Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

A+ R A-

miniatura-srubDziś w gmachu Sadu Rejonowego Poznań Grunwald-Jeżyce członkinie i członkowie ruchu lokatorskiego, a także lokatorki i lokatorzy 5 poznańskich kamienic spotkali się na ogłoszeniu wyroku w sprawie czyścili kamienic.

Poznański ruch lokatorski 6 lat temu zorganizował zbiórkę publiczną pod hasłem „Solidarnie z Lokatorami”. To dzięki niej WSL mógł opłacić pełnomocniczkę, która reprezentowała mieszkańców w procesie przeciwko poznańskim czyścicielom kamienic. Jednocześnie, byliśmy przygotowani, na to, że polskie organy ścigania w tej sprawie nie będą działać szybko. Wówczas problem wysiedleń był marginalizowany i dewaluowany przez większość instytucji. Pomimo wygranej, w postaci wyroków skazujących Piotra Śrubę, Pawła Żukowskiego i Adriana Woźniaka na karę bezwzględnego wiezienia –  kolejno dwa lata, rok i dziesięć miesięcy – oraz konieczność wypłacenia odszkodowań na rzecz lokatorów, wysiedlenia w Poznaniu prawdopodobnie nadal będą problemem. Panowie z przysłowiowymi „grubymi karkami” występują również pod krawatem, jako „miejscy aktywiści”, często znajomi znajomych, stosując bardziej wysublimowane metody presji i realizując swoje biznesy

 

media1


Czy faktycznie wygrana, jest przełomowym momentem dla ruchu lokatorskiego i mieszkańców Poznania? Nie jesteśmy tego tacy pewni. Z jednej strony na ławie oskarżonych zasiedli jedynie wykonawcy, a nie zleceniodawcy wysiedleń, które były związane z poniżaniem i zastraszaniem, groźbami. Narażając czasem mieszkańców na utratę zdrowia i życia. Zdarzało się, że najstarsze osoby prześladowane przez czyścicieli nie dożyły końca procesu, np. umierając na zawał. Mocodawcy oraz osoby, które korzystały z usług „czyścicieli’ nazywanych „administrowaniem”, a sprowadzających się faktycznie do odpłatnego pozbywania się lokatorów,  „żywej wkładki”, „balastu obciążającego zasób i własność”, nadal pozostają bezkarne. Organy ściągania i prokuratura zrobiły wiele by absolutnie owych mocodawców, ani nie ujawniać, ani tym bardziej nie pociągnąć do odpowiedzialności. To wysiłki lokatorów, którzy stworzyli poznański ruch lokatorski, oraz wspierających ich dziennikarzy i mieszkańców doprowadziły do ujawnienia powiązań czyścicieli kamienic ze spółkami zależnymi od NeoBanku i konkretnych nazwisk osób zatrudniających m.in. Piotra Śrubę. Poznańska prokuratura zignorowała dokumenty świadczące o współpracy policji z Piotrem Śrubą. Zatem wyrok ten, jest tylko punktem wyjścia do dalszej dyskusji na temat skali prężnie rozwijającego się rynku usług związanego z nieruchomościami – świadczącego usługi wysiedleń. Przy wieloletnim przyzwoleniu ze strony państwa i władz lokalnych rozwijał się on prężnie, od co najmniej 20 lat. Lokatorzy nigdy nie zapomną cynicznych rad poznańskich policjantów – by wynajęli firmę ochroniarską, jeżeli chcą sobie zapewnić  bezpieczeństwo na wolnym rynku nieruchomości. Pamiętamy też współpracę policjantów z samym czyścicielem kamienic, polegającą m.in. na udzielaniu przez funkcjonariuszy informacji i ostrzeganiu przed działaniami ruchu lokatorskiego. W stosownym czasie poznańscy policjanci otrzymali odpowiednią nagrodę. Policji częściej i niezwykle łatwo przychodziło za to ściganie i represjonowanie uczestników ruchu lokatorskiego.

 

media-2

Z równym poczuciem wstydu dzisiejszy wyrok mogą odbierać politycy i urzędnicy związani z Poznaniem. Poczynając od byłego Wojewody Wielkopolskiego Piotra Florka, który obiecywał nękanym przez Piotra Śrubę lokatorom, przywrócenie dostaw wody; byłego Prezydenta Miasta Poznania Ryszarda Grobelnego, skutecznie chowającego się przed protestami lokatorskimi. Grobelny na wiele sposobów unikał wzięcia odpowiedzialności i za politykę mieszkaniową miasta oraz brak respektowania praw nękanych mieszkańców. Równie mocno powinien wstydzić się były szef ZKZL Jarosław Pucek. Pan Pucek starał się grać rolę jedynego sprawiedliwego, ostentacyjnie opuszczając studio jednej z telewizyjnych stacji „w proteście” przeciwko zaproszeniu do programu (o czym wiedział wcześniej) Piotra Śruby. Pusty gest Pucka nie przeszkadzał mu we wdrożeniu haniebnego programu getta kontenerowego dla tzw. trudnych lokatorów, stosujący przy tym tę samą retorykę, co Śruba, lub wprowadzać politykę miejskich wysiedleń, zamiast programów mieszkaniowych. Do dziś Jarosław Pucek szczyci się swoimi projektami, jednocześnie będąc prawnikiem nie wziął się za obronę mieszkańców „czyszczonych” kamienic. Warto o tym pamiętać w kontekście deklarowanych przez Jarosława Pucka ambicji politycznych.

wyrok1

 

Dzisiejszy wyrok jest sygnałem dla tych, którzy nadal dopuszczają się procederu czyszczenia kamienic. Liczne interwencję Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów związane z nielegalne eksmisjami, wysiedleniami oraz „czyszczeniem” kamienic trwają nadal. Zmieniają się tylko ludzie i metody. „Czyszczenie” kamienic to nie jest marginalny problem dotyczący kilkunastu lokatorów (jak wynika z dzisiejszego wyroku sądu, Śruba odpowiadał za nękanie ponad 50 lokatorów, ale było ich o wiele więcej). To problem systemowy związany z sytuacją ekonomiczną i stawianiem interesów deweloperów i banków ponad prawa mieszkańców.

 

Determinacja i wspólna walka lokatorek i lokatorów doprowadziły do procesu czyściciela kamienic.

Walczymy dalej!

 

www.rozbrat.org

Zapraszamy na spotkanie

Uchodźcy i imigranci w oczach mediów. Historia i współczesność.

13.12 Poznań godz. 19 Zemsta ul. Fredry 5/3A


W spotkaniu udział wezmą:

Krzysztof Wasilewski - doktor nauk humanistycznych, historyk i medioznawca.
Autor książki Bezdomnych gromady niemałe... Dyskurs imigracyjny na łamach prasy amerykańskiej (1875-1924) wydanej niedawno przez wydawnictwo Bractwo Trojka.
Zainteresowania badawcze: media alternatywne, amerykański system medialny, dyskursy mniejszościowe, postkolonializm.


Jarosław Urbański - socjolog, uczestnik Federacji Anarchistycznej oraz OZZ Inicjatywa Pracownicza. W 2016 roku prowadził wraz z grupą socjologów i politologów z Zachodniego Ośrodka Badań Społecznych i Ekonomicznych badania dot. uchodźców przy zachodniej granicy Polski. Badania zawierały także analizę lokalnych mediów.

 

Wydarzenie na FB: https://www.facebook.com/events/1604103779659026/

 

 

RAMOWY PROGRAM OGÓLNOPOLSKIEGO ZJAZDU LOKATORSKIEGO

 

„MIASTA DLA LUDZI – NIE DLA ZYSKU”

 

20 - 22 PAŹDZIERNIKA 2017 Poznań

 

Galeria Pix House – Poznań ul. Głogowska 35a

 

 

 

 

20 październik /piątek/

 

  • godz. 18:00-20:00

 

Debata otwarta: Wykluczenie energetyczne a prekarne warunki mieszkaniowe

 

Dyskusja na temat ubóstwa energetycznego w Polsce oraz substandardów mieszkaniowych. Co oznacza ubóstwo energetyczne i jak dużym jest zjawiskiem? Jak złe warunki mieszkaniowe wpływają na segregację społeczną oraz przestrzenną?

 

Renata Bernas – Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów

Maria Burza -  Kolektyw Syrena, Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów

Jakub Gogolewski – Fundacja Rozwój TAK - Odkrywki NIE

Łukasz Łyskawka– Federacja Anarchistyczna Poznań

Antoni Wiesztort -  Kolektyw Syrena, Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów

 

prowadzący debatę: Jarosław Urbański WSL Poznań

 

 

21 październik /sobota/

 

  • godz. 10:00 – 12:00

 

Debata otwarta: Walka przeciwko nielegalnym wysiedleniom i spekulacjom na rynku mieszkaniowym – diagnoza sytuacji w kontekście obecnie prowadzonych walk

 

Podczas dyskusji zostanie podsumowana działalność przeciwko nielegalnym wysiedleniom w Poznaniu oraz Warszawie. Podejmiemy się próby diagnozy obecnej sytuacji, (co dały – z perspektywy czasu – kampanie obrony poszczególnych „czyszczonych” kamienic) oraz analizę tego, jakie środki powinniśmy podejmować by nie tylko „amortyzować” sytuację wysiedlonych lokatorów lecz mieć większy polityczny wpływ na politykę mieszkaniową, która hamowałaby rozwój rynku usług związanego z wysiedleniami.

 

Mec. Wojciech Gajda

Anastazja Wieczorek - Molga WSL Poznań

Kinga Kulik – Lubelska Akcja Lokatorska

Maria Burza – Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów

Kornelia Piotrowska - Inicjatywa Pracownicza

 

prowadząca Katarzyna Czarnota WSL Poznań

 

  • godz. 12:00 – 12:30 przerwa kawowa

 

  • godz. 12:30 – 14:30

 

Debata otwarta. Działania antygentryfikacyjne i antywysiedleńcze – koalicje różnych grup jako narzędzie budowania ruchu lokatorskiego

 

Podczas dyskusji, w oparciu o konkretne przykłady z Poznania i Warszawy zastanowimy się jak możemy skutecznie reagować na procesy gentryfikacji. Zostaną omówione przykłady działań antygentryfikacyjnych prowadzonych przez aktywistki i aktywistów w Londynie i Grecji oraz analiza działań w Polsce.

 

Maria Burza – Kolektyw Syrena, Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów

Hanna Gil Piątek – Aktywistka miejska, ekspertka samorządowa.

Piotr Juskowiak / Praktyka Teoretyczna Poznań

Rafał Jakubowicz – Artysta, członek OZZ Inicjatywa Pracownicza

Małgorzata Rybacka  - Lubelska Akcja Lokatorska

Antoni Wiesztort -  Kolektyw Syrena, Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów

 

prowadząca: Katarzyna Czarnota - WSL Poznań

 

  • godz. 14:30 – 15:30 przerwa obiadowa

 

  • godz. 15:30 – 17:30

 

Debata otwarta: Kierunki polityki mieszkaniowej gmin i państwa

 

Debata ma na celu podsumowanie dotychczasowej polityki gmin w kontekście mieszkalnictwa oraz analizie przyszłych założeń w odniesieniu do konkretnych dokumentów i założeń lokalnej polityki miejskiej. Podczas dyskusji odpowiemy na pytania dotyczące sposobu odpowiedzi gmin na ujawnienie procederu nielegalnych wysiedleń i tzw. „czyszczenia kamienic”.

 

Piotr Ciszewski  - Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów

Przedstawiciel Urzędu Miasta Poznań

Katarzyna Czarnota – Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów

Antoni Wiesztort -  Kolektyw Syrena, Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów

 

prowadzący: Jarosław Urbański Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów, Inicjatywa Pracownicza

 

  • godz. 17:30 – 20:30

 

Debata zamknięta: Kapitalizm a rynek mieszkaniowy - debata wewnętrzna i zamknięty pokaz filmu pt. „Dispossession”

 

https://www.dispossessionfilm.com/#0 Wewnętrzna dyskusja o finansjeryzacji oraz prywatyzacji rynku mieszkaniowego

 

Wprowadzenie: Maria Burza ,Antoni Wiesztort - Kolektyw Syrena

 

 

 

 

22 października /niedziela/

 

  • godz. 10:00 – 12:00

 

Dyskusja zamknięta: Jak diagnozować sytuacje w mieście poprzez oddolne badania aktywistyczne

 

Wprowadzenie: Katarzyna Czarnota i Jarosław Urbański WSL

 

godz. 12:00  – 14:00

Debata zamknięta: Ruch społeczny czy wyręczanie państwa? Jak prowadzić działania i wzmacniać ruch lokatorski? (debata zamknięta, wymiana doświadczeń)

 

Odnosząca się do doświadczeń ruchu lokatorskiego. Głównym celem jest podsumowanie działań oraz krytyczna refleksja nad tym, jak powinny być prowadzone przyszłe działania by nie stać się „darmową pomocą społeczną” wyręczającą państwo, lub nie wejść w projekty, które w znaczący sposób osłabiają ruch, a stają się łatwym do przechwycenia przez lokalne władze narzędziem budowania ich wizerunku.

 


Migracja ludzi i problem prób zarządzania nią poprzez wytyczanie i militaryzację granic stanowi jeden z najważniejszych współczesnych problemów społecznych i politycznych. Ustanawianie państwowych granic jest skutecznym narzędziem utrwalania hierarchii i podziałów społecznych na geopolitycznej mapie świata. W dobie tzw. kryzysu uchodźczego problem ten nabrał rangi szczególnej, a to w jaki sposób europejskie społeczeństwo interpretuje i definiuje pojęcie granicy, będzie rzutować w przyszłości na losy następnych pokoleń migrantów i każdego z nas.

W samym środku tzw. kryzysu uchodźczego, w kwietniu 2016 r., badaliśmy opinie mieszkańców wybranych nadodrzańskich miejscowości [2]. Po drugiej stronie granicy, w Niemczech, powstawały wówczas obozy dla uchodźców. Po wybuchu tzw. Kryzysu uchodźczego lokalne media podawały, że „coraz więcej ośrodków powstaje przy granicy z Polską”, a uchodźcy nielegalnie przekraczają granicę, swobodnie przedostając się na polską stronę. Z informacji prasowych wynikało, iż rząd niemiecki ulokował wzdłuż całej granicy polsko-niemieckiej ponad 5500 uchodźców, z tego około 1200 w samym Frankfurcie nad Odrą, gdzie docelowo miało być odesłanych 3000 osób. Na łamach prasy pojawiły się pierwsze notatki o zagrożeniu ze strony imigrantów. Większość tych doniesień okazała się nieprawdziwa lub przesadzona, ale i tak 53,7% badanych przez nas mieszkańców przygranicznych miejscowości, uważało powstające obozy po drugiej stronie Odry za realne zagrożenie. Blisko 40% czuło się w ogóle zagrożonych kryzysem migracyjnym w Europie. W konsekwencji na pytanie o to, czy władze powinny wprowadzić kontrolę na granicy, aż 43,9% odpowiadało „zdecydowanie tak”, a kolejnych 19,0% „raczej tak”. Pomimo że „zamknięcie granic” uderzałoby w ekonomiczne podstawy przygranicznych miast, w których kwitnie międzynarodowy mały handel, a wiele osób zatrudnia się po niemieckiej stronie, zwłaszcza w Berlinie. W większości wypowiedzi, ludzie z łatwością utożsamiali uchodźców z terrorystami, niestety bazując na przekazie obecnym w polskich mediach publicznych. Jednocześnie postulując zamykanie wszystkich imigrantów w ośrodkach, bez możliwości kontaktu z otoczeniem. Rozmowy czasem przywoływały na myśl atmosferę lat 30. XX w., która obecnym pokoleniom znana jest już właściwie tylko z opisów i materiałów archiwalnych. Niemniej jednak strach, kryzys i niewiedza grają znów w niebezpiecznym tercecie.
Tak oto skutki geopolitycznej gry: wojna i destabilizacja Bliskiego i Środkowego Wschodu (również poprzez uczestnictwo Polski w wojnie w Iraku), akty terroru, ucieczka milionów uchodźców i migrantów, wpływają na społeczne postrzeganie problemu migracji oraz na to, jakie kroki należy podjąć w celu zagwarantowania bezpieczeństwa. W odpowiedzi europejscy politycy zamykają granice i budują coraz większe zasieki. Co ważniejsze, mobilizując przeciwko imigrantom i uchodźcom niechęć opinii publicznej. Prawicowym partiom udaje się utrzymać lub przejąć władzę, szafując ksenofobicznymi i islamofobicznymi hasłami. Można zaryzykować stwierdzenie, że w obawie przed terrorystami i uchodźcami w wielu krajach wprowadzono prawo stanu wyjątkowego. Mamy z tym do czynienia przy jednoczesnym spadku świadomości społecznej na temat tego co właściwie dzieje się „za murami”. Nie tylko liczbę osób uciekających przed konfliktami zbrojnymi, można porównać do sytuacji z czasów II wojny światowej, lecz również stopień nieświadomości i przyzwolenia na to, co dzieje się po drugiej stronie granic. Przypomina to opowieści ludzi o powstaniu w gettcie: „Nie od razu zorientowałem się, że Niemcy podpalili nasz dom. Dopiero gryzący dym zmusił nas do opuszczenia kryjówki. Stojąc na dachu palącej się kamienicy, spojrzałem raz jeszcze na Warszawę po drugiej stronie muru. Ludzie z tamtej strony przyglądali się pożarowi getta. Jak Rzymianie z czasów Nerona oglądali żywe pochodnie utworzone z palonych żywcem chrześcijan”. Jak wspominał Marek Edelman: „Co było po drugiej stronie muru? (…) Ludzie chodzą, bawią się, gra muzyka, karuzela jest, ludzie chodzą do lunaparku itd. Dla nas było to niezrozumiałe i czuliśmy, że jesteśmy w zapomnieniu.” [3] Niestety to doświadczenie nie ustrzegło Edelmana przed poparciem wojny w Iraku [4]. Tymczasem szereg interwencji militarnych w krajach muzułmańskich popchnęły ludzi do masowego exodusu. Pamięć II wojny światowej, tak ponoć do dziś żywa w polskiej i europejskiej świadomości, nie zdołała zapobiec odgradzaniu się od innych i udawaniu, że po drugiej stronie granicy problem nas nie dotyczy.


