych pracodawców, którzy wykorzystują status niezarejestrowanych migrantów jako tanią siłę roboczą na czarnym rynku pracy w sektorach takich jak m.in. rolnictwo, budownictwo, przemysł tekstylny czy usługi sprzątające. Bowiem – jego zdaniem – tylko to jest w stanie w jakimkolwiek stopniu załamać biznes przemytu ludzi i wykorzystywanie migrantów jako taniej siły roboczej. Wydaje się jednak, że żaden z przedstawicieli Rządów Unii Europejskiej nie ma zamiaru wdrażać programów w oparciu o założenia Crépeau, ponieważ interesy państw i kapitału są znacząco inne niż interesy migrantów. Poza tym, debata na temat tzw. kryzysu uchodźczego, skutecznie odwróciła uwagę od kryzysu europejskiego.
     
Od jakiegoś czasu publikowane na łamach BBC, Guardiana i Al-Jazeery ukazują szczegóły dotyczące  pracy dzieci syryjskich, zatrudnianych w tureckich fabrykach tekstylnych. Ważne jest by podejmować analizy mające na celu ukazanie szerszego kontekstu zjawiska wykorzystywania pracy uchodźców na „czarnym rynku”, odwołując się do zamknięcia tzw. szlaku bałkańskiego i uznania Turcji za tzw. trzeci bezpieczny kraj.
 
