Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

Jesteś tu: Start / Artykuły / Działania FA / Śląskie /
A+ R A-
Redakcja

Redakcja

Adres witryny: http://www.federacja-anarchistyczna.pl E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Walka pracownicza nie zna granic! 

Nasze społeczeństwo wkroczyło w fazę populizmu, jakiego nie doświadczyliśmy w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Wyzysk pracowników i osób wykluczonych napędzany jest przez nacjonalistyczną i rasistowską retorykę, podżegającą ludzi przeciwko sobie nawzajem. Temu obrazowi świata pełnego nowych murów – zarówno na granicach, jak i w umysłach – musimy przeciwstawić projekt, który jest w stanie rozbić je wszystkie, a w ich miejsce stworzyć więzi między nami, pracownikami, oparte na solidarności i pomocy wzajemnej. Zamiast kultywować to co nas dzieli, powinniśmy skupić się na tym, co nas łączy w walce o lepsze warunki życia i - zgodnie z dążeniami anarcho-syndykalizmu – walczyć o świat bez wyzysku i dominacji.

FAU wzywa wszystkie osoby, inicjatywy, kolektywy i oddolne związki zawodowe, do wzięcia udziału w międzynarodowym dniu akcji na temat: „Praca i migracja“. W dniu 1 maja, chcemy wyrazić solidarność klasową z migrantami poprzez międzynarodową mobilizację przeciwko panującej ksenofobii, rasizmowi i nacjonalizmowi, które są bronią państwa i kapitału. Nasza walka z rasizmem skierowana jest przeciwko systemowi kapitalistycznemu, który opiera się na skrajnych nierównościach i - dla zapewnienia własnej ciągłości - zależny jest od podziałów społecznych.

Pracownikami w szczególnym stopniu wyzyskiwanymi i pozbawionymi uprawnień w naszym społeczeństwie są migranci, którzy – w wyniku rasistowskiej polityki migracyjnej – skazani są bądź na nielegalne zatrudnienie, zakazy pracy lub pracę przymusową. Zatrudniani głównie w branży gastronomicznej, sprzątającej czy budowlanej, o niskim poziomie uzwiązkowienia (lub żadnym), mają niewielkie możliwości walki z rosnącą prekaryzacją warunków pracy. Z kolei - oparte na idei dialogu społecznego - związki zawodowe „głównego nurtu“ wykazują niewielkie zainteresowanie w organizowaniu (nielegalnych) migrantów lub wspieraniu ich w walce o prawo do pobytu, czy też przeciwko barierom prawnym. Wręcz przeciwnie, koncentrując się na pracownikach zatrudnionych na stałe i kierując się logiką gospodarki narodowej, pogłębiają jedynie podziały społeczne.

Obecnemu stanowi rzeczy należy przeciwdziałać za pomocą solidarności i samoorganizacji - tak jak w przypadku naszych kolegów z Rumunii, którzy byli wyzyskiwani na placu budowy centrum handlowego w Berlinie (Mall of Berlin). Zmuszeni do życia i pracy w skandalicznych warunkach, zostali oni oszukani na wynagrodzeniu i spotkali się z groźbami. Samoorganizacja w FAU i wspólna walka pracownicza doprowadziły do tego, że Mall of Berlina został przemianowany na „Mall of Shame“ i stał się symbolem wyzysku migrantów w Niemczech. Tak oto, poprzez skuteczny opór przeciwko wyzyskowi, odpowiedzieliśmy na próby skierowania społecznej nienawiści przeciwko pracownikom z Europy Południowo-Wschodniej. Również w obecnych planach, by zmuszać uchodźców do podejmowania nieodpłatnej pracy w Niemczech, dostrzegamy próbę wykluczania i obniżania standardów pracy, co w konsekwencji negatywnie wpłynie na sytuację wszystkich pracowników. Jako klasa pracownicza powinniśmy solidarnie stawiać opór i walczyć nie tylko o prawo do swobodnego przemieszczania się dla wszystkich, ale także przeciwko wyzyskowi usankcjonowanemu przez rasizm.

Zgodnie z tradycją 1maja, wzywamy do solidarności z migrantami, by wspólnie protestować przeciw prekaryjnym warunkom pracy, przeciw kapitalistycznemu wyzyskowi, przeciw rasistowskiemu reżimowi granicznemu. Bez względu na to, jaką formę te protesty przyjmą – strajku, manifestacji, akcji informacyjnej, performance; nie ważne, czy na lokalnym lub ponadregionalnym poziomie; niezależnie od tego, czy jesteś pracownikiem/czką, osobą bezrobotną, studentem/tką, emerytem/ką, migrantem/ką lub uchodźcą/czynią, ważne jest, że wszyscy mają możliwość samoorganizacji przeciwko wyzyskowi. Tylko dzięki solidarności międzynarodowej i transgranicznej działalności związkowej, możemy stawiać opór kapitalizmowi. Dołącz do nas, by pod hasłem: „Walka pracownicza nie zna granic!“ wspólnie przeprowadzić akcję 1 maja. Wspólnie będziemy budować mosty, tam gdzie inni chcą wznosić mury.

 

Komitet ds. Międzynarodowych FAU

P.S. W razie jakichkolwiek pytań, zgłaszajcie się do nas. Jesteśmy otwarci na wszelkie pomysły, sugestie i komentarze. Cieszylibyśmy się z Waszego udziału w akcji 1 maja: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Zapraszamy do obejrzenia filmiku z wiosennych porządków. Przede wszystkim do wiosennych porządków i akcji bezpośrednich w waszych miejscowościach.

Nacjonalizm i rasizm  nie przejdzie, odzyskajmy ulice.

https://www.youtube.com/watch?v=9Yzmcz-v_bQ&feature=youtu.be

17 marca 2017r. w Rabce odbyła się demonstracja pod tytułem
,,Rabka-Zdrój - miasto dzieci, NIE nietolerancji" organizowana przez lokalnych anarchistów przy pomocy Federacji Anarchistycznej sekcji Kraków. Protestowaliśmy pod Miejskim Ośrodkiem Kultury, gdzie odbywał się wykład księdza Dariusza Oko pod tytułem ,,Gender - od tolerancji do totalitaryzmu".
Demonstracja rozpoczęła się przed godziną 18. Mieliśmy transparenty z  napisami takimi jak: ,,No Pasaran! Homofobia nie przejdzie.", ,,każdy inny wszyscy równi", ,,Gender znaczy wolność bycia sobą" czy ,,żyj jak chcesz i daj żyć innym". W zgromadzeniu wzięło udział kilkunastu uczestników. Przez megafon staraliśmy się uświadomić ludzi zmierzających na wykład, czym tak naprawdę jest gender, powtarzaliśmy, że homoseksualizm to nie choroba i że totalitaryzm płynie z NIEtolerancji. Rozdawaliśmy również ulotki, których treść można zobaczyć na fp. Anarchistycznej Rabki. Demonstracja trwało około pół godziny. Po jej zakończeniu poszliśmy zadawać pytania na wykład.

Wykład trwał około dwóch godzin podczas którego mogliśmy dowiedzieć się różnych ciekawych rzeczy w stylu: ,,popierający gender to dzieci komunistów" czy ,,Niemcy zawsze wszystko robią porządnie, jak gender to od razu kazirodzctwo czy pedofilia".
Po wykładzie był czas 10-15 minut na zadawanie pytań.
Uczestnicy demonstracji na swoje pytania zostali częściowo zabuczeni przez ludzi na sali i otrzymali wymijające odpowiedzi od Oka.

Demonstracje w tak małych miastach jak Rabka są potrzebne.
To właśnie w takich miejscach jest najbardziej promowana nietolerancja i na porządku dziennym spotykana jest nienawiść wobec "innych".

Dzięki pikiecie powiedzieliśmy głośno, że nie wszyscy zgadzają się na promowanie takich antywartości przez miejski ośrodek kultury.

Anarchistyczna Rabka
https://www.facebook.com/AntyfaszystowskaRabka/

Ceny kobiet wahają się w zależności od wieku i liczby posiadanych dzieci. Uprowadzone przez tzw. Państwo Islamskie jazydki wymieniane są pomiędzy dżihadystami lub sprzedawane na targach niewolnic i w Internecie. Część z nich już nigdy nie zostanie oswobodzona.

W sierpniu 2014 r. terroryści ISIS wtargnęli do zamieszkanego głównie przez jazydów dystryktu Sinjar, zabijając ponad 5 tys. osób. Czystki etniczne przeprowadzane przez dżihadystów dotknęły głównie wyznaniową kurdyjską mniejszość, która od zawsze stanowiła cel ataków – poczynając od czasów Imperium Osmańskiego, w trakcie rządów Saddama Husseina, a na tzw. Państwie Islamskim kończąc. Najazd ISIS wiązał się z próbami przymusowego nawracania jazydów na islam. Tysiące osób poniosło śmierć w wyniku odmowy, a ci, którym udało się uciec z Sinjaru napotkali szczelnie zamknięte granice Unii Europejskiej.

Dżihadyści w trakcie najazdu uprowadzili 7 tysięcy kobiet i dziewczynek, które potraktowane zostały jak łup wojenny. Część z nich wykupiono z niewoli, niektóre z jazydek zbiegły, inne zostały sprzedane na targu niewolnic m. in. do Algierii, Libii czy Arabii Saudyjskiej. Nazywane „trofeami”, gwałcone, zmuszane do aborcji i okaleczane kobiety, po uwolnieniu z rąk oprawców borykają się z zespołem stresu pourazowego (PTSD) i ciężką depresją. Odnotowano wiele przypadków samobójstw, także wśród dziewczynek, których wiek waha się pomiędzy 8–13 lat.

Kobietobójstwo – tym terminem najczęściej określa się masakrę jakiej dopuścili się na jazydkach islamisci – mówi szefowa Asudy, organizacji zwalczającej przemoc wobec kobiet w Iraku. – Uwolnione kobiety, którym udzielamy pomocy, przeżyły. Jednakżycie z tym bagażem doświadczeń jest koszmarem. Ofiary seksualnego wykorzystywania zostały okaleczone w sposób, który nigdy nie pozwoli im swobodnie funkcjonować w społeczeństwie.

Islamskie więzienie

Scenariusz zazwyczaj był ten sam: islamiści najeżdżali wieś i wywlekali kobiety z domów na ulicę. Nakazywali im siadać bądź kłaść się twarzą do ziemi. Poszturchiwali buciorami. Później, przystawiając broń do głów, zapędzali je na samochodowe przyczepy i transportowali do Mosulu bądź Rakki. – Dowodzący bandami mężczyźni przeprowadzali wstępną selekcję kobiet zanim weszłyśmy do aut – opowiada Lamiya, 24-letnia jazydka, która po ucieczce z domu swojego oprawcy trafiła do obozu dla uchodźczyń w irackim Duhok. Jej twarz pokryta jest siateczką drobnych blizn będących pozostałością po poparzeniu wrzątkiem. – To kara za nieposłuszeństwo – tłumaczy dziewczyna. Każdy opór karany jest w bestialski sposób – wyrażające sprzeciw kobiety są bite, przypalane, oblewane kwasem. Często dochodzi do obrażeń głowy czy złamań rąk.

