Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

A+ R A-
Znaczenie związków zawodowych - wczoraj i dziś

Po II wojnie światowej wiele zantagonizowanych do tej pory partii opowiadać się zaczęło za klasowym kompromisem w przekonaniu, że zarówno kapitalizm jak też komunizm w czystej postaci zawiodły. Jak opisuje to David Harvey, na Zachodzie zaczęło dominować przekonanie, że „państwo powinno starać się zapewnić obywatelom pełne zatrudnienie, wzrost gospodarczy, oraz dobrobyt, oraz że dla osiągnięcia tych celów należy bez skrępowania korzystać z możliwości jakie daje władza państwowa – ma ona działać równolegle z procesami rynkowymi, a w razie potrzeby w nie ingerować lub nawet je zastępować”. (1)   Istotną rolę w tak zaplanowanym ładzie społeczno-politycznym miały odegrać związki zawodowe. Upowszechnił się, w większej lub mniejsze mierze, korporacjonistyczny (2)   model funkcjonowania organizacji pracowniczych, posiadających znaczne instytucjonalne wpływy nie tylko w ramach państwa, ale także poszczególnych przedsiębiorstw. W ten sposób miała się odbyć korekta, nie tylko dystrybucji, ale także uznania w obrębie kapitalistycznych stosunków własnościowych.

Odbudowa władzy klasowej


Rola związków zawodowych w tzw. krajach postkomunistycznych (jako peryferyjnych) była w wielu aspektach odmienna, ale nie tak skrajnie różna, jak chcą tego niektórzy interpretatorzy, demonizujący etatystyczne ubezwłasnowolnienie organizacji związkowych w Bloku Wschodnim, a idealizują ich funkcję na Zachodzie. Zwłaszcza w przypadku krajów takich jak Polska, Czechy, Słowacja, Węgry ocena nie może być tak jednoznaczna. Zaraz po II wojnie światowej w Polsce związki zawodowe przez spory okres czasu rywalizowały w przedsiębiorstwach z monopolistyczną pozycją zakładowych ogniw partii komunistycznej. Warta odnotowania jest, dziś często przemilczana w oficjalnej historiografii, rola związków zawodowych w wydarzeniach 1956 roku. Można się zatem zgodzić z interpretacją Juliusza Gardawskiego, że związki zawodowe tylko częściowo były uzupełnieniem autorytarnej władzy. Po „polskim przełomie antystalinowskim – pisze Gardawski -  funkcje ideologiczne zeszły na plan dalszy, a związki skupiły się na zadaniach socjalno-bytowych, ochronnych i produkcyjnych. Stały się instytucją, za której pośrednictwem państwo autorytarnego socjalizmu realizowało wiele zadań welfare state.”(3)   W tym też ujawniała się podobna jak na Zachodzie  korporacjonistyczna natura związków zawodowych, chociaż wachlarz możliwości wyboru przez nie taktyk był ograniczony, co oczywiście było oznaką zasadniczo słabej pozycji przetargowej wobec państwa i ostatecznie podkopywało efektywność organizacji w walce o egalitarystyczną redystrybucję dóbr na różnych poziomach. \

Harvey obrazowo tłumaczy, że wypracowany po dwóch wojnach światowych i licznych rewolucyjnych zawieruchach system gwarantował wszystkim, przynajmniej w państwach centrum kapitalizmu, udział w podziale ciągle „rosnącego tortu”. Jednak kryzys w zyskowności działalności kapitalistycznej, jaki nastąpił w okolicy 1970 roku, spowodował radykalne odejście od koncepcji budowy w miarę egalitarnego społeczeństwa. Postępująca neoliberalizacja – pisze Harvey – od samego początku była przedsięwzięciem obliczonym na odbudowę władzy klasowej, „na odbudowę warunków sprzyjających akumulacji kapitału i restauracji władzy elit ekonomicznych”. (4)   W skali globalnej neoliberalizm raczej nie stymulował wzrostu gospodarczego. Przeciętne dziesięcioletnie wskaźniki wzrostu PBK są dla lat 60 i 70 znacznie lepsze, niż dla 80 i 90 czy w chwili obecnej (5)  . Natomiast skoncentrowano się na uruchomieniu mechanizmów nierównego podziału dochodu. W pierwszej mierze należało zatem uderzyć w siłę organizacyjną pracowników, w tym związki zawodowe.

Jak twierdzi Beverly Silver (6)   kapitaliści próbując uniknąć ruchów rewindykacyjnych (działających najczęściej pod postacią związków zawodowych) i ciągłych walk, wdrażają nowe technologie, formy organizacji produkcji, nowe produkty, przenoszą zakłady w inne regiony. Wszystkie te działania nazywa ona po angielsku „fix”, czyli „przesunięciami”. „Przesunięcia” osłabiają organizacyjną i strukturalną (związaną z sytuacją na rynku pracy i z miejscem robotników w procesie produkcji) siłę pracowników. Cały wachlarz zmian wprowadzanych od początku lat 70, który wiążemy z neoliberalizmem, doprowadził do globalnego spadku poziomu roszczeń i walk pracowniczych. Ale nie mniej ważną rolę odegrały tutaj także narzędzia pozaekonomiczne – bezpośrednia przemoc. W wielu miejscach doszło do brutalnej militarnej rozprawy z organizacjami robotniczymi, co nie było wprawdzie czymś wyjątkowym, ale tym razem ruch pracowniczy przegrywał wszystkie ważne strategicznie walki.

Przynależność do związków zawodowych

Wszystkie te działania doprowadziły do podkopania organizacyjnej siły ruchu pracowniczego. Jak wyraźnie wynika z danych raportu Komisji Europejskiej „Industrial Relations in Europe 2008” (70   od mniej więcej drugiej połowy lat 70 XX wieku,  „uzwiązkowienie” (8)  , po osiągnięciu swojego szczytu, maleje. Łącznie dla takich krajów jak: Belgia, Francja, Niemcy, Włochy, Luksemburg, Holandia, Dania, Irlandia, Wielka Brytania, Grecja, Hiszpania, Portugalia, Austria, Finlandia i Szwecja gwałtownie spadło z poziomu ok. 44% do ok. 26% dziś. Jeszcze bardziej (i w krótszym czasie) skurczyły się szeregi związkowców w państwach ostatnio przyjętych do Unii Europejskiej (Bułgaria, Cypr, Czechy, Estonia, Węgry, Łotwa, Litwa, Malta, Polska, Rumunia, Słowenia i Słowacja) z łącznego poziomu ok. 43% w początkach lat 90. do ok. 22% obecnie. W Polsce poziom „uzwiązkowienia”, wg szacunków dokonywanych m.in. na podstawie badań CBOS, spadł z ok. 40% na początku transformacji do ok. 14%. W badaniach EUREQUAL 2007 (9)   - dotyczące 13 krajów Europy Środkowej i Wschodniej, na które będę się w tym artykule powoływał - „uzwiązkowienie” dla Polski wyniosło 11,3% co jest prawdopodobne, wykazuje ono bowiem także wahnięcia sezonowe w ciągu roku i w zależności od momentu pomiaru może się różnić nawet kilka punktów procentowych. W stosunku do innych krajów w ramach projektu EUREQUAL największe „uzwiązkowienie” ustalono w przypadku Białorusi – na poziomie 58,8%, ale danych tych nie sposób zweryfikować. W pozostałych przypadkach jest ono bardziej prawdopodobne - najwyższe na Ukrainie (31,6%), Rumunii (25%) i Słowacji (21,1%); najniższe na Litwie (9,4%) i w Polsce (11,3%).

Trzeba jednak zaznaczyć, iż spadkowi przynależności do związków zawodowych towarzyszyła istotna transformacja całego ruchu zawodowego w krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Polegała ona na rozbiciu dotychczasowych etatystycznych i monopolistycznych struktur związkowych i pojawieniu się nowych, konkurencyjnych, czasami małych ale aktywnych organizacji, o różnych – bywało, że połączonych z opozycją – tendencjach politycznych. Proces odbudowy pluralizmu związkowego zaczął się najwcześniej w Polsce (1980 r.), jednak doszło do niego po 1990 roku także w większości państw regionu, m.in. na Węgrzech (powstanie związków zawodowych LIGA i MOSZ), na Litwie (Litewski Związek Zawodowy „Solidarność” i Litewska Federacja Pracy), w Bułgarii („Podkrepa”), w Estonii (TALO), itd. „Stare” związki zawodowe natomiast zrywały z dotychczasowymi powiązaniami z radzieckimi organizacjami, przeważnie powołując na początku lat 90 formalnie nowe centrale, ale opierające się na dotychczasowych strukturach (np. czeski CMKOS). W samej Rosji, ale także w Mołdawii, pojawiły się nowe organizacje konkurujące z dotychczasowymi monopolistycznymi związkami zawodowymi powiązanymi z państwem, choć wydaje się, że nie zdołały im zagrozić. W Rumunii w wyniku rewolucji ruch związkowy rozbił się na szereg mniejszych organizacji, zachowujących dość dużą żywotność pomimo postępującego spadku „uzwiązkowienia”. (10)   Prawdopodobnie te wewnętrzne zmiany w łonie ruchu związkowego istotnie wpłynęły na większy niż na Zachodzie spadek „uzwiązkowienia”, ale z drugiej strony przyczyniły się do uniezależnienia części struktur od wpływów już neoliberalnego państwa, a częściowo, za jego pośrednictwem, organizacji pracodawców.