Wojny Zachodu produkują terror

Zasieki dają jednak jedynie iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa przed często wykreowanym przez władze zagrożeniem. Zamachy terrorystyczne w Europie są w istocie konsekwencją prowadzonej od wielu dekad wojny na Bliskim i Środkowym Wschodzie, której skutki nie są takie same dla Starego Kontynentu i krajów bliskowschodnich. Za dowolnie przyjęty okres czasu, liczba ofiar wojny i ataków terrorystycznych na Bliskim i Dalekim Wschodzie jest nieporównywalnie większa, od ofiar terroryzmu w Europie i USA. Nie oznacza to usprawiedliwienia dla „ślepej” przemocy – tak samo jak nie ma usprawiedliwienia dla amerykańskich czy rosyjskich bombardowań. Dopóki nie ustanie wojna, musimy liczyć się z atakami fundamentalistów i desperatów szukających zemsty.
Siły amerykańskie i ich sojusznicy z NATO w latach 2015-2016 dokonały ataków lotniczych w krajach muzułmańskich na Bliskim i Środkowym Wschodzie, podczas których zrzucono przynajmniej 63185 bomb. W 78% było to dziełem armii USA. W ostatnich latach natężenie ataków wyraźnie wzrosło, i z faktem tym należy łączyć znaczący wzrost liczby uchodźców z regionów objętych nalotami. Informacje na temat bombardowań znajdziemy w zachodnioeuropejskich mediach jak np. w brytyjskim The Guardian. [5] Bomby spadają głównie w Syrii i Iraku. Dokładna liczba ofiar nie jest znana. Mówi się o zabiciu w wyniku nalotów dziesiątków tysięcy islamistów walczących po stronie ISIS, rzadko natomiast wspomina się o cywilach. Oficjalnie zachodnie rządy (zwłaszcza USA) starają się utrzymać przekonanie o minimalnej liczbie ofiar wśród osób niezwiązanych z ugrupowaniami bojowymi. Organizacje pozarządowe donoszą z kolei o setkach, a nawet tysiącach zabitych cywilów w wyniku bombardowań NATO. Jak podaje jeden z portali tylko w okresie od sierpnia 2014 r. do sierpnia 2015 r. aktywiści Airwars, organizacji zrzeszającej niezależnych dziennikarzy śledzących kampanię nalotów USA i ich sojuszników na Irak i Syrię, udokumentowali ponad 50 przypadków bombardowań, w „których zginąć mogło co najmniej 489 cywilów w tym ok. 100 dzieci”. [6] Rzeczpospolita pisała pod koniec października 2016 r., że w wyniku 13-miesięcznych rosyjskich bombardowań zginęło w Syrii dokładnie 10102 osób w tym 4162 cywili (z tego 1013 dzieci i 584 kobiety). [7]
Oczywiście przyczyny wzrostu konfliktów zbrojnych i towarzyszący temu wzrost liczby uchodźców są wielorakie. Zdesperowani ludzie szturmują granice nie tylko z powodu lecących z nieba – amerykańskich, brytyjskich, tureckich czy rosyjskich – bomb, ale także w skutek dezorganizacji, krachu gospodarczego i głodu. Międzynarodowa opinia publiczna zdaje się też zapominać, że uchodźcy uciekają od aktów terroru Państwa Islamskiego, których ofiarami na Wschodzie pada o wiele więcej osób niż na Zachodzie [8]. Trwająca wojna w Syrii ma również negatywne skutki ekonomiczne dla sąsiednich krajów i całego regionu. Na przykład Bank Światowy oszacował, że kryzys syryjski powodował spadek PKB Libanu o 2,85% w ciągu 2014 r. Wzrost bezrobocia i wzrost deficytu budżetowego „kosztował” ten kraj łącznie w latach 2012-2014 ok. 7,5 mld dolarów. [9]

 

IMG 0232 OB

Czas murów i przepływów finansowych

Polityka separacji poprzez budowanie murów i zasieków zawsze była związana z globalnymi napięciami i nierównościami społecznymi wywołanymi przez politykę wyrosłą na gruncie określonych interesów ekonomicznych. Nawet historyczne przykłady „upadków murów”, mające stać się zapowiedzią nowych, liberalnych porządków w skali globalnej, zazwyczaj były ściśle splecione z powstawaniem kolejnych barier administracyjnych, różniących się jedynie co do formy. W treści pozostawały takie same. Kiedy betonowy Mur Berliński o długości 156 km, wraz z systemem umocnień, okopów, zapór i min, symbolicznie runął, zaraz po nim powstały kolejne mury wytyczające i umacniające nierówności polityczne i ekonomiczne – oddzielając ziemie Izraela i Palestyny betonowym murem długości ok. 700 km i wysokości ok. 8 metrów wraz z wieżami kontrolnymi i systemem zabezpieczeń elektrycznych, który dotychczas pochłonął około 2,6 mld dolarów [10]; stalowy mur oddzielający teren Stanów Zjednoczonych i Meksyku, Hiszpanii oraz Afryki, Kaszmiru i Indii itd. Obecnie w odpowiedzi na tzw. kryzys uchodźczy Stary Kontynent jest coraz bardziej usiany zasiekami – w 2015 r. ruszyła m.in. budowa węgierskiego płotu [11], wysokiego na ok. 4 metry, z zasiekami i systemami zabezpieczeń, który oddziela Węgry, Serbię i Chorwację. Kosztował do tej pory miliard euro. Obecnie w budowie jest jego druga część. Kilkunasto kilometrowe zasieki pomiędzy Bułgarią, a Turcją pochłonęły ok. 4,5 mln euro, kolejne 3 mln euro wydano na metalowy płot z zasiekami pomiędzy Grecją a Turcją. Państwa członkowskie, należące do Unii Europejskiej od wiosny 2015 do kwietnia 2016 r. wydały łącznie około 500 mln euro na 1200 km samych murów i płotów z drutami kolczastymi (koszt nie zawiera obsługi wieżyczek strażniczych i patrolowania obszarów przygranicznych) [12]. Mimo to, ludzie cały czas uciekają, próbując przekroczyć granice czasami po kilkanaście razy. Świadczy o tym m.in. historia Abeda, 16-letniego Afgańczyka: „Jest zima, czasami po minus 20 stopni, czekamy tu w Suboticy, w jednej z opuszczonych fabryk, niedaleko granicy z Węgrami. Nie ma wody, prądu, dachów, mężczyzn już nie przyjmują do obozów. (…) Próbowałem już ze 20 razy przedostać się przez granicę... wczoraj straż graniczna znowu mnie złapała, rozbili telefon, zabrali ubrania i polali wodą. Wróciłem i znów będę próbować” [13]. Zimą 2017 r., wzdłuż całej granicy ludzie rozbijali koczowiska, z których próbowali podjąć dalsze próby przekroczenia granicy.
W kontekście debaty o globalnych nierównościach społecznych, należy pamiętać, że europejska Strefa Schengen otworzyła przede wszystkim granice dla wolnego obrotu kapitałem. Co prawda układ ten znosił również kontrolę graniczną wobec osób, które są obywatelami państw członkowskich, umożliwiając około 400 mln Europejczykom swobodne podróżowanie również do państw nienależących do UE, to brak kontroli na granicach wewnętrznych wprowadzony był głównie jako niezbędny krok dla zaistnienia jednolitego rynku, unii gospodarczej i walutowej oraz rozwoju konkurencyjności. [14] Czy wobec tego brak granic urzeczywistnił swobodny i równoprawny przepływ ludzi? Czy układ zapoczątkował szeroką współpracę w kwestii bezpieczeństwa wewnętrznego i polityki azylowej? Bynajmniej. Obecnie, wbrew prawu międzynarodowemu oraz Konwencji Genewskiej dotyczącej statusu uchodźców z 1951 r., łamane jest międzynarodowe prawo ubiegania się o azyl, nadawania statusu uchodźcy czy innej formy ochrony osobom migrującym.


Europejski stan wyjątkowy

Powstanie Strefy Schengen niewątpliwie wzmocniło współpracę państw na poziomie przepływu kapitału, jednak co do przepływu ludzi w okresie kryzysu (nie uchodźczego, ale ekonomicznego) uwidaczniają się jej słabe strony. Polityka bezpieczeństwa, skanery przeszukujące samochody w celu wykrycia uchodźców, finansowanie działań obronnych „twierdzy Europa”, wprowadzenie lotnych checkpointów w krajach strefy Schengen ilustrują, że od pewnego czasu mamy do czynienia z europejskim stanem wyjątkowym.
W tym kontekście często dokonujemy podziałów na migrantów bardziej i mniej pożądanych. Ci, którzy są lepiej wykwalifikowani, a zgodnie z neoliberalną narracją będą bardziej ekonomicznie użyteczni, mają większe prawa, bez względu czy zostali dotknięci np. konsekwencjami wojny. Natomiast ci, którzy mogą stanowić tanią siłę roboczą, a ich niski status społeczno-ekonomiczny usprawiedliwia odbieranie im wielu praw, często nie są brani pod uwagę w debacie na temat administracyjnych regulacji dotyczących równoprawnego przepływu osób. Efektem tej sytuacji jest proces, który przez niektórych badaczy i badaczki społeczne utożsamiany jest z rasizmem ekonomicznym, niezależnym od narodowości czy wyznania. [15] U podstawy tych założeń funkcjonuje wiele programów zarządzających migracjami na poziomie lokalnym oraz ogólnonarodowym. Korzystają z tego głównie większe firmy oraz korporacje, które mogą sprowadzić pracowników, którym proponuje się gorsze (od tuziemców) warunki pracy.
Jednocześnie uchodźcy ponoszą ogromne koszty zamknięcia przed nimi granic, a migracje ludzi stały się biznesem oraz źródłem niejednej fortuny. Koszty poniesione przez migrantów na próby dotarcia do Europy w okresie ostatnich 15 lat, są szacowane na 16 mld euro (dane z 2015 r.). [16] Zyski przemytników i skorumpowanych władz są ogromne. Z drugiej strony w odpowiedzi na migracje, tylko w latach 2002–2013 Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) przeznaczyła 225 mln euro na 39 projektów dotyczących rozwoju technologii bezzałogowych dronów, systemów identyfikacji czujników ciepła oraz urządzeń wykrywających ludzi na przejściach granicznych po zapachu. Nierzadko zdarzało się, że podatnicy płacili ze swoich pieniędzy w ramach „polityki bezpieczeństwa” przemytnikom i dyktatorom. Jeden z zespołów analizujących relacje imigrantów doszedł do wniosku, „że włoski rząd zawarł porozumienie z Libią i opłacał libijskich osiłków, którzy nie pozwalali uchodźcom ruszyć w podróż do Włoch. Od 2011 r. włoscy podatnicy wydali 17 mln euro na wsparcie libijskich władz szkoleniami, łodziami patrolowymi, noktowizorami i innym sprzętem.” [17] Do tych wydatków dochodzą również koszty poniesione w wyniku deportacji milionów osób, dokonywanych przez rządy krajów UE.
Polska forsuje wzmocnienie reżimu granicznego m.in. poprzez współdziałanie z agencją Frontex, stanowiącą swego rodzaju europejską agencję deportacyjną. Jej systemy inteligentnej kontroli granic (TALOS) powstają, aby zastąpić patrolujących granice strażników maszynami. Projekt ten został opisany w raporcie przedstawionym Spiegelowi przez niemieckich operatorów. Po tym jak, podczas jednej z operacji Frontexu na granicy grecko–tureckiej nakazano im otworzyć ogień do imigrantów uciekających przez pole minowe, Niemcy odmówili wykonania rozkazów. Dowódcy operacji Frontex nie przyjmowali do wiadomości, że ich działania kłócą się z prawem stanowionym w Niemczech. [18]
W ostatnich latach, nie tylko państwa Europy zwiększyły środki finansowe na kontrolę granic. O nieskuteczności militaryzacji granic świadczy również porażka polityki Stanów Zjednoczonych. Alice Mesnard, ekonomistka z City University w Londynie wskazywała na badania ilościowe dotyczące USA, dowodzące fiaska polityki antyimigracyjnej. Gathmann stwierdza, „że metody wzmocnienia granic, jakie zastosowano w wyniku Immigration Reform and Control Act (ICRA) z 1986 r., by uszczelnić granicę z Meksykiem, okazały się rosnącym obciążeniem dla finansów publicznych i przyczyniły się do wzrostu kosztów przeprawy, nie zmniejszając znacząco napływu osób bez prawa do pobytu, które zmuszone są obierać najdłuższą i najbardziej niebezpieczną drogę, co sprawia, że coraz więcej z nich ginie”. [19]

IMG 0167 0b 2

Granice drogie i nieszczelne

Jak wskazuje Spernata Domitru w artykule „Czy świat bez paszportów to utopia?” [20] w latach 1920–1930 podczas wielu międzynarodowych spotkań wracano do pomysłu powrotu całkowitego zniesienia granic. Wskazując na liczne utrudnienia w przemieszczaniu się ludzi oraz przepływie towarów po wojnie. „W 1924 r. podczas konferencji na temat emigracji i imigracji zorganizowanej pod auspicjami Międzynarodowego Biura Pracy (Bureau international du travail, BIT) sformułowano postulat, by obowiązek paszportowy został zniesiony tak szybko, jak to możliwe...” Do pomysłu tego wracano również po II wojnie światowej, postulując całkowite zniesienie wymogu paszportowego. Dopiero w roku 1963 pomysł, by znieść obowiązek paszportowy w skali międzynarodowej, został uznany za niemożliwy. Stało się to podczas Konferencji Narodów Zjednoczonych na temat Turystyki
i Podróży Międzynarodowej [21].
Choć świat bez paszportów pozostaje ciągle pewną utopią, niemniej jednak należy pamiętać, że zgodnie z prawem międzynarodowym, każda osoba, która ubiega się o status uchodźcy lub inną formę ochrony może przekroczyć granicę bez paszportu lub używając paszportu innej osoby by uciec przed prześladowaniami. W tym przypadku nie możemy mówić o „nielegalnej migracji”, gdyż odbieralibyśmy z góry prawo do uzyskania ochrony na terenie innych państw. Pomimo tego, nikt nie ściga państw, które (jak np. Polska) zamykają granice przed uchodźcami, de facto łamiąc prawo. Polski rząd nie wyraził zgody na przyjęcie uchodźców w ramach programów relokacyjnych, tym samym zamykając granice i powodując sytuację, w której ludzie przekraczają granicę Polski przy udziale przemytników. Dodatkowo jak alarmuje m.in. Helsińska Fundacja Praw Człowieka systematycznie, z pominięciem prawa, odmawiana jest możliwość składania wniosków o nadania statusu uchodźcy czeczeńskim rodzinom, próbującym przekroczyć granice Polski na przejściu granicznym Terespol/Brześć. Znaczna część z osób otrzymuje odmowy wjazdu, a od kilkunastu miesięcy na dworcu kolejowym w Brześciu koczują rodziny czeczeńskie, które ze względu na zagrożenie nie chcą wracać do Czeczenii. Prawicowy rząd Polski, który utożsamia każdego uchodźcę z terrorystą (działając dokładnie tak, jak życzyliby sobie tego terroryści z Państwa Islamskiego) kontestuje międzynarodowe prawo, traktując to jako strategię obrony kraju.
Podsumowując, obecnie ponad 65 mln ludzi na świecie (więcej niż po II wojnie światowej) zmienia miejsce pobytu z powodu konfliktów i naruszenia praw człowieka. 1/3 z nich była zmuszona przekroczyć granice szukając ochrony. [22] Stawianie murów wzdłuż granic Europy nie jest rozwiązaniem. Nie da się zapieczętować żadnego terytorium. Nie jest to dyskusja nawet na temat moralności, ale ekonomii, gdyż stosowane rozwiązania po prostu nie działają, a jednocześnie pochłaniają ogromne fundusze publiczne. Nasuwa się więc prosty wniosek – ludzie będą przekraczać granice, a obecne podejście oparte na militaryzacji granic nie będzie skuteczne, jeżeli liczba konfliktów będzie rosła (co prognozuje wiele badaczy i badaczek), a różnice ekonomiczne między poszczególnymi regionami świata będą się utrzymywać.

 

Tekst ukazał się w miesięczniku Le Monde Diplomatique - Nr 7 (137) lipiec 2017
Tekst w skróconej wersji został opublikowany w katalogu do wystawy Dominika Lejmana "Płot", dostępnej od 23 czerwca do 27 lipca 2017 r. w Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu.
Fotografie:Dominik Lejman, "Płot". foto: Galeria Miejska Arsenał w Poznaniu

Przypisy:
1] Cytat pochodzi z 15 wywiadów pilotażowych przeprowadzonych przez K. Czarnotę dot. sytuacji syryjskich uchodźców na tureckim rynku pracy. Ateny 2016.
[2] Projekt badawczy realizowany przez Zachodni Ośrodek Badań Społecznych i Ekonomicznych w roku 2016.
[3] Cytaty z filmu pt: Nie było żadnej nadziei. Powstanie w getcie warszawskim 1943. Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Rok Produkcji 2017. Film dostępny pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=MI3bEHjhYds (dostęp: 24.04.2017).
[4] S. Zgliczyński, „Psy wojny”, Interenetowe wydanie Lewą Nogą, Październik 2003 r., http://www.iwkip.org (dostęp: 24.04.2017).
[5] M. Benjamin, „America dropped 26,171 bombs in 2016. What a bloody end to Obama´s reign”, www.theguardian. com z dn. 9.01.2017 r., https://www.theguardian.com (dostęp: 28.04.2017).
[6] „Cywilne of iar y nalotów”, www.altair.com.pl z dn. 5.08.2015, http://www.altair.com.pl (dostęp:28.04.2017 r.).
[7] „Syria: 10 000 ofiar rosyjskich bombardowań w ciągu 13 miesięcy”, www.rp.pl z dn. 31.10.2016, http://www.rp.pl  (dostęp: 28.04.2017).
[8] CNN Libraly, „ISIS Fast Facts”, www.cnn.com z. dn. 17.04.2017 r.,http://edition.cnn.com (dostęp: 29.04.2017).
[9] A. Betts, L. Bloom, J. Kaplan, N. Omata, „Refugee Economies. Forced Displacement and Development”, Oxford University Press, Oxford 2017, s. 44.
[10] H. Matar, „The Wall, 10 years on: The great Israeli project”, www.972mag.com z dn.09.04.2012,
https://972mag.com (dostęp: 29.04.2017).
[11] M. Dunai, „Hungary bilds migrant border fance”, www.routers.com z dn: 02.03.2017, http://www.reuters.com (dostęp: 29.04.2017).
[12] G. Baczynska, S. Ledwith, „How Europe built fences to keep people out”, www.reuters.com z dn.04.06.2016., http://www.reuters.com (dostęp: 26.04.2017)
[13] Wywiad przeprowadzony przez K. Czarnotę podczas wyjazdu z oddolną pomocą przez grupę z Poznania i Torunia dla koczujących uchodźców do Serbii zimą 2017 r.
[14] K. Dereń, „Rozwój Strefy Shengen”, Portal Spraw Zagranicznych z dn.06.10.2014., http://www.psz.pl/120-unia-eu ropejska /roz woj-st ref y-schengen (dostęp: 26.04.2017).
[15] O zjawisku rasizmu ekonomicznego lub neoliberalnego pisała m.in. Ewa Charkiewicz w pracy pt: „Matki do sterylizacji. Neoliberalny rasizm w Polsce” oraz Monika Bobako w artykule pt: „Konstruowanie odmienności klasowej jako urasawianie. Przypadek polski po 1989 roku”. Oba dostępne w wersji on-line na stronach „Think Thanku Feministycznego” http://www.ekologiasztuka.pl
(dostęp 26.04.2017).
[16] V. Makarenko, „Imigranci. Co Europa robi, żeby ich nie wpuścić?., www.wyborcza.pl z dn.18.06.2015.,http://wyborcza.pl (dostęp: 26.04.2017).
[17] Tamże.
[18] No Border, „Frontex – kompetencje do granic możliwości”, Le Monde Diplomatique – edycja polska, nr 5/63.Maj 2011.
[19] A. Mesnard, „Czy wzmcnenie granic pozwoli lepiej kontrolować migrację?” s. 61 w: „Migranci, migracje. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie”. Red. Helene Thiollet., wyd. Karakter, Kraków 2017.
[20] Tamże.
[21] Tamże.
[22] A. Betts, L. Bloom, J. Kaplan, N. Omata., Refugee Economies. Forced Displacement and Development, wyd. Oxford University Press, Oxford 2017, s. 1.