Młode kobiety ze wsi Lamiyi w trakcie najazdu ISIS zostały odseparowane od starszych i przewiezione do dużej willi w centrum Mosulu. Tym samym transportem podróżowały dzieci jazydek; chłopców odebrano kobietom i wcielono do islamskich bojówek. – Już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek zobaczę mojego syna – mówi Lamiya. – Jeśli Imar żyje, to kim teraz jest?Więźniem Państwa Islamskiego. Będzie mordował w imię ich Boga i uważał, że to co robi jest słuszne. Gdy go widziałam po raz ostatni miał 5 lat. Rozkładał i składał kałasznikowa, mówił po arabsku i nie reagował na moją obecność.

Ideą dżihadystów jest budowanie licznej armii, dlatego udział dzieci w walce jest czymś powszechnym. Kilkuletni kurdyjscy chłopcy, którzy zostali uprowadzeni, towarzyszą dorosłym mężczyznom na każdym kroku; w tym czasie uczą się mówić i pisać po arabsku, recytować Koran, poznają taktykę wojenną – posługiwanie się bronią różnego kalibru, od kałasznikowów po moździerze i bazooki. Dżihadyści wykorzystują dzieci także w celu sprawdzenia czy dany teren jest zaminowany lub strzeżony przez YPG (Kurdyjskie Jednostki Ochrony). Często młodzi chłopcy wysyłani są jako pierwsi na linię frontu w charakterze „żywych tarcz”.– Mężczyzna, który kupił mnie na aukcji żądał ode mnie żebym rodziła mu chłopców. Mówił, że mnie zabije jeśli urodzę dziewczynkę – wspomina Shadan. Kobieta została porwana wraz ze swoimi siostrami i sprzedana na targu niewolnic w stolicy ISIS w Syrii. Wcześniej sfotografowano ją siedzącą na kanapie w malutkim pomieszczeniu znajdującym się na tyłach więzienia dla jazydek. – Wszystkim więźniarkom nakazano trzymać dłonie na kolanach i patrzeć prosto w obiektyw – opowiada Shadan. – Dzieci sadzano wokół kobiet; młodsze na kolanach, starsze na podłodze. Pod żadnym pozorem nie wolno im było płakać; strażnicy mierzyli do nich z broni, dotykali lufami główek.

PiekłoShadan została zlicytowana na targowisku. Każda z kobiet wychodziła na komendę przed szereg i była oglądana przez potencjalnych „klientów”. Zęby, dłonie, stopy, włosy. Mężczyźni dotykali jazydek przez burki. Gdy wynegocjowali cenę, „sprzedawca” pobierał opłatę i odsyłał kobiety do domu „nabywcy”. Shadan trafiła do haremu imama, który na powitanie obił jej twarz. – Okładał mnie pięściami i krzyczał, że mam być skromna i posłuszna, że mam od tej pory obowiązki i powinnam słuchać się najstarszej z żon.

Lamiya, Shadan i wiele innych kobiet padały każdego dnia ofiarami przemocy seksualnej. Wymuszano na nich odbywanie stosunków płciowych bez zabezpieczeń bądź faszerowano tabletkami antykoncepcyjnymi niewiadomego pochodzenia. – Nie wiedziałam, co biorę. Żona imama podawała mi jedną kapsułkę każdego dnia, a ja bałam się zapytać o przeznaczenie leku. Zresztą nawet się nad tym nie zastanawiałam. Byłam przerażona jak zwierzę, gdy Mohammed wracał do domu i przywoływał mnie skinieniem ręki – opowiada dziewczyna. – Zabierał mnie do pokoju i rzucał na dywan. Gdy mnie gwałcił patrzyłam na popękany sufit i to mi jakoś pomagało, bo odwracało uwagę od zadawanego bólu.

Według relacji Lamiyi niektóre z kobiet poddawane były przymusowej aborcji, po których borykały się z powikłaniami lub umierały. Zabiegi dokonywane były w nieprzystosowanych do tego pomieszczeniach, bez zachowania podstaw higieny. – Kobiety zabierano do jakiegoś lekarza na przedmieściach. W pomieszczeniu przebywało kilku mężczyzn, którzy przytrzymywali je podczas zabiegu – mówi Dilal, wolontariuszka pracująca w jednym z obozów dla jazydek w Iraku. – Dziewczyny traciły bardzo dużo krwi podczas nieudolnie przeprowadzanych aborcji, dochodziło do okaleczania narządów płciowych i zakażeń. Wiem także, że niekiedy po porodzie stosowano eutanazję, jeśli okazywało się, że kobieta urodziła dziewczynkę.

 

Jazydki przechodzą piekło w granicach Państwa Islamskiego, ale ta niewola, w którą zostały wtrącone nie skończy się po ich uwolnieniu. To miejsce to więzienie bez reguł, bo każdy dżihadysta dyktuje swoje warunki, a kobiety zmuszone są pod groźbą utraty życia poddać się męskiej władzy – tłumaczy Gul, psycholożka z Erbil, która od początku wojny z ISIS pracuje z uchodźccami. – Niewolnictwo w XXI wieku ma się całkiem dobrze, a kraje „pomagające” w wojnie na Bliskim Wschodzie w niewielkim stopniu angażują się w pomoc uwolnionym już jazydom. Brakuje świadomości, że dochodzi obecnie do kolejnego ludobójstwa, podobnego temu, które przeprowadzone zostało podczas II wojny światowej w Europie.

 

Marta Senk

Tekst ukazał się pierwotnie w 5 nr Ulicznej Gazety Anarchistycznej A-Tak

NOWY NUMER KAWAŁKA ANARCHISTYCZNEGO PAPIERU!

Po wielu życiowych perypetiach i totalnej obsuwie, wreszcie ukazał się nowy numer pisma anarchistycznego „INNY ŚWIAT”. To już 46 raz spotykamy się na łamach naszego periodyku. Jak zwykle, mamy tu 64 strony pełne informacji, publicystyki, rozważań ideowych i kilka stron historii. Ale po kolei... Numer otwiera, jak zwykle zresztą, wstęp redakcyjny a potem mamy relację z kongresu Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników, jaki odbył się w Warszawie w grudniu zeszłego roku i obszerną relację z konferencji naukowej „Z dziejów anarchizmu. W 80-lecie wojny domowej w Hiszpanii”. O niebezpieczeństwie układów typu CETA i TTIP-a pisze jeden z członków Federacji Anarchistycznej, a o zagrożeniach dla ludzkiego zdrowie (i nie tylko) ze strony biotechnologii i GMO pisze Ludwika Wykurz. W Syrii wciąż trwa wojna domowa, w związku z czym, publikujemy tekst „Przeciwko państwu narodowemu w Syrii”, gdzie autorka omawia alternatywne wizje możliwe do zrealizowania w tym państwie. Niejako z tym tekstem łączy się kolejny, przedstawiający postać syryjskiego anarchisty, Omara Aziza, który to anarchizm starał się wprowadzać w ogarniętym wojna kraju ale poniósł śmierć z rąk siepaczy Asada. Kanadyjski anarchista Peter Weber podsumowuje w tekście „Pociąg do Matanzas” swój pobyt na Kubie, gdy jeszcze żył Fidel, choć już wtedy wyraźnie było widać wpływy kapitalizmu na tą ostoję realnego socjalizmu... Białoruski anarchista Igor Oliniewicz podjął się tematu sytuacji ruchu anarchistycznego i represji jakie go dosięgają za naszą wschodnia granicą (Rosja, Białoruś, Ukraina). Pozostając na wschodzie, możemy przeczytać rozmowę z członkami kolektywu prowadzącego vegański bar w białoruskim Grodnie. W krótki, acz zwięzły sposób, przedstawiamy kolektyw trenerski SPINA oraz działania Związku Syndykalistów Polski (tu w formie wywiadu). Pewne warszawska anarchistka opisuje różne formy zniewolenia i dominacji nad jednostką w systemach więziennych a chyba jednym z najciekawszych momentów w piśmie jest wywiad z Nikosem Maziotisem, anarchistycznym partyzantem, odsiadującym wysoki wyrok w greckim więzieniu. Nikos jest członkiem Walki Rewolucyjnej, grupy partyzantki miejskiej, która prowadzi walkę zbrojną z kapitalizmem i opowiada się (w przeciwieństwie do innych grup insurekcyjnych) za społecznym anarchizmem. Pozostając w tematyce insurekcyjnej, przedstawiamy również tekst „U źródeł wiktymizacji” autorstwa włoskiego anarchisty Alfredo Cospito, gdzie na tle historycznym rozlicza on włoski i międzynarodowy ruch anarchistyczny z wielu popełnionych kiedyś błędów. Z rzeczy historycznych, mamy opis „małej anarchistycznej republiki” francuskich uchodźców w Londynie oraz postać szwedzkiego anarcho-syndykalisty i pisarza, Folke Fridella. Przechodząc w klimaty bardziej ekologiczne, przedstawiamy wywiad z Derrickiem Jensenem, liderem anty-cywilizacyjnej organizacji Deep Green Resistance. Jest tu nieco kontrowersji, ale na pewno warto przeczytać... „Kaganek oświaty” to kolejna opowieść Powsinogi a Tymoteusz Onyszkiewicz zadaje trudne pytanie filozoficzne – „Czy wolny człowiek może wierzyć w Boga?”. „Renesans buntu” to kolejna odsłona ogromnego tekstu Sathaniella Zaklew, tym razem opisuje on przestępczy świat średniowiecza oraz klany ninja. Zbliżając się ku końcowi, mamy jeszcze wywiad ze wspaniała pisarka fantasy, Ursulą K. LeGuin, nietypową trochę filmową wrzutkę oraz dwie recenzje książek. Numer zamyka pożegnanie z nowojorskim anarchistą Bobem McGlynnem, który wiele czasu swej aktywności poświęcił sprawom Europy Środkowo-Wschodniej.
Zachęcany więc do kupowania jak i dogłębnego czytania, analizowania a nawet krytykowania...

Pismo możecie kupić w sieci salonów empik, w internetowej księgarni www.bractwotrojka.pl oraz w samej redakcji: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Elity władzy od wieków traktują kobiece ciała jak maszyny reprodukujące nowe pokolenia pracowników i pracownic po to, aby czerpać zyski z ich pracy.

„Prawa reprodukcyjne” nie ograniczają się jednak wyłącznie do państwowej kontroli płodności kobiet. Reprodukcja dotyczy wszystkich sfer, w których odtwarzamy naszą zdolność do pracy: tego co jemy, w co się ubieramy, czy mamy zapewniony dach nad głową, czego się uczymy, czym się leczymy itd.

Oczywiście ani państwo ani biznes nie chcą łożyć na naszą reprodukcję. Wystarczy spojrzeć na codzienne problemy ludzi utrzymujących się z pracy: niskie płace, umowy śmieciowe, wzrost cen żywności i odzieży, drogi transport publiczny, ograniczony dostęp do tanich mieszkań, zamykanie szkół, zbyt mała ilość żłobków i przedszkoli, opłaty za studia, niewydolna służba zdrowia...

Kwestia reprodukcji nie jest jednak, jak próbują nam wmówić elity, problemem obyczajowym czy religijnym, lecz ściśle ekonomicznym. Dla większości kobiet wolność wyboru, którą postuluje ruch feministyczny, nie sprowadza się do prawa do aborcji, lecz dotyczy także możliwości utrzymania siebie i dzieci. Kontrola nad płodnością wpływa na zamożność rodzin i położenie większości obywateli niezależnie od ich płci. Dostęp do aborcji nie jest więc tylko „sprawą kobiecą”, lecz polem walki kobiet i mężczyzn z codziennym wyzyskiem.