Pomimo spadku znaczenia związków zawodowych w krajach Europy Środkowej i Wschodniej pozostały one jedną z podstawowych form aktywności społecznej. Według ustaleń EUREQUAL 2007, związki zawodowe skupiają w swoich szeregach wciąż istotną część społeczności każdego z analizowanych krajów.  W każdym razie członkostwo to, w porównaniu do innych podobnego typu organizacji, jest zdecydowanie liczniejsze. Przynależność do związków zawodowych deklarowało 11,5%  wszystkich badanych (11)   (nie licząc organizacji rolników – 1,9% i stowarzyszeń zawodowych - 3,6%). Następne w kolejności „kluby sportowe” skupiały 6,2% badanych, a organizacje religijne 5,6%. Partie polityczne, uznawane w systemie neoliberalnym za fundament sytemu demokratycznego, mogą się wykazać przynależnością na poziomie jedynie 2,6%.

W poszczególnych analizowanych krajach przynależność do związków dorosłej części każdej z badanych populacji jest zróżnicowana: wyjątkowo wysoka dla Białorusi 37,8%, niższa dla takich krajów jak Ukraina (17,0%), Słowacja (13,1%) czy Rosja (12,0%). Najrzadziej przynależność do związków zawodowych deklarowali badani Polacy (4,9%), ale i tak w porównaniu z innymi organizacjami (z kościelnym włącznie) jest to najwyższych odsetek członkostwa. 

Związki zawodowe a nierówności społeczne

Atak na związki zawodowe odbywa się nie tylko na płaszczyźnie ekonomicznej i politycznej, ale także ideologicznej. Za punkt zwrotny przyjmuje się - w stosunku do państw zachodnich – szukanie racjonalizacji dla antypracowniczych działań Ronalda Reagana i Margaret Thatcher. Ostatecznie także w krajach Europy Środkowej i Wschodniej argumenty formułowane przeciwko związkom zawodowym zyskiwały coraz większy posłuch. W Polsce wśród wpływowych w czasach transformacji reprezentantów takiej postawy należy wymienić choćby Stefana Kisielewskiego, bożyszcza neoliberalnych elity w pierwszej połowie lat 90. Kisielewski jeszcze w czasach reżimu stanu wojennego stwierdził, że związkowcy należą do „klasy sowieckich ludzi” (12)  , co oczywiście było osądem wyraźnie niesprawiedliwym wobec roli, jaką one odgrywały przy demokratyzowaniu struktur państw Europy Środkowej i Wschodniej i nie tylko tu – np. niezależne związki zawodowe w RPA, przede wszystkim COSATU (Kongres Związków Zawodowych Afryki Południowej), w latach 80 przewodziły tamtejszemu ruchowi przeciwko apartheidowi (13) 

W sukurs czysto publicystyczno-politycznej propagandzie szli także przedstawiciele nauk społecznych, w tym socjolodzy. Znany niemiecki socjolog i liberał Ralf Dahrendorf miał twierdzić, że związki zawodowe jednoczą grupy zbędne dla trzeciej rewolucji technologicznej Teza ta współbrzmiała ze sformułowanymi na przełomie lat 80 i 90. (14)   zapewnieniami F. Fukuyamy, jednego z czołowych teoretyków neoliberalizmu, autora wpływowej książki „Koniec historii”, głoszącego, że dynamiczny rozwój środków produkcji wyznaczył pespektywy dla urzeczywistnienia się marksowskiego społeczeństwa bezklasowego, a te nierówności które mogły, zostały zniesione (15)  . Wówczas to, dla większości badaczy zjawisk społecznych „robotnicy ‘liczyli się’ tylko jako potencjalna przeszkoda w procesie demokratyzacji” (16) 

Jednak ataki na związki zawodowe przyszły głównie ze środowisk ekonomicznych i to one wyznaczyły podstawy zmiany dyskursu. Gardawski pisze, że w podręcznikach ekonomii przeważa uproszczony model funkcjonowania związków zawodowych, jako organizacji skutecznie monopolizujących podaż pracy w pojedynczym przedsiębiorstwie, w ramach jakiegoś segmentu rynku lub całego narodowego rynku pracy. „Student kierunków ekonomicznych dowiaduje się, że jedynym rezultatem działalności związków zawodowych jest zawyżenie ceny pracy i obniżanie popytu na nią, co pociąga za sobą pojawienie się  bezrobocia lub zwiększenie jego poziomu”. (17)   W podobnym duchu wypowiada się też Leszek Balcerowicz, który w jednej ze swoich książek sugeruje, iż związki zawodowe de facto przyczyniają się do wzrostu nierówności społecznych, chcąc przeforsować maksymalnie duże korzyści przy małej liczebnie grupie, co daje duże profity w przeliczeniu na jednego członka (18)  . Roszczenia organizacji pracowniczych mają, jego zdaniem, przyczyniać się do wzrostu bezrobocia, którego ofiarami padają często niezrzeszeni. Z drugiej strony – co stanowi istotną niekonsekwencję – Balcerowicz ujawnia się jako orędownik nierówności, stwierdzając a propos „modelu szwedzkiego”, że w wyniku negocjacji zbiorowych między związkami zawodowymi a pracodawcami ma miejsce solidarystyczna polityka płacowa, która bardzo silnie ogranicza zróżnicowanie wynagrodzeń i przyczynia się do kryzysu w wyniku braku bodźców motywacyjnych. Balcerowicz kończy ten wywód stwierdzeniem, że podobnie jak w Szwecji  „było w socjalizmie, chociaż z innych przyczyn” (19)  .

Znaczna część liderów związków zawodowych zaczęła sama limitować w działaniu swoje struktury, próbując się dostosować do nowych ideologicznych wymogów. „Związki [w Europie Środkowej i Wschodniej] były marginalizowane nie tylko przez globalną ekonomię i prorynkową politykę państwa. Same odegrały kluczową rolę we własnym upadku”. To jedna z czołowych tez amerykańskiego badacza Davida Osta (20)  . Warto przytoczyć słowa, wypowiedziane na początku transformacji (w 1989 r.) przez Lecha Wałęsę: „Nie dogonimy Europy, jeżeli zbudujemy silny związek” (21)  . Wielu działaczy przyjęło mainstreamową argumentację i uznała, że rolą związku zawodowego jest akceptować i wspierać reformy wolnorynkowe, współpracować z pracodawcami i utrzymać spokój na zakładach. Sądzili, że w zamian przestrzegane będą prawa pracownicze, a ewentualnym wzrostem gospodarczym kapitaliści podzielą się sprawiedliwie z robotnikami. Z tak określaną strategią związki zawodowe traciły nie tylko członków, ale szersze zaufanie społeczne.

W Polsce pod koniec lat 90 „źle” działalność NSZZ „Solidarność” oceniało już ok. 45% badanych przez CBOS, „dobrze” 40%. W dalszych latach odsetek złych ocen ciągle rósł, osiągając swój szczyt w 2001 roku (70%). Dopiero po tym okresie nastąpiła odbudowa społecznego zaufania i systematyczny spadek ocen negatywnych, co było także konsekwencją zmiany postępowania związku. Zaczęto dostrzegać, że lojalność wobec kapitalizmu nie popłaca. Pomimo ugodowej postawy związki były systematycznie rugowane z prywatnych firm tak, iż dziś np. w Słowacji, Polsce i na Węgrzech w ponad 70% ich członkowie rekrutują się z zakładów sektora publicznego (22)  . Ponoszący konsekwencje transformacji robotnicy i związkowcy dostrzegli też, iż ich szefowie przeciwnie, osobiście niewspółmiernie zyskują na zmianie sytuacji ekonomicznej. Codzienna prasa w wielu krajach zaczęła donosić o wyjątkowo wysokich dochodach menadżerów w krajach peryferyjnych, w tym Europy Środkowej i Wschodniej, zwłaszcza w porównaniu do płac szeregowych pracowników, ale także do zarobków swoich kolegów z Zachodu.