Praca i globalny kapitał


Praca migrantów zawsze pełniła kluczową rolę w gospodarkach kapitalistycznych. Żeby nie sięgać daleko, na początku lat 70. XX w. w Niemczech imigranci stanowili  9,1% siły roboczej, w Szwecji 5,5%,  w Belgii 7,2%, we Francji 9,3%, a w Szwajcarii aż 24%. 35 lat później (w 2005 r.), kiedy w obrębie kontynentu europejskiego dokonały się istotne zmiany polityczne i ekonomiczne (m.in. upadek Muru Berlińskiego), zapotrzebowanie na imigrancką pracę nie słabło. Obcokrajowcy stanowi w dalszym ciągu istotną część siły roboczej: w Niemczech 9,3%, w Szwecji 4,8%, w Belgii 9,1%, we Francji 5,3%, w Szwajcarii 20,9%, w Wielkiej Brytanii (w 2002 r.) 9,7%.  Kryzys z lat 2007-2008 oznaczał pogorszenie się sytuacji na rynku pracy w wielu europejskich krajach, ale bynajmniej, w dłuższej perspektywie, nie doprowadził do rezygnacji z pracy imigrantów. Co ważne, zapotrzebowanie to dotyczy przede wszystkim migracji wahadłowej tzn. takiej, która pojawia się w okresie gospodarczej hossy i „wraca do siebie”, kiedy następuje ekonomiczna bessa. W ten sposób pracownicy-imigranci nie są obciążeniem dla systemu socjalnego i migrują w takt kapitalistycznych cykli koniunkturalnych. W takim układzie użyteczna staje się często nielegalna siła robocza, którą łatwo zmusić do wyjazdu poprzez bardziej restrykcyjne działania odpowiednich służb państwowych. Mechanizmy segregacji prawnej, społecznej i ekonomicznej zawsze służyły utrwalaniu hierarchii i nierówności społecznych w globalnych stosunkach pracy. Z jednej strony migranci stanowili rezerwową armię pracy, z drugiej strony, pozbawieni podstawowych praw, są niekiedy zdyscyplinowani do tego stopnia, że zaakceptują wzrastający poziom eksploatacji i prekarne warunki zatrudnienia. Wprowadzanie neoliberalnych „pro-integracyjnych” programów jest często nierozerwalnie związane z rozwojem niestabilnych i tymczasowych form zatrudnienia, obniżania wynagrodzeń itd. Oczywiście nierozerwalnie powiązaną kwestią pozostaje kontrola siły roboczej, zarówno na poziomie przedsiębiorstw jak i kraju, zatem zatrudnienie może być limitowane nie tylko z powodów koniunktury ekonomicznej, ale też z powodów politycznych. Taka sytuacja ma miejsce również w wielu krajach Bliskiego Wschodu. Warto przyjrzeć się sytuacji w Jordanii, kraju którego historia od wielu lat jest nieodłącznie związana z polityką kontroli nad uchodźcami osiedlonymi w tutejszych obozach. Systemy kontroli społecznej, ale również segregacji na rynku pracy w oparciu o pochodzenie, były od lat implementowane jako skuteczne narzędzie podziału pomiędzy obywatelami Jordanii i cudzoziemcami. Obecnie możemy przytoczyć chociażby sytuację Syryjczyków mieszkających w największym na Bliskim Wschodzie, oddalonym o 13 kilometrów od granicy z Syrią, obozie dla uchodźców Zaatarii Camp w Jordanii. Syryjczycy nie mogą z niego wychodzić bez uzyskania zgody. Zgoda na wyjazd z obozu do każdego innego jordańskiego miasta jest związana z koniecznością uzyskania jordańskiego sponsora, który może zagwarantować utrzymanie finansowe poza murami obozu. W obozie mieszka ponad 81 tys. zarejestrowanych osób, realnie liczba ta może być znacznie większa. Od stycznia 2012 r., z założenia tymczasowy obóz przerodził się w czwarte największe miasto Jordanii, otoczone drutem kolczastym i chronione przez jordańskie wojsko i policję. Ten pustynny teren o obszarze 13 km2 jest obecnie podzielony na 12 dzielnic, w których rozmieszczone są nieformalne sklepy, szkoły, szpitale, meczety. Przydrożne sklepy, prowadzone przez mieszkańców, powstawały wraz z biegiem lat. Działają bez systemu zezwoleń czy pozwoleń o pracę. Nieformalna gospodarka rozwinęła się w odpowiedzi na zamknięcie i izolację mieszkańców obozu. Bezpieczny trzeci kraj NATONiezależnie od położenia geograficznego, w gospodarce kapitalistycznej na poziomie zakładów pracy, w których zatrudniani są cudzoziemcy wprowadzanie podziałów ze względu na narodowość to skuteczny środek kontroli i podporządkowania pracowników poprzez szerzenie atmosfery wzajemnej niechęci i podziałów. Dobrym przykładem jest obecna sytuacja prawna Syryjczyków na terenie tzw. „trzeciego bezpiecznego kraju”. Zgodnie z oficjalnymi statystykami w Turcji przebywa obecnie ok. 2,7 mln syryjskich uchodźców, ale realnie jest ich więcej. Część ludzi przekroczyła bowiem granice bez dokumentów lub nie zarejestrowała swojego pobytu. Przebywający w Turcji Syryjczycy mają status „gości”, natomiast uzyskanie legalnej pracy jest w dużej mierze uzależnione od przyszłego pracodawcy.  Tureckie prawo pracy zobowiązuje przedsiębiorców do zatrudniania nie więcej niż 10% obcokrajowców w danym przedsiębiorstwie.  Ale właściciele fabryk nie zawsze przestrzegają tych obostrzeń. Dynamicznie zmieniające się regulacje prawne dotyczące rejestracji pobytu i otrzymania „tymczasowej ochrony” zapewnianą przez dokument zwany kartą Kimlik i specjalne numery rejestracyjne FIN 98 lub 99, stanowią znaczne udogodnienie dla szukających luk w prawie pracodawców.
Sytuacja ta ma znaczny wpływ na turecki rynek pracy. Ximena Del Carpio, współautorka raportu Banku Światowego na temat wpływu obecności Syryjczyków na turecki rynek pracy, podsumowuje, że zgodnie z empirycznymi wynikami prowadzonych przez nią badań, wzrastająca od momentu wybuchu konfliktu w 2011 r. liczba emigrantów syryjskich, która dotarła do Turcji, spowodowała wyparcie tutejszych pracowników z nieformalnego sektora rynku pracy. Inaczej  mówiąc Syryjczycy „przejęli” turecki „czarny rynek pracy”, choć duża część z nich traktuje Turcję jedynie jako kraj tranzytowy do UE. Zgodnie z przywoływanymi przez nią liczbami w sektorze tym na 6 tureckich pracowników przypada 10 Syryjczyków. Del Carpio twierdzi, że przesunięcie wystąpiło wśród wszystkich rodzajów nieformalnie zatrudnionych pracowników tureckich, niezależnie od płci, wieku czy wykształcenia, jednak dotyczyło to szczególnie miejsc pracy zajmowanych przez osoby bez formalnego wykształcenia. Zmiany zatrudnienia były adekwatne do dynamiki wynagrodzeń zaniżonych przez imigrantów: wzrost liczby uchodźców miał duży, negatywny wpływ na potencjalne dochody tureckich pracowników sektora nieformalnego, szczególnie kobiet i osób o niskim poziomie wykształcenia.
W istocie brak możliwości ubiegania się o legalną pracę przez większość przebywających na terenie Turcji uchodźców syryjskich, niezależnie od czasu przebywania na terenie tego kraju czy posiadanych umiejętności, kwalifikacji i sieci znajomości, skutkuje tym, że duża część imigrantów (zwłaszcza tych bez środków finansowych) nie ma innego wyjścia jak podejmować pracę „na czarno”, zaakceptować niskie płace oraz zastane warunki czy niesprawiedliwe zasady. Pracownicy zatrudnieni w dużych międzynarodowych firmach, zazwyczaj wyżej kwalifikowani, mogą uzyskać pozwolenie o pracę na wniosek samego pracodawcy. Wówczas procedura rejestracji i pozwolenia o pracę jest dość szybka. Niemniej jednak w stosunku do pracowników niżej wykwalifikowanych sytuacja legalnego zatrudnienia zdarza się rzadko.
     
Szybko, szybko!