Dlatego 5 marca po raz kolejny wychodzimy na ulicę! W tym roku w ramach poznańskiej MANIFY protestujemy przeciwko uciskowi ekonomicznemu, który w szczególny sposób dotyka kobiet. Będziemy mówić o wyzysku w zakładach pracy i braku zabezpieczeń socjalnych, niedowartościowaniu pracy opiekuńczej, sytuacji lokatorek, problemach migrantek.

Protesty o prawo do aborcji, które w zeszłym roku miały miejsce w Polsce, Argentynie, Irlandii, RPA, Korei Południowej, Antyrządowe demonstracje w Ameryce i inne działania na rzecz Międzynarodowego Strajku Kobiet pokazują, że posiadamy ogromną siłę, dzięki której możemy wprowadzić społeczne zmiany w skali globalnej. Nie tylko bieda ma twarz kobiety. Strajk także! Chodź z nami na Manifę!5 marca godzina 14 ul. Fredry 9 ( pod Operą)Federacja anarchistyczna - Poznań
OZZ Inicjatywa Pracownicza

Osoby śledzące doniesienia na temat organizowania blokad polowań, z pewnością dochodzą do wniosku, że głównym ich powodem jest sprzeciw wobec "rozrywkowego" pozbawiania życia dzikich zwierząt. Kwestie etyczne stanowią istotny czynnik motywujący aktywistów i aktywistki do działania. Jednak występowanie przeciwko myślistwu ma rozleglejszy sens, także walki ekonomicznej. Jest sprzeciwem wobec rosnącej eksploatacji przyrody dla doraźnych komercyjnych celów.

Przyglądając się danym za ostatnie osiem sezonów łowieckich (2008/2009-2015/2016) umieszczonych na stronach Polskiego Związku Łowieckiego (PZŁ), dostrzegamy, że liczba odstrzału wielu zwierząt łownych wzrasta. Dotyczy to szczególnie danieli (wzrost o 123%), muflonów (wzrost o 192%), jeleni (102%), saren (30%), wreszcie dzików (53%). Wprawdzie spada liczba upolowanych ptaków np. kuropatw (spadek o 94%) czy bażantów (spadek o 23%), a także zajęcy (spadek o 16%), to wyraźnie się rysuje tendencja do pozyskiwania jak największej ilości mięsa. Stąd rośnie odstrzał dużych zwierząt, a maleje małych. Gdyby porównać wyniki łowieckie na przestrzeni ostatnich ośmiu lat, to zauważamy, iż dziś szacunkowo pozyskuje się o ponad 1/2 więcej mięsa niż wcześniej. Potwierdzają to też dane Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) dotyczące skupu dziczyzny. W stosunku do jeleni, saren i dzików (głównych dużych ssaków łownych) wzrósł on między rokiem 2010 a 2015 o ponad 40%. Jest to - dodajmy - tendencja europejska, która da się zaobserwować już od kilku dekad. Myśliwi i część naukowców tłumaczy to raczej czynnikami naturalnymi, a nie ekonomicznymi. Utrzymują, że odstrzał jest konsekwencją wzrostu populacji ssaków łownych, który postępuje zasadniczo niezależnie od człowieka. Tak naprawdę jednak funkcje "ochronno-przyrodnicze" łowiectwa sprowadzają się do zabiegów hodowlanych, jak na przykład krytykowane przez ekologów dokarmianie zwierząt w zimie i  introdukcje, czyli wprowadzenie nierodzimego gatunku do danego ekosystemu.Polują nie tylko myśliwi zrzeszeni w kołach PZŁ, ale także leśnicy, a Lasy Państwowe (LP) nie ukrywają, że chciałyby zarabiać nie tylko na handlu drewnem, ale także coraz więcej na sprzedaży dziczyzny. Lasy Państwowe to ogromne przedsiębiorstwo. W Polsce ponad 90% powierzchni lasów jest poddana intensywnej eksploatacji gospodarczej. Spółka przynosi rocznie ponad 400 mln złotych czystego zysku, przy przychodzie ze sprzedaży wynoszącym 8,2 mld złotych. Lasy Państwowe posiadają zatem środki, aby swoje marketingowe plany zrealizować. Temu też prawdopodobnie mają służyć zmiany w Prawie łowieckim. Nowelizacja tej ustawy oprócz tego, że jest odpowiedzią na postulaty miłośników łowiectwa (rekrutujący się w większości spośród uprzywilejowanych klas społecznych), to ma otworzyć nowe możliwości niezakłóconej eksploatacji fauny. W handlu dziczyzną pośredniczą spółki prywatne. Większość dziczyzny jest eksportowana na Zachód (głównie do Niemiec). Wg GUS wartość eksportu w ostatniej dekadzie wzrosła o blisko 80%. Rynek ten wart jest dziś ok. 177 mln zł (47 mln. $) i dynamicznie się rozwija. Pojawiają się też rozważania marketingowe, jak zachęcić Polaków i Polki do kupowania i konsumowania dziczyzny, która dla większości póki co jest po prostu za droga i trudno dostępna. Powoli jednak realizowany jest plan pobudzenia wewnętrznego popytu na dziczyznę, co raczej stoi w sprzeczności z tłumaczeniem, że łowiectwo ogranicza się tylko do zachowania równowagi biologicznej i funkcji "ochronno-przyrodniczych".Co to realnie oznacza? Dziś zabija się ok. jednego miliona zwierząt łownych (85-90% odstrzału dokonują członkowie PZŁ, pozostałą część przede wszystkim leśnicy). Pesymiści twierdzą, że ofiarą eksploatacji może rocznie padać nawet ponad 1,5 miliona zwierząt, gdyby uwzględnić te, które umierają ranione, ale nie schwytane przez myśliwych. Presja na odstrzał ciągle rośnie, ale to wcale nie oznacza, że populacja dużych ssaków łownych maleje. Przeciwnie, wkłada się wiele starań, aby do tego nie dopuścić, wraz ze wspomnianym już dokarmianiem czy wprowadzeniem do ekosystemu gatunków obcych (np. danieli). Całe połacie lasów i przyległości zamieniono w tereny de facto hodowlane, a eksploatacja lasów (wycinka) sprzyja powstawaniu polan i młodników, gdzie wiele zwierząt łownych żeruje. Współczesny hodowlany las jest o wiele rzadszy od borów sprzed kilku stuleci, co - wbrew pozorom - sprzyja rozwoju gatunków zwierząt łownych. Przede wszystkim jednak struktura dzisiejszego rolnictwa przyczynia się do powiększania się liczebności wielu ssaków kopytnych, które zyskały dostęp do dużych obszarów bogatych w żywność, o każdej w zasadzie porze roku. Na tym tle - nie tyle innego, co dodatkowego - sensu nabierają blokady polowań. 28% naszego kraju zajmują lasy, a wraz z przylegającymi do nich polami, to ogromny obszar, który został zawłaszczony na potrzeby czysto merkantylnych celów. Na styku sektora państwowego (zwierzyna łowna teoretycznie należy do państwa) i biznesu rodzą się prywatne fortuny i dostatnio żyje urzędnicza nomenklatura. Sprzedaje się nie tylko drewno, ale także w coraz większej ilości dziczyznę.  Problem polega na tym, czy dzieje się to w interesie społecznym? Według jednego z opracowań, myśliwi (ok. 100 tys. osób) to przede wszystkim osoby z wyższy wykształceniem (49,7%), mężczyźni (97,4%), reprezentujący prywatnych przedsiębiorców (34,7%) lub - dodatkowo - menadżerów przedsiębiorstw i kierownictwo instytucji państwowych (32%). Jest to "hobby" wyjątkowo elitarne. Z kolei sama konsumpcja mięsa jest ścisłe spleciona z zajmowaną pozycją społeczną. Jak wykazałem to w mojej książce "Społeczeństwo bez mięsa", powołując się na badania GUS dotyczące polskich gospodarstw domowych, te o najniższych dochodach konsumują o 1/5 mniej mięsa w ogóle, niż gospodarstwa domowe o najwyższych dochodach. W przypadku dziczyzny rozdźwięk ten jest prawdopodobnie jeszcze większy. Blokady polowań są zatem próbą odzyskania inicjatywy społecznej w obszarze, gdzie pojęcie dobra wspólnego, jak lasy i dzikie zwierzęta, zostało dawno zatracone - pomimo obowiązujące rządowej retoryki ochrony przyrody. Chroni się jedynie zasób, na którym swoją łapę położyły uprzywilejowane klasy społeczne - mężczyźni z wyższym wykształceniem kierujący prywatnymi firmami lub przedsiębiorstwami i instytucjami państwowymi.
Artykuł ukaże się na nadchodzącym numerze pisma "A-tak"

 

Jarosław Urbański

Uchodźcy z Syrii, podobnie jak miliony ludzi z innych krajów do ucieczki za granicę przez wojny, głów i klęski żywiołowe, padają ofiarą brutalnej eksploatacji ekonomicznej. Na granicy turecko-syryjskiej wyrosły nieformalne strefy przemysłowe, w których wyzyskuje się setki tysięcy pozbawionych środków do życia uciekinierów. Wielu z nich, po latach ciężkiej pracy bez perspektyw, podejmuje próby wyjazdu do Europy. 

Francois Crépeau, niezależny ekspert przy Radzie Praw Człowieka ONZ, w swoich licznych wystąpieniach wskazywał, że jeżeli rządy Europy chcą mieć jakąkolwiek realną kontrolę nad migracjami to muszą wprowadzić w życie mechanizm umożliwiający legalne przekraczanie granic. Jako jeden z nielicznych mówił wprost: „Nie udawajmy, że to co dotychczas robi UE oraz jej członkowie działa. (…) [B]udowanie grodzeń, używanie gazu łzawiącego i inne formy przemocy kierowane przeciwko migrantom i ludziom ubiegającym się o azyl; więzienie, odmawianie prawa do podstawowych rzeczy takich jak schronienie, jedzenie czy woda oraz używanie języka nienawiści nie zatrzyma ludzi przed migracją, czy wykorzystywaniem różnych dróg migracji (też tych nielegalnych) do Europy”[1]. Crépeau wypowiadał się w kontekście wydarzeń, które miały miejsce w 2015 r., a nazwane zostały „kryzysem uchodźczym”. Twierdził, iż jest on właściwie kryzysem struktur Unii Europejskiej. Jako rozwiązanie alternatywne, wobec wprowadzanego przez rządy politycznego stanu wyjątkowego, militaryzacji granic, zaostrzenia kontroli czy dyscyplinowania migrujących ludzi, Crépeau proponuje stworzenie np. systemu wiz, które umożliwią migrantom i uchodźcom wejście na rynek pracy w danym kraju przyjmującym. Jednocześnie zaznacza, że takiemu rozwiązaniu musiałoby towarzyszyć wprowadzenie systemu sankcji wobec tych pracodawców, którzy wykorzystują status niezarejestrowanych migrantów jako tanią siłę roboczą na czarnym rynku pracy w sektorach takich jak m.in. rolnictwo, budownictwo, przemysł tekstylny czy usługi sprzątające. Bowiem – jego zdaniem – tylko to jest w stanie w jakimkolwiek stopniu załamać biznes przemytu ludzi i wykorzystywanie migrantów jako taniej siły roboczej. Wydaje się jednak, że żaden z przedstawicieli Rządów Unii Europejskiej nie ma zamiaru wdrażać programów w oparciu o założenia Crépeau, ponieważ interesy państw i kapitału są znacząco inne niż interesy migrantów. Poza tym, debata na temat tzw. kryzysu uchodźczego, skutecznie odwróciła uwagę od kryzysu europejskiego.
     