 

Katarzyna Czarnota, Jarosław Urbański

 

www.rozbrat.org

Rządząca partia, PiS, nie może uniknąć odpowiedzialności za wzrost fali przemocy wobec osób innej narodowości. PiS jest odpowiedzialny za atmosferę pogardy dla obcych i za strach przed obcymi.

PiS cynicznie wykorzystał niechęć do obcych i podsycił nienawiść do imigrantów i uchodźców, aby zdobyć władzę w 2015 roku. Antyuchodźczą politykę PiS prowadzi nawet wbrew  naukom Kościoła katolickiego, który ponoć stanowi dla niego zawsze moralny drogowskaz. Wbrew stanowisku papieża, apelującego o pomoc dla uchodźców. Chrześcijańska moralność i chrześcijański Bóg, jak się okazuje, musi ustąpić, kiedy pojawia się szansa przejęcia władzy.PiS z jednej strony chce zatem uchodzić za ugrupowanie CHADECKIE, kiedy potrzebuje poparcia hierarchii kościelnej i głęboko wierzących osób. Z drugiej stron PiS przedstawia się jako ugrupowania narodowe, ENDECKIE, kiedy potrzebne mu poparcie stadionu i prawicowych środowisk akademickich. Kiedy maszeruje w jednym szeregu z ONRowcami, kiedy kokietuje nacjonalistyczne bojówki napadające na zagranicznych studentów i tureckie kebaby.Lider PiS, Jarosław Kaczyński w wywiadach opowiada dziś, jak to w czasach opozycji studiował myśl Romana Dmowskiego. Tego samego, który z podziwem i nadzieją spoglądał na faszystowski Rzym, który nawoływał do asymilacji Żydów, uważając ich za obcy element, który spotykał się na dyskusjach z młodzieżą akademicką organizującą "ławkowe getta" i pogromy żydowskie. Jego polityczni i ideologiczni zwolennicy wydali rozkazy strzelania do robotników. To w tym mieście, 300 metrów stąd, ENDECKA policja zamordowała protestujących robotników.
Nie dostrzegano wówczas, że ta droga prowadzi dalej - do komór gazowych w Oświęcimiu. Prawdą jest, że wielu międzywojennych działaczy prawicy zawróciło z tej drogi i ratowali Żydów z narażeniem życia. Ale nie zwalnia to ENDECJI od odpowiedzialności za falę nienawiści jaka przetoczyła się przez Europę i która doprowadziła do gehenny Żydów, Romów czy homoseksualistów.Jan Józef Lipsk, działacz opozycji i Komitetu Obrony Robotników, napisał kiedyś esej pt. "Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy". Dowodził w nim, że obok patriotyzmu ONR-owskiego, patriotyzmu niechęci do obcego, do Żyda, Roma, muzułmanina - istnieje inny patriotyzm. Patriotyzm nakazujący traktować inne narody i inne grupy etniczne czy wyznaniowe z szacunkiem. Dziś na ulicach polskich miast nie widzę tego drugiego patriotyzmu. Dziś na ulicach polskich miast młodzież nosi koszulki z napisem "Śmierć wrogom ojczyzny", a nie "Za wolność naszą i Waszą".  Dziś patrioci-nacjonaliści atakują na ulicy osoby o innej karnacji skóry czy posługujące się innym językiem.Dziś bardziej niż kiedykolwiek jestem dumny z tego, że w moich żyłach płynie nie tylko polska, ale także ukraińska i niemiecka krew. Dziś żałuje, że moim dziadkiem nie był Tony Halik, którego duch obnażył ignorancję PiSowskich polityków z poznańskiej rady miasta.Dziś stojąc pod biurem PiS z dumą mówię: TU BYŁEM, Jarosław Urbański.

Stop rasizmowi! Stop homofobii! Stop wyzyskowi! Stop nacjonalizmowi!

 

 

www.rozbrat.org

W sobotę 8 kwietnia odbyła się demonstracja „Nacjonalizm nie przejdzie”. Był to protest zorganizowany przeciw wzrastającej od miesięcy fali przemocy na tle rasistowskim i homofobicznym. Demonstracja wzięła sobie za cel pokazanie tej fali jako skutek wyzysku, jaką niesie system gospodarczy. Demonstrację wsparły różne środowiska, od mieszkających w Poznaniu cudzoziemców po organizacje feministyczne, LGBTQIA+, środowisko akademickie i ludzi kultury. Łącznie uczestniczyło w niej ok. 800 osób.

Demonstracja rozpoczęła się pod centrum handlowym Starym Browar, jednym z miejsc rasistowskiego ataku na polskiego obywatela pochodzenia syryjskiego. Po odczytaniu oświadczenia „Nacjonalizm nie przejdzie” oraz oświadczenia „Studentki, studenci oraz pracownicy akademicy UAM przeciwka nacjonalizmowi i rasizmowi”, demonstracja została zaatakowana przez kilku nacjonalistów. Bardzo szybko na atak zareagowali sami uczestnicy i uczestniczki demonstracji. Efektem był nokaut jednego z agresorów, pozostawionego przez swoich kompanów. Jednym z atakujących był Remigiusz Staliński, właściciel „patriotycznego” sklepu ”Narodowy” znajdującego się przy pl. Cyryla Ratajskiego w Poznaniu. Jest on znany ze współpracy z takimi organizacjami jak Młodzież Wszechpolska czy Narodowy Świt (powiązany personalnie ze znanym faszystowskim konfidentem Maciejem Witzbergiem). Policja wykazała się całkowitym brakiem przygotowania i najpierw dopuściła do ataku nacjonalistów, później de facto ułatwiła im ucieczkę. Próbowała zatrzymać antyfaszystów, chcących odeprzeć atak.
1 p
Nie dając szansy na dalsze zakłócanie demonstracji, Anna Karolina Kłys – wieloletnia aktywista ruchu wolnościowego i feministycznego – swoim przemówieniem zagrzała uczestników protestu do aktywnego przeciwstawienia się neofaszystom.
Demonstracja ruszyła w stronę centrum miasta w akompaniamencie legendarnego utworu „Młodzi faszyści” poznańskiego zespołu Apatia. W trakcie protestu wznoszono hasła antyfaszystowskie i antyrasistowskie: “Poznań wolny od nienawiści”, “Walka klasowa, nie narodowa”, “Faszyści, policja, jedna koalicja”, “Poznań dla migrantów, nie narodowców”, “Równe prawa, wspólna sprawa”, “Wolność, równość, pomoc wzajemna”, „Żaden człowiek, nie jest nielegalny”.
2 p
Następnym miejscem, w którym zatrzymał się protest, był pomnik Starego Marycha. Tu zabrała głos m.in. przedstawicielka Grupy Stonewall, Partii Razem, oraz wykładowca arabistyki z Poznania. We wszystkich przemówieniach jasno podkreślano zagrożenie, jakie niesie ze sobą nacjonalizm i narodowy szowinizm, wpajanie ideologii nienawiści do wszystkiego, co inne i obce, karmienie ludzi strachem. Przypomniano również o niedawnej deportacji Ameera Alkhawlany'ego, doktoranta UJ. Ameer został najpierw zatrzymany przez funkcjonariuszy ABW, a następnie po wypuszczeniu go decyzją sądu z aresztu został z pogwałceniem wszelkich procedur prawnych deportowany do Iraku. Więcej o jego sprawie możecie dowiedzieć się na tym profilu.Tuż przed dotarciem demonstracji pod biuro PiS doszło do policyjnej prowokacji. Funkcjonariusze zaatakowali kilkoro demonstrantów i demonstrantek znajdujących się przed główną grupą protestujących. Policja użyła pałek (które razem z tarczami częściowo pogubiła), gazu, w pogotowiu też dzierżąc broń gładkolufową. Kolejny raz ich działanie można odebrać jedynie jako próbę rozbicia legalnego protestu. Funkcjonariusze prewencji – najwyraźniej pozbawieni wsparcia swoich dowódców, czy choćby tak często obecnego na demonstracjach policyjnego „Zespołu Antykonfliktowego” (którego tym razem zabrakło) – wyraźnie dążyli to eskalacji przemocy. Blokowano trasę legalnego protestu, wstrzymując sam protest, ruch tramwajowy i samochodowy na sąsiednich ulicach i nadal usiłując zatrzymywać osoby uczestniczące w demonstracji. Zatrzymano łącznie siedem osób. Sześciorgu z nich postawiono znany zarzut naruszenia nietykalności funkcjonariusza. Ostatnia, zwolniona późnym niedzielnym popołudniem osoba, jest podejrzana o udział w bójce.
3p
W tym miejscu pragniemy zapewnić, że wszystkim zatrzymanym będziemy się starać udzielić pomocy prawnej, a jednocześnie prosimy świadków interwencji policji i osoby dysponujące materiałami filmowymi o kontakt ( Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. lub Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. ewentualnie przez nasz profil FB).Mimo prowokacji dzięki determinacji protestujących kontynuowano protest pod biurem PiS. Głos zabrał przedstawiciel poznańskiej sekcji Federacji Anarchistycznej – Jarosław Urbański. Jasno podkreślił, że władze PiS z jej liderem Jarosławem Kaczyńskim są odpowiedzialne za wzrost nastrojów ksenofobicznych i związaną z nimi falę przemocy. Odwołując się do postaci takich jak Roman Dmowski – który zdradzał swoją fascynację włoskim faszyzmem oraz sam wielokrotnie nawoływał do przymusowej asymilacji Żydów – rządząca prawica kokietuje środowiska nacjonalistyczne i neofaszystowskie. Pełna treść wystąpienia niebawem znajdzie się na naszej stronie. Następnie głos zabrał aktor Teatru 8 Dnia, Tadeusz Janiszewski. W brawurowy sposób, jak na aktora przystało, wykpił interpelację czy też raczej donos posła (o zgrozo) Roberta Winnickiego (Ruch Narodowy), który domagał się wyjaśnień w sprawie poparcia, jakiego udzieliły środowiska akademickie antyfaszystowskiej demonstracji.
4p
Demonstracja zakończyła się pod Anarchistyczną Klubo/Księgarnią Zemsta, która nie raz była już celem ataków narodowców. Tu głos zajęli przedstawiciele środowisk akademickich: z Instytutu Filozofii UAM prof. Roman Kubicki, z Instytutu Socjologii UAM prof. Krzysztof Podemski, a z Instytutu Filologii Romańskiej UAM dr. Ita Wachowska. Głos przedstawicieli i przedstawicieli środowisk akademickich był szczególnie istotny ze względu na naciski władz UAM, jakich byliśmy świadkami w minionym tygodniu .
5pp
Oczywiście nie zabrakło również głosu przedstawiciela samej Zemsty – przypominającego o atakach rasistów i nacjonalistów na lokal, a także podkreślającego, że owe działania absolutnie nie doprowadzą do zaprzestania prowadzenia wolnościowej działalności, udzielania wsparcia ruchowi pracowniczemu, lokatorskiemu czy animalistycznemu. W Zemście nadal organizowane będą wykłady i spotkania, a największe wsparcie po ataku sam kolektyw dostał nie tylko od przedstawicieli swojego środowiska, ale również od sąsiadów, którym w tym momencie gorąco podziękowano. Zakończeniem protestu był występ zespołu Siksa z utworem skomponowanym specjalnie na demonstracje. Po demonstracji było już spokojnie, jej uczestnicy rozeszli się bez przeszkód do domów.

6pp

7p

 

 

WWW.ROZBRAT.ORG

Osoby śledzące doniesienia na temat organizowania blokad polowań, z pewnością dochodzą do wniosku, że głównym ich powodem jest sprzeciw wobec "rozrywkowego" pozbawiania życia dzikich zwierząt. Kwestie etyczne stanowią istotny czynnik motywujący aktywistów i aktywistki do działania. Jednak występowanie przeciwko myślistwu ma rozleglejszy sens, także walki ekonomicznej. Jest sprzeciwem wobec rosnącej eksploatacji przyrody dla doraźnych komercyjnych celów.

Przyglądając się danym za ostatnie osiem sezonów łowieckich (2008/2009-2015/2016) umieszczonych na stronach Polskiego Związku Łowieckiego (PZŁ), dostrzegamy, że liczba odstrzału wielu zwierząt łownych wzrasta. Dotyczy to szczególnie danieli (wzrost o 123%), muflonów (wzrost o 192%), jeleni (102%), saren (30%), wreszcie dzików (53%). Wprawdzie spada liczba upolowanych ptaków np. kuropatw (spadek o 94%) czy bażantów (spadek o 23%), a także zajęcy (spadek o 16%), to wyraźnie się rysuje tendencja do pozyskiwania jak największej ilości mięsa. Stąd rośnie odstrzał dużych zwierząt, a maleje małych. Gdyby porównać wyniki łowieckie na przestrzeni ostatnich ośmiu lat, to zauważamy, iż dziś szacunkowo pozyskuje się o ponad 1/2 więcej mięsa niż wcześniej. Potwierdzają to też dane Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) dotyczące skupu dziczyzny. W stosunku do jeleni, saren i dzików (głównych dużych ssaków łownych) wzrósł on między rokiem 2010 a 2015 o ponad 40%. Jest to - dodajmy - tendencja europejska, która da się zaobserwować już od kilku dekad. Myśliwi i część naukowców tłumaczy to raczej czynnikami naturalnymi, a nie ekonomicznymi. Utrzymują, że odstrzał jest konsekwencją wzrostu populacji ssaków łownych, który postępuje zasadniczo niezależnie od człowieka. Tak naprawdę jednak funkcje "ochronno-przyrodnicze" łowiectwa sprowadzają się do zabiegów hodowlanych, jak na przykład krytykowane przez ekologów dokarmianie zwierząt w zimie i  introdukcje, czyli wprowadzenie nierodzimego gatunku do danego ekosystemu.Polują nie tylko myśliwi zrzeszeni w kołach PZŁ, ale także leśnicy, a Lasy Państwowe (LP) nie ukrywają, że chciałyby zarabiać nie tylko na handlu drewnem, ale także coraz więcej na sprzedaży dziczyzny. Lasy Państwowe to ogromne przedsiębiorstwo. W Polsce ponad 90% powierzchni lasów jest poddana intensywnej eksploatacji gospodarczej. Spółka przynosi rocznie ponad 400 mln złotych czystego zysku, przy przychodzie ze sprzedaży wynoszącym 8,2 mld złotych. Lasy Państwowe posiadają zatem środki, aby swoje marketingowe plany zrealizować. Temu też prawdopodobnie mają służyć zmiany w Prawie łowieckim. Nowelizacja tej ustawy oprócz tego, że jest odpowiedzią na postulaty miłośników łowiectwa (rekrutujący się w większości spośród uprzywilejowanych klas społecznych), to ma otworzyć nowe możliwości niezakłóconej eksploatacji fauny. W handlu dziczyzną pośredniczą spółki prywatne. Większość dziczyzny jest eksportowana na Zachód (głównie do Niemiec). Wg GUS wartość eksportu w ostatniej dekadzie wzrosła o blisko 80%. Rynek ten wart jest dziś ok. 177 mln zł (47 mln. $) i dynamicznie się rozwija. Pojawiają się też rozważania marketingowe, jak zachęcić Polaków i Polki do kupowania i konsumowania dziczyzny, która dla większości póki co jest po prostu za droga i trudno dostępna. Powoli jednak realizowany jest plan pobudzenia wewnętrznego popytu na dziczyznę, co raczej stoi w sprzeczności z tłumaczeniem, że łowiectwo ogranicza się tylko do zachowania równowagi biologicznej i funkcji "ochronno-przyrodniczych".Co to realnie oznacza? Dziś zabija się ok. jednego miliona zwierząt łownych (85-90% odstrzału dokonują członkowie PZŁ, pozostałą część przede wszystkim leśnicy). Pesymiści twierdzą, że ofiarą eksploatacji może rocznie padać nawet ponad 1,5 miliona zwierząt, gdyby uwzględnić te, które umierają ranione, ale nie schwytane przez myśliwych. Presja na odstrzał ciągle rośnie, ale to wcale nie oznacza, że populacja dużych ssaków łownych maleje. Przeciwnie, wkłada się wiele starań, aby do tego nie dopuścić, wraz ze wspomnianym już dokarmianiem czy wprowadzeniem do ekosystemu gatunków obcych (np. danieli). Całe połacie lasów i przyległości zamieniono w tereny de facto hodowlane, a eksploatacja lasów (wycinka) sprzyja powstawaniu polan i młodników, gdzie wiele zwierząt łownych żeruje. Współczesny hodowlany las jest o wiele rzadszy od borów sprzed kilku stuleci, co - wbrew pozorom - sprzyja rozwoju gatunków zwierząt łownych. Przede wszystkim jednak struktura dzisiejszego rolnictwa przyczynia się do powiększania się liczebności wielu ssaków kopytnych, które zyskały dostęp do dużych obszarów bogatych w żywność, o każdej w zasadzie porze roku. Na tym tle - nie tyle innego, co dodatkowego - sensu nabierają blokady polowań. 28% naszego kraju zajmują lasy, a wraz z przylegającymi do nich polami, to ogromny obszar, który został zawłaszczony na potrzeby czysto merkantylnych celów. Na styku sektora państwowego (zwierzyna łowna teoretycznie należy do państwa) i biznesu rodzą się prywatne fortuny i dostatnio żyje urzędnicza nomenklatura. Sprzedaje się nie tylko drewno, ale także w coraz większej ilości dziczyznę.  Problem polega na tym, czy dzieje się to w interesie społecznym? Według jednego z opracowań, myśliwi (ok. 100 tys. osób) to przede wszystkim osoby z wyższy wykształceniem (49,7%), mężczyźni (97,4%), reprezentujący prywatnych przedsiębiorców (34,7%) lub - dodatkowo - menadżerów przedsiębiorstw i kierownictwo instytucji państwowych (32%). Jest to "hobby" wyjątkowo elitarne. Z kolei sama konsumpcja mięsa jest ścisłe spleciona z zajmowaną pozycją społeczną. Jak wykazałem to w mojej książce "Społeczeństwo bez mięsa", powołując się na badania GUS dotyczące polskich gospodarstw domowych, te o najniższych dochodach konsumują o 1/5 mniej mięsa w ogóle, niż gospodarstwa domowe o najwyższych dochodach. W przypadku dziczyzny rozdźwięk ten jest prawdopodobnie jeszcze większy. Blokady polowań są zatem próbą odzyskania inicjatywy społecznej w obszarze, gdzie pojęcie dobra wspólnego, jak lasy i dzikie zwierzęta, zostało dawno zatracone - pomimo obowiązujące rządowej retoryki ochrony przyrody. Chroni się jedynie zasób, na którym swoją łapę położyły uprzywilejowane klasy społeczne - mężczyźni z wyższym wykształceniem kierujący prywatnymi firmami lub przedsiębiorstwami i instytucjami państwowymi.
Artykuł ukaże się na nadchodzącym numerze pisma "A-tak"

 

Jarosław Urbański

English below

3 Grudnia odbyła się w Poznaniu 8 edycja ligi Freedom Fighters. Tym razem liga miała nieco innych charakter, mniej było walk, a więcej wydarzeń, w których uczestniczyć mógł każdy, bez względu na to, czy ma jakikolwiek staż w sztukach walki.