Kluczowe zadanie związków zawodowych, czyli redukcja nierówności dochodowych stanęło ponownie w centrum zainteresowania. Badania nad „uzwiązkowieniem”, w interesującym nas kontekście, rozpoczęto dopiero z początkiem lat 80 i zasadniczo nie potwierdzają one sugestii, że związki zawodowe przyczyniają się do wzrostu bezrobocia (23)   czy nierówności. Przykładowo w jednej z analiz, porównującej „uzwiązkowienie” i wynagrodzenia w USA, Wielkiej Brytanii i Kanadzie, autorzy stwierdzili, że  systematycznie redukuje ono nierówności płacowe wśród pracujących mężczyzn, choć ma dalece mniejszy wpływ na nierówności zarobkowe wśród kobiet (24)  . A jak wygląda ta kwestia w analizowanych przez EUREQUAL 2007 krajach Europy Środkowej i Wschodniej? Otóż porównując poziom „uzwiązkowienia” ze wskaźnikiem nierówności Gini dla każdego z badanych 13 państw wynika, że korelacja pomiędzy nimi jest ujemna (r = - 0,29). Nie jest ona szczególnie istotna, ale sugeruje, że wzrost „uzwiązkowienia” nie łączy się ze wzrostem nierówności, a raczej przeciwnie. Jeszcze bardziej widoczna jest ta tendencja w przypadku porównania wskaźnika Gini i „uzwiązkowienia” dla krajów „starej” Unii Europejskiej, charakteryzujących się bardziej jednorodnym statusem związków zawodowych w poszczególnych krajach członkowskich. W tym przypadku zachodzi silna ujemna korelacja (r = - 0,62) tj. im większe „uzwiązkowienie” tym mniejsze nierówności.

Nie sugeruję, że mamy tu statystyczny dowód na to, iż związki zawodowe przyczyniają się do zmniejszenia nierówności, ale że wątpliwe jest twierdzenie przeciwne. Przyjrzyjmy się jeszcze subiektywnym opiniom badanych mieszkańców w ramach EUREQUAL 2007 na temat roli związków zawodowych i innych organizacji (instytucji) w zwiększaniu i zmniejszaniu nierówności społecznych. Po pierwsze należy stwierdzić, iż w większości analizowanych krajów szczególnie duży odsetek badanych ocenia, że „jest za dużo nierówności” w ogóle. Opinię taka wyraziło aż 87,3% badanych mieszkańców Ukrainy, 85,2% - Węgier, 83,8% - Rosji. Najrzadziej tę odpowiedź wybierali badani z Rumunii (44,6%) oraz z Białorusi (48,8%). W przypadku Polski było to 63,4%. Spytano także o nierówności dochodowe. „W naszym kraju różnice dochodowe są zdecydowanie za duże” - na tak postawione pytanie odpowiedziało pozytywnie 76,1% Węgrów, 71,3% Słowaków i 71% Bułgarów i tylko – po przeciwnej stronie – 23% Białorusinów i 32,1% Mołdawian (25)  . Z tego wynika, że poczucie istniejących nierówności społecznych wśród mieszkańców naszego regiony jest dość powszechne.

Mieszkańcy Europy Środkowej i Wschodniej winą za istniejące nierówności – gdyby liczyć w stosunku do ogółu badanych - obarczają w pierwszej kolejności partie polityczne - 34,0%, następnie władzę wykonawczą (prezydent/rząd) – 18,6% i ewentualnie media – 6,2%, stwierdzając, że to one, a nie związki zawodowe (2,2%), kościół (1,3%) czy organizacje pozarządowe (2,0%), przyczyniają się do wzrostu nierówności. Oczywiście deklaracje te są zróżnicowane w zależności od państwa. Na przykład najbardziej krytyczni wobec partii politycznych pod tym względem są: Węgrzy (56,2%), Bułgarzy (48,2%) i Czesi (48,2%); najmniej Mołdawianie (14,1%), Rosjanie (15,8%), Białorusini (15,9%) i Ukraińcy (26,3%).

Z drugiej strony zapytano, która z instytucji przyczynia się najbardziej do redukcji nierówności. W pierwszej kolejności wymieniano tu władzę wykonawczą (18,3%), potem partie polityczne (13,2%) a następnie związki zawodowe (11,3%). Analogicznie jak to miało miejsce w poprzednim przypadku istnieje tutaj zróżnicowanie odpowiedzi z uwagi na poszczególne kraje. Generalnie przekonanie o dużym wpływie organizacji pracowniczych na redukcję nierówności możemy obserwujemy przede wszystkim w Estonii, gdzie w pierwszej kolejności wskazuje się na związki (24,4%), w Czechach gdzie po partiach politycznych (23,3%) wskazuje się na związki (21,1%) czy Rumunii, gdzie po władzy wykonawczej (19,8%) wskazuje się na związki (15,8%). Co ciekawe w Polsce badani w pierwszej kolejności wskazywali na organizacje pozarządowe (16,7%), kościół (12,9%), mass media (12,1%) i związki zawodowe (12,1%).

Zakończenie

Wniosek z tego płynie taki, że choć badani nie mają nazbyt silnego poczucia, że związki zawodowe w szczególnym stopniu przyczyniają się obecnie do redukcji nierówności społecznych, to z pewnością nie uważają, że są za nie odpowiedzialne. Winą za niesprawiedliwą redystrybucję dóbr i ewidentny wzrost nierówności społecznych w Europie Środkowej i Wschodniej obarczone zostały partie polityczne, w stopniu nawet większym niż władza wykonawcza. Egalitarystyczne tendencje połączone z krytycznym stosunkiem do partii politycznych są często odbierane jako zagrożenie dla całej demokracji, której system partyjny ma być ostoją. Tymczasem, jak widzimy, „zakorzenienie” poprzez członkostwo partii politycznych w społeczeństwie jest niewielkie, rzec by można pozorne, nie oparte na reprezentacji szerokich interesów. Z tego punktu widzenia demokracja może zatem więcej zyskać, opierając się na pluralizmie związkowym i wywodząc swoją legitymizację wprost z zakładów pracy.

Od 150 lat w Europie kwestie związków zawodowych, egalitaryzmu i demokracji są ze sobą ściśle splecione. Każdemu osłabianiu pozycji organizacji pracowniczych, poprzez rozbicie lub etatyzację, towarzyszy odbudowa znaczenia władzy klasowej, wzrost nierówności społecznych, ale także wprowadzenie ograniczeń wolności politycznych.  Ruch związkowy w zdecydowanej większości nigdy nie był przeciwko zasadom demokracji, choć wiele jego odłamów (syndykalizm) nie akceptowało wszechwładzy partii politycznych reprezentujących, w opinii jego członków, interesy wąskich grup społecznych. Dziś dominuje wśród pracowników przekonanie, że rząd nie jest neutralny i w konfliktach pomiędzy pracownikami i pracodawcami sprzyja zdecydowanie tym ostatnim (26)  . Oczywiście, aby spełnić swoją rolę w walce o sprawiedliwy podział nie tylko dóbr, ale też uznania, związki zawodowe muszą spełnić szereg warunków, z których „uzwiązkowienie” jest tylko jednym z kilku. Po drugie bowiem muszą zachować niezależność od państwa i organizacji pracodawców. Po trzecie powinny przejawiać odpowiednią aktywność strajkową i negocjacyjną w celu wymuszenia zakładowych i ponadzakładowych układów zbiorowych pracy oraz koncepcyjną, która zdoła obalić obowiązujące dziś stereotypy na temat funkcjonowania gospodarki i polityki.

Niektórzy przewidują, że po kryzysie obecnego systemu, z którym mamy do czynienia, przyjdzie po raz kolejny czas na odbudowę silnego ruchu pracowniczego, a rozpad organizacji związkowych był (jest) częścią tego procesu i należy go raczej traktować jako szansę na pojawianie się nowych tendencji w ruchu, niż jego ostateczny koniec.