Kaoa, 27-letni Syryjczyk, który pracował w Turcji, by móc zdobyć pieniądze na przyjazd do Europy, mówi w jaki sposób szefostwo fabryk wykorzystywało nieformalny status prawny Syryjczyków. „Cały czas na nas krzyczeli czabuk (szybko). Ze wszystkim musieliśmy się śpieszyć. Dodatkowo w grupie pracowników tworzyli podziały ze względu na narodowość. Szefostwo poprzez sposób funkcjonowania firmy nastawiało negatywnie do siebie pracowników syryjskich i tureckich. Takie podziały ze względu na pochodzenie były dla nich bardzo korzystne. Nie mogliśmy wspólnie walczyć o swoje prawa, walczyliśmy między sobą. Mówili, że to są Syryjczycy, więc muszą pracować szybciej i ciężej, żeby dostać pieniądze. Wykorzystywali naszą siłę tak, jak tylko mogli.”Lina, z którą rozmawiałam w Grecji, po to aby zebrać pieniądze na podróż do Europy, przepracowała prawie 3 lata w tureckim przemyśle odzieżowym. Wielokrotnie przytaczała opisy tureckich fabryk. „Właściwie prawie wszystkie fabryki tekstylne, które zatrudniają bez umowy znajdują się na przedmieściach Istambułu. Te większe i mniejsze. Jeżeli są w centrum to nie przy głównych ulicach, raczej w piwnicach, zakamarkach ulic, na podwórkach budynków, (…) w piwnicach znajdują się zakłady, maszyny do szycia i stanowiska pracowników, (…) są całe przedmieścia gdzie zatrudniani są praktycznie sami uchodźcy. (…) Dużo Syryjczyków pracuje nielegalnie. Pomimo tego, że każdy o tym wie, nikt nie chce dawać im pozwolenia na pracę. Bardzo rzadko się zdarza, że szefowie są do tego skłonni. Inaczej musieliby też podnieść stawki wynagrodzeń. Niemniej jednak są kontrole pracodawców. I właśnie dlatego największy wyzysk odbywa się w miejscach ukrytych. Czasami jest tak, że właściciele firm dogadują się z lokalną policją w ten sposób, że nikt się nie czepia. Jeżeli zapłacą za ciebie to nawet dostaniesz możliwość legalnej pracy szybciej.  Ale generalnie pracodawcy boją się zatrudniać legalnych pracowników w centrum Istambułu np. w znanych dzielnicach handlowych, bo wiedzą, że są narażeni na kontrole. Jest to dla nich duży stres. Jeżeli chcą jednak mieć tańszych pracowników, to ryzykują.”W przypadku Liny, jeden z właścicieli sklepu odzieżowego zatrudnił ją legalnie. Nic jej o tym nie mówiąc, załatwił wszystkie formalności. „Szef sam się domyślił, że nie mam pozwoleń na pracę i nie jestem w stanie ich sama uzyskać. Sam je za mnie wyrobił, nic mi o tym nie mówiąc, żebym mogła legalnie pracować.” Lina, jako młoda kobieta ostatecznie została zatrudniona na stanowisku sprzedawczyni. Płynnie posługiwała się językiem angielskim, arabskim oraz podczas pobytu w Turcji nauczyła się również języka tureckiego. Pozwoliło jej to na uzyskanie o wiele większych zarobków niż cała jej rodzina. Lina zarabiała po pierwszym miesiącach pracy w sklepie 5 tys. lir. Natomiast jej matka oraz brat, zatrudnieni w fabrykach albo jako pomoc kuchenna, mogli zarobić od 300 do 700 lir miesięcznie. Sformalizowanie i zalegalizowanie jej stosunku pracy było zależne od rodzaju jej relacji z pracodawcą. Niemniej jednak Lina wskazywała, że w tym samym sklepie, w charakterze magazynierki pracowała 8-letnia Syryjka. „Mówili, że tak jest dla niej najlepiej, bo będzie mogła kupić jedzenie. (…) Jeżeli ktokolwiek chciał pomóc jej i jej rodzinie to powinni przecież zapytać innych dorosłych z jej rodziny i im zaoferować pracę. Wiem, że przecież miała tatę i brata, ale oni woleli jej zaoferować tę pracę, bo jej zapłacą najmniej – to jest główna idea zatrudniania dzieci. Ona pracowała codziennie za jakieś 200-300 lir miesięcznie. Czasami pracowała po 12 godzin dziennie, podawała towary, przekładała, sprzątała. To też nie były zdrowe warunki dla dziecka. Powietrze w piwnicy nie było zdrowe, było tam dużo kurzu, wilgoci i pyłu.” Według Liny „Turcja na pewno nie jest bezpiecznym krajem dla uchodźców. Dużo ludzi nie znosi tam być, ze względu na sytuację polityczną, jeżeli mogą to uciekają stamtąd. Ale jeżeli nie masz pieniędzy lub dokumentów, to tam utknąłeś. Prawnie Syryjczyk, przynajmniej na początku, jest pozbawiany praw pracowniczych”.Lina większość zarobionych pieniędzy wydała na przerzucenie rodziny do Grecji. „Najpierw wysłałam moją Mamę. Zapłaciłam za przeprawę pontonem przez morze do Grecji. Później wysłałam brata i młodsze siostry. Byłam jedyną osobą, która była w stanie zebrać pieniądze na wyjazd całej rodziny. Ja zostałam na końcu.” Jednocześnie opowiada o kolejnych etapach swojej własnej podróży. „Najpierw musisz dostać się na łódkę płynącą z Turcji na greckie wyspy, ładując się w sumie do kompletnie przepełnionego pontonu. Ta podróż kosztuje ok. 600 euro. Następnie, dlatego że nie miałam syryjskich dokumentów i nie mogę ich nigdzie ponownie wyrobić, niektórzy ludzie pomogli mi przypłynąć z wysp do Aten nielegalnie. Również musiałam za to zapłacić. Jednocześnie nie miałam za sobą dużo pieniędzy. Miałam tylko tysiąc euro na podróż. Bałam się, że mogę gdzieś utknąć. (…) Później musisz radzić sobie sama, zdobyć jakieś pieniądze. (…) Decydowanie się na nielegalne przekroczenie granicy jest tu bardzo popularne. Przemytnicy wiedzą też jak złapać klienta. Rozwijane są całe strategie marketingowe na rynku przemytniczym. (...) Nie możesz dawać do zrozumienia, że są twoją jedyną szansą, bo zaczną to wykorzystywać. Często się zdarza, że ludzie którzy im ufają dają im pieniądze, a oni po prostu znikają. Kilka osób zaoferowało mi pomoc, ale zobaczymy, muszę najpierw ich sprawdzić, zobaczyć czy nie oszukały innych. Tu wszyscy wszystko wiedzą.”
W pułapce wyzysku