Impreza zaczęła się treningiem Brazylisjkiego Jiu-Jitsu prowadzonym przez czarny i purpurowy pas w tej dyscyplinie. Uczestniczyły w nim zarówno osoby już trenujące, jak i takie, dla których był to pierwszy kontakt z   „kulanką”. Nie zabrakło też takich, którzy na co dzień ćwiczą zupełnie inne dyscypliny, np. muaythai czy kickboxing a z BJJ nie mieli jeszcze kontaktu. Trening spełnił swoją rolę – większość jego uczestników stwierdziła, że sportem tym zajmie się na co dzień.

15178104 1764168360574690 1509227648576970558 n copy

Następnie miał miejsce mini-turnie BJJ w kategorii OPEN No-Gi. Zawodnicy,mimo różnic w wadze i doświadczeniu stanęli między sobą jak równi z równymi. Mimo, że rywalizację zwyciężył najwyższy pas, co nie było zaskoczeniem, atmosfera była jak najbardziej koleżeńska.

15421002 1764167880574738 7347323418840286894 n

Ostatnim oficjalnym punktem programu było spotkanie na temat książki „Społeczeństwo bez mięsa” z Jarosławem Urbańskim, autorem. Urbański jest badaczem i aktywistą, od lat 80 wegetarianinem, a jednocześnie aktywnym maratończykiem. Słuchacze mieli więc okazję do dyskusji na bardzo szerokim polu począwszy od wegetarianizmu i weganizmu w ujęciu historycznego rozwoju ludzkich społeczeństw, do jego zastosowania w sportach wyjątkowo obciążających organizm takich jak biegi długodystansowe, czy sporty walki.

15355781 1764167877241405 5396832563142223796 n

Wieczorem natomiast uczestnicy ligi zebrali się na skłocie Rozbrat, by wspólnie oglądać odbywającą się w tym czasie galę KSW, a później bawić się do rana na afterparty.

Jako organizatorzy dziękujemy serdecznie wszystkim przybyłym, zarówno zawodnikom, trenerom, jak i uczestnikom treningu BJJ, zarówno lokalsom jak i tym, którzy przybyli do nas zza granicy. Do zobaczenia wkrótce!
15390692 1764167667241426 1502642917187004393 n
On 3.12 8th edition of Freedom Fighters league took place in Poznań. This time it was organised in a way that everyone regardless of experience in martial arts could participate – there were less fights though.

The event started with open Brazilian Jiu-Jitsu training coached by black and purple belt. There were trainees that already had contact with BJJ and complete newbies including those who are already experienced in striking styles like muay thai or kickboxing. The aim of training was met. Most of the people taking part in it said they're likely to train the discipline from now on.

Next mini-tournament in BJJ took place (OPEN No-Gi). The fighter had different experience and weight but were fighting nicely. Hihgest belt was announced winner, you could expect that, but the atmosphere was full of friendship.

15391022 1764167233908136 9075336966302258399 n

Last point of the event was meeting with Jarosław Urbański, author of „Meatless society” book. Urbański, researcher, activist, vegetarian since 80's and long distance runner as well. Meeting was having very broad field for discussion starting with vegetarianism and veganism refering to the developement of human societies and it's role in high intensity (as combat sports and long distance running requires) sports.

At night participants gathered on Rozbrat squat to watch KSW event broadcasted the same time. Afterparty took place till early morning.

As organizers we'd like to thank all that came, locals and internationals, fighters, coaches, training participators. See you soon!

15326609 1764168437241349 8686200906346253487 n

Jedenastego września podczas konwencji programowej .Nowoczesna ustami swojego lidera Ryszarda Petru ogłosiła: „Wprowadzimy przepisy ograniczające lub delegalizujące działalność organizacji o charakterze rasistowskim, szowinistycznym i szerzącym nienawiść wobec słabszych oraz organizacji anarchistycznych, występujących przeciwko państwu i jego instytucjom. Będziemy bronić państwa przed ekstremizmami i populizmem z lewej i prawej strony sceny politycznej.”

 

Tego typu deklaracje odczytujemy jako desperacką próbę ratowania wizerunku partii .N. Analogicznie traktujemy listę opublikowanych w programie mniej lub bardziej kontrowersyjnych obietnic. Partia Ryszarda Petru tak rozpaczliwie poszukuje nowego elektoratu, że pomimo deklarowanego przez siebie umiłowania swobód politycznych, postuluje wprowadzenie obostrzeń w wolności wyrażania poglądów idących dalej niż propozycje autorytarnych kacyków czy choćby Jarosława Kaczyńskiego, od którego tak bardzo chce się odróżnić.

 

Jedyny moment, w którym Ryszard Petru mógł się spotkać z wolnością, to ten, kiedy stojąc po przeciwnej do niej stronie popierał kamieniczników oraz szefów odmawiających zapłacenia swoim pracownikom za wykonaną pracę. To nie państwa chce bronić .Nowoczesna – ona jest zainteresowana jedynie obroną własnych interesów. Choć oczywistym jest, że w tym celu zamierza wykorzystać instytucję państwa jako narzędzia.

 

Wkładanie do jednego worka anarchistów i skrajnych prawicowców to zabieg propagandowy li tylko nacelowany na ukazanie wszystkich przeciwników mafii zajmującej się grabieżą mieszkań jako mniej lub bardziej związanych z Prawem i Sprawiedliwością.  

 

Nie zgadzamy się na próby rozgrywania nami oraz naszą ciężką i wolontariacką pracą na rzecz zbijania przez .Nowoczesną kapitału politycznego. Federacja Anarchistyczna działa w Polsce od 1989 roku. Od tego czasu podejmowaliśmy wiele działań przeciwko rasizmowi i szowinizmowi, występowaliśmy w obronie osób słabych i pokrzywdzonych. Wspólnie z krakowskim ruchem lokatorskim zorganizowaliśmy protest w formie miasteczka namiotowego po krachu okrągłego stołu mieszkaniowego, blokowaliśmy eksmisje nie tylko mieszkań, ale również najstarszego w Polsce antykwariatu Krzyżanowskich. Wielokrotnie domagaliśmy się zwolnienia z więzień osób przetrzymywanych tam tylko w powodu swoich poglądów, tak było w przypadku Asli Erdogan (Turcja), Aleksandra Kolchenki (Ukraina), Koli Romanowa (Rosja). Protestowaliśmy przeciwko likwidacji szkół podstawowych na terenie Krakowa. Powołaliśmy inicjatywę Witajcie w Krakowie prowadzącą działania prouchodźcze. 

 

Od 27 lat pozostajemy grupą nieformalną i taką planujemy pozostać. Ruchów nieformalnych nie da się zdelegalizować. Tak jak nie da się zdelegalizować idei, nie da się też zdelegalizować pokrzywdzonych i słabych, w imieniu których występują anarchiści. Będziemy dalej z taką samą mocą angażować się w ruchy lokatorskie, ruchy pracownicze, w działalność na rzecz budowania aktywnych i świadomych postaw obywatelskich. Bez względu na partyjne programy i ustanawiane bez naszego udziału prawo.

 

Wolność – Równość – Pomoc wzajemna

 

Federacja Anarchistyczna sekcja Kraków

26 lipca więzienie opuszcza Łukasz Bukowski, który spędził w nim 3 miesiące za udział w blokadzie eksmisji w 2011 r. Poddanie się tej karze było z jego strony aktem sprzeciwu wobec brutalności wysiedleń i związanych z nimi działań policji, które trwają od 5 lat.

Od początku kwietnia br. wezbrała kolejna fala eksmisji. W maju i czerwcu krajową prasę obiegły informacje o dwóch samobójstwach, do jakich doszło w związku z wysiedleniami. Miało to miejsce w Szczecinie i we Wrocławiu. Podobnego typu tragedii jest więcej. Co roku w naszym kraju do opuszczenia lokalu mieszkalnego jest zmuszanych kilkadziesiąt tysięcy rodzin, z tego w około 7-8 tysięcy przypadkach odbywa się to przy udziale komornika i nierzadko policji. Liczby te nie uwzględniają eksmisji dzikich, przeprowadzonych przez właścicieli lokali bez stosownego wyroku sądu. Od lat ruch obrony lokatorów wskazuje na nieludzki charakter tych wysiedleń, zwłaszcza w kontekście żywiołowego i często aferalnego procesu prywatyzacji zasobów mieszkaniowych oraz zaniechań władz publicznych w sferze polityki mieszkaniowej. W 2015 roku oddano w Polsce do użytku najmniejszą liczbę mieszkań komunalnych od kilku dekad. W ostatnich latach rocznie buduje się mniej niż jedno mieszkanie komunalne na gminę, a liczba mieszkań komunalnych nowo oddanych do użytku spada.Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów (WSL) szacuje, że w Poznaniu eksmisje dotyczą kilkuset do 1,5 tys. rodzin każdego roku. Z zasobów komunalnych masowe eksmisje rozpoczęły się za rządów Jarosława Pucka. Przed objęciem przez niego stanowiska szefa ZKZL dokonywano ich kilkanaście, do 50 rocznie. W latach 2011 i 2012 eksmitowano z mieszkań komunalnych po 140 najemców. W 2013 roku przeprowadzono największą liczbę wysiedleń – dokonano 183 eksmisji. W 2014 roku było ich 143.

Po wyborach samorządowych sytuacja nie uległa zmianie. W 2015 roku za prezydentury Jacka Jaśkowiaka wysiedlono 143 rodziny. Eksmisje trwają także w tym roku. Z zasobów komunalnych w kwietniu i maju eksmitowano z udziałem komornika 26 rodzin, a na czerwiec zapowiedziano wysiedlenie kolejnych 20. W jednym z ostatnich przypadków sąd w ostatniej chwili (dzień przed eksmisją) powstrzymał komornika. Okazało się, że ZKZL nie spełnił wszystkich wymaganych procedur przy wskazaniu lokatorowi mieszkania socjalnego. Wiemy, że takich „błędów” jest zdecydowanie więcej i nie we wszystkich przypadkach sądy na czas podejmują odpowiednie decyzje.

Standardem stało się kierowanie ludzi eksmitowanych do schronisk dla bezdomnych, a lokale, które powinny być pomieszczeniami tymczasowymi, wskazuje się jako socjalne. Są także przypadki, kiedy okazuje się, że rodziny z dziećmi nie mają prawa do lokalu socjalnego, a wówczas komornik grozi rozdzieleniem rodzin i przekazaniem dzieci do placówek opiekuńczych.

Federacja Anarchistyczna i Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów są głęboko zbulwersowane faktem, że polityka wysiedleń w Poznaniu jest kontynuowana. Uważamy eksmisje za niedopuszczalne i barbarzyńskie. Zamiast wdrażać w życie długo oczekiwaną nową politykę mieszkaniową, władza sięga po tak drastyczne narzędzia.

Żądamy natychmiastowego powstrzymania eksmisji!

Federacja Anarchistyczna s. Poznań
Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów

 

27.07.2016 (środa) godz.: 14:30 odbędzie się pikieta
pod Urzędem Miasta.
Wydarzenie na facebooku:
https://www.facebook.com/events/1801025463466612/

Problemem nie jest to, że państwo nie działa, lecz raczej to, że działa. Za jego ważną funkcję bierzemy obronę praw, które w istocie zostały mu wydarte w toku walki. Są one jednak ciągle zagrożone przez Lewiatana, który nigdy nie śpi, czuwając przede wszystkim nad tym, aby trzoda nie poszła samopas.

Artykuł pochodzi z 30. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Dobra wspólne”. Razem z tekstem Remigiusza Okraski stanowi dwugłos o wpływie państwa na wspólnoty obywatelskie.

***

Literatura poświęcona relacjom państwo-społeczeństwo, państwo-wspólnota czy państwo-naród jest ogromna. Wszystko, co najważniejsze w tej sprawie, wydaje się, zostało już powiedziane, a wszelkie zróżnicowane stanowiska ujawnione. Tym niemniej pojawiają się coraz to nowe konteksty, związane choćby z procesami globalizacji, masowymi migracjami, ciągle pogłębiającym się międzynarodowym podziałem pracy, presją demograficzną i nakładającym się na nią kryzysem ekologicznym – klimatycznym ociepleniem. W tym ostatnim przypadku, niezależnie od tego, co myślimy na temat jego przyczyn (czy mają one charakter antropogeniczny, czy nie), zmiana klimatu w istotny sposób może wpłynąć nie tylko na polityczną mapę świata, ale na same instytucje społeczne – w socjologicznym rozumieniu tego słowa – czyli także na państwo.

Etnogeneza w służbie kapitału

Z relacjami państwo-społeczeństwo wiąże się przede wszystkim szereg mitów, w tym także tych na temat budowania wspólnoty narodowej. Mit etnogenezy przenika do różnych współczesnych, politycznych dyskursów na temat pochodzenia państwa, ale ma zdecydowanie konserwatywny charakter. Jest raczej hegemoniczną ideologią istniejących struktur władz państwowych, niż opisem historycznej realności. Przykładowo – dla państw takich jak Polska, Czechy czy Węgry kluczową rolę odgrywa narracja o założycielskim charakterze trzech dynastii wywodzących się z wczesnego średniowiecza: Piastów, Przemyślidów i Arpadów. Wielu historyków jest zgodnych, że wymienione państwa dynastyczne powstały bynajmniej nie na skutek umowy społecznej, czy jakiejś naturalnej ewolucji (jeżeli taką byśmy zakładali), ale w wyniku podboju zewnętrznego, jak państwo Arpadów, albo wewnętrznego, jak państwo Przemyślidów i Piastów. Koncentracja środków przymusu w rękach wąskiej drużyny wodza umożliwiła podporządkowanie sobie pokrewnych lub obcych etnicznie plemion na danym terenie. Jeżeli zatem u zarania naszej państwowości leży wspólnota etniczna, to raczej wymuszona mieczem przez złodziei bydła i handlarzy niewolnikami – jakimi wedle historycznych badań byli nasi domniemani protoplaści.

Ciekawie o roli podboju w budowaniu państw pisze także Michel Foucault w zbiorze wykładów wydanych pod znamiennym tytułem „Trzeba bronić społeczeństwa”. Rola najazdów w kształtowaniu się „świeżych” państwowości, wydawałoby się, jest powszechnie znana i oczywista, a nawet gloryfikowana przez szereg narodowych legend. Przechodzi się jednak gładko obok problemu, że uznanie tej roli stoi jednocześnie w sprzeczności z ideą pochodzenia państwa jako gwaranta powszechnego spokoju społecznego i bezpieczeństwa. Jego pierwszorzędną funkcją nie była bynajmniej obrona, ale atak, napad, grabież.

Także dziś jednorodność etniczna w obrębie danego państwa jest oczywiście bardziej wyjątkiem niż regułą. Wystarczy przytoczyć dobrze znany argument. Okazuje się, że na świecie mamy 1500 „jednostek” narodowościowych. Ludzie mówią od trzech do sześcioma tysiącami języków, a każdy z nich może odpowiadać przynajmniej jednej „jednostce” etnicznej. Z drugiej strony, istnieje tylko około dwustu państw i jeszcze mniej języków o charakterze urzędowym.

Współczesna Polska jako państwo wyjątkowo etnicznie i narodowo jednorodne, powstała w efekcie wymordowania Żydów przez faszystów oraz powojennych masowych przesiedleń i deportacji, które objęły kilka milionów ludzi. Jednorodność ta została zatem okupiona wyjątkowym cierpieniem. Jednocześnie nie jest ona czymś trwałym. W zależności od swoich, najczęściej ekonomicznych, potrzeb państwo raz szczelnie zamyka, innym razem otwiera swoje granice dla różnych grup społecznych, nie zważając często na ich pochodzenie etniczne. Tak było zawsze. Żydzi nie znaleźli się w obrębie państwa polskiego podstępem, ale w przeszłości pojawili się tu za zachętą i aprobatą – jak się to określa – suwerennych władz. Tych samych, których przedstawicieli wynosimy jako patronów na ołtarze narodowej wspólnoty. Z kolei kapitalistyczna gospodarka państw Europy Zachodniej ciągle była i pozostała łasa na usługi tanich robotników. Po II wojnie światowej od około 10 do 20% siły roboczej w takich państwach jak Francja, Niemcy, Wielka Brytania czy Szwajcaria stanowią obcokrajowcy. Przy czym ich prawa obywatelskie są oczywiście ograniczane.

W istocie to nie naród tworzy państwo, ale państwo naród. Państwo narodowe jest de facto tworem względnie niedawnym, liczącym około dwu i pół stulecia. Jego spoiwem był kapitalizm funkcjonujący w ramach odrębnych gospodarek narodowych (jednocześnie zachowujący swoje międzynarodowe koligacje), powszechny obowiązek służby wojskowej, powszechne szkolnictwo, biurokracja i urzędowy język. Etnogeneza jest co najwyżej mitem potrzebnym dla zachowania, z jednej strony, względnej wewnętrznej spójności, a jednocześnie, z drugiej, wyodrębnienia „narodowego rdzenia” i hierarchicznych struktur, potrzebnych między innymi dla segmentacji rynku pracy („tuziemcy” versus „cudzoziemcy”) i okresowego wydzielania grup o różnym statusie, zarobkach i prawach obywatelskich. Kiedy dzisiejszy kryzys ekonomiczny doprowadził do kryzysu politycznego i systematycznej pauperyzacji klasy średniej, liberałowie wskazują jako winnych wszelkiej maści „nierobów” (rasizm ekonomiczny), a nacjonaliści i konserwatyści – imigrantów.

Państwo kruchsze niż człowiek

Kolejny mit to stabilność struktur państwowych, która miałaby być gwarantem wspólnotowych interesów. Czy możemy liczyć na „własne państwo”? Uświadomiłem sobie względnie niedawno, że moi dziadkowie nie żyli w jednym systemie, a przynajmniej w kilku, często radykalnie odmiennych. Przeżyli wiele rewolucji i wojen, które zmieniały ich otoczenie, wpłynęły na ich losy. Ojciec mojej matki, Walenty Borkowicz, był zwykłym robotnikiem. Urodził się jeszcze w czasach zaborów, wychował i dorastał w okresie międzywojennym, walczył, a potem przeżył okupację, założył rodzinę w czasach PRL, aby pożegnać się ze światem pod rządami III RP. Gdy umarł, miał ponad osiemdziesiąt lat. Żył w czterech (nie licząc okupacji) różnych państwach, nie tylko pod względem ustrojowym, ale też różnych granic, choć teoretycznie nie ruszał się z Polski.