Od jakiegoś czasu publikowane na łamach BBC, Guardiana i Al-Jazeery ukazują szczegóły dotyczące  pracy dzieci syryjskich, zatrudnianych w tureckich fabrykach tekstylnych. Ważne jest by podejmować analizy mające na celu ukazanie szerszego kontekstu zjawiska wykorzystywania pracy uchodźców na „czarnym rynku”, odwołując się do zamknięcia tzw. szlaku bałkańskiego i uznania Turcji za tzw. trzeci bezpieczny kraj.
 
Praca i globalny kapitał


Praca migrantów zawsze pełniła kluczową rolę w gospodarkach kapitalistycznych. Żeby nie sięgać daleko, na początku lat 70. XX w. w Niemczech imigranci stanowili  9,1% siły roboczej, w Szwecji 5,5%,  w Belgii 7,2%, we Francji 9,3%, a w Szwajcarii aż 24%. 35 lat później (w 2005 r.), kiedy w obrębie kontynentu europejskiego dokonały się istotne zmiany polityczne i ekonomiczne (m.in. upadek Muru Berlińskiego), zapotrzebowanie na imigrancką pracę nie słabło. Obcokrajowcy stanowi w dalszym ciągu istotną część siły roboczej: w Niemczech 9,3%, w Szwecji 4,8%, w Belgii 9,1%, we Francji 5,3%, w Szwajcarii 20,9%, w Wielkiej Brytanii (w 2002 r.) 9,7%.  Kryzys z lat 2007-2008 oznaczał pogorszenie się sytuacji na rynku pracy w wielu europejskich krajach, ale bynajmniej, w dłuższej perspektywie, nie doprowadził do rezygnacji z pracy imigrantów. Co ważne, zapotrzebowanie to dotyczy przede wszystkim migracji wahadłowej tzn. takiej, która pojawia się w okresie gospodarczej hossy i „wraca do siebie”, kiedy następuje ekonomiczna bessa. W ten sposób pracownicy-imigranci nie są obciążeniem dla systemu socjalnego i migrują w takt kapitalistycznych cykli koniunkturalnych. W takim układzie użyteczna staje się często nielegalna siła robocza, którą łatwo zmusić do wyjazdu poprzez bardziej restrykcyjne działania odpowiednich służb państwowych. Mechanizmy segregacji prawnej, społecznej i ekonomicznej zawsze służyły utrwalaniu hierarchii i nierówności społecznych w globalnych stosunkach pracy. Z jednej strony migranci stanowili rezerwową armię pracy, z drugiej strony, pozbawieni podstawowych praw, są niekiedy zdyscyplinowani do tego stopnia, że zaakceptują wzrastający poziom eksploatacji i prekarne warunki zatrudnienia. Wprowadzanie neoliberalnych „pro-integracyjnych” programów jest często nierozerwalnie związane z rozwojem niestabilnych i tymczasowych form zatrudnienia, obniżania wynagrodzeń itd. Oczywiście nierozerwalnie powiązaną kwestią pozostaje kontrola siły roboczej, zarówno na poziomie przedsiębiorstw jak i kraju, zatem zatrudnienie może być limitowane nie tylko z powodów koniunktury ekonomicznej, ale też z powodów politycznych. Taka sytuacja ma miejsce również w wielu krajach Bliskiego Wschodu. Warto przyjrzeć się sytuacji w Jordanii, kraju którego historia od wielu lat jest nieodłącznie związana z polityką kontroli nad uchodźcami osiedlonymi w tutejszych obozach. Systemy kontroli społecznej, ale również segregacji na rynku pracy w oparciu o pochodzenie, były od lat implementowane jako skuteczne narzędzie podziału pomiędzy obywatelami Jordanii i cudzoziemcami. Obecnie możemy przytoczyć chociażby sytuację Syryjczyków mieszkających w największym na Bliskim Wschodzie, oddalonym o 13 kilometrów od granicy z Syrią, obozie dla uchodźców Zaatarii Camp w Jordanii. Syryjczycy nie mogą z niego wychodzić bez uzyskania zgody. Zgoda na wyjazd z obozu do każdego innego jordańskiego miasta jest związana z koniecznością uzyskania jordańskiego sponsora, który może zagwarantować utrzymanie finansowe poza murami obozu. W obozie mieszka ponad 81 tys. zarejestrowanych osób, realnie liczba ta może być znacznie większa. Od stycznia 2012 r., z założenia tymczasowy obóz przerodził się w czwarte największe miasto Jordanii, otoczone drutem kolczastym i chronione przez jordańskie wojsko i policję. Ten pustynny teren o obszarze 13 km2 jest obecnie podzielony na 12 dzielnic, w których rozmieszczone są nieformalne sklepy, szkoły, szpitale, meczety. Przydrożne sklepy, prowadzone przez mieszkańców, powstawały wraz z biegiem lat. Działają bez systemu zezwoleń czy pozwoleń o pracę. Nieformalna gospodarka rozwinęła się w odpowiedzi na zamknięcie i izolację mieszkańców obozu. Bezpieczny trzeci kraj NATONiezależnie od położenia geograficznego, w gospodarce kapitalistycznej na poziomie zakładów pracy, w których zatrudniani są cudzoziemcy wprowadzanie podziałów ze względu na narodowość to skuteczny środek kontroli i podporządkowania pracowników poprzez szerzenie atmosfery wzajemnej niechęci i podziałów. Dobrym przykładem jest obecna sytuacja prawna Syryjczyków na terenie tzw. „trzeciego bezpiecznego kraju”. Zgodnie z oficjalnymi statystykami w Turcji przebywa obecnie ok. 2,7 mln syryjskich uchodźców, ale realnie jest ich więcej. Część ludzi przekroczyła bowiem granice bez dokumentów lub nie zarejestrowała swojego pobytu. Przebywający w Turcji Syryjczycy mają status „gości”, natomiast uzyskanie legalnej pracy jest w dużej mierze uzależnione od przyszłego pracodawcy.  Tureckie prawo pracy zobowiązuje przedsiębiorców do zatrudniania nie więcej niż 10% obcokrajowców w danym przedsiębiorstwie.  Ale właściciele fabryk nie zawsze przestrzegają tych obostrzeń. Dynamicznie zmieniające się regulacje prawne dotyczące rejestracji pobytu i otrzymania „tymczasowej ochrony” zapewnianą przez dokument zwany kartą Kimlik i specjalne numery rejestracyjne FIN 98 lub 99, stanowią znaczne udogodnienie dla szukających luk w prawie pracodawców.
Sytuacja ta ma znaczny wpływ na turecki rynek pracy. Ximena Del Carpio, współautorka raportu Banku Światowego na temat wpływu obecności Syryjczyków na turecki rynek pracy, podsumowuje, że zgodnie z empirycznymi wynikami prowadzonych przez nią badań, wzrastająca od momentu wybuchu konfliktu w 2011 r. liczba emigrantów syryjskich, która dotarła do Turcji, spowodowała wyparcie tutejszych pracowników z nieformalnego sektora rynku pracy. Inaczej  mówiąc Syryjczycy „przejęli” turecki „czarny rynek pracy”, choć duża część z nich traktuje Turcję jedynie jako kraj tranzytowy do UE. Zgodnie z przywoływanymi przez nią liczbami w sektorze tym na 6 tureckich pracowników przypada 10 Syryjczyków. Del Carpio twierdzi, że przesunięcie wystąpiło wśród wszystkich rodzajów nieformalnie zatrudnionych pracowników tureckich, niezależnie od płci, wieku czy wykształcenia, jednak dotyczyło to szczególnie miejsc pracy zajmowanych przez osoby bez formalnego wykształcenia. Zmiany zatrudnienia były adekwatne do dynamiki wynagrodzeń zaniżonych przez imigrantów: wzrost liczby uchodźców miał duży, negatywny wpływ na potencjalne dochody tureckich pracowników sektora nieformalnego, szczególnie kobiet i osób o niskim poziomie wykształcenia.
W istocie brak możliwości ubiegania się o legalną pracę przez większość przebywających na terenie Turcji uchodźców syryjskich, niezależnie od czasu przebywania na terenie tego kraju czy posiadanych umiejętności, kwalifikacji i sieci znajomości, skutkuje tym, że duża część imigrantów (zwłaszcza tych bez środków finansowych) nie ma innego wyjścia jak podejmować pracę „na czarno”, zaakceptować niskie płace oraz zastane warunki czy niesprawiedliwe zasady. Pracownicy zatrudnieni w dużych międzynarodowych firmach, zazwyczaj wyżej kwalifikowani, mogą uzyskać pozwolenie o pracę na wniosek samego pracodawcy. Wówczas procedura rejestracji i pozwolenia o pracę jest dość szybka. Niemniej jednak w stosunku do pracowników niżej wykwalifikowanych sytuacja legalnego zatrudnienia zdarza się rzadko.
     
Szybko, szybko!