PRZYPISY:
1. Harvey D., Neoliberalizm. Historia katastrofy, Warszawa 2008, s. 23
2. Gardawski J., Związki zawodowe na rozdrożu, Warszawa 2001, s. 31 oraz Gilejko L., Związki zawodowe a pracodawcy – dylemat asymetrii, [w:] Gieorgica P. (red.), Związki zawodowe w okresie przeobrażeń politycznych i gospodarczych, Warszawa 1998, s. 89
3. Gardawski J. (red.), Polacy pracujący a kryzys fordyzmu, Warszawa 2009, s. 463-463

4. Harvey D., Neoliberalizm. Historia katastrofy, Warszawa 2008, s. 29
5. tamże, s. 209
6. Silver B.J.  Globalny proletariat. Ruchy pracownicze i globalizacja po 1870 r., Warszawa 2009
7. Industrial Relations in Europe 2008, European Commission, Office for Official Publications of the European Communities, Luxembourg 2009
8. „Uzwiązkowieniem” będziemy nazywać odsetek członków związków zawodowych wśród ogólnej liczby pracowników najemnych.
9. Badania nierówności społecznych zrealizowane w 2007 roku objęły Polskę i 12 innych krajów tzw. Europy Środkowej i Wschodniej przeprowadzonych w ramach grantu „Social Inequality and Why it Matters for the Economic and Democratic Development of Europe and its Citizens: Post-Communist Central and Eastern Europe in Comparative Perspective’ (EUREQUAL). W skali kontynentu były one koordynowane przez Department of Politics and International Relations Oxford University, a w Polsce przez Instytut Socjologii Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu. Stały się one podstawą dla publikacji pt. „Społeczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej. Projekt EUREQUAL”, pod red. Krzysztofa Podemskiego, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2011
10. Świadczyć o tym może intensywność strajków. W Rumunii w latach 1998-2007 średnioroczna ilość straconych dni w wyniku strajku w przeliczeniu na 1000 pracowników istotnie się różni od innych krajów regionu i wynosi 64,7; kiedy w przypadku Węgier jest to 16,9; Polski 4,7; a Łotwy 4,1. To więcej nawet niż w niektórych innych krajach Europy Zachodniej np. Niemcy 4,4; Holandia 8,1; Portugalia 24,7; czy Wielka Brytania 23,7; choć rekordziści strajkowali ponad dwukrotnie częściej niż związkowcy rumuńscy: Dania 157,3; Hiszpania 129,3. (źródło: obliczenia własne na podst. Eurostat)
11. Jest to odsetek przynależności do związków zawodowych całej dorosłej populacji, a nie ogółu pracowników najemnych w danym kraju („uzwiązkowienie”)
12. Gardawski J., Związki zawodowe na rozdrożu, Warszawa 2001, s. 17
13. Silver B.J.  Globalny proletariat. Ruchy pracownicze i globalizacja po 1870 r., Warszawa 2009, s. 93
14. Gardawski J., Związki zawodowe na rozdrożu, Warszawa 2001, s. 50
15. Fukuyama F., Ostatni człowiek, Poznań 1992, s. 133
16. Ost D., Klęska Solidarności. Gniew i polityka w postkomunistycznej Europie, Warszawa 2007, s. 50
17. Gardawski J. (red.), Polacy pracujący a kryzys fordyzmu, Warszawa 2009, s. 450
18. Balcerowicz L. (1999), Państwo w przebudowie, Kraków 1999, s. 14-15
19. tamże, s. 119
20. Ost D., The Consequences of Postcommunism: Trade Unions in Eastern Europe's Future, East European Politics and Societies nr 23/1 2009
21. Ost D., Klęska Solidarności. Gniew i polityka w postkomunistycznej Europie, Warszawa 2007, s. 93
22. Ost D., The Consequences of Postcommunism: Trade Unions in Eastern Europe's Future, East European Politics and Societies nr 23/1 2009
23. Gardawski J. (red.), Polacy pracujący a kryzys fordyzmu, Warszawa 2009, s. 451
24. Card D., Lemieux T, Riddell W.C., Unionization and Wage Inequality: A Comparative Study of the U.S., the U.K., and Canada, National Bureau of Economic Research, Working Paper 9473, Cambridge 2003
25. Podemski K. , Nierówności ekonomiczne w europejskich krajach postkomunistycznych z globalnej perspektywy – wybrane zagadnienia, [w:] K. Podemski, Spór o społeczne znacznie, społecznych nierówności, Poznań 2009. s. 65
26. Uwarunkowania dialogu społecznego na przykładzie wybranych regionów w Polsce i Niemczech, praca zbiorowa: T. Marcinkowski, M. Rusakiewicz, J. Urbański, M. Grundmann, Zarząd Regionu Gorzowskiego NSZZ Solidarność, Gorzów Wlkp. 2009
Wreszcie jest. Popularny trend wśród neofaszystów w Niemczech i Czechach zawitał i do nas.

Autonomiczni Nacjonaliści pojawili się w Niemczech już blisko 10 lat temu. To młodzi neofaszyści niemieccy, którzy nie chcąc wstępować w szeregi NPD postanowi wcielać swoje rasistowskie idee na swój własny sposób. To nowe oblicze skrajnej prawicy, które zdążyło w ostatnich latach zasłynąć ze swojej szczególnej brutalności, zaintrygowało oczywiście i polskich neofaszystów. Około roku 2009 trend zawitało i do nas. Krok po kroku zadomowiło się już w kilku większych i paru mniejszych miastach. Polscy skinheadzi spod znaku NS znudzeni już samymi sobą przejęli z entuzjazmem nową stylistykę niemieckich neofaszystów. I skopiowali ją 1:1. Wystarczy spojrzeć na zamieszczone obok fotografie niemieckich i warszawskich Autonomicznych Nacjonalistów aby się zorientować, że nie pokusili się nawet na wymyślenie własnego pomysłu na banery. A skoro przejęli modę to starają się także nadążyć na nowymi trendami ideowymi wytyczanymi przez niemieckich AN.

I tak, Polska skrajna prawica, zorganizowana w grupach AN (zwanych w środowiskach wolnościowych “Anabolicznymi Naziolami”) i reklamująca się jako „nowoczesny nacjonalizm”, próbuje ostatnio wzorem swoich kolegów z Niemiec wymyślić anty-kapitalizm z prawej strony. Przykładem tego jest wezwanie do marszu w dniu 1 maja przeciwko „globalizacji, wyzyskowi i multikulturalizmowi”.
Wymyślanie skrajnie prawicowego anty-kapitalizmu znamy już z przeszłości i przeszło ono do niej pod nazwą narodowego-socjalizmu. To zresztą jest też idea z której wywodzą się i pod którą w dużej części podpisują się środowiska organizujące skrajnie prawicową majówkę pod obłudną nazwą „Młodzież potrzebuje alternatywy”.

Cóż, nie będę tu przypominała dorobku narodowego-socjalizmu. Raczej przypomnę jakim to nie lada wyzwaniem natury społeczno-filozoficznej jest próba krytyki kapitalizmu z perspektywy nacjonalistycznej. Wystarczy przyjrzeć się zarówno genezie jak i samej naturze kapitalizmu, aby zrozumieć, że zarówno doktryny skrajnie prawicowe jak i sam kapitalizm budują na tych samych hierarchicznych wartościach podporządkowania słabszych silniejszym czy na tych samych pryncypiach wykluczenia, negując tym samym idee społecznej solidarności i walki właśnie z wszelkimi wykluczeniami, dyskryminacją i o sprawiedliwość społeczną, które są podstawą antykapitalistycznego oporu.

Pozorowanie anty-kapitalizmu ze strony skrajnej, narodowej prawicy, to nic innego jak znana już z historii ponowna próba zredukowania problemu kapitalizmu do pewnej wytypowanej grupy ludzi, którzy za nim stoją (to PO! to żydzi! To imigranci! …). To kolejna próba utożsamienia anty-kapitalizmu z antysemityzmem, albo inaczej: budowania owego „anty-kapitalizmu” na antysemityzmie.

Polscy narodowcy bardzo lubią pozorować swój dystans w stosunku do innych ruchów faszystowskich (tych współczesnych jak i tych historycznych). Jednak w swoich ideach i propagandzie niczym się od nich nie różnią, może poza wpisywaniem owych neofaszystowskich, radykalno-narodowych haseł w polski kontekst. Akurat ich wersja „anty-kapitalizmu” najlepiej to uwidacznia.

Jednym z filarów skrajnie prawicowej wersji „anty-kapitalizmu” jest swoisty „antyglobalizm” z perspektywy nacjonalistycznej. Sprowadza się on do spłaszczonej do granic wytrzymałości analizy, która brzmi mniej więcej tak: skoro przyczyną pogłębiającego się kryzysu kapitalizmu jest cyrkulacja międzynarodowego kapitału, to jedynym wyjściem z sytuacji jest nacjonalizm. Albo jeszcze krócej: skoro kapitalizm jest zjawiskiem ponadnarodowym, to anty-kapitalizm musi mieć wymiar narodowy/nacjonalistyczny.
Czy można być aż tak głupim, aż tak naiwnym, żeby samemu w to wierzyć? Otóż nie.