Można oczywiście powiedzieć, że wiek XX uchodzić może za wyjątkowo niespokojny, ale jeśli sięgniemy wstecz, głębiej, do XIX stulecia i jeszcze dalej, odkryjemy to samo – państwo jest czymś nad wyraz niestabilnym i przemijającym. Jest ono bardziej kruche niż niejedno ludzkie życie. Wystarczy spojrzeć, jak Europa trzeszczy dziś w szwach. Jej dotychczasowe ramy polityczne i administracyjne z trudem wytrzymują próbę czasu. Powracają kontrole na granicach, odżywają europejskie demony szowinizmu i wojny. Czy państwo zatem cokolwiek nam gwarantuje? Państwo raczej stara się ustabilizować swoją sytuację i bije się zaciekle o przetrwanie. Nieustająca walka wewnętrzna o władzę, systematyczne (większe i mniejsze) wybuchy społecznego niezadowolenia, strajki generalne, policyjnie tłumione rewolucje, międzynarodowa rywalizacja o uznanie, zbrojne interwencje, wreszcie otwarta wojna. Czy fakt, że przez 65 lat nikt nie zbombardował naszych wiosek i miast nie uznaje się za szczególne szczęście i historyczny ewenement? Czy jednocześnie nie przyznaje się, że było to możliwe tylko pod warunkiem zbombardowania innych wiosek i miast – w imieniu „naszego” państwa i czasami rękoma „naszych” żołnierzy? I czy teraz nie przeszywa nas lęk, że rodziny tych ofiar zechcą wziąć na nas odwet?

Wspólnota poza państwem

Państwo wydaje nam się jednak – to kolejny mit – niezbędne. Większość z nas spodziewa się, że – pomimo wszystkich zastrzeżeń – gdyby państwo przestało istnieć, to nasza wspólnota rozpadłaby się w drobny mak. Będziemy jak te barany i owce bez pasterza – pogubimy się, wpadniemy w przepaść albo rozszarpią nas wilki. Na okładce pierwszego wydania „Lewiatana” (z 1651 roku) Thomasa Hobbesa widzimy alegorię państwa: postać z koroną na głowie, w prawej ręce dzierżącą miecz, a w lewej pastorał. Perspektywa Hobbesa jest dobrze znana i zaważyła na współczesnych doktrynach państwotwórczych, zakładających niezbędność władzy. Doczekała się też szeregu oponentów, począwszy przede wszystkim od Piotra Kropotkina. Dyskusja nie ogranicza się jednak tylko do środowisk anarchistycznych. Wspomnijmy tutaj choćby zmarłego dwa lata temu amerykańskiego ekonomistę Jamesa M. Buchanana – noblistę, libertarianina i twórcę tak zwanej „hipotezy Lewiatana”, zgodnie z którą instytucje państwowe z uwagi na wady procesów wyborczych oraz zachowania polityków i urzędników, stale się rozrastają i ograniczają wolności obywatelskie. Dodajmy jednak, że wywodząca się ze „szkoły chicagowskiej” krytyka państwa, dziś – po ponad czterech dekadach dominacji neoliberalizmu – kojarzy się nam z najbardziej ordynarną reakcją i atakiem na prawa socjalne, bez których wolności obywatelskie pozostają często jedynie pustym frazesem.

Jednocześnie, ukoronowany Lewiatan jest uosobieniem klasy rządzącej, sprawującej kontrolę i czerpiącej zyski z istnienia klasowych podziałów, na których straży stoi właśnie instytucja państwa. Jak napisze historyk Antoni Mączak – w odniesieniu do czasów wczesnonowożytnych – urząd często traktowano jak przedsiębiorstwo, którego przychody starano się powiększać. Wielkość dochodu urzędnika zależała od sytuacji rynkowej i jego zręczności w „wyszukiwaniu punktu maksymalnego zysku na krzywej popytu”. Czytając Mączaka ma się nieodparte wrażenie, że jego uwagi dotyczą nie XVI czy XVII wieku, ale czasów nam współczesnych.

Jak podaje francuski historyk, Fernand Braudel, pewni piemonccy inżynierowie odnotowali w XVIII wieku na jednej ze swoich map Sardynii: „Nurra, lud niepodbity, który wcale nie płaci podatków”. Wymowne! Karol Marks, wygłaszając referat podczas zebrania Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników w 1865 roku, twierdził, że renta gruntowa, procent i zysk są trzema przejawami wyzysku. Tym samym wskazywał, kto oszkapia robotników: obszarnik, bankier i fabrykant. Kilka zdań dalej powie do zgromadzonych, że, jeżeli pragną, można do tego grona dodać również „poborcę podatkowego”. To ważne dopowiedzenie. Wyzysk bowiem wymaga funkcjonowania sprawnego aparatu ucisku, który trzeba sfinansować. Wojsko i policja każdego roku pochłaniają w Polsce około 1/5 wszystkich wpływów do budżetu państwa – zdecydowanie więcej, niż wynoszą wpływy z podatku dochodowego od osób fizycznych. Dodatkowo, kupując towar na rynku, płacimy rocznie kilka miliardów złotych agencjom ochrony, wynajętym bezpośrednio przez obszarników, bankierów i fabrykantów. Koszt ich usług został wkalkulowany w cenę towaru. Dodajmy do tego koszty funkcjonowania sądów, komorników, policji municypalnej czy organizacji paramilitarnych sponsorowanych przez państwo. Marks o tezie, jakoby podatki miały wykańczać pracodawców, napisze, że w istocie rzeczy te podatki służą właśnie temu, żeby mogli utrzymać się w charakterze klasy panującej. Dlatego też – w tym ujęciu – wspólnota nie konstytuuje się w ramach państwa, ale raczej poza nim czy przeciw niemu.

Zawiedzione oczekiwania

Czy jednak państwo, ze swoimi zasobami materialnymi i organizacją, nie przydaje się przynajmniej w okresach kryzysu, kiedy dochodzi na przykład do katastrofy? Czy nie po to ono istnieje, aby nieść pomoc zagrożonym i poszkodowanym? Pytanie to jest jak najbardziej zasadne w dobie ewidentnego już wzrostu liczby takich zjawisk jak powodzie czy huragany, a przypisywanego coraz częściej zmianom klimatycznym.

Jak wykazuje wiele analiz socjologicznych, państwo w takich okolicznościach bywa wyjątkowo zawodne. Przede wszystkim dlatego, że instytucje państwowe działają stereotypowo – w duchu Lewiatana. Obawiają się wybuchu paniki i żywią przekonanie, że ofiary są sparaliżowane strachem, w obliczu klęski przejawiają niskie morale, panuje wśród nich rozprężenie i niezdolność do podjęcia działania, co z kolei skutkuje apelami o silną władzę. Szereg badań socjologicznych i z zakresu psychologii społecznej dowodzi czegoś wręcz przeciwnego: społeczności dotknięte klęskami żywiołowymi wcale, jak pisze Krzysztof Kaniasty, „nie popadają w masową panikę, a ich aktywność nie jest chaotyczna czy zdezorganizowana”. W ogarniętym powodzią Wrocławiu w 1997 roku przestępczość była bardzo niska. Kluczowego znaczenia w takich warunkach nabiera społeczna samoorganizacja i kropotkinowska pomoc wzajemna.

Jak dowodził wrocławski socjolog Wojciech Sitek, klęski żywiołowe powodują wprawdzie rozkład ładu instytucjonalnego, ale też natychmiastowe, spontaniczne pojawienie się w jego miejsce ładu wspólnotowego. Następuje przełamanie dotychczasowych barier ról i statusów, a na przykład mieszkańcy dotkniętego klęską Wrocławia ruszyli „do obrony przed powodzią, tworząc rozbudowaną sieć bezpośrednich stosunków interpersonalnych”. „Policjant – jak obrazowo przedstawia to cytowany autor – wykonywał polecenia cywila, prezydent miasta nosił worki, drobny pijaczek stawał się bohaterem. (…) Władzy jako takiej właściwie nie ma, są tylko ludzie”. Sitek dowodził, że destrukcja ładu instytucjonalnego nastąpiła błyskawicznie i miała swoje dramatyczne przejawy, kiedy na przykład w podwrocławskich miejscowościach odmawiano przeprowadzenia ewakuacji. Także inni socjologowie w książce „Naturalna katastrofa i społeczne reakcje. Studia nad przebiegiem i następstwami powodzi na Opolszczyźnie w 1997 roku” potwierdzali, że „sprawność władz centralnych, administracji rządowej oraz władz lokalnych na obszarach objętych powodzią w całej Polsce, pozostawiała wiele do życzenia”. Egalitarna, spontaniczna wspólnota jest w takim przypadku nawet nie tylko możliwa, ale konieczna. Przywracaniu natomiast „normalności”, czyli ładu instytucjonalnego, towarzyszy odtworzenie dawnych społecznych podziałów i powrót państwa.

Wspomniany już psycholog społeczny, Krzysztof Kaniasty, jest z pewnością jednym z najlepszych znawców zachowań ludzkich podczas klęsk żywiołowych. Z wielu badań, o których pisze w swoich książkach, wynika, że choć mamy przekonanie, iż w takich okolicznościach to państwo powinno w głównej mierze brać na siebie ciężar walki z żywiołem i nieść pomoc ofiarom, to dzieje się zazwyczaj dokładnie odwrotnie. Ludzie sami sobie pomagają w kryzysowych okolicznościach, a faktyczne wsparcie państwa jest jedynie przysłowiowym „czubkiem góry lodowej” jego oczekiwanego zaangażowania. W rzeczywistości zawodzi nawet w takiej sytuacji. Jest jednak wyjątek. Jeżeli przyczyna katastrofy ma charakter androgeniczny, czyli w istocie często została wywołana działaniami państwa (przykładowo: katastrofa czarnobylska), to rola państwa jest wówczas większa, a bywa, że nawet wiodąca. Słowem: państwo nawykło ewentualnie do walki z klęskami, za które samo odpowiada.

Złudzenie państwa socjalnego

W kontekście tego wszystkiego pojawia się dylemat, czym jest „państwo opiekuńcze” czy „państwo socjalne”, którego tak często chcielibyśmy bronić. Podstawową przesłanką powołania, zaciekle dziś przez liberalizm atakowanego, „państwa socjalnego” było, jak przekonuje Jerzy Woś, jedynie to, by „zapobiec defektom rynku, nie naruszając w żadnym mierze podstaw systemowych”. W rzeczywistości miało ono uchronić ustrój kapitalistyczny przed ewentualnymi zmianami.

Pouczające, że pierwsze ustawodawstwo socjalne, wprowadzone w Niemczech pod koniec XIX wieku, skierowane było nie do całego społeczeństwa, ale, jak podsumowuje to Veronika Ziegelmayer, do „pracowników przemysłowych skłonnych do zrzeszania się i wzniecania konfliktów”. Prace brytyjskich autorów Richarda Titmussa i Juliana Le Granda dowodziły z kolei, że powojenne brytyjskie państwo socjalne w rzeczywistości nie służyło redystrybucji, lecz cementowało raczej zastane różnice klasowe, a korzyści z z niego czerpały przede wszystkim warstwy średnie. Często to biedni finansują gros pomocy innym biednym.

Pojawienie się prosocjalnej polityki keynesowskiej miało de facto ścisły związek z cyklami koniunkturalnymi kapitalizmu, których negatywny wpływ na stabilność systemu państwowego chciano minimalizować. Cykle te były i pozostają związane także z wahaniami natężenia konfliktu społecznego. Zarówno Wielki Kryzys 1929 roku, jak też fala protestów pracowniczych i społecznych w pierwszej połowie XX wieku, stanowiły bezpośrednią przyczynę przyjęcia modelu państwa socjalnego przez kraje Ameryki Północnej i Europy. Jego koszt okazał się jednak dla kapitału zbyt duży, zatem w poszukiwaniu wzrostu rentowności ostatecznie system na powrót zdestabilizowano. Złudzeniem było to, że jest to model docelowy.

***

Moje uwagi z pewnością nie wyczerpują tematu. Zakreśliłem tu tylko kilka rozpowszechnionych przekonań na temat państwa i starałem się z nimi polemizować. Konkludując, należy moim zdaniem stwierdzić, iż problemem nie jest to – jak sądzi większość – że państwo nie działa, lecz raczej to, że działa. Dokonuje ono ciągle „podboju” czy, jakby to ujął Jürgen Habermas, kolonizacji naszego codziennego życia. Często za jego ważną funkcję bierzemy obronę w istocie wydartych mu w toku walki i podczas demokratycznych przemian praw: prawa do strajku, wolności słowa czy swobody zgromadzeń. Są one jednak ciągle zagrożone przez Lewiatana, który nigdy nie śpi, czuwając przede wszystkim nad tym, aby trzoda nie poszła samopas.

 

 

Jarosław Urbański

DNI LOKATORSKIE 
20-22 maja 2016, Lublin

 

 
Dni Lokatorskie to trzydniowe wydarzenie organizowane przez Lubelską Akcję Lokatorską między 20-22 maja 2016 r. w Lublinie.

Chcemy wyeksponować problemy lubelskie na tle kraju.
Jest to kontynuacja, rozpoczętej przez nas rok temu, dyskusji m.in. o masowych eksmisjach mieszkanek i mieszkańców Lublina, nieudolnej polityce mieszkaniowej władz miasta, w tym braku odpowiedniej ilości lokali komunalnych i socjalnych oraz braku realnie funkcjonującego programu oddłużeniowego.
Przyjrzymy się również zjawisku kryminalizacji lokatorów przez władze miasta. Zlecaniu eksmisji prywatnej firmie. Wpływaniu mediów na kreowanie wizerunku "trudnego lokatora" oraz procesowi gentryfikacji.

Coraz więcej ludzi z naszego miasta skazywanych jest na popadanie w stan zadłużenia, a często także na bezdomność. Miasto nie podejmuje konkretnych działań, by ta sytuacja uległa poprawie. Wiele z tych zaniedbań opisuje w ostatnim raporcie Najwyższa Izba Kontroli oraz przeprowadzony w listopadzie 2015 roku Audyt Kontrolny w Zarządzie Nieruchomości Komunalnych Lublin.

 

 

 

PROGRAM DNI LOKATORSKICH:

Wczoraj, na ul. Młyńskiej 1 przed bramą Aresztu Śledczego odbył się wiec solidarnościowy z odbywającym karę trzech miesięcy więzienia Łukaszem Bukowskim. Przypomnijmy, że Łukasz wraz z aktywistkami i aktywistami lokatorskimi brał udział w nieudanej blokadzie eksmisji rodziny państwa Jencz. Szczegółowo sprawę relacjonowaliśmy tutaj.

 

Wynikiem próby zablokowania eksmisji było zatrzymanie kilku osób, w tym Łukasza. Postawiono mu wówczas zarzut naruszenia nietykalności funkcjonariusza policji. Łukasz utrzymuje, że zarzuty naruszania nietykalności policjanta są niesłuszne, a jego ukaranie było formą odwetu za podjęty opór społeczny. Aktywista w proteście przeciwko polityce eksmisyjnej i postępowaniu policji, odmówił poddania się karze grzywny, która została zamieniona na przymusową pracę, a ostatecznie na pozbawienie wolności.

 

Wczorajszy protest zgromadził blisko trzysta osób, chcących wyrazić solidarność zarówno z uwięzionym aktywistą, jak i pokazać swój sprzeciw wobec antyspołecznej polityce, prowadzącej do łamania praw lokatorów i eksmisji.

 

Jarosław Urbański z Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów podkreślał, że to właśnie proceder eksmitowania osób starszych, schorowanych, czy z różnych przyczyn popadających w spiralę zadłużenia jest zasadniczą osią sporu i problemem, z którym musimy walczyć. To prawo, pozwalające na wyrzucanie lokatorów de facto na bruk wskutek braku lokali socjalnych, jest prawem, które realnie uderza w życie wielu tysięcy obywateli. W przeciwieństwie do jałowych sporów wokół Trybunału Konstytucyjnego, konflikt wokół praw lokatorów nie jest jałowym sporem ekspertów i prawników. To opór lokatorów i aktywistów społecznych, takich jak Łukasz, pozwolił unaocznić kwestię czyszczenia kamienic, a nawet wymógł zmiany w owym prawie. A jednak dziś to Łukasz siedzi w areszcie, podczas gdy "czyściciele" kamienic, a szczególnie ich mocodawcy nadal pozostają wolni i bezkarni.

luk1

Szczegóły eksmisji rodziny państwa Jencz, przypomniała Katarzyna Czarnota z WSLu. Podkreśliła, jak ważne była solidarność różnych ludzi biorących udział w owej próbie blokady dla połączenia sił i zjednoczenia lokatorów. Podkreślała, że tylko nagłośnienie problemu dało szansę na realną pomoc dla eksmitowanej już rodziny, której pomoc przez lata powołane do tego instytucje nie potrafiły im skutecznie udzielić.

Głos na wiecu zabrała sama pani Katarzyna Jencz. Kobieta poruszająca się na wózku przypomniała, że wobec niej i jej męża policja zgromadziła olbrzymie siły. Uzbrojeni i w pełnym rynsztunku policjanci prewencji wkroczyli do ich mieszkania, jakby działali przeciwko najgroźniejszym przestępcom. Co bardzo dobrze zapamiętała pani Katarzyna, kiedy ona sama leżała w łóżku, nie mogąc się samodzielnie podnieść z uwagi na niepełnosprawność, jeden z policjantów cały czas stał nad nią i „bawił się pałką”. Takie postępowanie rzekomych stróżów prawa, na trwałe pozostanie w pamięci eksmitowanej kobiety. Podziękowała ona za postawę Łukasza i apelowała o solidarność, bo tylko zjednoczeni lokatorzy mogą sprzeciwić się niesprawiedliwości w naszym kraju.

luk2

Kolejnym zabierającym głos na wiecu był Piotr Ciszewski z Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów. On również podkreślił, że ważniejsza jest walka o prawa lokatorów od udziału w wiecach na rzecz obrony demokracji. Prawdziwa demokracja wyraża się właśnie w obronie praw tych, którzy codziennie muszą zmagać się ze skutkami reprywatyzacji czy próbami nielegalnych eksmisji. Obrona ich praw to faktyczna obrona demokracji. Ciszewski zaznaczył, z jak wieloma tragediami związanym z łamaniem praw lokatorów mamy do czynienia. Do najtragiczniejszego doszło w Warszawie, gdzie zamordowano aktywistkę lokatorską Jolantę Brzeską. Sprawcy tego czynu nadal pozostają bezkarni, a mimo nagłośnienia sprawy ograny ścigania są dalekie od jej wyjaśnienia. Piotr zaznaczył, jak ważne jest, wobec powyższego, dalsze działanie w ramach ruchu lokatorskiego i szerzej w ramach wali z niesprawiedliwością społeczną

luk3

Swoje zdanie w obronie Łukasza wyraził również Piotr Ikonowicz z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Jeszcze nie tak dawno to Łukasz wraz z innymi aktywistami i aktywistkami z Poznania uczestniczył w pikiecie solidarnościowej z zatrzymanym Piotrem Ikonowiczem. Dziś role się odwróciły i to Ikonowicz apelował o wolność dla Łukasza Bukowskiego. Podkreślał, jak ważne jest niepopadanie w defetyzm i walka o zmianę społeczną. Jedynie dzięki stałemu naciskowi ruchów społecznych, możliwa jest zmiana obecnej sytuacji, w której coraz więcej osób popada w biedę, uzależnia się od lichwiarskich pożyczek i jest skazana na ciągłe zaciskanie pasa.

luk4

Na wiecu nie zabrakło również wsparcia ze strony przedstawicieli warszawskiego skłotu Syrena. Łukasz Bukowski wielokrotnie uczestniczył w akcjach w Warszawie i wspierał działania Kolektywu Syrena. Nie zabrakło również wystąpień przedstawicieli Lubelskiej Akcji Lokatorskiej, a także wsparcia ze strony lokalnych działaczy społecznych z Poznania.