Kaoa, 27-letni Syryjczyk, który pracował w Turcji, by móc zdobyć pieniądze na przyjazd do Europy, mówi w jaki sposób szefostwo fabryk wykorzystywało nieformalny status prawny Syryjczyków. „Cały czas na nas krzyczeli czabuk (szybko). Ze wszystkim musieliśmy się śpieszyć. Dodatkowo w grupie pracowników tworzyli podziały ze względu na narodowość. Szefostwo poprzez sposób funkcjonowania firmy nastawiało negatywnie do siebie pracowników syryjskich i tureckich. Takie podziały ze względu na pochodzenie były dla nich bardzo korzystne. Nie mogliśmy wspólnie walczyć o swoje prawa, walczyliśmy między sobą. Mówili, że to są Syryjczycy, więc muszą pracować szybciej i ciężej, żeby dostać pieniądze. Wykorzystywali naszą siłę tak, jak tylko mogli.”Lina, z którą rozmawiałam w Grecji, po to aby zebrać pieniądze na podróż do Europy, przepracowała prawie 3 lata w tureckim przemyśle odzieżowym. Wielokrotnie przytaczała opisy tureckich fabryk. „Właściwie prawie wszystkie fabryki tekstylne, które zatrudniają bez umowy znajdują się na przedmieściach Istambułu. Te większe i mniejsze. Jeżeli są w centrum to nie przy głównych ulicach, raczej w piwnicach, zakamarkach ulic, na podwórkach budynków, (…) w piwnicach znajdują się zakłady, maszyny do szycia i stanowiska pracowników, (…) są całe przedmieścia gdzie zatrudniani są praktycznie sami uchodźcy. (…) Dużo Syryjczyków pracuje nielegalnie. Pomimo tego, że każdy o tym wie, nikt nie chce dawać im pozwolenia na pracę. Bardzo rzadko się zdarza, że szefowie są do tego skłonni. Inaczej musieliby też podnieść stawki wynagrodzeń. Niemniej jednak są kontrole pracodawców. I właśnie dlatego największy wyzysk odbywa się w miejscach ukrytych. Czasami jest tak, że właściciele firm dogadują się z lokalną policją w ten sposób, że nikt się nie czepia. Jeżeli zapłacą za ciebie to nawet dostaniesz możliwość legalnej pracy szybciej.  Ale generalnie pracodawcy boją się zatrudniać legalnych pracowników w centrum Istambułu np. w znanych dzielnicach handlowych, bo wiedzą, że są narażeni na kontrole. Jest to dla nich duży stres. Jeżeli chcą jednak mieć tańszych pracowników, to ryzykują.”W przypadku Liny, jeden z właścicieli sklepu odzieżowego zatrudnił ją legalnie. Nic jej o tym nie mówiąc, załatwił wszystkie formalności. „Szef sam się domyślił, że nie mam pozwoleń na pracę i nie jestem w stanie ich sama uzyskać. Sam je za mnie wyrobił, nic mi o tym nie mówiąc, żebym mogła legalnie pracować.” Lina, jako młoda kobieta ostatecznie została zatrudniona na stanowisku sprzedawczyni. Płynnie posługiwała się językiem angielskim, arabskim oraz podczas pobytu w Turcji nauczyła się również języka tureckiego. Pozwoliło jej to na uzyskanie o wiele większych zarobków niż cała jej rodzina. Lina zarabiała po pierwszym miesiącach pracy w sklepie 5 tys. lir. Natomiast jej matka oraz brat, zatrudnieni w fabrykach albo jako pomoc kuchenna, mogli zarobić od 300 do 700 lir miesięcznie. Sformalizowanie i zalegalizowanie jej stosunku pracy było zależne od rodzaju jej relacji z pracodawcą. Niemniej jednak Lina wskazywała, że w tym samym sklepie, w charakterze magazynierki pracowała 8-letnia Syryjka. „Mówili, że tak jest dla niej najlepiej, bo będzie mogła kupić jedzenie. (…) Jeżeli ktokolwiek chciał pomóc jej i jej rodzinie to powinni przecież zapytać innych dorosłych z jej rodziny i im zaoferować pracę. Wiem, że przecież miała tatę i brata, ale oni woleli jej zaoferować tę pracę, bo jej zapłacą najmniej – to jest główna idea zatrudniania dzieci. Ona pracowała codziennie za jakieś 200-300 lir miesięcznie. Czasami pracowała po 12 godzin dziennie, podawała towary, przekładała, sprzątała. To też nie były zdrowe warunki dla dziecka. Powietrze w piwnicy nie było zdrowe, było tam dużo kurzu, wilgoci i pyłu.” Według Liny „Turcja na pewno nie jest bezpiecznym krajem dla uchodźców. Dużo ludzi nie znosi tam być, ze względu na sytuację polityczną, jeżeli mogą to uciekają stamtąd. Ale jeżeli nie masz pieniędzy lub dokumentów, to tam utknąłeś. Prawnie Syryjczyk, przynajmniej na początku, jest pozbawiany praw pracowniczych”.Lina większość zarobionych pieniędzy wydała na przerzucenie rodziny do Grecji. „Najpierw wysłałam moją Mamę. Zapłaciłam za przeprawę pontonem przez morze do Grecji. Później wysłałam brata i młodsze siostry. Byłam jedyną osobą, która była w stanie zebrać pieniądze na wyjazd całej rodziny. Ja zostałam na końcu.” Jednocześnie opowiada o kolejnych etapach swojej własnej podróży. „Najpierw musisz dostać się na łódkę płynącą z Turcji na greckie wyspy, ładując się w sumie do kompletnie przepełnionego pontonu. Ta podróż kosztuje ok. 600 euro. Następnie, dlatego że nie miałam syryjskich dokumentów i nie mogę ich nigdzie ponownie wyrobić, niektórzy ludzie pomogli mi przypłynąć z wysp do Aten nielegalnie. Również musiałam za to zapłacić. Jednocześnie nie miałam za sobą dużo pieniędzy. Miałam tylko tysiąc euro na podróż. Bałam się, że mogę gdzieś utknąć. (…) Później musisz radzić sobie sama, zdobyć jakieś pieniądze. (…) Decydowanie się na nielegalne przekroczenie granicy jest tu bardzo popularne. Przemytnicy wiedzą też jak złapać klienta. Rozwijane są całe strategie marketingowe na rynku przemytniczym. (...) Nie możesz dawać do zrozumienia, że są twoją jedyną szansą, bo zaczną to wykorzystywać. Często się zdarza, że ludzie którzy im ufają dają im pieniądze, a oni po prostu znikają. Kilka osób zaoferowało mi pomoc, ale zobaczymy, muszę najpierw ich sprawdzić, zobaczyć czy nie oszukały innych. Tu wszyscy wszystko wiedzą.”
W pułapce wyzysku


Duża część cudzoziemców (pochodzących z różnych krajów), którym udało się dotrzeć do Grecji już po całkowitym lub częściowym zamknięciu tzw. szlaku bałkańskiego, była zmuszona do pozostania na jej terenie. Aby uzyskać pieniądze na utrzymanie, niektóre podjęły prace w sektorze usług seksualnych. Hamid, Irańczyk, z powodu zamknięcia szlaku bałkańskiego, postanowił aplikować o azyl w Grecji. Procedura okazała się bardzo długa i aby się utrzymać był zmuszony podjąć pracę na rynku usług seksualnych w Atenach, „Wiesz co się z nami wszystkimi stało? Ci, którzy mieli pieniądze od rodzin pojechali dalej, bo mogli zapłacili przemytnikom za dokumenty i drogę. Część nie wytrzymała warunków w obozach, tego ciągłego czekania i postanowiła wrócić do domu. Część chłopaków zaczęła pracować w sex-barach. To nie jest trudne, jak ktoś zauważy, że jesteś młody i ładny oraz kilka razy widzi cię na Viktorii lub Omonii, to zaoferuje pracę. Samo tańczenie albo usługi seksualne – to zależy od tego, ile pieniędzy potrzebujesz. Niestety, często żeby wytrzymać ludzie zaczynają brać narkotyki Jak nie miałem pieniędzy, to chodziłem kilka razy tam zarobić. Teraz znalazłem pracę jako barman.”  Obecnie wiele międzynarodowych mediów skupiło się na problemie dzieci syryjskich, pracujących w tureckich fabrykach. Niewiele z artykułów przedstawiało szerszy kontekst sytuacji i warunków życia Syryjczyków w Turcji. Największe fabryki odzieży są zlokalizowane głównie na przedmieściach najbardziej zindustrializowanych miast takich jak Gaziantep, Mersin, Adana oraz Istambuł. Tureckie fabryki stanowią jeden z najważniejszych punktów w międzynarodowym łańcuchu dostaw. Swoje fabryki mają tu zlokalizowane największe międzynarodowe koncerny, m.in. Adidas, Nike, Zara, H&M, Mark & Spencer czy Mango. Po tym, jak wspominałam, na łamach kilku międzynarodowych dzienników m.in. BBC, Guardiana, Al-Jazeery, ujawniono złe warunki pracy syryjskich dzieci i dorosłych, o głos poproszono menedżerów wymienionych marek. Pytani o swoje stanowisko w tej sprawie, przedstawiciele korporacji stosują różną taktykę. Zazwyczaj twierdzili, że nic nie wiedzieli o zatrudnianiu i wykorzystywaniu Syryjczyków, ponieważ pracownicy byli zatrudnieni u podwykonawców. Jak wskazuje 17-letni Muhammad, sieć dostawców jest skomplikowana. Ten były pracownik jednej z dużych fabryk mieszczących się w Istambule, z którym udało mi się przeprowadzić wywiad, twierdził, że pracownicy często sami nie wiedzą dla jakiego koncernu pracują. „Nie wiem czy te firmy, w których pracowałem były połączone z jakimiś międzynarodowymi koncernami. W sumie mnie to nie obchodziło. Byłem tylko zwykłym pracownikiem, który przychodzi do pracy po to, żeby zdobyć pieniądze. Może ta fabryka była częścią dużego łańcuchu dostawczego, jeżeli chodzi o eksport ubrań z Turcji, ale dla mnie było to mało istotne. Pracowałem codziennie od wczesnego rana do ok. 21:00, aż nie weszła druga zmiana. Nosiłem bardzo dużo ciężkich rzeczy. Jedyne słowo, które zapamiętam do końca życia i które słyszałem najczęściej to czabuk, tzn. szybko. Używali tego słowa praktycznie bez przerwy. Krzyczeli na pracowników szybko, szybko, pracuj szybko, rób szybko! Nawet jakbyś robił coś tak szybko jak Superman to i tak zaczęliby na ciebie krzyczeć, że masz robić to szybciej. Dlatego też nikt z nas nie lubił tej pracy.” Duża część międzynarodowych koncernów posiada certyfikaty „Fair Trade” lub są członkami organizacji i instytucji poświadczających o godnych warunkach pracy pracowników oraz zachowaniu norm etycznych, takich jaki „Ethical Trade Initative”. Niemniej jednak w praktyce dochodzi do łamania podstawowych praw. W całej debacie na temat tzw. kryzysu uchodźczego w ogóle nie podnosi się tematu tego kto czerpie największe zyski z trudnej sytuacji w jakiej znaleźli się uchodźcy.
     
Ekonomiczna geografia miasta


Na tureckich ulicach widać żebrzące dzieci syryjskie, rodziny zbierające złom, dzieciaki sprzedające chusteczki lub zabawki. Wszyscy zdają sobie sprawę z wykorzystywania uchodźców jako nisko płatnej siły roboczej.
Sytuacja prawna Syryjczyków jest przede wszystkim wykorzystywana do zaniżania kosztów produkcji w tureckich fabrykach. Zatrudniani w dużej mierze nielegalnie, otrzymują znacznie niższe pensje. Przykład nierównych pensji mogą stanowić zarobki Syryjczyków zatrudnionych w tureckich fabrykach w dzielnicy Istambułu Bagiclar, gdzie Turcy zarabiają 1,5 tys. lir miesięcznie, natomiast Syryjczycy tylko 750 lir. Różnica ta w stawkach dziennych wynosi odpowiednio dla Turków 70-100 lir i Syryjczyków 30-40 lir. Średni czas pracy wynosi ok. 60 godzin tygodniowo. Nie wiemy jak duża część z 2,7 mln oficjalnie zarejestrowanych uchodźców syryjskich na terenie Turcji – z czego połowa to dzieci i młodzież poniżej 17 roku życia – pracuje. Brakuje statystyk na ten temat. Zgodnie z niektórymi szacunkami ok. 250 tys. osób pracuje nielegalnie, głównie w sektorze odzieżowym. Prawie połowa Syryjczyków, żeby polepszyć swoją sytuację twierdzi, że zaciąga długi. Około 5% deklarowało, że żebrze na ulicy. Zdecydowana większość syryjskich imigrantów (85%) mieszka poza tureckimi obozami dla uchodźców. Należy pamiętać o tym, że statystyki nie oddają pełni sytuacji – liczba uchodźców z Syrii ciągle wzrasta, część osób przekraczała granicę nielegalnie i żyje na terenie Turcji nie będąc zarejestrowana. Zgodnie z założeniami porozumienia pomiędzy UE a Turcją, osoby, które przebywały okres dłuższy niż 6 miesięcy na terenie Turcji miały nabywać prawo aplikowania o pozwolenie na pracę. Pozwolenie to umożliwiłoby  Syryjczykom otrzymywanie co najmniej  minimalnego wynagrodzenia w wysokości 379 euro. Niemniej jednak cała procedura ubiegania się o status legalnego pracownika zawiera szereg obostrzeń i barier, które w gruncie rzeczy są dla większości nie do przejścia. Pozwolenie o pracę jest zależne głównie od pracodawcy.Systemy segregacji
 