Duża część cudzoziemców (pochodzących z różnych krajów), którym udało się dotrzeć do Grecji już po całkowitym lub częściowym zamknięciu tzw. szlaku bałkańskiego, była zmuszona do pozostania na jej terenie. Aby uzyskać pieniądze na utrzymanie, niektóre podjęły prace w sektorze usług seksualnych. Hamid, Irańczyk, z powodu zamknięcia szlaku bałkańskiego, postanowił aplikować o azyl w Grecji. Procedura okazała się bardzo długa i aby się utrzymać był zmuszony podjąć pracę na rynku usług seksualnych w Atenach, „Wiesz co się z nami wszystkimi stało? Ci, którzy mieli pieniądze od rodzin pojechali dalej, bo mogli zapłacili przemytnikom za dokumenty i drogę. Część nie wytrzymała warunków w obozach, tego ciągłego czekania i postanowiła wrócić do domu. Część chłopaków zaczęła pracować w sex-barach. To nie jest trudne, jak ktoś zauważy, że jesteś młody i ładny oraz kilka razy widzi cię na Viktorii lub Omonii, to zaoferuje pracę. Samo tańczenie albo usługi seksualne – to zależy od tego, ile pieniędzy potrzebujesz. Niestety, często żeby wytrzymać ludzie zaczynają brać narkotyki Jak nie miałem pieniędzy, to chodziłem kilka razy tam zarobić. Teraz znalazłem pracę jako barman.”  Obecnie wiele międzynarodowych mediów skupiło się na problemie dzieci syryjskich, pracujących w tureckich fabrykach. Niewiele z artykułów przedstawiało szerszy kontekst sytuacji i warunków życia Syryjczyków w Turcji. Największe fabryki odzieży są zlokalizowane głównie na przedmieściach najbardziej zindustrializowanych miast takich jak Gaziantep, Mersin, Adana oraz Istambuł. Tureckie fabryki stanowią jeden z najważniejszych punktów w międzynarodowym łańcuchu dostaw. Swoje fabryki mają tu zlokalizowane największe międzynarodowe koncerny, m.in. Adidas, Nike, Zara, H&M, Mark & Spencer czy Mango. Po tym, jak wspominałam, na łamach kilku międzynarodowych dzienników m.in. BBC, Guardiana, Al-Jazeery, ujawniono złe warunki pracy syryjskich dzieci i dorosłych, o głos poproszono menedżerów wymienionych marek. Pytani o swoje stanowisko w tej sprawie, przedstawiciele korporacji stosują różną taktykę. Zazwyczaj twierdzili, że nic nie wiedzieli o zatrudnianiu i wykorzystywaniu Syryjczyków, ponieważ pracownicy byli zatrudnieni u podwykonawców. Jak wskazuje 17-letni Muhammad, sieć dostawców jest skomplikowana. Ten były pracownik jednej z dużych fabryk mieszczących się w Istambule, z którym udało mi się przeprowadzić wywiad, twierdził, że pracownicy często sami nie wiedzą dla jakiego koncernu pracują. „Nie wiem czy te firmy, w których pracowałem były połączone z jakimiś międzynarodowymi koncernami. W sumie mnie to nie obchodziło. Byłem tylko zwykłym pracownikiem, który przychodzi do pracy po to, żeby zdobyć pieniądze. Może ta fabryka była częścią dużego łańcuchu dostawczego, jeżeli chodzi o eksport ubrań z Turcji, ale dla mnie było to mało istotne. Pracowałem codziennie od wczesnego rana do ok. 21:00, aż nie weszła druga zmiana. Nosiłem bardzo dużo ciężkich rzeczy. Jedyne słowo, które zapamiętam do końca życia i które słyszałem najczęściej to czabuk, tzn. szybko. Używali tego słowa praktycznie bez przerwy. Krzyczeli na pracowników szybko, szybko, pracuj szybko, rób szybko! Nawet jakbyś robił coś tak szybko jak Superman to i tak zaczęliby na ciebie krzyczeć, że masz robić to szybciej. Dlatego też nikt z nas nie lubił tej pracy.” Duża część międzynarodowych koncernów posiada certyfikaty „Fair Trade” lub są członkami organizacji i instytucji poświadczających o godnych warunkach pracy pracowników oraz zachowaniu norm etycznych, takich jaki „Ethical Trade Initative”. Niemniej jednak w praktyce dochodzi do łamania podstawowych praw. W całej debacie na temat tzw. kryzysu uchodźczego w ogóle nie podnosi się tematu tego kto czerpie największe zyski z trudnej sytuacji w jakiej znaleźli się uchodźcy.
     