W trakcie przerw między kolejnymi przemówieniami zebrani skandowali hasła: „Łukasz Bukowski jesteśmy z tobą”, „Dość łamania praw lokatorów”, „Eksmisje stop”, „Policja broni bogatych przed biednymi”, „Nie będzie pokoju bez sprawiedliwości”. Wiecowi towarzyszyła również grupa samby, a zakończenie wiecu uświetnił występ muzyka-poety i aktywisty społecznego Szczepana Kopyta, który w ten sposób również chciał okazać wsparcie i solidarność z uwięzionym .

luk5
Po zakończeniu manifestacji, gdy jej uczestnicy już się rozchodzili, u zbiegu ulic Pułaskiego i Al. Wielkopolska grupa aktywistów została zaatakowana przez nieumundurowanych funkcjonariuszy policji. Po napaści ze strony tajniaków, nadjechały dodatkowo cztery policyjne radiowozy z funkcjonariuszami prewencji w pełnym rynsztunku i w brutalny sposób zatrzymano co najmniej 4 osoby.

Zajście spowodowało, iż w geście solidarności grupa 100 aktywistów udała się na komisariat przy Al. Marcinkowskiego, gdzie przetrzymywano działaczy. Pod komisariatem odbyła się pikieta solidarnościowa, a część osób protestowało wewnątrz budynku, skandując „Uwolnić zatrzymanych!”. Na miejscu pojawiły się oddziały prewencji.

W następstwie pikiety policja zatrzymała autobus z warszawskimi aktywistami, chcąc wylegitymować jednego z nich, pod zarzutem zniszczenia elewacji na komisariacie – na miejsce zatrzymania dotarli poznańscy anarchiści i solidarnie stanęli w obronie przetrzymywanych kolegów i koleżanek. Po kilkunastu minutach przepychanek z policją autokar odjechał nieniepokojony. Jak można przeczytać w lokalnej gazecie, rzecznik policji przyznał, że żadne elewacja nie została uszkodzona.
Wieczorem, wszyscy z zatrzymanych zostali wypuszczeni z zarzutami napaści na policjanta i naruszenia nietykalności funkcjonariusza, oraz wandalizm i zniszczenie mienia o wartości powyżej 1000 zł.

 

Pełna relacja fotograficzna

luk6

Zapraszamy na

 

SPOTKANIE POŚWIĘCONE TEMATYCE LOKATORSKIEJ

niedziela, 19 lipca, godz. 13:00,
ZA\\TARG, ul. Piłsudskiego 17, Lublin

 

 

W ramach spotkania poruszone zostaną kwestie problemów mieszkaniowych związanych z polityką lokalową państwa i władz miast oraz wynikających z nich trudności napotykających zwykłych ludzi, jak również możliwych form wsparcia i oddolnej inicjatywy na rzecz zapewniania prawa do dachu nad głową dla każdego i każdej z nas...

 

W programie spotkania:

- projekcja filmu pt. „Lokatorzy na sprzedaż"
- dyskusja z udziałem Jarosława Urbańskiego (Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów)

 

 

Sekcja Socjologii Krytycznej KNSS UJ oraz Inicjatywa Pracownicza - Kraków zapraszają na spotkanie autorskie z Jarosławem Urbańskim wokół książki "Prekariat i nowa walka klas". Poprowadzi je Przemysław Wielgosz redaktor naczelny miesięcznika Le Monde diplomatique edycja polska. Spotkanie odbędzie się 19 stycznia (poniedziałek) 2015 roku w Instytucie Socjologii UJ, ul. Grodzka 52, sala 79, o 18.00.

Patronat nad wydarzeniem objęły krakowski oddział Polskiego Towarzystwa Socjologicznego oraz miesięcznik Le Monde diplomatique edycja polska

W czasie spotkania będzie możliwość zakupu książki.

O książce: Na całym świecie sytuacja pracowników pogarsza się. Ataki na związki zawodowe, destabilizacja stosunków pracy, ...dyktatura elastyczności, pauperyzacja. Produktem tej sytuacji jest prekariat - rosnąca grupa pracowników na niepewnych warunkach. Jarosław Urbański analizuje prekaryzację w kontekście historycznym, socjologicznym i ekonomicznym. Skupia się na formach oporu wypracowywanych przez prekariat, podkreślając, że wprawdzie nie jest on żadną nową klasą, ale niepewni pracownicy nie są bezbronni wobec nowych postaci wyzysku ukrytych pod fasadą elastyczności.

Jarosław Urbański (ur. 1964) - socjolog i aktywista związany od lat 80. z ruchem anarchistycznym, a później także środowiskiem poznańskiego Rozbratu. Działacz Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza. Autor książek: Globalizacja a konflikty lokalne (2002), Odzyskać miasto. Samowolne osadnictwo, skłoting i anarchitektura (2005), a także licznych artykułów naukowych i publicystycznych

Wydarzenie organizowane jest w ramach cyklu KSIĄŻKĄ W MUR!

 

Żądamy odwołania Pucka

14 grudnia 2014 r. Dział: Wielkopolskie

12 grudnia grupa działaczy i działaczek anarchistycznych demonstrowała przed siedzibą ZKZL. Domagano się zmiany polityki mieszkaniowej i odwołania Jarosława Pucka. Choć sam protest przyjął formę happeningu, zarzuty stawiane dotychczasowemu szefowi ZKZL są poważne.

 

Jarosław Pucek był jednym z urzędników najbardziej oddanych Ryszardowi Grobelnemu, co potwierdził porzucając przed wyborami szeregi PO i startując do sejmiku wojewódzkiego z listy byłego prezydenta. Za jego rządów przybyło eksmisji. Próbowano je przeprowadzić nawet wobec kobiet w ciąży czy osób starszych.  Pucek też ostatecznie zrealizował posadowienie 10 kontenerów socjalnych – projekt który budził wiele kontrowersji. Z drugiej strony torpedował próby niezależnej społecznej dyskusji nad kierunkami rozwoju mieszkalnictwa w Poznaniu. Podstawowe zarzuty sprecyzowaliśmy w osobnym oświadczeniu (czytaj TUTAJ).

 

Nasze pytania brzmią: Czy można radykalnie zmienić kierunki polityki mieszkaniowej bez zmiany na stanowisku szefa ZKZL? Czy nowe władze dalej będą tolerować masowe eksmisje z zasobów komunalnych i istnienie kontenerów socjalnych?

Oświadczenie

Do kupienia w sieciach Empik i wydawnictwie Trojka http://www.bractwotrojka.pl/trojka-sklep?page=shop.product_details&flypage=flypage.tpl&product_id=3689&category_id=35

Z małym poślizgiem, ale w końcu jest! Nowy numer pisma anarchistycznego „Inny Świat” - jak zwykle z konkretną zawartością oscylującą wokół wolnościowych klimatów. W piśmie tym razem znajdziecie dwa „bloki tematyczne”. Pierwszy z nich nazwać można „rocznicowym”. Rok 2014 to rok 20 rocznicy wybuchu powstania Zapatystów w meksykańskim stanie Chiapsa (tematowi temu poświęcamy jeden tekst, ukazujący pozytywne aspekty autonomii, wprowadzanej w życie przez partyzantów z meksykańskiej dżungli) oraz 200 rocznicy urodzin jednego z ojców założycieli światowego anarchizmu, Michaiła Bakunina. Temu odwiecznemu burzycielowi i buntownikowi poświęciliśmy dwa większe teksty, traktujące nie tyle o życiu, co bardziej ideach batki Michaiła. Drugim tematem, któremu na łamach pisma oddaliśmy większa ilość stronic, jest anarchistyczna kinematografia. Poza wywiadem z twórcą bloga Radykalny Kinematograf, znalazły się w nim również trzy teksty poświecone zarówno historycznemu, jak i współczesnemu spojrzeniu na film i jego twórców, w anarchistycznej perspektywie. Oprócz powyższych tematów w piśmie poczytać można również o: najdłuższym proteście społecznym w Polsce, czyli walce rolników z Żurawlowa z korporacją Chevron, nacjonalistach - jako pożytecznych idiotach kapitalizmu, egipskiej rewolucji widzianej oczyma polskiego aktywisty, afrykańskiej rzeczywistość roku 2013 czy prostych poradach nt. przetrwania pracownika biurowego… Ale to jeszcze nie wszystko! Są również dwa interesujące wywiady: pierwszy z polską artystką, która w swej twórczości propaguje otwarcie anarchizm, a drugi z rosyjskim działaczem lewicowym i historykiem nt. ważności pamięci i historii w ruchach lewicowych i anarchistycznych, wyjątkowości rosyjskiego socjalizmu, współczesnych ruchach antyautorytarnych i sytuacji społeczno-politycznej w Rosji. Nie zabrakło też materiałów historycznych (o nieznanym zamachowcu B. Rozenblumie i heretyku K. Łyszczyńskim) oraz recenzji książkowych czy kolejnej opowiastki Powsinogi…
Jednak to jeszcze nie wszystko!!! Jako spóźniony prezent urodzinowy (przypominamy, iż w 2013 roku stuknęło „Innemu Światowi” 20 lat!) gratisowo do pisma dokładamy płytę DVD z dwoma filami dokumentalnymi:
Pierwszy z nich to „Noise and Resistance” - podróż po współczesnej Europie mająca na celu ukazanie politycznie zaangażowanego ruchu hardcore/punk. W filmie można zobaczyć zarówno rosyjskich antyfaszystów, jak i holenderskich lewaków, feministki ze Skandynawii czy skłotersów ze słonecznej Hiszpanii. 
Drugim filmem jest „Iwan. Ku pamięci naszego przyjaciela” - nostalgiczna opowieść o Iwanie Chutorskim, moskiewskim antyfaszyście zastrzelonym przez neonazistów w 2009 roku. W filmie możemy zobaczyć szereg wypowiedzi członków rodziny, przyjaciół, kolegów, działaczy antyfaszystowskich czy muzyków kapel punk rockowych. Do tego wiele fragmentów koncertów na których bawił się czy „pracował” Iwan. Film ten jest swoistym hołdem złożonym tej ważnej dla rosyjskiego antyfaszyzmu postaci. Nie zapomnimy! Nie wybaczymy!
Szczegółowy spis treści:
Słowem wstępu…
W. Wytrych - O rumieńcu wstydu na liczku liberalnego Judaszka
Raczek - Na barykadzie w Żurawlowie 
Raczek - Wierć kochanie wierć
FA Wrocław - Pożyteczni idioci kapitalizmu
FA Wrocław - Te same argumenty, ta sama ideologia – tylko w innym przebraniu
L. Oikonomakis - Każdego 1. stycznia wszyscy jesteśmy Zapatystami!
Egipska rewolucja oczami polskiego anarchisty 
R. Malinowski - Afryka - rok 2013
Steven – Pracowniczy poradnik przetrwania w biurze 
Radykalny Kinematograf – wywiad z twórcą bloga o tematyce anarchistycznej kinematografii
F. Lopez - Tworzenie filmów anarchistycznych – pomoc wzajemna w działaniu!
D. Georgakas - Trzy anarchistyczne rebelie na kinowym ekranie
A. M. Wasieczko - Dita Parlo i kino buntowników
Portrety rewelacyjne - portrety rewolucyjne – wywiad z G. Małkiewicz
Uwolnić sztukę!
W trosce o pamięć - rozmowa z Jarosławem Leontiewem, rosyjskim historykiem i działaczem antyautorytarnej lewicy…
Michaił Bakunin - 1814-2014
A. Kielasiak - Bakunin - człowiek czynu i pióra, którego nadal warto czytać…
K. Czapiński - Bakunin o hitleryzmie. Ciekawy głos spoza grobu
M. Sofij - Bakunin i insurekcjonizm
Twarzą w twarz z demonami Dostojewskiego: anarchizm i upiór Bakunina w XX-wiecznej Rosji
S. Mielnik-Górski - Pamięci towarzysza Bejinisza Rozenbluma
Towarzysze robotnicy
Seksa - Kazimierz Łyszczyński – heretyk czy protoplasta anarchistów?
Powsinoga - Trudne zawody
A. M. Wasieczko - Rewolucja 1905
T. Romanowicz - Syndykalizm nie jedno ma imię
T. Romanowicz - Encyklopedia polskiego syndykalizmu
O. Łaniwska - Anarchista w drodze do Magadanu…Szczegóły wydania:
forma wydania: pismo
wydawnictwo: Inny Świat
miejsce wydania: Mielec 2014
ilość stron: 68 A-4
oprawa: miękka
ISSN 1898-7680

Zachęcamy do zapoznania się z poniższym tekstem dotyczącym Marcela Szarego oraz do wzięcia udziału w wydarzeniach związanych z rocznicą Poznańskiego Czerwca 1956 r. oraz Wydarzenia w ramach Weekendu Związkowego Inicjatywy Pracowniczej


Żeby dobrze zrozumieć czym była i jest „płyta”, musimy się cofnąć o prawie sto lat. Do momentu przekształcenia się zakładów Hipolita Cegielskiego – Poznań (HCP) z niewielkiej rodzinnej fabryki w ogromną, zatrudniającą tysiące pracowników, spółkę akcyjną.

Przyjęcie

Po Powstaniu Wielkopolskim, Poznań zaczęli opuszczać obywatele narodowości niemieckiej, którzy – w liczbie kilkudziesięciu tysięcy – stanowili wówczas blisko połowę mieszkańców stolicy Wielkopolski. Wyjechali prawie wszyscy. Także ci, którzy mieszkali w Poznaniu od kilku pokoleń. Uciekli również właściciele niemieckich fabryk metalowych, produkujących w czasie pokoju na potrzeby rolnictwa i kolejnictwa, a w czasie wojny przestawionych na produkcję militarną. Z okazji tej skorzystali polscy akcjonariusze zakładów Cegielskiego – producenta maszyn i urządzeń rolniczych. W latach 1919-1921 postanowiono nabyć m.in. fabrykę wagonów Paulusa oraz przedsiębiorstwo metalowe Mögelina i Lössera. Niemieccy właściciele byli „pod ścianą”: przegrana wojna, zmiany polityczne, przesunięcia granic, kryzys ekonomiczny (hiperinflacja), wisząca w powietrzu rewolucja. Cena – jak łatwo jest się domyślić – była przystępna.
    Zakłady Cegielskiego z niewielkiego producenta pługów i bron, zatrudniającego przed wojną nie więcej niż 300 (a często nawet mniej) pracowników, urosły do rangi potentata produkującego lokomotywy, wagony i wyposażenie armii, najpierw z ponad 2 tys. pracowników, a w szczytowym momencie okresu międzywojennego - ponad 7 tys.

    Robotnicy Cegielskiego rekrutowali się w wielu przypadkach z grona tych, którzy po wojnie powrócili z terenu Niemiec, głównie z Westfalii, dokąd wcześniej wyemigrowali za pracą. Tam brali udział w kilku falach strajków generalnych, a potem w niemieckiej Rewolucji Listopadowej w 1918 r. Należeli często do Zjednoczenia Zawodowego Polskiego, związku powstałego głównie na terenie Niemiec i organizującego polskich pracowników. Po powrocie do kraju nie podobała im się polityka endeckich elit, które zdobyły władzę w mieście i regionie. To za sprawą reemigrantów w kwietniu 1920 roku pracownicy poznańskich zakładów naprawy taboru kolejowego wyszli na ulicę z żądaniami socjalnymi i płacowymi. Na rozkaz lokalnych władz policja otworzyła ogień do demonstrantów. Zginęło dziewięć osób. W całym Poznaniu doszło do zamieszek, szturmów na komisariaty i na więzienie. Wprowadzono stan wyjątkowy. Ten scenariusz powtórzy się 36 lat później – w czerwcu 1956 roku. W latach 20. poprzedniego stulecia na ulicach Poznania jeszcze wielokrotnie dochodziło do wielkich demonstracji. Rozwścieczony tłum demolował wystawy sklepowe. Bezrobotni ścierali się z konnicą. Robotnicy rozbijali wiece organizowane przez Narodową Demokrację, która – by nie stracić swoich wpływów politycznych - myślała o ogłoszeniu secesji Wielkopolski. Na wsiach wokół Poznania dochodziło do masowych strajków robotników rolnych. Endecka władza i ziemianie nie pozostawali dłużni, systematycznie wysyłali na robotników żołnierzy i policjantów. Padały kolejne ofiary.
    W okresie międzywojennym, zakładami kupionymi przez Cegielskiego systematycznie wstrząsały wystąpienia pracownicze. W przedsiębiorstwie działało kilka związków zawodowych. Konkurowały one ze sobą w wyborach do Wydziałów Robotniczych, których kompetencje były niewielkie, ale i tak frekwencja przekraczała 60%. Robotniczy aktywizm odżył po II wojnie światowej. Najpierw pracownicy Cegielskiego (było ich już 10 tys.) przejęli i zaczęli odbudowywać zakład. Na wiecach wybierali dyrektorów. Kontrolowali produkcję. Kiedy stalinowskie prawo pozbawiło ich realnego wpływu na samorząd robotniczy, jeszcze jesienią 1945 roku doszło do kilku strajków w kwestiach socjalnych.
    Nic zatem z szerzonego stereotypu o ugodowości czy nawet uległości wielkopolskiego robotnika nie jest prawdą. Również czerwiec 1956 roku nie był dziełem przypadku, lecz konsekwencją trwającego od kilku dekad oporu oraz doświadczenia przekazywanego między robotnikami kolejnych pokoleń.

Związek

Z Marcelem Szarym byliśmy rówieśnikami. Wchodziliśmy w działalność polityczną i związkową w tym samym czasie – Marcel jako uczeń przyzakładowej szkoły zawodowej, ja jako licealista. On tworzył podziemne struktury zdelegalizowanej „Solidarności” na terenie HCP, ja kolportowałem w tym czasie związkową bibułę i współpracowałem z Radiem Solidarność. Poznaliśmy się jednak dopiero wiosną 2002 roku. Na fali antyglobalistycznych protestów łączyły się siły ruchów społeczno-politycznych i związków zawodowych. W Polsce w tym czasie demonstrowały dziesiątki zakładów, których komitety protestacyjne spotkały się w lipcu tego samego roku w Szczecinie. Pojechaliśmy tam małą grupą pracowników z Marcelem Szarym na czele. Jego radykalne w treści przemówienia spotykały się z aplauzem szeregowych stoczniowców i zdecydowanie mniejszym entuzjazmem etatowych działaczy związkowych. Tym niemniej Szary został wybrany członkiem prezydium Ogólnopolskiego Komitetu Protestacyjnego. Jeździliśmy po całej Polsce – wszędzie tam, gdzie protestowali robotnicy. Namawialiśmy do wspólnej walki i połączenia wysiłków. W listopadzie 2002 roku doszło do głośnych zamieszek pod bramą Fabryki Kabli w Ożarowie. Komitet wspierał ten protest wszystkim siłami.
    Spiętrzenie walk w tamtym okresie nie skończyło się jakimś efektownym sukcesem. W 2004 roku fala protestów wyraźnie opadła. Z Marcelem Szarym wielokrotnie dyskutowaliśmy na te tematy. W historii zakładów Cegielskiego szukaliśmy przede wszystkim odpowiedzi na pytanie dotyczące pracowniczych zrywów i okresów całkowitej apatii, której winne były m.in. same związki zawodowe. Szary nie był zadowolony z działalności „tradycyjnych” organizacji. W 1999 roku, po licznych konfliktach z liderami, odszedł wraz z grupą ok. 100 pracowników Cegielskiego z NSZZ Solidarność i przystąpił do KNSZZ Solidarność’80. Jednak ostatecznie i te ramy wydały się nam obu za ciasne. Chcieliśmy przekształcenia związku w organizację nowego typu, lecz opór części działaczy był zbyt duży. W czerwcu 2004 roku, z grupą dosłownie 15 osób, Szary wystąpił z Solidarności’80 i założył związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza. W nazwie nawiązali do powołanej niespełna trzy lata wcześniej przez środowiska anarchistyczne grupy wspierającej protesty pracownicze. Odmówił jednocześnie przyjęcia biura. Związek nie miał etatów, nie ujawniał nazwisk swoich członków, a wszystkie „papiery” Inicjatywy Pracowniczej Szary nosił w czarnym neseserze. Ludzie przychodzili do niego tam, gdzie pracował. Rozmawiali przy tokarce, nie przy biurku. Wówczas było to tym bardziej osobliwe, że Szary przez załogę został wybrany na członka zarządu przedsiębiorstwa. Spodziewano się, że będzie miał garnitur, gabinet, sekretarkę i limuzynę. Naszym celem było jednak pozostać jak najbliżej pracowników i pokazać, że nie chodzi nam o osobiste interesy i przywileje. Istotne było odzyskanie zaufania ludzi, zawiedzionych wielokrotnie przez swoich liderów.