Trudne warunki życia, ograniczona możliwość korzystania z podstawowych praw oraz sytuacja na rynku pracy w Azji Mniejszej i na Bliskim Wschodzie skutkują tym, że imigranci starają się jak najszybciej przedostać do UE. Ahmad Ismat działacz społeczny, aktywista, współpracownik i tłumacz pracujący dla wielu organizacji międzynarodowych oraz osoba odpowiedzialna za kontakty z międzynarodowymi agencjami prasowymi w Turcji, skomentował w następujący sposób tzw. kryzys uchodźczy: „W 2015 r. UE była świadkiem ogromnej migracji, bo ludzie chcieli po prostu prawa do pracy i edukacji. Syryjczycy czekali 5 lat, żeby turecki rząd poprawił warunki dla Syryjczyków. Duża część ludzi idących przez szlak bałkański  w 2015 r. to ludzie, którzy najpierw uciekli do Turcji, a dopiero później do Europy. Powiedziałbym, że tysiące ludzi w 2015 r. uciekało z Turcji, a nie z Syrii”.
Rząd turecki na razie przyjął określoną strategię działania w odpowiedzi na konflikt w Syrii. Przebywający w Turcji Syryjczycy nie mogą ubiegać się o status uchodźcy, lecz mają jedynie status „gości”. Zarejestrowani obywatele Syryjscy są posiadaczami karty Kimilk, co zapewnia status „ochrony tymczasowej” wraz z dostępem do darmowej służby zdrowia. Jak mówi Koa: „Na początku przyjechałem sam do Turcji (z Aleppo), później sprowadziłem całą rodzinę. Ja i mój brat pracowaliśmy w Turcji. Pieniądze, które zarabialiśmy wystarczały by przeżyć do końca miesiąca. To było bardzo trudne. Tylko wizyty w szpitalach w nagłych przypadkach są darmowe (…). Lekarze pierwszego kontaktu są już płatni. Przedstawiciele rządu tureckiego powiedzieli też, że opieka zdrowotna dla uchodźców jest darmowa. W rzeczywistości nie do końca tak jest, musisz też płacić za recepty pełną kwotę. Jeżeli masz całą rodzinę do utrzymania, jest to prawie niemożliwe, żeby móc wszystko zapłacić – mieszkanie i jedzenie. Ja zarabiałem 1,2 tys. tureckich lir, a czynsz za mieszkanie wynosił 800 lir. Do tego, trzeba jeszcze zapłacić za wodę, prąd. No i ceny jedzenia nie są takie niskie. Na jedzenie czasami zostawało nam 200 lir. (…) To nie jest możliwe, żeby przy takich zarobkach wyjechać z Turcji. Jeżeli nie masz rodziny czy przyjaciół za granicą, którzy wyślą Tobie pieniądze, po prostu utknąłeś. (…) Jeżeli to byłoby bezpieczne miejsce dla uchodźców  [Turcja] to na pewno, nikt by nie próbował stąd cały czas uciekać. Jeżeli nie masz pieniędzy to po prostu utknąłeś w tym więzieniu, gdzie nie masz praw. Rząd Turcji bierze dużo pieniędzy od UE na programy dla uchodźców, my jakoś nie widzieliśmy rezultatów. Rząd turecki bierze również pieniądze od uchodźców, poprzez eksploatację naszej pracy, swoimi rękami jesteśmy zmuszani do wspierania tego kraju”.
 
Dodatkowy problem stanowi ograniczenie możliwości przemieszczania się Syryjczyków wewnątrz Turcji. Duża część Syryjczyków zobowiązana jest do pozostawania na terenie okręgu, w którym są zarejestrowani i w którym otrzymali kartę Kimlik. Taka forma kontroli nad Syryjczykami budzi szereg konsekwencji. Mając znacznie ograniczoną możliwość poruszania się, Syryjczycy zdani są w całości na pomoc oraz zasoby, jakie oferują im władze danego okręgu. Przywilej Rozwój gospodarek kapitalistycznych oraz liberalizacja stosunków handlowych wbrew założeniom globalizacji, mówiącym o wolnym przepływie ludzi i kapitału, kładzie duży nacisk na zaostrzenie reżimów granicznych. Reżimy te celowo miały służyć również do kategoryzowania ludzi na „obywateli” i „nie-obywateli”. Jak wskazywał Immanuel Wallerstein w swych rozważaniach nad klasowym charakterem rasizmu: „Obywatelstwo to przywilej, a przywilej jest chroniony przez wyłączenie spod niego niektórych ludzi. Wykluczenie zamiast być otwarcie klasowe, stało się narodowe tudzież kryptoklasowe” [2]. System granic oraz mechanizm kryminalizowania tzw. nielegalnych imigrantów wpisuje się w różnorodność nadawanych statusów i praw osobom migrującym, które de facto stanowią ogromną siłę napędową międzynarodowych gospodarek.
 
W krajach europejskich systematyczne wprowadzanie dość restrykcyjnej kontroli, opartej na systemie paszportowym oraz militaryzacja granic, miało miejsce dopiero po wybuchu i w następstwie I wojny światowej. Działania te były związane ze wzrostem biurokratycznej kontroli nad migracją, a także z chęcią zachowania kontroli nad siłą roboczą.Systemy wzmożonej weryfikacji danych osobowych, wzrastająca przemoc i militaryzacja granic podczas tzw. kryzysu uchodźczego w 2015 r. stanowiły tego ilustrację. Również szafowanie pojęciem kryzysu uchodźczego, umożliwiło dyscyplinowanie i segregację osób przemierzających szlak bałkański.
 
Kontrola oraz podporządkowanie migrantów rządom i kapitałowi są powodowane obawami przed skutecznym dochodzeniem przez nich swoich praw pracowniczych, socjalnych i obywatelskich oraz buntami społecznymi. Często ruch migracyjny stanowi jedną z największych sił protestów pracowniczych. Uchodźcy nie są bowiem tylko biernymi ofiarami, lecz zdeterminowanymi ludźmi zdolnymi walczyć o swoje prawa. Władze poszczególnych państw wydają się mieć tego świadomość.  I właśnie z powodu obaw, że mogą pojawić się żądania równego traktowania, europejskie państwa narzucają szereg restrykcji, mających na celu utrzymanie cudzoziemców pod kontrolą, co daje możliwość szybkiej i skutecznej pacyfikacji potencjalnego niezadowolenia.

Katarzyna Czarnota

Przypisy:[1]United Nation Human Rights Office of the High Commissioner http://www.ohchr.org/EN/NewsEvents/Pages/DisplayNews.aspx?NewsID=16344.
[2] Wallerstein I., Utopistyka. Alternatywy historyczne dla XXI wieku, Bractwo Trojka, Poznań 2008, s. 44.
 Tekst ukazała się piśmie Le Monde Diplomatique 01/131  (styczeń 2017)

5 marca po raz kolejny wychodzimy na ulice. Tym razem chcemy wspólnie zaprotestować przeciw przemocy władzy.Kobiety mają dość władzy, która przemocą i przymusem chce rządzić ich życiem! 
 
Historia święta kobiet sięga 8 marca 1908 r., kiedy ulicami Nowego Jorku przeszedł marsz 15 tys. robotnic, domagających się praw politycznych i ekonomicznych. Zainspirowane tym wydarzeniem pracownice zakładów odzieżowych (głównie imigrantki) rozpoczęły trzymiesięczny strajk przeciwko wyzyskującym je właścicielom fabryk. Dwa lata później, również na początku marca, 130 kobiet zginęło w pożarze nowojorskiej fabryki, ponieważ były tam trzymane pod kluczem i nie miały szans na ucieczkę przed ogniem. Te wydarzenia spowodowały, że w 1910 r. Międzynarodówka Socjalistyczna w Kopenhadze ustanowiła 8 marca Międzynarodowym Dniem Kobiet, który służyć miał krzewieniu idei praw kobiet oraz budowaniu społecznego wsparcia dla walki o równouprawnienie i sprawiedliwość społeczną.
 
Organizowane każdego roku w okolicach 8 marca feministyczne manifestacje noszą nazwę Manif. Słowo „manifa” pochodzi od stworzonego przez opozycję antyrządową w latach 1980. slangowego skrótu słowa „manifestacja”. Pierwsza Manifa została zorganizowana w Warszawie w 2000 r. w proteście przeciwko policyjnej akcji w Lublińcu, gdzie na podstawie anonimowego donosu pacjentka została zatrzymana w czasie wizyty u ginekologa i zmuszona do poddania się badaniu kryminalistycznemu, sprawdzającego, czy nie doszło do zabiegu usunięcia ciąży. Ta demonstracja przerodziła się w ogólnopolską manifestację feministyczną i antydyskryminacyjną. Z czasem zaczęto organizować Manify również w innych miastach.
 
W tym roku ramach poznańskiej demonstracji organizujemy specjalny blok poświęcony kwestiom ekonomicznym, które w szczególny sposób dotyczą kobiet. Będziemy mówić o wyzysku w zakładach pracy i w domu, niedowartościowaniu pracy opiekuńczej, sytuacji lokatorek, problemach migrantek. 
 
Protesty o prawo do aborcji, które w zeszłym roku przetoczyły się przez Polskę i inne kraje, jak Argentyna, RPA, Korea Południowa… Antyrządowe demonstracje w Ameryce, poruszenie kobiet w Irlandii, liczne działania na rzecz międzynarodowego strajku kobiet pokazują, że stanowimy ogromną siłę, która może doprowadzić do istotnych zmian społecznych. Nie tylko bieda ma twarz kobiety. Rewolucja także!  
 

W Poznaniu spotykamy się 5 marca o godzinie 14.00 pod Teatrem Wielkim/Opera. Jeśli w twojej  miejscowości tego dnia nie odbywają się żadne działania protestacyjne, przyjedź do nas. Wspólnie wymówimy służbę władzy i kapitałowi! 


Zainteresowanych prosimy o kontakt na Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

“Nr 56. Pamiętaj, nazywam się Ekaterina” to krytyczne świadectwo Lemondżawy, spisane za kratami jej celi w zamkniętym ośrodku dla imigrantów w Lesznowoli i naznaczone wciąż żywą, zranioną pamięcią deportacji z Polski. Osobista historia Ekateriny pozwala nam szczegółowo prześledzić zmagania z rutyną odczłowieczenia panującą w polskich obozach więziennych dla imigrantów. “Nr 56” to swoista książka-krzyk, tekst pełen gniewu i oburzenia, dzielonego często przez tysiące zdelegalizowanych imigrantów, których doświadczenia zwykły dotąd tonąć w medialnych rubrykach obok głośnych newsów o sukcesie polskiego PKB i porażce polskich piłkarzy lub znikać w marach paragrafów systemu prawnego. Dla wielu polskich czytelników, którzy chroniąc się od biedy na Zachodzie nie muszą się już obawiać o “papiery”, „Nr 56” jest gorzkim wezwaniem do solidarności, którą utracono w procesie polskiej transformacji i akcesu do UE. Zarazem, pamiętnik proponuje świeże spojrzenie na dyskusyjną rolę, jaka przypadła naszemu państwu w ramach zobowiązań po wejściu do Unii Europejskiej – stróżującego psa Fortecy Europy. Lemondżawa zadaje pytanie: na ile możemy pozwolić władzom? W końcu, świadectwo Lemondżawy skłania do refleksji wychodzącej daleko poza apele o współczucie: autorka inspirująco przekonuje nas do działania na rzecz zmiany dramatycznej sytuacji. „Godność nie podlega kompromisom” to główne przesłanie płynące z lektury „Nr 56”.