Ekonomiczna geografia miasta


Na tureckich ulicach widać żebrzące dzieci syryjskie, rodziny zbierające złom, dzieciaki sprzedające chusteczki lub zabawki. Wszyscy zdają sobie sprawę z wykorzystywania uchodźców jako nisko płatnej siły roboczej.
Sytuacja prawna Syryjczyków jest przede wszystkim wykorzystywana do zaniżania kosztów produkcji w tureckich fabrykach. Zatrudniani w dużej mierze nielegalnie, otrzymują znacznie niższe pensje. Przykład nierównych pensji mogą stanowić zarobki Syryjczyków zatrudnionych w tureckich fabrykach w dzielnicy Istambułu Bagiclar, gdzie Turcy zarabiają 1,5 tys. lir miesięcznie, natomiast Syryjczycy tylko 750 lir. Różnica ta w stawkach dziennych wynosi odpowiednio dla Turków 70-100 lir i Syryjczyków 30-40 lir. Średni czas pracy wynosi ok. 60 godzin tygodniowo. Nie wiemy jak duża część z 2,7 mln oficjalnie zarejestrowanych uchodźców syryjskich na terenie Turcji – z czego połowa to dzieci i młodzież poniżej 17 roku życia – pracuje. Brakuje statystyk na ten temat. Zgodnie z niektórymi szacunkami ok. 250 tys. osób pracuje nielegalnie, głównie w sektorze odzieżowym. Prawie połowa Syryjczyków, żeby polepszyć swoją sytuację twierdzi, że zaciąga długi. Około 5% deklarowało, że żebrze na ulicy. Zdecydowana większość syryjskich imigrantów (85%) mieszka poza tureckimi obozami dla uchodźców. Należy pamiętać o tym, że statystyki nie oddają pełni sytuacji – liczba uchodźców z Syrii ciągle wzrasta, część osób przekraczała granicę nielegalnie i żyje na terenie Turcji nie będąc zarejestrowana. Zgodnie z założeniami porozumienia pomiędzy UE a Turcją, osoby, które przebywały okres dłuższy niż 6 miesięcy na terenie Turcji miały nabywać prawo aplikowania o pozwolenie na pracę. Pozwolenie to umożliwiłoby  Syryjczykom otrzymywanie co najmniej  minimalnego wynagrodzenia w wysokości 379 euro. Niemniej jednak cała procedura ubiegania się o status legalnego pracownika zawiera szereg obostrzeń i barier, które w gruncie rzeczy są dla większości nie do przejścia. Pozwolenie o pracę jest zależne głównie od pracodawcy.Systemy segregacji
 