Z faktu, iż kapitalizm jest relacją opierającą się na formach własności oraz organizacji produkcji i zarządzania własnością społeczną, a przez to jest motorem wyzysku i niesprawiedliwości społecznej funkcjonującym niezależnie od aspektów narodowo-tożsamościowych, nasi narodowi-radykałowie doskonale zdają sobie sprawę. Tak, tak.

A więc to nie głupota. A jeśli nie głupota to co? Odpowiadam. To brak logicznych możliwości i podporządkowanie logiki potrzebom propagandy.

Powyższego paradoksu nacjonaliści starają się nie dostrzegać gdyż uznanie go, grozi nie tylko obnażeniem bezsensowności anty-kapitalizmu z pozycji narodowo-radykalnych, ale też konsekwentnym dopisaniem idei nacjonalistycznych do tych, które nomen-omen podbudowują kapitalistyczny byt, z którym tak bardzo chcieli by walczyć (no właśnie, czy aby na pewno?!). Zresztą to datego, w swojej odezwie, nacjonaliści maskują swoje „anty-kapitalistyczne” zapędy za sloganem „anty-systemowości”. Kwestię tego jak mają się ciasne i opresyjne idee nacjonalistyczne do anty-systemowości pozostawię bez komentarza.

Dodatkowo nacjonaliści, zdając sobie sprawę z własnej krytyki kapitalizmu, wzywają w swojej pierwszomajowej odezwie do oporu przeciwko przemocy policyjnej. Oczywiście pomijają już jakąkolwiek analizę przyczyn obecnej aktywności aparatu policyjnego, gdyż musieliby wówczas wezwać do oporu wobec wszelkich prawicowych, autorytarnych, pro-państwowych ideologii, a przede wszystkim do anty-kapitalistycznego oporu z pozycji wolnościowych.

Anty-kapitalizm skrajnej prawicy jest więc mieszanką trzech elementów:

- wezwaniem do odbudowy silnego autorytarnego państwa regulującego w sposób biurokratyczno-nacjonalistyczny kwestie gospodarcze;
- posegregowaniem kapitalistycznego wyzysku w Europie na narodowe segmenty;
- ponownym rozbudzeniem ksenofobicznej i rasistowskiej nagonki w kraju, przede wszystkim o anty-semickim i anty-imigracyjnym zabarwieniu, chociaż pojawiają się też pierwsze elementy islamofobii;

Uważny obserwator dostrzeże tu zarówno nawiązania do historycznych idei NS (jeszcze tych z przed holokaustu) jak również do PRL-owskiej wizji „anty-kapitalizmu” gdzie kapitalistyczny wyzysk także nie był rozwiązany a właśnie funkcjonował w sposób stricte narodowy, scentralizowany, podporządkowany państwu i nie raz sięgał do argumentów nacjonalistycznych i antysemickich.

Co to ma wspólnego z anty-kapitalizmem? Co z anty-systemowością? Co ze sprawiedliwością społeczną? Co z jakąkolwiek alternatywą dla ludzi młodych?

Kompletnie nic. To zagrożenie dla wolności – przynajmniej tej sfery, której ludziom nie odebrał jeszcze kapitalizm.

„Anty-kapitalizm” w wykonaniu nacjonalistów może się przysłużyć tylko jednej pozytywnej sprawie: odkrywając ich obłudę. W tym sensie warty jest opisywania czy wręcz reklamowania z odpowiednim komentarzem.

Skrajna prawica nigdy nie miała żadnych godnych uwagi społecznych rozwiązań w kontekście kapitalizmu (ani zresztą w żadnym innym kontekście). Wyjście z sytuacji prowadzi u niej zawsze albo do zamknięciem się na obcych (imigrantów, żydów…) albo wręcz ataku na nich. Z kolei „solidarność”, do której nacjonaliści również obłudnie się odwołują, dotyczy tylko i wyłącznie osób wybranych, należących do zamkniętego na obcych „narodowego klanu zaakceptowanych”. W rzeczywistości owa nacjonalistyczna „solidarność” i ów skrajnie prawicowy „anty-kapitalizm” prowadzą do podtrzymania i ponownej legitymizacji samych mechanizmów wyzysku, a więc kwestii własności oraz formy kontroli i zarządzania własnością społeczną.

I jeszcze jedno zasadnicze pytanie.

Jak wygląda zaangażowanie nacjonalistów w walkę z agresywnym kapitalizmem poza próbą postawienia pierwszomajowego propagandowego akcentu?

Odpowiedź. Nie wygląda w ogóle.

Środowiska wolnościowe, anarchistyczne, antyfaszystowskie i lewicowe prowadzą od lat intensywną działalność społeczną, m.in. lokatorską i pracowniczą, blokują eksmisje i współorganizują strajki. Natomiast nacjonaliści? Oni tymczasem zajmują się dzieleniem pracowników na bardziej i mniej polskich, przyklaskiwaniem rozwojowi coraz bardziej policyjnego państwa a przede wszystkim atakowaniem środowisk anarchistycznych i antyfaszystowskich propagujących antykapitalistyczne alternatywy do wszechobecnego konsumpcjonizmu czy terroru płacowego i czynszowego (m.in. squaty, spółdzielnie, kooperatywy spożywcze, kolektywy pracownicze, niekomercyjne centra kultury, autonomiczne projekty społeczne, etc). Swoimi atakami na te projekty (do których dochodzi w ostatnim czasie w wielu miastach kraju – Lublinie, Warszawie, Poznaniu…) narodowi-radykałowie pokazują, że to nie o anty-kapitalizm im chodzi ile o ukierunkowanie swojej nienawiści. Raz na lewaków, raz na żydów, raz na homoseksualistów, raz na imigrantów. Akurat właśnie warszawscy AN starają się być szczególnie „anty-kapitalistyczni” na tym polu…

Tyle o 1 maja organizowanym przez „nowoczesnych nacjonalistów”.

Może jeszcze trzy słowa komentarza:
Jeden wielki szwindel!
I jeszcze cztery podsumowania:
Brunatne gówno w nowym opakowaniu.

xxx

Dwa tygodnie temu antyfaszyści na demonstracji w Białymstoku ogłosili:
„Nacjonalizm oddajemy na złom!”
Lukrecja dodaje:
A razem z nim najlepiej od razu i kapitalizm. Jeden drugiego wart.

Tekst ukazał się na : www.lukrecjasugar.wordpress.com

Kilka uwag na marginesie „Politycznego czytania Kapitału” Harry Cleavera



Czy anarchista powinien czytać Marksa? Takie pytanie jeszcze do niedawna w łonie polskiego ruchu anarchistycznego uważano za prowokacyjne i obrazoburcze. Analizowanie Marksa, cytowanie go, a nawet samo wymienianie tego nazwiska w publikacjach, narażało na zarzut „odstępstwa” i sprzyjania autorytarnej doktrynie. Polscy anarchiści raczej obnosili się ze swoją niechęcią dla teoretycznego dorobku autora „Kapitału”. Jednocześnie nie przeszkadzało im to posługiwać się w określonych momentach Marksowskimi kategoriami dla wyrażenia własnych poglądów, będąc przekonaniami, że mówią oryginalnym językiem Michała Bakunina. Podobnie traktowali także inne postacie kojarzone z teorią Marksowską, nawet wówczas kiedy potwierdzały one, pośrednio czy bezpośrednio, tezy i przewidywania myślicieli anarchistycznych. Uznania nie zyskali ani Róża Luksemburg, ani Anton Pannekoek, ani Herbert Marcuse.