Strona książki www.nr56.pl

 

książka dostępna u wydawcy na www.bractwotrojka.pl

Już za kilka miesięcy wchodzi w życie jedna z najbardziej kontrowersyjnych ustaw o systemie oświaty, jakiej doświadczy w ostatnim ćwierćwieczu nasze społeczeństwo. Likwidacja gimnazjów, powrót do ośmioletniej szkoły podstawowej, centralizm w nadzorze pedagogicznym, nowe podstawy programowe. Środowiska nauczycieli polskich, środowiska akademickie, dyrektorzy szkół i samorządy podnoszą głosy sprzeciwu na obecny kształt zmian w systemie oświaty, ale czy rzeczywiście jest o co kruszyć kopie?

Dokąd zmierzasz szkoło?

Bez wątpienia obecny powszechny system oświaty, który spotkać możemy w podobnym kształcie w większości krajów świata, wymaga zmian. Pytanie, czy nowe struktury, jak i centralne zarządzanie to kierunek, w którym powinniśmy podążać, to istota, na której powinniśmy się skupiać? Zadajmy sobie pytanie, czy szkoła jaką znamy, czy zmiany, jakie nadchodzą i krytyka zmian, jaką słyszymy, mają w ogóle jakiekolwiek znaczenie?

Kosmetyka, bez naruszenia paradygmatów.

Spotkanie ‘Zamiast edukacji’ w pierwszej części poświęcone zostanie próbie krytycznej analizy obecnego systemu powszechnej edukacji w Polsce. Próba wykazania patologicznych już od ponad 100 lat powszechnie stosowanych pomysłów edukacyjnych, czy metod pedagogicznych, obnaży nam obraz szkoły jako instytucji totalnej. Szkoła to instytucja, w której wpływ ucznia na to, gdzie, czego, z kim i w jaki sposób się uczy, może być porównany do wpływu, jaki ma robotnik na przedmiot swojej pracy. Ukryty program, ocenianie, testowanie, egzaminowanie, nadzór, selekcja, indoktrynacja i obowiązek szkolny maskujący dyktatorski i szowinistyczny stosunek do młodych ludzi to obraz współczesnej edukacji.

W dalszej części spotkania uwaga skupiona zostanie na ukazaniu alternatywnych, emancypacyjnych nurtów edukacyjnych, będących szansą, podbudową pod przyszłą zdecydowanie bardziej egalitarną relację dorosłych z młodymi ludźmi. Od pedagogiki dziecka Janusza Korczaka, przez radykalny humanizm, do antypedagogiki Huberta von Schoenebecka. Pytania, czy rzeczywiście można wychowywać drugą osobę, dlaczego wychowujemy dzieci i młodzież wbrew ich woli i oczekiwaniom i dlaczego społeczeństwo zmierzające do demokracji nie dostrzega w pedagogice źródła tyranii, to pytania dziś szczególnie aktualne i warte uwagi. Jak więc zbudować wolną szkołę, jak budować relację z młodymi ludźmi bez wpływu i wychowywania, czy społeczeństwo bez szkoły jest możliwe? – przyjdź i zabierz głos na spotkaniu ‘Zamiast edukacji’.

Spotkanie poprowadzi Remigiusz Stępak, z wykształcenia politolog i manager oświaty. Fascynat bezprzemocowych, spersonalizowanych nurtów edukacyjnych. Spędził kilkanaście miesięcy jako mentor w różnego typu szkołach demokratycznych i wolnych w kraju. Współprowadzi na terenie Mosiny przedszkole domowo – leśne i wolną szkołę Na Bosaka. Współorganizator wielu spotkań dyskusyjnych i warsztatowych o tematyce edukacji wolnościowej.

ZAPRASZAMY!!!

Oświadczenie - STOP Odkrywkom!

27 stycznia 2017 r. | Dział: Wielkopolskie

W ostatnich tygodniach trwa w Polsce wzmożony alarm smogowy. Odpowiedzialnością za zanieczyszczenie powietrza rząd próbuje obarczyć mieszkańców ogrzewających swe mieszkania węglem. Jednocześnie politycy podejmują decyzje o inwestowaniu w kolejne kopalnie węgla – na dodatek w ich najgorszy, najmniej ekologiczny wariant, czyli w węgiel brunatny. Beznadziejna sytuację pogarsza również fakt, że polski rząd na wszystkie możliwe sposoby utrudnia rozwój energetyki odnawialnej.

Kopalnie węgla brunatnego nastręczają za sobą szereg problemów społecznych. W wyniku powstania wielkopolskich odkrywek 22 tys. osób straci domy, za które najpewniej otrzyma zaniżoną rekompensatę, a 11 tys. osób straci pracę. Odkrywka będzie miała również negatywy wpływ na zdrowie okolicznych mieszkańców. Pyły wytwarzane przez kopalnie będą opadały na pobliskie wsie i łącząc się ze związkami siarki, metalami ciężkimi i popiołami pochodzącymi ze spalonego węgla spowodują wzrost zachorowań na raka i dróg oddechowych.     Problematyczny będzie także dostęp do wody. Już teraz poziom jezior wokół Konina drastycznie opadł lub woda całkowicie wyschła. Dodatkowe zanieczyszczenie ich szlamem pochodzącym z elektrowni i kopalni spowoduje, że stracą one walory turystyczne, które jeszcze posiadają. W okresach suszy może się okazać, że zabraknie wody do nawadniania pól uprawnych. Przemysł głównie górniczo-energetyczny zużywa aż do 80% wody w województwie.Pozornie problem ten nie dotyczy Poznania, tylko gmin odległych o 100 kilometrów od stolicy wielkopolski. Pozornie, bo w „Białej Księdze Ochrony Złóż Kopalin” figurują także tereny znajdujące się zaledwie kilka kilometrów od granic miast. Obejmują one swoim zasięgiem m.in. Mosinę, która zaopatruje w wodę 70%  Poznania. Skąd mamy mieć pewność, że kiedy zabraknie
innych źródeł pozyskania węgla brunatnego, polski rząd nie połasi się również i o te.
   
Dlatego już teraz musimy powiedzieć stanowcze nie dla budowy kopalni Ościsłowo. Jeśli nie powstrzymamy budowy tej kopalni nie uda nam się również powstrzymać innych, w tym możliwe, że  w przyszłości i tej pod Poznaniem.
   
Nie pozwólmy na sytuację w której rząd wspiera działania prywatnej spółki ZE PAK kontrolowanej przez miliardera Solorza i ING OFE pomijając przy tym tysiące mieszkańców lokalnych i odbierając pracę i ziemię rolnikom w jednym z najbardziej rolniczych terenów krajów. Nie pozwólmy, aby pieniądze stały się ważniejsze od ludzi.Przeciwko antyspołecznej polityce rządu!
Solidarność naszą bronią!