Protest

Czym jest „płyta”? W sensie fizycznym to płyta traserska, sporej powierzchni podest odlany z metalu, wysoki na ok. półtora metra. Było ich w Cegielskim kilka, ale ta konkretna znajdowała się w dużej hali, w samym sercu wydziału produkującego silniki okrętowe – od początku lat 60. należące do podstawowego asortymentu przedsiębiorstwa. Z racji swojego umiejscowienia była dogodnym miejscem na masówki. Zwoływano je tam z różnych powodów, na przykład gdy dyrekcja miała coś szczególnego do przekazania załodze lub gdy chciała – jak co roku – złożyć życzenia z okazji świat Bożego Narodzenia. Ale wiece zwoływano również wtedy, gdy to załoga miała coś ważnego do zakomunikowania dyrekcji. Porzucano wówczas pracę przy maszynach i wszyscy stawali w milczeniu wokół płyty. Był to znak, że wśród pracowników panuje niezadowolenie i ma się pojawić dyrekcja. Czasami liderzy związków lub kierownicy próbowali opanować sytuację i namawiali do powrotu do pracy. Załoga nie ustępowała. Stali w milczeniu dalej. Poważnie traktowano jedynie przyjście samego szefa firmy. Jego forpocztą była ekipa montująca nagłośnienie. Wchodził na płytę zwykle w otoczeniu kilku osób. Wszyscy starali się ukryć zdenerwowanie, choć napięcie było duże.
- Czy ktoś mi powie o co chodzi?
Po chwili głos z tłumu.
- Dlaczego podnosicie normy?
Podnosi się tumult. Dyrektor uspokaja. Szybko zapada cisza.
- Dobrze! Kto to powiedział? Proszę bardzo przyjść tu – wskazuje palcem na „płytę” – i wyjaśnić. O co dokładnie chodzi?
Dłuższa cisza. Nikt się nie rusza. Inny głos z tłumu.
- Już ty wiesz o co! Gadaj co z tymi normami! Chcecie żebyśmy zdechli przy tych maszynach?
I kolejne głosy:
- I co z podwyżkami, ostatnie były trzy lata temu? A inflacja?
- Mamy za darmo, kurna, pracować?
Zrywają się oklaski.
- Panowie! Związki zawodowe już negocjują z dyrekcją tę sprawę. Musimy zmienić normy, ale obiecuję Wam, że będzie to związane ze wzrostem wynagrodzenia. No może nie dla wszystkich jednakowo, dla tych najlepszych, rzecz jasna… Bo chodzi przecież o wydajność…
- Konkrety!
- Konkretnie to jeszcze nie wiemy, jak to będzie. Ale jutro od rana jesteśmy umówieni z przewodniczącymi związków i będziemy negocjować. Musicie zrozumieć, ostatni rok był dla przedsiębiorstwa bardzo trudny.
- Ciągle gadacie i nic z tego dla nas nie wynika!
Znowu podnosi się tumult.
- Obiecuje! Obiecuję – powtarza dyrektor ponownie uspokajając gestem ręki zebranych – że będzie porozumienie, będą podwyżki, a teraz wracajcie do pracy. Są przecież związki zawodowe i one powinny się tym wszystkim zająć. Spotkajmy się tu jutro o godz. 13.00. Dobrze? Zachowajmy wszyscy spokój.
Cisza. Ludzie się rozchodzą. Następnego dnia nie dochodzi już do „płyty”, gdyż od rana związki zawodowe kolportują podpisane porozumienie płacowe. Nie wszyscy są zadowoleni. Może nawet większość nie jest. Inni jednak przekonują, że dobre i to, co dała dyrekcja. Na majstrów dyrekcja naciska, żeby zrobili listy tych, którzy poprzedniego dnia odeszli od maszyn. Większość decyduje się wpisać wszystkich „swoich ludzi” (wszystkich przecież nie ukarzą). Ludzie sami chcą, aby ich zapisać, nawet jeśli z jakichś powodów ich tam nie było. Wiedzą, że bez „płyty” nie uzyskaliby niczego.
    Nie wszystkie „płyty” kończyły się tak polubownie. Nieraz po prostu wychodzono na ulicę. Jednak protesty załogi nie były czymś nagminnym. Czasami, podczas oficjalnych spotkań z dyrekcją – wspominają bliscy znajomi Marcela Szarego z HCP – właził na „płytę’’ i zadawał tzw. trudne pytania. „Płyty” miały dla robotników urok niedopowiedzianego statusu, najczęściej dyrekcja nie uznawał ich za coś nielegalnego, a zatem nie wyciągała wobec uczestników konsekwencji, choć zdarzały się próby zastraszenia.

Strajk

Próbowałem ustalić, od jak dawna robotnicy w Cegielskim wykorzystywali „płyty” w swojej walce. Płyty traserskie zaczęto stosować w HCP prawdopodobnie dopiero pod koniec lat 50., a najpewniej – z początkiem lat 60. „Pracuję w wydziale silników okrętowych od 1971 roku, ‚’płyta’’ już tam była” – mówi mi jeden z pracowników. (W latach 70. zatrudnienie w HCP przekraczało niekiedy 20 tys. osób.) Nie przypomina on sobie, by wybuchały tam wówczas spontaniczne masówki; jedynie dyrekcja zwoływała zebrania załogi. Ale oczywiście wiece pracownicze zdarzały się w zakładach także wcześniej. Przed II wojną światową i tuż po niej. Przed pamiętnym 28 czerwca 1956 roku w Cegielskim odbyło się przynajmniej kilka pełnych napięcia masówek, akceptowanych przez dyrekcję lub nie, aż któraś skończyła się wyjściem z fabryki. Rozgromienie protestujących na ulicy (zginęło ponad 70 osób), wcale nie poskutkowało ustaniem niepokojów w zakładach HCP - trwały one przynajmniej do końca roku. Dopiero wtedy dyrekcji udało się opanować sytuację, m.in. poprzez realizację postulatów płacowych. W latach 80., po wprowadzeniu stanu wojennego, w Cegielskim wybuchło szereg krótkich strajków, z reguły milczących: ludzie stali, często przy swoich maszynach – nie pracowali i nie odzywali się do nikogo, nawet prowokowani
przez przełożonych.
    Obecnie większość znanych mi pracowników Cegielskiego zgodnie przyznaje, że płytę, jako „płytę”, zaczął świadomie wykorzystywać dopiero Marcel Szary, w latach 90. Osobiście uważam, że początkowo traktował ją jako jeden z możliwych wariantów protestu, wcale nie najważniejszy. Głównym celem Marcela Szarego było zawsze zorganizowanie strajku tak, jak to sobie wszyscy wyobrażamy: wyją syreny, ludzie odchodzą od maszyn, zbierają się w jednym miejscu, wybierają komitet strajkowy, a ten przedstawia żądania. Po wielu dniach okupowania fabryki (zgodnie z polską tradycją strajk powinien mieć charakter okupacyjny), na którejś ze stołówek lub świetlic, w obecności licznie zgromadzonych pracowników, podpisuje się porozumienie z pokonaną dyrekcją, a najlepiej premierem lub choćby ministrem gospodarki. Robotnicy odzyskują nie tylko pieniądze, ale też swoją dumę. Ale takie strajki, jeżeli w ogóle, zdarzają się rzadko. Kulisy odsłaniają przeważnie bardziej prozaiczną stronę tej walki.
    Inicjatywa Pracownicza przeprowadziła w Cegielskim dwa referenda strajkowe (w 2006 i 2007 roku), oba minimalnie przegraliśmy. Mimo to była to duża presja na władze przedsiębiorstwa. Dyrekcja nawoływała do bojkotu referendum, a przy urnach kazała stanąć majstrom i kierownikom. Pracownicy bali się, że będą szykanowani za sam udział. Wymagane było uczestnictwo 50% załogi, licząc także tych na chorobowym, urlopach i w delegacjach. Połowa z nich (w dużej mierze pracowników biurowych, znajdujących się pod największą presją ze strony dyrekcji) nie wzięła udziału w głosowaniu. Zawsze brakowało niewiele. Ci, którzy głosowali, w 95% opowiadali się za strajkiem. Pomimo formalnej przegranej naszego związku, władze firmy wiedziały, że realnie mamy duże poparcie.
    Działania dyrekcji można było potraktować jako utrudnianie prowadzenia sporu zbiorowego – co teoretycznie, według ustawy, jest przestępstwem – i ogłosić strajk, ale rezultat ewentualnej konfrontacji przed sądem zawsze był niewiadomą. Przy niekorzystnym obrocie sprawy mogło się okazać, że strajk ogłoszono jednak nielegalnie, a organizatorzy i uczestnicy mogliby ponieść poważne konsekwencje. W ten sposób od marca 2007 do początku 2008 roku w Inicjatywie Pracowniczej postanowiono zorganizować wiele „płyt”. W sumie jedenaście i nie zawsze pojawiały się na nich tłumy. Jednego dnia, w szczytowym momencie protestu, wszyscy pracownicy HCP, na wezwanie Inicjatywy Pracowniczej, wzięli tzw. urlop na żądanie. W ostatecznym efekcie, przez 12 miesięcy protestu załoga otrzymała ok. 30% podwyżki. Szarpana walka, w której grożono strajkiem, organizowano pikiety i demonstracje, systematycznie rozdawano ulotki, ale przede wszystkim zwoływano „płyty”, zakończyła się niekwestionowanym sukcesem.

Ostatnia skarga

Fala największych protestów przypadła na 30 marca i pierwszą połowę kwietnia 2007 roku. Każdego dnia wiele się działo, co wszystkich działaczy i działaczki kosztowało dużo nerwów i pracy. Protest powoli tracił dynamikę. Po kilku tygodniach byliśmy już wymęczeni, ale postanawialiśmy jeszcze zwołać manifestację na 1 maja. Przyszło trochę ponad 200 osób. Mało - zwłaszcza pracowników Cegielskiego. Nie załamaliśmy się jednak, gdyż byliśmy przygotowani na frekwencyjne trudności. Marcel Szary w trakcie protestu nie wyglądał dobrze. Krwawił z nosa i dziąseł. Ostatecznie wylądował w szpitalu, z którego nie wyszedł przez kilka miesięcy. Podejrzenie – rak. Zorganizowaliśmy jeszcze dwie „płyty”, żeby udowodnić, że spowodowana chorobą nieobecność naszego lidera, nie kończy zmagań. Na przełomie czerwca i lipca zdiagnozowano u Szarego białaczkę.
    To jednak nie koniec opowieści. Kuracja Marcela Szarego początkowo przebiegała pomyślnie. Miał w sobie wiele siły. Na wiosnę 2008 roku wrócił do fabryki i zorganizował kolejne „płyty”, wprawiając wszystkich w osłupienie. Tym razem dyrekcja uznała je za jednoznacznie nielegalne. Prokuratura wszczęła śledztwo, a wiele miesięcy później sąd uznał Szarego, w obecności przybyłego na ogłoszenie wyroku tłumu pracowników Cegielskiego, winnym organizowania nielegalnego strajku. Karą była grzywna w kwocie kilku tysięcy złotych.
    Wiosną 2009 roku odbyły się kolejne wybory przedstawiciela załogi do zarządu Cegielskiego. Wygrał je po raz trzeci z rzędu Marcel Szary. Przy bardzo wysokiej frekwencji, głosowało na niego 72% załogi. Nigdy wcześniej nie miał tak silnego poparcia, jak w tym momencie. Jednak szykany trwały, a Rada Nadzorcza zawiesiła go w funkcji członka zarządu.
    Wreszcie dyrekcja nakazała zdemontować „płytę”. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że to przejaw słabości. Robotnicy najpierw usiłowali ją bronić – symulując prowadzenie na niej prac, opóźniali demontaż. Wreszcie wykonano coś w rodzaju „płyty” zastępczej. Na terenie zakładów, z pięciu wsporników i blachy, zespawano niewysoki podest o powierzchni ok. jednego metra kwadratowego. Konstrukcję wywieziono z fabryki w tajemnicy. Szary stanął na niej w czasie dużej pikiety zorganizowanej 20 lipca 2009 roku przed brama główną Cegielskiego. Mówił wówczas: „Płyty były, są i będą”.
    Bezpośrednim powodem tego protestu była niezgoda na porozumienie, jakie pozostałe związki zawodowe podpisały z kierownictwem przedsiębiorstwa w sprawie za tzw. godziny postojowe. Prawie cała załoga nie miała już bowiem zajęcia i dyrekcja, niegodnie z przepisami, chciała obciąć wynagrodzenia o jedną trzecią. Nad zakłady Cegielskiego nadciągnęły czarne chmury. Wejście do Unii Europejskiej oznaczało koniec dla polskiego przemysłu stoczniowego. Nałożył się na to kryzys gospodarczy, który wybuchł jesienią 2008 roku. We wrześniu 2009 roku dyrekcja zakładu ogłosiła plan masowych zwolnień. Szary znowu był na pierwszej linii, a Inicjatywa Pracownicza i inne związki zawodowe odpowiedziały serią demonstracji. Redukcji nie udało się jednak powstrzymać i setki osób straciły pracę (obecnie HCP liczy niewiele ponad 500 osób załogi, od 2009 roku nie wyprodukowano żadnego silnika okrętowego). Rozebranie „płyty” zbiegło się z początkiem końca zakładów Cegielskiego.
    Pod koniec 2009 roku Marcel Szary poczuł się gorzej i wrócił do szpitala, gdzie zdiagnozowano u niego nawrót choroby. Jak pisały poznańskie media, zanim stracił przytomność, napisał jeszcze skargę do Inspekcji Pracy na warunki pracy pielęgniarek w szpitalu. Zapadł na sepsę.
20 marca 2010 roku, półtoratysięczna, anarchistyczna demonstracja w obronie skłotu Rozbrat stanęła nieopodal szpitala skandując jego imię i nazwisko. Nie mógł już tego usłyszeć. Zmarł 30 marca 2010 roku.

Jarosław Urbański


Tekst powstał w związku z wystawą „A Place Where We Could Go” (kurator: Stanisław Ruksza), w ramach projektu „Metropolis” w Centrum Sztuki Współczesnej Kronika w Bytomiu, w kontekście pracy Rafała Jakubowicza pt. „Płyta”.

Robotnicy sztuki. Komentarz do „Płyty” Rafała Jakubowicza

Bunt robotników buntem artysty, czyli co może sztuka? Rozmowa z Rafałem Jakubowiczem oraz Mikołajem Iwańskim

Wyprawy kijowskie mają w Polsce długą tradycje. Poczynając od Chrobrego, co to mieczyk sobie poszczerbił, aż po Piłsudskiego, któremu się marzyło Międzymorze (cóż, każdy ma prawo marzyć, nawet Pan Piłsudski) Nie dziwota więc, że na kijowskie wojaże wybrali się także Jarosław Kaczyński i Radek Sikorski. Co prawda, obyło się bez tak spektakularnych wjazdów, jak za Chrobrego i tak rychłych wyjazdów jak za Piłsudskiego, choć ten z pewnością przewyższył wcześniejsze megalomanią. Warto sobie zadać pytanie: o co właściwie chodzi z tą Ukrainą? A jako, że wszystko ma swoje wcześniejsze przyczyny, trzeba będzie cofnąć się nieraz o kilkaset lat.

Jaką rolę spełnia Ukraina w polityce Polski, UE, Ameryki czy Rosji?