Z historycznego punktu widzenia taka totalnie negująca znaczenie teorii Marksa postawa była raczej w ruchu anarchistycznym wyjątkiem niż regułą. W przeszłości, nawet najbardziej zajadli anarchistyczni jego przeciwnicy, nie mogli sobie pozwolić na to, aby szerzej nie znać jego najważniejszych prac (choćby z drugiej ręki). Traktowali je nierzadko jako część wspólnego dorobku intelektualnego. Polemiki, a nawet ostre spory były z pewnością częścią tej pracy. Nie mówiąc o tym, że spora część uczestników ruchu rewolucyjnego dość swobodnie łączyła różne przemyślenia, nie specjalnie przyjmując się „polityczną poprawnością” i ulegając chwilowym fascynacjom czy modom bardziej, niż dyscyplinie teoretycznej. Piotr Kropotkin pisał o swoich czasach, że: „między socjalistami różnych odcieni panuje zupełna niemal zgodność ideałów, jeżeli ujmować je będziemy w formie najogólniejszej”. Michał Bakunin, nie tylko z powodów kłopotów finansowych, jak się często podaje, ale po prostu doceniając znaczenie Kapitału, jako pierwszy postanowił przetłumaczyć tę pracę na język rosyjski. Choć projekt ten, jak znaczna część prac jego własnego autorstwa, nie doczekał się nigdy dokończenia. Pierwsze rosyjskie tłumaczenie „Kapitału” ostatecznie przypisuje się Mikołajowi Danielsonowi, który jednak przejął pracę od Germana Lopatina i Michała Bakunina.  Również na syndykalizmie koncepcja Marksowska odcisnęła swoje dobrze widoczne piętno, zwłaszcza w pracach Georga Sorela, który za „upadek marksizmu” obarczał winą pozytywistyczne nastawionego Engelsa. Wreszcie po II wojnie światowej najbardziej płodny i znany teoretyk ruchu anarchistycznego, Murray Bookchin, wielokrotnie, choć często krytycznie, odnosi się do dorobku Marksa. Oddziaływanie to nie było jednostronne. Aby „wypracować” swoją pozycję teoretyczną i wpływy w ruchu rewolucyjnym Marks musiał się odnieść (częściej krytycznie, rzadziej akceptując) do wielu koncepcji anarchistycznych (czy z anarchizmem później kojarzonych). „Ideologia niemiecka” jest w dużej części pracą poświeconą polemice z Maxem Stirnerem, a „Nędza filozofii” z J.P. Proudhon, którego – z kolei - przemyślenia dotyczące własności, stanowiły wg Marksa ważny dorobek myśli lewicowej. W atmosferze sporu tworzyły się koncepcyjne podstawy całego ruchu rewolucyjnego – zarówno te strategicznie skuteczne, jak też całkowicie chybione.

Ostatecznie dzisiejsza ideowa przepaść między oboma nurtami, jest konsekwencją narastającego najpierw po I, potem po II wojnie światowej, rozdźwięku między anarchizmem i komunizmem. Dodatkowo co bardziej ortodoksyjni wyznawcy obu ideologii, jak i sami historycy ruchu robotniczego i doktryn politycznych, skupiali się przede wszystkim na tym, co je różniło, mniej zajmując się podobieństwami. Wielu marksistów, wykorzystując pozycję jaka zdobyła ta doktryna w drugiej połowie XX wieku, bezwzględnie zwalczało wpływy myśli anarchistycznej zarówno w państwach komunistycznych, jak też w łonie światowego ruchu rewolucyjnego. Ale taka postawa, choć być może wówczas dominująca, nie była powszechna.  Część zwolenników koncepcji Karola Marksa, w dalszym ciągu uznawała znaczenie tendencji anarchistycznych, a niektóre z nich, pod wpływem doświadczeń związanych z partyjną marksistowską ortodoksją i ewidentnym niepowodzeniem moskiewskiego i pekińskiego modelu, zaczęła zajmować pozycje politycznie coraz bliższe anarchizmowi. Przeobrażenia te opisuje Harry Cleaver w I rozdziale swojej pracy: „Politycznego czytania Kapitału”.  Sam autor jest jakby częścią tego procesu i ostatecznie wyraża uznanie dla intelektualnego dorobku m.in. Emmy Goldman i Piotra Kropotkina (któremu poświęcił jeden ze swoich ważnych artykułów).

Ta transformacja i zbliżenie się do anarchizmu części zwolenników Marksowskiej koncepcji (choć oni sami zdają się raczej postrzegać swoją obecną pozycję, jako konsekwentne trzymanie się zarysowanych wcześniej pryncypiów) zaprzecza obawom, jakie często żywią anarchiści - iż w pracach autora „Kapitału” ukryta jest jakaś tajemnicza moc, która sprawi, iż po przeczytaniu któregoś z dzieł, utracą oni rozum i staną się zagorzałymi autorytarnymi marksistami. Niestety strachowi temu sprzyjała po części słabość teoretyczna, zwłaszcza na polu ekonomii, filozofii, socjologii powojennego anarchizmu, który stał się istotnym i ważnym dyskursem jedynie w sztuce (i okolicach), na co potwierdzenie znajdziemy w opracowaniach Herberta Reada, Stefana Morawskiego czy Piotra Piotrowskiego. Nota bene „polityczna” część ruchu nie zdołała jeszcze „przyswoić” sobie tego dorobku. Na szczęście anarchizm na zaniedbanych przez siebie polach refleksji teoretycznej zyskał „wsparcie”, często od byłych członków partii komunistycznych, jak choćby Alberta Camuse („Człowiek zbuntowany”) czy Michela Foucault („Nadzorować i karać”), co zmusiło niektórych do ukucia terminu „postanarchizm” wraz z postulatem wyjścia poza ciasne ramy dotychczasowych klasycznych dogmatów.

Ale najbardziej znaczące praktyczno-strategiczne (a nie tylko filozoficzne) zbliżenie, widać na gruncie koncepcji autonomistycznych, których Harry Cleaver jest wybitnym i konsekwentnym przedstawicielem.  Nie jest zatem dziełem przypadku, że polski przekład jego najważniejszej ksiązki wyszedł staraniem i nakładem anarchistycznej Oficyny „Trojka”, która tym sposobem chce zachęcić do studiowania (owszem - krytycznego) zarówno dzieł Karola Marksa, jak i jego kontynuatorów. Nie musimy traktować anarchizmu, jak wątłej tratwy targanej i zalewanej przez fale wrogich doktryn i propagandy. Jest on w dalszym ciągu żywą koncepcją, której celem nie jest wcale obrona własnej doktrynalnej czystości, ale wzmocnienie ruchu protestu społecznego poprzez odkrywanie i wzmocnienia jego siły - co jest także podstawowym postulatem marksizmu autonomicznego i Harry Cleavera.

Gdyby wziąć ww. postulat pod uwagę i zastosować metodę analizy politycznej, jaką stosuje Harry Cleaver w odniesieniu do wyrywka koncepcji Marksa z I tomu „Kapitału” (jego teorii wartości, utowarowienia i dwoistości pracy) dla wyjaśnienia sensu pojawienia się wielu nurtów ideologicznych w łonie jednego ruchu rewolucyjnego, trzeba byłoby odpowiedzieć na pytanie, czy ta różnorodności i spór wzmacnia czy osłabia (dziś i wcześniej) ruch emancypacyjny? Pamiętajmy, iż na gruncie koncepcji klasowych, mamy nie tylko anarchizm i marksizm (w swoim wydaniu socjaldemokratycznym i leninowskim), w ich licznych odsłonach organizacyjnych, ale też np. ideologie narodowowyzwoleńcze (nacjonalizm), a także np. radykalnie zorientowany feminizm.  Ostatecznie rodzaj ideologii jaki przyjmuje określona klasa społeczna, zależy przede wszystkim od jej składu i miejsca jakie zajmuje w społecznym podziale pracy. Ponieważ klasa robotnicza (pracownicza) jest wewnętrznie mocno różnicowana, jej poszczególne segmenty mogą przyjmować różne identyfikacje ideologiczne, a co za tym idzie, różne strategie działania.

Przykładowo większość polskich pracowników i pracownic najemnych w zaborze niemieckim, w latach 1870-1918 identyfikowała się ostatecznie z nacjonalistyczną ideologią. Wynikało to z miejsca jakie zajmowali Polacy w dynamicznie rozwijającej się niemieckiej gospodarce kapitalistycznej przełomu XIX i XX wieku. Byli to w dużej części pracownicy funkcjonujący na dwóch odmiennych rynkach pracy: w zdominowanej przez stosunki agrarne i pozostającej w półkolonialnym uzależnieniu Wielkopolsce oraz gwałtowanie industrializującym się Berlinie i/lub Zagłębiu Ruhry. Migrowali oni pomiędzy tymi regionami wahadłowo, w takt ówczesnej koniunktury gospodarczej.  Jako pracownicy gorzej wykwalifikowani zajmowali przeważnie niższą pozycję od przeciętnego przedstawiciela niemieckiej klasy robotniczej. Podziały językowe, religijne i narodowe były tu aż nadto dobrze widoczne, nie tylko w państwie, ale także na poziomie zakładów pracy. Ostatecznie Polacy stworzyli zasadniczo odrębny organizacyjnie ruch pracowniczy, z własnym związkiem zawodowym (Zjednoczenie Zawodowe Polskie - ZZP) i partią polityczną (Narodowa Partia Robotnicza - NPR).