Federacja Anarchistyczna - sekcja Poznań

Więzienie stało się jednym z głównych narzędzi zarządzania ludnością migrującą w Europie i poza nią w latach 90. – zjawisko to szło w parze z globalizującym neoliberalizmem tamtego czasu. Pierwszy obóz więzienny zbudowano w Polsce w początkowych latach wolnorynkowej przemiany ustrojowej, w 1996 r. w Lesznowoli; do roku 2008 r. zarządzała nim policja, potem przejęła go straż graniczna. Resztę systemu obozów więziennych wprowadzano jako elementy polityki bezpieczeństwa granic, której przyjęcie stanowiło warunek wstępny wejścia do strefy Schengen w 2008 r. Wzdłuż nowej wschodniej granicy zewnętrznej otwarto na początku 2008 r. cztery obozy w przygotowaniu do akcesu Schengen: tj. obozy w Białej Podlaskiej, Białymstoku, Kętrzynie i Przemyślu. Obóz w Krośnie Odrzańskim, położony przy granicy zachodniej – z Niemcami, założono w 2009 r.
Twierdza Europa
W ciągu ostatniej dekady władze UE dokładały starań w celu usunięcia granic wewnętrznych między krajami członkowskimi na rzecz umocnienia zbiorczej granicy zewnętrznej. Zmieniło to kontynent w formację, którą środowiska lewicowe nazwały „Twierdzą Europa”. Kiedy Polska, Węgry, Słowacja, Litwa, Łotwa i Estonia weszły do Unii w 2004 r., a następnie do strefy Schengen w 2008 r., granica zewnętrzna przesunęła się na wschód, a zaszczyt pilnowania jej przypadł w efekcie władzom wymienionych państw. Wśród nowych krajów strefy Schengen Polska otrzymała być może największe „wyróżnienie”, jako że władze UE wybrały Warszawę na główną siedzibę agencji Frontex, która odpowiada za koordynowanie czynności ogólnoeuropejskiej straży granicznej chroniącej granicę Twierdzy Europa.
Zbudowanie układu obozów więziennych stało się elementem o zasadniczym znaczeniu w nowo przyjętej przez Polskę europejskiej polityce bezpieczeństwa granic. Kluczowe dla tej polityki są regulacje tzw. Dublin II z 2003 r. (od czerwca 2013 r. – Dublin III) zmuszające migrantów do pozostania w kraju, w którym dostali się na teren UE. W praktyce oznacza to, że migranci, którzy zostawią po sobie jakikolwiek ślad (typu: odciski palców, wypełniony formularz, zarejestrowanie przez straż graniczną, wiza) w kraju takim, jak Polska, muszą tu zostać i nie wolno im się przenieść do innych państw Unii. Główną konsekwencją przepisów z Dublina jest to, że deportacje między państwami członkowskimi przekształciły się w mechanizm systemowy. Migranci, których złapie się na łamaniu dublińskich ustaleń, deportowani są do swoich „pierwszych krajów”, gdzie zmusza się ich zwykle do odsiedzenia kary w obozie więziennym. Wielu spośród migrantów więzionych w polskich obozach trafiło tam właśnie przez te przepisy – tak stało się w przypadku Ekateriny Lemondżawy.
Rodzina za kratami
W Europie i krajach śródziemnomorskich istnieje 421 oficjalnych obozów więziennych. Dostępność statystyk dotyczących tych obozów i ludności w nich osadzonej zależy od siły ruchów oddolnych, które potrafią swoimi żądaniami spowodować publiczne udostępnienie tych informacji. Według wyliczeń grup oddolnych każdego roku na terenie UE przetrzymuje się blisko 600 tys. migrantów. W części państw obozami więziennymi dla migrantów, podobnie jak zakładami karnymi, zarządzają prywatne firmy i korporacje. W Wielkiej Brytanii na przykład trzy obozy więzienne prowadzi firma ochroniarska G4S.
W Polsce wszystkie siedem obozów pozostaje w gestii straży granicznej. SG nie ma obowiązku upubliczniać informacji statystycznych dot. więźniów, jednak wskutek strajku z 2012 roku organizacjom pozarządowym zezwolono na wgląd w te dane – pojedynczo, obóz po obozie – w 2012 r. i 2014 r. Według ostatnich statystyk (dane z 2013 r.), w obozach więziennych umieszczono tamtego roku łącznie 1 738 osób. W momencie wizytacji NGOsów w obozach w styczniu i lutym 2014 r. osadzonych było 347 osób, w tym 61 proc. mężczyzn (213 osób), 14 proc. kobiet (50 osób) i 24 proc. małoletnich (84 dzieci). Obozy w Kętrzynie, Białej Podlaskiej i Przemyślu mają oddziały dla kobiet i nieletnich; pozostałe obozy są wyłącznie dla mężczyzn. Niemal połowa osadzonych w obozach (w 2013 r.) przyjechała z Rosji – 49 proc.
Niepotrzebni nieprzestępcy
W kategoriach prawnych więzienie migrantów stanowi tzw. detencję administracyjną, czyli środek nadzorowania miejsca pobytu przed deportacją. Więzienie migrantów nie jest środkiem karnym, ponieważ nie zostało popełnione przestępstwo. Przekroczenie granicy bez dokumentów według wszystkich regulacji prawnych – polskich, europejskich i międzynarodowych – jest zaledwie wykroczeniem administracyjnym. Nie jest to czyn przestępczy (co oznacza, że termin „nielegalni migranci” nie ma podstawy prawnej). W Polsce najwyższy wyrok to trzy miesiące, ale SG może wnioskować o przedłużenie tego okresu aż do maksymalnego czasu pozbawienia wolności (oficjalnie nazywanego „pobytem”) – 18 miesięcy.
Skoro migracja to nie zbrodnia, to czemu więzienie? Więzienie funkcjonuje na zasadzie środka dyscyplinującego, kary za złamanie ustroju granicznego. Osoby chcące wykorzystać możliwości, jakie daje migracja (takie jak bezpieczeństwo, lepsze warunki życiowe i warunki pracy), wytwarzają napięcia w obrębie europejskiego terytorium. Kontrolowaniu migrantów i zarządzaniu nimi – czyli przyszłymi pracownikami, lokatorami, studentami, chorymi i beneficjentami świadczeń socjalnych m.in. – przyświeca ideologia wolnego rynku. Z jednej strony logika ta wspiera migracje korzystne dla sprawy zysku i zgodne z organizacją produkcji w danym rejonie, z drugiej zaś – przeciwstawia się aspiracjom milionów migrantów wewnętrznych i zewnętrznych (również uchodźców). Zorientowana rynkowo polityka migracyjna odpowiednio dobiera migrantów „użytecznych” i „produktywnych” – i tym daje prawo pozostania. Resztę uznaje za zbyt wysoką nadwyżkę siły roboczej i utrudnia jej swobodne przemieszczanie się.
Więzienia zwykłych ludzi
Obozy więzienne dla obcokrajowców, podobnie jak więzienia, oficjalnie przedstawiane są jako jeden z filarów bezpieczeństwa. Stanowią jednak także kluczową część systemu opartego na radykalnej nierówności. Kapitalizm broni się, kryminalizując biedę. Dlatego chociaż Amerykanie również dopuszczają się wykroczeń administracyjnych, gdy przedłużą pobyt w Europie ponad trzymiesięczną wizę, jest rzeczą niesłychaną znaleźć obywatela USA w europejskim obozie więziennym. Więźniami tych obozów nie są także szejkowie i inne elity światowych peryferiów, jakkolwiek wiele z nich zasłużyło na najcięższe kary. Za kraty europejskich obozów więziennych trafiają więc z zasady ludzie wywłaszczeni z najróżniejszych dóbr. Te same nierówności odzwierciedla kondycja każdego systemu więziennego. W Polsce najpowszechniejsze przestępstwa popełniane przez więźniów zakładów karnych w 2014 r. to czyny charakterystyczne dla biedy i „szeregowych gangsterów” – zwykłe kradzieże, kradzieże z włamaniem, rozboje i inne przestępstwa wobec mienia. Dla porównania, za przestępstwa przeciw obrotowi gospodarczemu w tym samym roku osadzono tylko 152 osoby (na ponad 70 tys. więźniów ogółem). Byli i obecni więźniowie sami stanowią świadectwo tego, że przeważająca większość osadzonych w polskich zakładach karnych wywodzi się z klasy robotniczej.
Im większe przestępstwo, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że pójdzie się za nie do więzienia. Dla elity „świat bez granic” jest codziennością – jej pragnień i chciwości nie ograniczają żadne mury, kraty ani granice. Jego ofiara – Ekaterina Lemondżawa – musiała zaś wielokrotnie udowadniać polskiej straży granicznej, że nie kryje w majtkach zagrożenia dla bezpieczeństwa naszego kraju. Instytucje karne, jak więzienia i obozy więzienne dla migrantów, a także wszystkie zasieki Twierdzy Europy stanowią więc przede wszystkim narzędzie kryminalizacji ubogich i utrzymania przywilejów najbogatszych – stanowi to oczywiście mocny argument za ich zniesieniem. Nie da się jednak ich znieść bez jednoczesnego zniesienia nierówności społecznych, które są podstawowym zapleczem elit.

Maria Burza
Kolektyw Syrena
Warszawa, październik 2016

Cały tekst ze źródłami stanowi posłowie do książki
„Nr 56. Pamiętaj, nazywam się Ekaterina”

Fragment opublikowany w anarchistycznej gazecie ulicznej A-TAK nr 4

Ustami Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji, Mariusza Błaszczaka mogliśmy usłyszeć, że wydarzenia w Ełku - czyli zamieszki i zniszczenie lokalu gastronomicznego, po śmierci młodego człowieka - to odosobniony przypadek. Kiedy minister wypowiadał te słowa mieliśmy już do czynienia ze zniszczeniem lokalu gastronomicznego w Lublinie, pojawieniu się obraźliwych napisów na murze meczetu w Gdańsku, i przynajmniej jeden potwierdzony przypadek napaści na obcokrajowca. Do tego towarzysząca wydarzeniom, atmosfera medialna, czyli podgrzewanie rasizmu i islamofobii przez prawicowe i nacjonalistyczne portale internetowe, oraz komentarze jawnie zachęcające do linczów.

Władza nadal jednak udaje, że nic się nie stało, że w Polsce nie ma rasizmu. Ten za to występuje w zachodniej europie i jest wynikiem porażki polityki multikulturalizmu. Na takie właśnie karkołomne i ideologiczne stwierdzenia ponownie zdobył się Mariusz Błaszczak. Wtóruje mu Minister Sprawiedliwość – Zbigniew Ziobro – który bagatelizuje znaczenie rasistowskich symboli, a może już samego zjawiska rasizmu, w końcu w opinii ministra, staje się on jedynie sprzeciwem wobec „mieszaniu się ras”. Władza, która dotąd skutecznie nastawiała rodaków przeciwko przyjmowaniu uchodźców, dziś wydaje się robić krok dalej pogłębiając atmosferę nietolerancji i legitymizując problem przemocy na tle rasowym. Jasno przytaczane przez Rzecznika Praw Obywatelskich, statystyki policyjne potwierdzające wzrost przestępstw i przemocy o rasistowskim podłożu, w języku władzy, szybko stają się jedynie „lewackim” bełkotem, mającym szkodzić wizerunkowi kraju.Działaniu władzy biernie przyglądają się partie tzw opozycji. Zapewne wynika to z braku odwagi, by zakwestionować politykę antyemigracyjną, czy przyznać, że zjawisko rasizmu najłatwiej rozwija się w krajach dotkniętych kryzysem ekonomicznym. Ostatecznie, to ze względów ekonomicznych kilka milionów polskich obywateli postanowiło szukać pracy w krajach europy zachodniej, a dziś wobec rosnącej fali ksenofobi również oni spotykają się z rasistowskimi atakami choćby w Wielkiej Brytanii.W obecnej atmosferze, która przywołuje na myśl pogromy, szczególnie ważne jest, by odnosić się krytyczne wobec dotychczasowej polityki państw członkowskich Unii Europejskiej systematycznie unikających współodpowiedzialności za sytuację uchodźców na Bliskim Wschodzie. Oczywiście przoduje w tym Polska i Węgry, które jako jedyne nie wdrożyły programu przyjmowania uchodźców. Tym samym, unikając poniesienia politycznej odpowiedzialności za destabilizację regionu  w tym działania militarne i polityczne USA i NATO, którym ślepe wsparcie dawały kolejne polskie rządy doprowadziła m.in. do wojny w Iraku i rozwoju ISIS. Jednocześnie skutecznie wykorzystując pogłębiający się od 2008 roku kryzys ekonomiczny, by uniemożliwić realizację polityki proimigracyjnej i sterować ksenofobicznymi nastrojami doskonale sprawdzającymi się w roli narzędzia podziałów społecznych w zakładach pracy i na ulicach. Realizowania polityka strachu jest skutecznym narzędziem budowania przyzwolenia społecznego na wzrastające ataki i odwrócenie uwagi od ekonomicznych i politycznych przyczyn sytuacji kryzysowej. Buduje atmosferę usprawiedliwienia wobec rasizmu, ksenofobii i ataków na imigrantów.Nasza zdecydowana reakcja na wzrastającą przemoc wobec cudzoziemców jest niezbędna. Islamofobia i rasizm wykorzystywane są w systemie kontroli, do którego wprowadzenia zmierza władza.Co roku granice Polski przekraczają tysiące imigrantów. Do tej grupy należą zarówno ofiary konfliktów politycznych, jak i imigranci ekonomiczni. Każdy człowiek ma pełne prawo do przemieszczania się i życia w dowolnym miejscu na świecie.
Podział ludzi ze względu na wyznawaną religię, kraj pochodzenia, kolor skóry czy status materialny uważamy za nieuzasadniony i niebezpieczny. Wówczas, gdy skrajne prawicowe nastroje podsycają antyimigrancją histerię, politycy cieszą się z narastających podziałów społecznych dzięki, którym niemożliwa staje się solidarna walka o godne życie bez względu na kolor skóry, wyznawaną religię, status społeczny, płeć czy pochodzenie. Zmanipulowana przez prawicowe i neofaszystowskie środowiska opinia publiczna, za kozła ofiarnego każdego kryzysu obiera imigrantów.
To nie imigranci są problemem, lecz władza, która czerpie korzyści z tzw.”kryzysu uchodźczego” i buduje na nim niebezpieczny kapitał polityczny.Dla nas obcy kulturowo jest nacjonalizm, za którym podąża rasizm i ksenofobia.
„Nasza” cywilizacja jest tą, w której każdy człowiek jest równy. Żądamy by władze miasta Poznania wdrożyły lokalną politykę migracyjną, która zapewni cudzoziemcom zamieszkującym od lat w Poznaniu dostęp do równych praw, niezależnie od ich statusu ekonomicznego i pochodzenia. Domagamy się również odpowiedzi na tzw ”kryzys migracyjny” poprzez uruchomienie programów przyjmujących uchodźców.Solidarność naszą bronią,
Walka klasowa nie narodowa!

Strona 1 z 28