Dla Rosji jest to obszar, zwany eufemistycznie bliską zagranicą, teren, który Rosjanie starają się utrzymać w swojej strefie wpływów – bliski kulturowo, etnicznie, religijnie, z dużą ilością ludności rosyjskiej lub rosyjskojęzycznej. Nie bez pewnych podstaw (przynajmniej wobec części lewobrzeżnej Ukrainy) wielu Rosjan uważa Ukraińców za Małorusów. Kijów to prastare ruskie miasto, zwanematką ruskich miastkolebką ruskiej państwowości. I gdyby nie najazd mongolski – z pewnością pozostał by ( jak i cała Ruś Kijowska) centrum Słowiańszczyzny.  A ów najazd nie był tylko zwykłym podbojem – wiązał się z czymś, co w dzisiejszym języku można by nazwać czystką(choć to nie kwestie etniczne były istotne) Mongołowie bowiem – od Chin aż po Karpaty – wszystkie możliwe do tego tereny przemieniali w pastwiska i step. Tak więc ci, którzy przeżyli lub nie zostali wzięci w jasyr, uszli na północ w lasy, na tereny nieatrakcyjne dla nomadów wyrąbując sobie (dosłownie) nowe życie wśród drzew i asymilując mieszkające tam plemiona ugrofińskie. Kijów na długo podupadł, stając małą mieściną. Wówczas właśnie pojawiło się pojęcie U/krainy, kraju na skraju, za którym przez wiele stuleci istniały Złota Orda, Chanat Krymski, Imperium Osmańskie, itd… Tak więc bez Mongołów nigdy nie było Wielkiej Moskwy, zaś Litwie nie udało by się zjednoczyć pozostałych rozdrobnionych księstw ruskich. W konsekwencji nie doszłoby do unii polsko-litewskiej lub nie miałaby ona takiego znaczenia. Pod Grunwaldem walczyły pułk smoleńskie, nowogrodzkie, również Tatarzy… Polska, jeśli oparła by się naporowi krzyżackiemu  i niemieckiemu, pozostała by w najlepszym wypadku krajem podobnym do Czech (choć i do tego brakowało jej silnego mieszczaństwa). Moskwa nawet wtedy, kiedy stała się jedyną potęgą w Rosji, odwoływała się do dziedzictwa kijowskiego, a do insygniów koronacyjnych należała czapka Monomacha. Wraz ze słabnięciem potęg stepowych, Ukraina była wtórnie zasiedlana przez migrantów z Rosji i z Polski – zbiegłych chłopów, ale także ściganych przez prawo szlachciców. Większość Ukrainy weszła w granice Rzeczpospolitej i o ile ruska szlachta ulegała polonizacji, przechodząc w konsekwencji na katolicyzm, to dla ludności chłopskiej bardziej atrakcyjne były kultura ruska i prawosławie. Nad Dnieprem wykształciła się kultura kozacka, kraj zaś stal się terenem wyjątkowo intensywnej eksploatacji przez spolonizowaną magnaterię, posługującą się w tym celu szlachtą zagonową i Żydami. Z powodu swego antyfeudalnego charakteru, kozactwo stało się śmiertelnym wrogiem magnaterii, rządzącej w Polsce, co niegdyś chętnie wspierała kozackie powstania w Rosji i udzielała schronienia buntownikom jak i solą w oku carskiego imperium. Sicz Zaporoska została więc zlikwidowana w momencie, kiedy znikło zagrożenie ze strony Chanatu Krymskiego. Część dzisiejszej Ukrainy weszła w granice Cesarstwa Austriackiego, potem Austro-Węgierskiego i stała się ukraińskim „Piemontem” – miejscem narodzin ukraińskiego nacjonalizmu. W 1917 roku nie dobył sobie on jednak poza zachodnią Ukrainą silniejszego poparcia i koniec końców – w wyniku pokoju ryskiego – Galicja weszła w granice Rzeczpospolitej a Piłsudskiego stać było jedynie na takie słowa względem ukraińskich żołnierzy „Panowie, ja was przepraszam!”. II wojna światowa do szczętu zdegenerowała ukraiński nacjonalizm, odpowiedzialny za czystki etniczne, współpracę z Niemcami (nacjonaliści liczyli, tak jak i polskie podziemie na to, że wojna skończy się podobnie jak ta I – upadkiem obu walczących stron). Hitler jednak również bał się tego scenariusza, dlatego większą autonomią obdarzał kolaboracyjne dywizje kałmuckie, tatarskie czy dońskich Kozaków niż Ukraińców. Rozpad ZSRR przyniósł niepodległość Ukrainie, lecz trudno powiedzieć, by była ona tym, czego wówczas oczekiwała większość jej mieszkańców.

Narodowa tożsamość była więc usilnie tworzona w odwołaniu nie tylko do tradycji nacjonalistycznej UPA ale i kozaczyzny czy nawet działań anarchistycznego hetmana – „Bat’ki” Machno. Dziś wątpliwe się wydaje, by większość Ukraińców czuła się Rosjanami, ale daleko chyba też większości do ślepej fascynacji Zachodem, tym bardziej, iż trudno powiedzieć, by mogli na tym cokolwiek skorzystać. Rosja wyszła z okresu Jelcynowskiej smuty, naprawiła swą gospodarkę, usprawniła instytucje państwowe, rozprawiła się z oligarchami. Społeczeństwo odczuwa wzrost zamożności – rozrasta się klasa średnia, pokazując gdzie ich miejsce. Rosja Putina jest na powrót liczącym się światowym graczem. Ukraina zaś wciąż ma kłopoty z oligarchami, niestabilny system polityczny, gospodarkę, borykającą się z problemami. Dla Rosji niestabilna Ukraina to kwestia, uniemożliwiającą jej integrację z Unią Celną. Rosja dąży bowiem do stworzenia swej strefy ekonomicznej, w przeciwieństwie do zdominowanej przez Niemcy UE – a w światowym wymiarze do zacieśniania związków tzw. krajów BRICS (Brazylia, Rosja, India, Chiny i RPA). Nie ma wątpliwości, że dla gospodarek, opartych na produkcji, jest to o wiele lepsze towarzystwo. Kraje BRICS to dziś tak zwane mocarstwa wschodzące, starające się przeciwdziałać destrukcyjnym czynnikom, jakimi Zachód oddziałuje na ich gospodarki. Władze Ukrainy długo – i chyba zbyt długo – próbowały grać na dwóch fortepianach.

Dla USA – zresztą tak jak i Polska – Ukraina to tylko funkcja w ich relacjach z Rosją. Mogą być miejscem ekonomicznej eksploatacji lecz ich rola ma znaczenie przede wszystkim w relacjach z Kremlem. A przecież im większy chaos panuje na Ukrainie, tym dalej ten kraj pozostaje od Rosji. W interesie USA jest tedy, by teren rządzony z Kijowa pozostawał słaby, wewnętrznie skłócony. Z punktu widzenia Washingtonu lepszy jest rozkład Ukrainy i nawet wojna domowa, niż wejście tego kraju do Unii Celnej. Polityka zarządzania chaosem jest wciąż z dużą skutecznością stosowana przez USA na całym świecie, czego jaskrawym przykładem jest Bliski Wschód i kraje arabskie. Patrząc więc na Ukrainę i Polskę nasuwa się wrażenie, iż USA przewrotnie stara się uskuteczniać koncepcję między-morza – jako ogniowej bariery między UE a Rosją. Niemcy pozostają wciąż najwierniejszym sojusznikiem USA w Europie (poza Wielką Brytanią, którą Obama po prostu traktuje jako zamorski stan USA). Polityka wschodnia UE, to polityka przede wszystkim Berlina i to on wyrasta na głównego gracza w tym towarzystwie. O złożoności polityki niemieckiej świadczy sprawa Chodorowskiego, którego mocodawcy są czytelni. Jednej strony Berlin stara się być głównym i wiarygodnym partnerem Rosji, z drugiej chętnie by w Moskwie widział polityka sobie powolnego i wrócił do czasów Jelcynowskich, gdy wielki kraj był otwarty na eksploatację – lub by nie używać eufemizmów – na rabunek. Rosja bez Ukrainy to Rosja słabsza, bardziej skłonna do współpracy na warunkach UE. Ukraina to wciąż kraj bogaty.

MAJDAN

Trzymanie się Ukrainy na dystans od Moskwy jest korzystne także dla samych Niemiec. Układ stowarzyszeniowy, jaki zaproponowano Ukrainie, był nie do przyjęcia – i najprawdopodobniej nie zakładano wcale, iż przyjęty zostanie. Byłby on bowiem zabójczy dla jej gospodarki – dla stoczni, kopalń, hut, przemysłu kosmicznego, lotniczego i – tak jak w przypadku Polski – związki z UE doprowadziły by do deindustrializacji Ukrainy, zwłaszcza jej wschodu. W zamian zaś nie proponowano niczego, nawet otwarcia granic, na czym mogłoby szarym Ukraińcom zależeć najbardziej. W dodatku już dziś mogą oni zarobić więcej w Moskwie niż w Berlinie czy Londynie! I nikt tam nie traktuje ich jak obcą dzicz.

Polski kompleks

Jeśli Polska upadała, przygnieciona własnymi wadami, zachłannością magnaterii, głupotą czerni szlacheckiej i ponurej bierności zniewolonego chłopstwa (w przeciwieństwie do chłopstwa rosyjskiego i ukraińskiego – polskie chłopstwo było uległe, zaś do lokalnych rebelii dochodziło przeważnie na Podhalu) – to Rosja rosła w siłę, stając się wszystkim tym, czym Polska albo była, albo mogłaby być, albo co najmniej być by chciała. Rosja to samo sedno polskiego kompleksu. Kraj wielki, znaczący w historii świata i Europy. Tak więc, jak to w rodzinie, wśród braci, bywa – uczucia są gorące a zawiść jest największa. Przykładów jest aż nadto – od dawnych mitów począwszy (Romulus i Remus). Trudno doszukiwać się racjonalizmu w relacjach wobec Rosjan, czy choćby kierowania się swym interesem. Co najgorsze, może być to cecha nieuleczalna. O ile bowiem uprzedzenia antyniemieckie występują już tylko w stanie szczątkowym, pomimo milionów ofiar II wojny światowej, tysiącletniej tradycji konfliktu oraz ewidentnej sprzeczności interesów obu gospodarek – to antyrosyjskość kultywowana jest z uporem maniaka.

Polacy sami są gotowi spłonąć, byle tylko poparzyć Rosjan. Taką to funkcję Ukraina spełnia teraz w polityce polskiej (poza oczywistą megalomanią, rodem z Sienkiewicza i tęsknotą za mitycznymi majątkami na Kresach), takie też braterskie uczucia przekazują Polacy Ukraińcom – dzielą się z nimi nienawiścią. (I czy należy się więc dziwić, iż owo „braterstwo” wraca później pod postacią UPA – wszak kto sieje wiatr…). I czy nie dlatego nacjonalizm ukraiński jest najsilniejszy tam, gdzie wpływy polskie największe? Patrząc bowiem na obecną mapę polityczną, trudno brać na poważnie mityczne rosyjskie zagrożenie i wszechobecną rosyjską agenturę. Mapa bowiem wygląda tak, że od kilkuset lat nie wyglądała lepiej! Za wschodnią naszą granicą istnieją niezależne państwa a ciężko spodziewać się, iż Rosja zapragnie przyłączyć Polskę do Obwodu Kaliningradzkiego. Odkąd zresztą przez Bałtyk biegnie „rura” – Rosjanie naprawdę nie muszą się przejmować tym, co się wyprawia w naszym wesołym kraju i kto bredzi przy Wiejskiej. Rosja bowiem wielkim kosztem doprowadziła do sytuacji, kiedy to wobec mnogości miejsc strategicznych dysponuje realnymi alternatywami. Oczywiście potencjał militarny Rosji jest niebotycznie większy niźli polski, ale jeśli byłby użyty – to jedynie z tych samych powodów, z jakich USA mogło zaatakować Kubę, gdy stacjonowały tam rakiety balistyczne, wymierzone w Amerykę. Większe zagrożenie niesie nam dziś awanturnicza i agresywna polityka naszych „sojuszników” z NATO niż rosyjski ekspansjonizm.

Przerwać tę grę

Dlaczego Rosja jest tak szczególną figurą na szachownicy świata? Otóż wszędzie coraz ciężej jest o wszelkiego rodzaju surowce, nie tylko energetyczne. Kryzys uderza w podstawy neoliberalnego ładu – a przecież Rosja to kraj wielki, gdzie wszystkiego jest pełno. W dodatku posiada prawa do większości węglowodorów w Arktyce. Otwarcie go na eksploatację – byłoby powrotem do czasów Jelcyna. Sprezentowanie nowych lub powrót do starych wojen na Kaukazie mógłby (dosłownie i w przenośni) zapewnić energię dla trwania Jelcynowskiego systemu w stanie niezmiennym przez następne kilkadziesiąt lat. Przy okazji pozwoliłby skutecznie kontrolować Chiny w ich rozwoju – energia to zresztą słaby punkt ChRL, jak i całego świata. Nic dziwnego, iż kontrola nad energią przekłada się na kontrolę na światem.

 Ukraina, tak jak i Polska, to tylko pionki na światowej szachownicy. Mało kto wierzy już dziś, że „kolorowe rewolucje” czy też „arabska wiosna” były zjawiskami w pełni autonomicznymi, odbywającymi się bez inspiracji zewnątrz – postrzegane już są jako rozgrywki w imperialnej polityce, przeprowadzane nieraz w sposób skrajnie perfidny – jak użycie gazów bojowych w Syrii po to tylko, by znaleźć uzasadnienie dla zbrojnej interwencji. Co nie znaczy oczywiście, iż są one oderwane od lokalnych uwarunkowań lub nie nabierają własnej dynamiki (sytuację rewolucyjną w Egipcie udało się spacyfikować, doprowadzając do podziałów na tle religijnym i obyczajowym). Założenie jest proste – mało w dzisiejszym świecie jest rządów, cieszących się poparciem większości społeczeństwa. Tak też jest na Ukrainie. Władza dzielona jest między różne „rodziny oligarchów”. Nie dość jednak, iż są to rodziny bardzo zachłanne i bardzo pazerne – to nie ma co zaznaczać, że bogacą się kosztem społeczeństwa. W przeciwieństwie do Putinowskiej Rosji, gdzie obcym oligarchom pokazano, gdzie ich miejsce, Ukraina należy do nich. Partie polityczne i polityka to tylko zasłona, za którą realizowane są prywatne, klanowe interesy. A są to często interesy wzajemne sprzeczne i wykluczające się od intencji po wykonanie. Oburzenie Ukraińców bierze się więc z patologii istniejącego systemu. Niestety jest też w ramach owej patologii wykorzystywane i ma służyć wyłącznie do wewnętrznych przetasowań. Jeśli do tego dodamy interesy zewnętrzne, to mamy gotową beczkę prochu.

Tym bowiem, czego potrzeba Ukraińcom, jest zmiana patologicznego systemu, nie zaś zastąpienie jednej kliki kolejną. Propozycje, jakie UE ma do zaoferowania Ukraińcom, są tym samym, co miała do zaoferowania Rzeczpospolita – europeizacja (jak kiedyś polonizacja) klas wyższych, skrajny wyzysk i rola mięsa armatniego. Pojawia się tedy pytanie – czy Ukraińcy mają jakieś szanse na poprawienie swego losu? Tak, ale droga do tego nie wiedzie ani przez doprowadzenie do wojny domowej ani przez zwycięstwo jakiejkolwiek „rodziny” oligarchów i zmianę partii rządzącej. Droga wiedzie przez wzmocnienie pozycji „ulicy”, bo tylko tak wszelkie kliki będą skłonne dzielić się bogactwem ze społeczeństwem. Ulica – i szerzej społeczeństwo – musi zaś znaleźć sposoby autonomicznej samoorganizacji, niezależnej od oligarchów, gdyż język, w którym wyraża się gniew, wciąż jest językiem zastępczym! Nie jest nim bowiem głos prozachodnich i antyrosyjskich faszystów (na antypolskość też przyjdzie pora). Nie jest nim postulat bezwarunkowej uległości względem UE. Sytuacja na Ukrainie jawi się jako trudna – z jednej strony są siły, które dążą do maksymalnej eskalacji konfliktu i nie zawahałyby się, gdyby mogły zmienić Ukrainę w drugą Libię czy Syrię. Z drugiej błądzą ci, którzy marzą o wprowadzeniu oświeconego autorytaryzmu à la Putin, który z kolei nie będzie zrealizowany, a to z powodu słabości struktur państwa, zbyt silnej pozycji oligarchów i w końcu braku owego ukraińskiego Putina – choć niewątpliwie interes ekonomiczny Ukraińców leży w ukierunkowaniu gospodarki na „Wschód”.

Warto jeszcze dodać, iż wbrew temu, co twierdzi nasza propaganda, istnieje tam realnie o wiele większa wolność słowa i zrzeszania się. Wachlarz poglądów w publicznej debacie jest o wiele szerszy. Także pamięć historyczna odwołuje się do wszystkich opcji politycznych (gdy u nas wpadliśmy w okres stalinizmu na opak, pozbawionego wszelkich niuansów i złożoności historycznych), choć Hołodomor jest wykorzystywany do szerzenia nastrojów antyrosyjskich

Dzisiejszy świat przypomina trochę rodzinne przyjęcie u cioci, gdzie wszyscy są względem siebie mili i usłużni, pod stołem zaś niemiłosiernie się kopią. To, co dzieje się pod owym stołem, staje się jednak coraz ważniejsze i coraz mnie skrywane. Kraje zachodnie swoją pozycję utrzymują dzięki kreacji pieniądza, którym reszta świata jest zmuszona się posługiwać czy dzięki postępowi technologicznemu, zapewniającemu mu wystarczającą przewagę militarną lub panowaniu kulturowemu – kreowaniu potrzeb i pragnień. (Mało kto z krytyków łączy tryumfujący neoliberalizm z niesłychanym postępem technologicznym – a jest on jego nieodzowną funkcją, bowiem zyski idą w dużej mierze na badania, a rabowane bogactwa naturalne na wdrażanie i produkcję nowych technologii). Kraje BRICS, to kraje, oparte na surowcach i produkcji. Bloki te łączy wspólny interes, ale sprzeczne są ich potrzeby. Pierwszy świat chce mieć darmo towary i surowce. Kraje BRICS chcą rozwijać własne technologie, budować własną potęgę militarną, chroniącą ich interesy, posługiwać się walutą o realnej wartości itd… Przypomina to trochę sytuację sprzed I wojny światowej, gdzie owe imperialne interesy i sprzeczności przerodziły się w otwarty konflikt między dworami (które wszak wszystkie były mocno ze sobą skoligacone). Dziś wojna byłaby jednak całkowitą zagładą, dlatego tymczasowo jest ona prowadzona w formie zastępczej. Pamiętać jednak trzeba, że człowiek – a szczególnie  człowiek cywilizowany – to istota skrajnie destrukcyjna i wręcz samobójcza, na co I i II wojna światowa, a także późniejsze konflikty, dostarczają wystarczająco wiele dowodów.  Jedyną szansą przetrwania jest zniszczenie owych destrukcyjnych instytucji – państwa i kapitału oraz ich wytworów – przemysłowego społeczeństwa i zniewalającej, konsumpcyjnej kultury. Nie wprowadzi nas to automatycznie w okres wolności, pokoju i szczęśliwości, ale zlikwiduje podstawowe zagrożenia dla życia na tej planecie. Ukraina tak zresztą jak i Polska to małe pola na światowej szachownicy. Problem nie tkwi w tym, kto zwycięży – problem tkwi w tym, by przerwać tę grę.

Artur Kielasiak

W obronie Ewy Wójciak

23 marca 2013 r. Dział: Wielkopolskie

W czwartek 21 marca, pod poznańską siedzibą PiS, odbyła się pikieta solidarnościowa z Ewą Wójciak, dyrektorką Teatru Ósnego Dnia. We wtorek rada miasta zadecydowała o jej odwołaniu. Pretekstem stały się słowa Ewy Wójciak dotyczące nowo wybranego papieża, którego ostro skrytykowała za wspieranie dyktatury wojskowej. Użyła przy tym dosadnego slowa. Sto metrów dalej, pod teatrem, pikietę zorganizowała radna PiS Lidia Dudziak, domagając się od prezydenta usunięcia Wójciak.

 

W proteście pod biurem PiS udzial wzięło kilkadziesiąt osób. Przebiegła w spokojnie. Wcześniej Federacja Anarchistyczna wydała specjalne oświadczenie, które rozdawano w formie ulotek (czytaj TUTAJ). Uczestnicy i uczestniczki piekiety trzymali transparenty z hasłami: "Spieprzaj dziadu! - Lech Kaczyński", "Pocałuj mnie w dupę! - Michał Grześ", "Niech pani przestanie pieprzyć głupoty! - Jarosław Pucek".  Osoby te nie poniosły żadnych konsekwencji swoich wypowiedzi. Wójciak stała się natomiast ofiarą politycznej nagonki.

 

Przypomniano też niektóre poglądy kardynała Jorge Bergoglia, a obecnego papieża Franciszka, na temat kobiet: "Kobiety są z natury niezdolne do przeprowadzania działań politycznych". „Kobieta jest zawsze wsparciem dla myślącego i działającego mężczyzny, ale niczym więcej niż to".  Co o tym sądzi Ewa Wójciak już wiemy. Ciekawe, co na to radna Lidia Dudziak?

Strona 1 z 4