Błędem byłoby automatycznie przyjmować, iż taka identyfikacja ideologiczna, była wynikiem jedynie „sztucznie” narzucanych robotnikom podziałów przez polskie i niemieckie elity gospodarcze i polityczne, celem lepszego ich kontrolowania. Pracownicy wywodzący się z Wielkopolski, nie byli jedynie biernym obiektem doktrynalnej manipulacji, ale przyjęte identyfikacje, formy organizacji i strategie działania odpowiadały ich potrzebom i walce z wyzyskiem. Ostatecznie uproszczonym interpretacjom, iż ulegali oni burżuazyjnej, klerykalnej czy drobnomieszczańskiej ideologii, przeczy m.in. gwałtowny przebieg walk klasowych w jakich wymienione organizacje brały udział zarówno na terenie Niemiec, tak też w Polsce zaraz po I wojnie światowej. W Wielkopolsce przedstawiciele ZZP i NPR często byli uważani, przez tutejsze mieszczaństwo i drobnych polskich kapitalistów, za forpocztę ruchu komunistycznego oraz anarchistycznego i przez to zaciekle zwalczani. Ostatecznie też, w okresie międzywojennym, kiedy istotne cechy składu wielkopolskiej klasy pracowniczej zmieniły się, ideowe sympatie robotnicze zaczęły szybko przesuwać się w stronę socjalistycznych związków zawodowych i ugrupowań komunistycznych. ZZP gwałtowanie rozpadło się, a m.in. z jego łona wyłoniła się polska wersja ruchu syndykalistycznego (Związek Związków Zawodowych), co świadczy też o tym, że formacja ta nie była wcześniej wewnętrznie jednorodna ideologicznie.

Ideologiczne i organizacyjne „przegrupowywanie się” (czy jak chce Cleaver – „rekompozycja”)  klasy robotniczej jest częstą odpowiedzią na zmieniające się warunki gospodarcze i polityczne. W tym świetle istotne jest pytanie o jedność ruchu pracowniczego. Harry Cleaver pisząc „Polityczne czytanie Kapitału” w latach 70. XX wieku, przede wszystkim traktuje podziały klasy robotniczej jako narzucane przez kapitalizm (np. str. 146-147). Jego polityczne odczytanie Marksowskich kategorii wyłożonych w I tomie Kapitału, ma za zadanie m.in. zwrócenie uwagi na „uniwersalne” cechy kapitalizmu, które stawiają pracowników w jednolitym położeniu względem klasy kapitalistycznej. Ma ich to skłonić do nieuleganiu innym, niż własne identyfikacjom. Gwoli ścisłości dodajmy, iż Cleaver zdaje sobie sprawę z realnie istniejącego wewnętrznego zróżnicowania klasy robotniczej i wynikających z tego problemów politycznych.

Dwadzieścia lat później, Beverly Silver, w książce „Globalny proletariat” (dobrze przyjętej w środowiskach marksistowskich autonomistów), poddaje jednak pod wątpliwość tezę Marksa, iż procesy proletaryzacji i traktowanie pracowników jako wartości wymiennej sprawią, iż z czasem wyłoni się homogeniczna klasa robotnicza o podobnych doświadczeniach, interesach i świadomości tak, iż ani płeć, wiek czy przynależność etniczna (narodowa) nie będą miały znaczenia i sami zrezygnują z pozaklasowych identyfikacji (str. 46-47). Odwrotnie, pisze Silver, pracownicy buntują się przeciwko traktowaniu przez kapitał jako jednolitej masy pozbawionej indywidualności, zróżnicowanej jedynie pod względem zajmowanego miejsca w procesie produkcji czy zdolności do powiększania wartości samego kapitału. W takim układzie, aby temu zdecydowanie zaprzeczyć, wykorzystują oni istniejące, lub tworzą nowe identyfikacje, nadając im też ideologiczny wyraz.

Dodajmy, iż Silver z kolei rozumie jakie problemy politycznie wynikają z tego braku jedności klasy robotniczej. Jej uwagi uwzględniają jednak istotne wątki przemyśleń z okresu „polityki tożsamości” (przełom lat 80. i 90. XX wieku). Spór toczy się natomiast wokół tego, na ile owa różnorodność identyfikacji wyrasta z podziałów klasowych i jest wyrazem heterogeniczności klasy pracującej, a na ile jest podyktowana innymi niż klasowe uwarunkowania, będące odrębnym źródłem konstytuowania się radykalnie politycznie postaw (podmiotów). Postmodernistyczne teorie ścierają się tu z perspektywą klasową, reprezentowaną zarówno przez Cleavera, jak i Silver.

To wszystko pokazuje nam, iż zarówno jedność, jak też zróżnicowanie wewnętrzne klasy pracowniczej w kontekście toczonej przez nią walki z wyzyskiem, może być różnie interpretowane. Sam Cleaver w jednym miejscu pisze, że jedność jest „fundament siły klasy robotniczej” w konfrontacji z kapitalistami (str. 146), a w innym, iż podważanie autonomii poszczególnych sektorów klasy robotniczej (np. odrębnej walki kobiet), prowadzi do prób „wciśnięcia ich” w hierarchiczne organizacje, co może w konsekwencji utrwalać podziały sprzyjające pracodawcom. Autor „Politycznego czytania Kapitału” ostatecznie przyznaje, że autonomia walk pracowniczych, za którą się bezwzględnie opowiada, „komplikuje sens jedności klasy robotniczej” (str. 151). Być może zatem lepiej w tym przypadku mówić o „spójność”, którą zachowujemy poprzez dopuszczenie ideologicznego pluralizmu. Narzucanie jednej obowiązującej ideologii nie jest ani na dłuższą metę możliwe, ani nawet dla pracujących korzystne i często prowadzi do poważnego osłabienia organizacyjnej i dyskursywnej siły ruchu pracowniczego. Pracownicy często zdają sobie sprawę, że istnienie różnych, niekiedy konkurujących ze sobą organizacji i ideologii, jest dla nich korzystne i domagają się zachowania tego pluralizmu, walcząc jednocześnie o uniezależnienie formacji odwołujących się do ich interesu, od szeroko rozumianej kurateli państwa czy pracodawców. Z drugiej strony, w obliczu konfliktu, często żądają zachowania spójności pomiędzy różnymi nurtami ruchu, co oczywiście zważywszy na niejednolite interesy robotników (najemnych i nienajemnych, pracujących w centrum kapitalizmu i na jego peryferiach, kobiet i mężczyzn ect.), jest zadaniem trudnym.

Z jednej strony jesteśmy zatem zmęczeni jałowymi sporami ideologiczno-politycznymi, które odwołują się często do już nieaktualnych uwarunkowań historycznych i toczą się w oderwaniu od obecnych walk pracowniczych; bez uwzględnienia nowego i zmieniającego się w ramach współczesnego społeczeństwa usytuowania klasy pracowniczej (i jej poszczególnych segmentów) oraz materialnych podstaw wyznaczających strukturalną, organizacyjną i dyskursywną siłę pracowników w konfrontacji  z kapitałem. Z drugiej strony wyraźnie odczuwalne są braki w analizie dyskursów (ideologii) z perspektywy obecnych walk i w powiązaniu z obecnymi walkami. Problem siły ideowej i programowej ruchu został zepchnięty na dalszy plan, w czym dziś należy upatrywać słabości koncepcji autonomistycznych, zarówno w wydaniu marksistowskim jak i anarchistycznym. Przykładowo Beverly Silver w pracy „Globalnym proletariat”, bardzo klarownie wyjaśnia znaczenie strukturalnej (wynikającej z pozycji w procesie produkcji i na rynku pracy) i organizacyjnej siły przetargowej robotników, pomijając kwestie związane z siłą dyskursywną. Silver tylko wspomina o niektórych identyfikacjach i – jak wyżej wskazałem – przestrzega przed traktowaniem ich w kategoriach „fałszywej świadomości” klasy robotniczej. W efekcie ruch na poziomie programowym i ideowym ujawnia swoją dyskursywną słabości, zarówno wtedy, jak podczas ostatnich protestów w Hiszpanii, kiedy konstruuje postulaty w nie swoim języku, jak i wówczas, jak podczas zamieszek w Wielkiej Brytanii, kiedy w ogóle nie formułuje żadnych żądań i nie artykułuje żadnych ideowych identyfikacji.