Trudne warunki życia, ograniczona możliwość korzystania z podstawowych praw oraz sytuacja na rynku pracy w Azji Mniejszej i na Bliskim Wschodzie skutkują tym, że imigranci starają się jak najszybciej przedostać do UE. Ahmad Ismat działacz społeczny, aktywista, współpracownik i tłumacz pracujący dla wielu organizacji międzynarodowych oraz osoba odpowiedzialna za kontakty z międzynarodowymi agencjami prasowymi w Turcji, skomentował w następujący sposób tzw. kryzys uchodźczy: „W 2015 r. UE była świadkiem ogromnej migracji, bo ludzie chcieli po prostu prawa do pracy i edukacji. Syryjczycy czekali 5 lat, żeby turecki rząd poprawił warunki dla Syryjczyków. Duża część ludzi idących przez szlak bałkański  w 2015 r. to ludzie, którzy najpierw uciekli do Turcji, a dopiero później do Europy. Powiedziałbym, że tysiące ludzi w 2015 r. uciekało z Turcji, a nie z Syrii”.
Rząd turecki na razie przyjął określoną strategię działania w odpowiedzi na konflikt w Syrii. Przebywający w Turcji Syryjczycy nie mogą ubiegać się o status uchodźcy, lecz mają jedynie status „gości”. Zarejestrowani obywatele Syryjscy są posiadaczami karty Kimilk, co zapewnia status „ochrony tymczasowej” wraz z dostępem do darmowej służby zdrowia. Jak mówi Koa: „Na początku przyjechałem sam do Turcji (z Aleppo), później sprowadziłem całą rodzinę. Ja i mój brat pracowaliśmy w Turcji. Pieniądze, które zarabialiśmy wystarczały by przeżyć do końca miesiąca. To było bardzo trudne. Tylko wizyty w szpitalach w nagłych przypadkach są darmowe (…). Lekarze pierwszego kontaktu są już płatni. Przedstawiciele rządu tureckiego powiedzieli też, że opieka zdrowotna dla uchodźców jest darmowa. W rzeczywistości nie do końca tak jest, musisz też płacić za recepty pełną kwotę. Jeżeli masz całą rodzinę do utrzymania, jest to prawie niemożliwe, żeby móc wszystko zapłacić – mieszkanie i jedzenie. Ja zarabiałem 1,2 tys. tureckich lir, a czynsz za mieszkanie wynosił 800 lir. Do tego, trzeba jeszcze zapłacić za wodę, prąd. No i ceny jedzenia nie są takie niskie. Na jedzenie czasami zostawało nam 200 lir. (…) To nie jest możliwe, żeby przy takich zarobkach wyjechać z Turcji. Jeżeli nie masz rodziny czy przyjaciół za granicą, którzy wyślą Tobie pieniądze, po prostu utknąłeś. (…) Jeżeli to byłoby bezpieczne miejsce dla uchodźców  [Turcja] to na pewno, nikt by nie próbował stąd cały czas uciekać. Jeżeli nie masz pieniędzy to po prostu utknąłeś w tym więzieniu, gdzie nie masz praw. Rząd Turcji bierze dużo pieniędzy od UE na programy dla uchodźców, my jakoś nie widzieliśmy rezultatów. Rząd turecki bierze również pieniądze od uchodźców, poprzez eksploatację naszej pracy, swoimi rękami jesteśmy zmuszani do wspierania tego kraju”.
 
Dodatkowy problem stanowi ograniczenie możliwości przemieszczania się Syryjczyków wewnątrz Turcji. Duża część Syryjczyków zobowiązana jest do pozostawania na terenie okręgu, w którym są zarejestrowani i w którym otrzymali kartę Kimlik. Taka forma kontroli nad Syryjczykami budzi szereg konsekwencji. Mając znacznie ograniczoną możliwość poruszania się, Syryjczycy zdani są w całości na pomoc oraz zasoby, jakie oferują im władze danego okręgu. Przywilej Rozwój gospodarek kapitalistycznych oraz liberalizacja stosunków handlowych wbrew założeniom globalizacji, mówiącym o wolnym przepływie ludzi i kapitału, kładzie duży nacisk na zaostrzenie reżimów granicznych. Reżimy te celowo miały służyć również do kategoryzowania ludzi na „obywateli” i „nie-obywateli”. Jak wskazywał Immanuel Wallerstein w swych rozważaniach nad klasowym charakterem rasizmu: „Obywatelstwo to przywilej, a przywilej jest chroniony przez wyłączenie spod niego niektórych ludzi. Wykluczenie zamiast być otwarcie klasowe, stało się narodowe tudzież kryptoklasowe” [2]. System granic oraz mechanizm kryminalizowania tzw. nielegalnych imigrantów wpisuje się w różnorodność nadawanych statusów i praw osobom migrującym, które de facto stanowią ogromną siłę napędową międzynarodowych gospodarek.
 
W krajach europejskich systematyczne wprowadzanie dość restrykcyjnej kontroli, opartej na systemie paszportowym oraz militaryzacja granic, miało miejsce dopiero po wybuchu i w następstwie I wojny światowej. Działania te były związane ze wzrostem biurokratycznej kontroli nad migracją, a także z chęcią zachowania kontroli nad siłą roboczą.Systemy wzmożonej weryfikacji danych osobowych, wzrastająca przemoc i militaryzacja granic podczas tzw. kryzysu uchodźczego w 2015 r. stanowiły tego ilustrację. Również szafowanie pojęciem kryzysu uchodźczego, umożliwiło dyscyplinowanie i segregację osób przemierzających szlak bałkański.
 
Kontrola oraz podporządkowanie migrantów rządom i kapitałowi są powodowane obawami przed skutecznym dochodzeniem przez nich swoich praw pracowniczych, socjalnych i obywatelskich oraz buntami społecznymi. Często ruch migracyjny stanowi jedną z największych sił protestów pracowniczych. Uchodźcy nie są bowiem tylko biernymi ofiarami, lecz zdeterminowanymi ludźmi zdolnymi walczyć o swoje prawa. Władze poszczególnych państw wydają się mieć tego świadomość.  I właśnie z powodu obaw, że mogą pojawić się żądania równego traktowania, europejskie państwa narzucają szereg restrykcji, mających na celu utrzymanie cudzoziemców pod kontrolą, co daje możliwość szybkiej i skutecznej pacyfikacji potencjalnego niezadowolenia.

Katarzyna Czarnota

Przypisy:[1]United Nation Human Rights Office of the High Commissioner http://www.ohchr.org/EN/NewsEvents/Pages/DisplayNews.aspx?NewsID=16344.
[2] Wallerstein I., Utopistyka. Alternatywy historyczne dla XXI wieku, Bractwo Trojka, Poznań 2008, s. 44.
 Tekst ukazała się piśmie Le Monde Diplomatique 01/131  (styczeń 2017)

26 stycznia 2017 | Dział: Publicystyka

Więzienie stało się jednym z głównych narzędzi zarządzania ludnością migrującą w Europie i poza nią w latach 90. – zjawisko to szło w parze z globalizującym neoliberalizmem tamtego czasu. Pierwszy obóz więzienny zbudowano w Polsce w początkowych latach wolnorynkowej przemiany ustrojowej, w 1996 r. w Lesznowoli; do roku 2008 r. zarządzała nim policja, potem przejęła go straż graniczna. Resztę systemu obozów więziennych wprowadzano jako elementy polityki bezpieczeństwa granic, której przyjęcie stanowiło warunek wstępny wejścia do strefy Schengen w 2008 r. Wzdłuż nowej wschodniej granicy zewnętrznej otwarto na początku 2008 r. cztery obozy w przygotowaniu do akcesu Schengen: tj. obozy w Białej Podlaskiej, Białymstoku, Kętrzynie i Przemyślu. Obóz w Krośnie Odrzańskim, położony przy granicy zachodniej – z Niemcami, założono w 2009 r.
Twierdza Europa
W ciągu ostatniej dekady władze UE dokładały starań w celu usunięcia granic wewnętrznych między krajami członkowskimi na rzecz umocnienia zbiorczej granicy zewnętrznej. Zmieniło to kontynent w formację, którą środowiska lewicowe nazwały „Twierdzą Europa”. Kiedy Polska, Węgry, Słowacja, Litwa, Łotwa i Estonia weszły do Unii w 2004 r., a następnie do strefy Schengen w 2008 r., granica zewnętrzna przesunęła się na wschód, a zaszczyt pilnowania jej przypadł w efekcie władzom wymienionych państw. Wśród nowych krajów strefy Schengen Polska otrzymała być może największe „wyróżnienie”, jako że władze UE wybrały Warszawę na główną siedzibę agencji Frontex, która odpowiada za koordynowanie czynności ogólnoeuropejskiej straży granicznej chroniącej granicę Twierdzy Europa.
Zbudowanie układu obozów więziennych stało się elementem o zasadniczym znaczeniu w nowo przyjętej przez Polskę europejskiej polityce bezpieczeństwa granic. Kluczowe dla tej polityki są regulacje tzw. Dublin II z 2003 r. (od czerwca 2013 r. – Dublin III) zmuszające migrantów do pozostania w kraju, w którym dostali się na teren UE. W praktyce oznacza to, że migranci, którzy zostawią po sobie jakikolwiek ślad (typu: odciski palców, wypełniony formularz, zarejestrowanie przez straż graniczną, wiza) w kraju takim, jak Polska, muszą tu zostać i nie wolno im się przenieść do innych państw Unii. Główną konsekwencją przepisów z Dublina jest to, że deportacje między państwami członkowskimi przekształciły się w mechanizm systemowy. Migranci, których złapie się na łamaniu dublińskich ustaleń, deportowani są do swoich „pierwszych krajów”, gdzie zmusza się ich zwykle do odsiedzenia kary w obozie więziennym. Wielu spośród migrantów więzionych w polskich obozach trafiło tam właśnie przez te przepisy – tak stało się w przypadku Ekateriny Lemondżawy.
Rodzina za kratami
W Europie i krajach śródziemnomorskich istnieje 421 oficjalnych obozów więziennych. Dostępność statystyk dotyczących tych obozów i ludności w nich osadzonej zależy od siły ruchów oddolnych, które potrafią swoimi żądaniami spowodować publiczne udostępnienie tych informacji. Według wyliczeń grup oddolnych każdego roku na terenie UE przetrzymuje się blisko 600 tys. migrantów. W części państw obozami więziennymi dla migrantów, podobnie jak zakładami karnymi, zarządzają prywatne firmy i korporacje. W Wielkiej Brytanii na przykład trzy obozy więzienne prowadzi firma ochroniarska G4S.
W Polsce wszystkie siedem obozów pozostaje w gestii straży granicznej. SG nie ma obowiązku upubliczniać informacji statystycznych dot. więźniów, jednak wskutek strajku z 2012 roku organizacjom pozarządowym zezwolono na wgląd w te dane – pojedynczo, obóz po obozie – w 2012 r. i 2014 r. Według ostatnich statystyk (dane z 2013 r.), w obozach więziennych umieszczono tamtego roku łącznie 1 738 osób. W momencie wizytacji NGOsów w obozach w styczniu i lutym 2014 r. osadzonych było 347 osób, w tym 61 proc. mężczyzn (213 osób), 14 proc. kobiet (50 osób) i 24 proc. małoletnich (84 dzieci). Obozy w Kętrzynie, Białej Podlaskiej i Przemyślu mają oddziały dla kobiet i nieletnich; pozostałe obozy są wyłącznie dla mężczyzn. Niemal połowa osadzonych w obozach (w 2013 r.) przyjechała z Rosji – 49 proc.
Niepotrzebni nieprzestępcy
W kategoriach prawnych więzienie migrantów stanowi tzw. detencję administracyjną, czyli środek nadzorowania miejsca pobytu przed deportacją. Więzienie migrantów nie jest środkiem karnym, ponieważ nie zostało popełnione przestępstwo. Przekroczenie granicy bez dokumentów według wszystkich regulacji prawnych – polskich, europejskich i międzynarodowych – jest zaledwie wykroczeniem administracyjnym. Nie jest to czyn przestępczy (co oznacza, że termin „nielegalni migranci” nie ma podstawy prawnej). W Polsce najwyższy wyrok to trzy miesiące, ale SG może wnioskować o przedłużenie tego okresu aż do maksymalnego czasu pozbawienia wolności (oficjalnie nazywanego „pobytem”) – 18 miesięcy.
Skoro migracja to nie zbrodnia, to czemu więzienie? Więzienie funkcjonuje na zasadzie środka dyscyplinującego, kary za złamanie ustroju granicznego. Osoby chcące wykorzystać możliwości, jakie daje migracja (takie jak bezpieczeństwo, lepsze warunki życiowe i warunki pracy), wytwarzają napięcia w obrębie europejskiego terytorium. Kontrolowaniu migrantów i zarządzaniu nimi – czyli przyszłymi pracownikami, lokatorami, studentami, chorymi i beneficjentami świadczeń socjalnych m.in. – przyświeca ideologia wolnego rynku. Z jednej strony logika ta wspiera migracje korzystne dla sprawy zysku i zgodne z organizacją produkcji w danym rejonie, z drugiej zaś – przeciwstawia się aspiracjom milionów migrantów wewnętrznych i zewnętrznych (również uchodźców). Zorientowana rynkowo polityka migracyjna odpowiednio dobiera migrantów „użytecznych” i „produktywnych” – i tym daje prawo pozostania. Resztę uznaje za zbyt wysoką nadwyżkę siły roboczej i utrudnia jej swobodne przemieszczanie się.
Więzienia zwykłych ludzi
Obozy więzienne dla obcokrajowców, podobnie jak więzienia, oficjalnie przedstawiane są jako jeden z filarów bezpieczeństwa. Stanowią jednak także kluczową część systemu opartego na radykalnej nierówności. Kapitalizm broni się, kryminalizując biedę. Dlatego chociaż Amerykanie również dopuszczają się wykroczeń administracyjnych, gdy przedłużą pobyt w Europie ponad trzymiesięczną wizę, jest rzeczą niesłychaną znaleźć obywatela USA w europejskim obozie więziennym. Więźniami tych obozów nie są także szejkowie i inne elity światowych peryferiów, jakkolwiek wiele z nich zasłużyło na najcięższe kary. Za kraty europejskich obozów więziennych trafiają więc z zasady ludzie wywłaszczeni z najróżniejszych dóbr. Te same nierówności odzwierciedla kondycja każdego systemu więziennego. W Polsce najpowszechniejsze przestępstwa popełniane przez więźniów zakładów karnych w 2014 r. to czyny charakterystyczne dla biedy i „szeregowych gangsterów” – zwykłe kradzieże, kradzieże z włamaniem, rozboje i inne przestępstwa wobec mienia. Dla porównania, za przestępstwa przeciw obrotowi gospodarczemu w tym samym roku osadzono tylko 152 osoby (na ponad 70 tys. więźniów ogółem). Byli i obecni więźniowie sami stanowią świadectwo tego, że przeważająca większość osadzonych w polskich zakładach karnych wywodzi się z klasy robotniczej.
Im większe przestępstwo, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że pójdzie się za nie do więzienia. Dla elity „świat bez granic” jest codziennością – jej pragnień i chciwości nie ograniczają żadne mury, kraty ani granice. Jego ofiara – Ekaterina Lemondżawa – musiała zaś wielokrotnie udowadniać polskiej straży granicznej, że nie kryje w majtkach zagrożenia dla bezpieczeństwa naszego kraju. Instytucje karne, jak więzienia i obozy więzienne dla migrantów, a także wszystkie zasieki Twierdzy Europy stanowią więc przede wszystkim narzędzie kryminalizacji ubogich i utrzymania przywilejów najbogatszych – stanowi to oczywiście mocny argument za ich zniesieniem. Nie da się jednak ich znieść bez jednoczesnego zniesienia nierówności społecznych, które są podstawowym zapleczem elit.

Maria Burza
Kolektyw Syrena
Warszawa, październik 2016

Cały tekst ze źródłami stanowi posłowie do książki
„Nr 56. Pamiętaj, nazywam się Ekaterina”

Fragment opublikowany w anarchistycznej gazecie ulicznej A-TAK nr 4