Pytanie jakie współczesny anarchista powinien zatem sobie postawić brzmi: czy można zachować spójność walk, bez znajomości innych koncepcji ideologicznych? Odpowiedź jest prosta – nie można. Jeżeli do tego zagadnienia podchodzimy z punktu widzenia prowadzonych walk, wymogów taktycznych i strategicznych, celów i środków, to musimy brać udział w tej toczonej w łonie ruchu dyskusji czy sporze. Powinniśmy uznać, że ruch ma różne identyfikacje i oblicza ideowe, które musi po prostu znać. Jedne, w danych okolicznościach historycznych, działają na korzyść walki, inne nie. Uznanie to stanowi miarę faktycznego uczestnictwa w konfliktach klasowych i próbę zrozumienia ich natury.

Czy to oznacza, że anarchista powinien porzucić swoją identyfikację ideową, wstępując w szeregi walk pracowniczych? Oczywiście nie. Zaprzeczyłby tym samy swojej tożsamości i podmiotowości nie tylko jako anarchisty, ale także jako cząstki ruchu emancypacyjnego. Identyfikacja to jednocześnie szansa na zdefiniowanie swojego miejsca w konflikcie, jak też próba wyjścia poza sztywne granice wynikające z narzuconego położenia klasowego. Chodzi o ujęcie swojej identyfikacji w kontekście wspierania walk. Uzyskać tego efektu nie można poprzez postpolityczny relatywizm, ale raczej poprzez trzymanie się swoich przekonań, prowadząc spór i uznając jednocześnie, że inne identyfikacje są częścią ruchu protestu oraz - wzorem ortodoksyjnych marksistów - nie traktować ich z góry w kategoriach „fałszywej świadomości”.

The money feels good
And your life you like it well
But surely your time will come
As in heaven, as in hell

 

Dawno nie zdarzyło się, by w światowej dużej i małej polityce doszło do zdarzenia tak trudnego do zrozumienia dla polityków i komentatorów, jak obecne zamieszki w północnym Londynie, które stopniowo rozlały się po całej metropolii i innych brytyjskich miastach. W przeciwieństwie do pokojowych hiszpańskich demonstrantów i wojowniczych, ale jasno politycznie sprofilowanych, ich greckich odpowiedników, Londyńczycy nie stawiają sobie celów, nie walczą ani z kapitałem, ani z państwem – zamiast tego w bandycki sposób odwzajemniają to, z czym muszą mierzyć się od czasu stworzenia Imperium – upokorzenia najbiedniejszych obywateli jednego z najbogatszych państw. Upokorzenia, które nie uzasadnia niektórych z poczynań motłochu palącego domy i okradającego osoby podobnie biedne, jak oni sami, ale tłumaczącego tak nagły i gwałtowny wybuch społecznej frustracji.

 

Nie powiem, że nie bez pewnej satysfakcji patrzę na zakłopotanie wszystkich politycznych komentatorów i dziennikarzy, które od paru dni widać na ekranach telewizorów czy w gazetach. Lewica wydaje się być zupełnie bezradna, prawica natomiast brnie w bzdurne odniesienia do polityki multi-kulti. Paradoksalnie Londyn może być przykładem jej sukcesu – tak wyraźne zjednoczenie młodych chuliganów różnych ras jest bezprecedensowe nie tylko dla Anglii, ale nawet dla całego świata. Nie rasa jest tutaj głównym problemem czy motorem, choć być może była katalizatorem. Początkiem starć stała się przecież demonstracja w solidarności z młodym człowiekiem, który choć prawdopodobnie sumienie miał niezupełnie czyste to jednak, jak wszystko na to wskazuje, został zastrzelony przez policję bez wyraźnego powodu i wbrew policyjnym procedurom. Wiele dowodzi, że nie bez znaczenia był tutaj kolor skóry tego mężczyzny. Co ciekawe rasistowskie nadużycie, niestety już tradycyjnie, zdarzyło się polskim mediom – jedna z pierwszych relacji z początkowej fazy starć ukwiecona została komentarzem dziennikarza, który stwierdził, że rabusie w większości są czarni. Niewątpliwie na tamtym etapie była to prawda. Tak samo jak prawdą było, że w większości byli biedni, nosili dresy i bluzy z kapturami. Z jakiegoś powodu kolor skóry dla reportera tej stacji był ważniejszy, niż status materialny czy przynależność grupowa sprawców.

 

Londyn anno domini 2011 przypomina trochę ten z roku 1890 – status największego imperium świata miał przełożenie na położenie poszczególnych jego mieszkańców. Londyn był miejscem szalonych fortun i dostatniego życia wielu, ale również skrajnej nędzy mieszkańców jego wschodnich dzielnic – żyjących za groszowe pensje, pozbawionych własnych mieszkań, często bezrobotnych. Wschodni Londyn przez parę dziesięcioleci kładł się cieniem na dobrym samopoczuciu mieszkańców zamożniejszej części miasta, obawiających się, że nędza jego mieszkańców zrelatywizowana z ich dostatkiem spowoduje wybuch niezadowolenia wykluczonych, którzy zaleją miasto i odbiorą to, co zostało im wcześniej odebrane. Strach był potęgowany przez widoczną, wzrastającą świadomość polityczną przedstawicieli klasy robotniczej, którzy organizowali w tym czasie masowe demonstracje, często kończące się brutalnymi starciami. Choć jest to kuriozalne, gwoździem do trumny poczucia bezpieczeństwa klas uprzywilejowanych, stała się postać najsłynniejszego mordercy wszechczasów – Kuby Rozpruwacza, który jako teren swojej działalności obrał sobie Whitechapel – jedną z dzielnic wschodniego Londynu, potęgując strach i frustrację. Paradoksalnie Kuba Rozpruwacz miał swój udział jednoczesnie w wygaszeniu zarzewia brytyjskiej rewolucji socjalnej – swoją działalnością przyczynił się do bacznego przyjrzenia się East Endowi przez władze Wielkiej Brytanii, a w konsekwencji znaczącej poprawy warunków życia i możliwości konsumpcyjnych londyńskiej klasy robotniczej.

 

W roku 2011 ponownie mamy do czynienia z wybuchem mas relatywnie wykluczonych. Część komentatorów chętnie wskazuje na odniesienia do państw północnej Afryki, gdzie świetnie zorganizowani młodzi ludzie jasno opowiedzieli się za zwiększeniem swoich praw politycznych. W Londynie mamy do czynienia ze zorganizowanymi na wzór gangów grupami, które nie formułują politycznych postulatów, skupiając się raczej na indywidualnej korzyści, bądź potrzebie demolki. Porównanie tych dwóch sytuacji nie wydaje się ani adekwatne, ani interesujące poznawczo po prostu dlatego, że zamaskowane szelmy z Londynu są bękartem społeczeństwa dobrobytu, które zapomniało XIX wiecznej lekcji – wykluczonym należy od czasu do czasu rzucić kość, bo inaczej upomną się o befsztyk.

 

Gdy przyjrzymy się zdjęciom rabusiów wynoszących przedmioty ze sklepów łatwo dostrzec, że wynoszonymi przedmiotami nie są ani te najbardziej wartościowe, ani najłatwiejsze do spieniężenia – w większości są to szeroko reklamowane produkty, których posiadanie jest symbolem statusu, prawdopodobnie nieosiągalnego dla sprawców większości tych kradzieży. Kradziony sprzęt elektroniczny to głównie konsole do gier, czasem telewizory, w dalszej kolejności wynoszone są masowo ciuchy niektórych marek oraz produkty żywnościowe (ze zdjęć wynika, że często jest to alkohol). Dzieciaki tym samym stały się produktem systemu ekonomiczno – społecznego, który zbudowany jest na generowaniu różnic, a obrót większości towarów opiera się na przekonaniu, że ich posiadanie jest przeżyciem ekskluzywnym - nie jest możliwe, by posiadali je wszyscy, choć wszyscy z zasady powinni ich pragnąć.

 

W jakimś paradoksalnym sensie obecne wydarzenia z Londynu są dowodem na częściowy sukces tego systemu – częściowe zasypanie materialnej i statusowej przepaści jest dla większości zadaniem ważniejszym, niż przeciwstawienie się konstrukcji społeczeństwa jako takiej, przez co w dłuższej perspektywie nie przyczyniają się do jakiejkolwiek zmiany. Nawet po wyciszeniu bądź stłumieniu starć, frustracja będzie ponownie narastać, aż do kolejnego wybuchu, tym bardziej, że, jak słusznie zauważył jeden z demonstrantów wypowiadający się do kamer – gdyby nie to, co teraz się dzieje, tradycyjnie nikt nie dociekałby, czego chcą i potrzebują młodzi londyńczycy tacy jak on.

 

Najbardziej chyba enigmatyczną częścią obecnej sytuacji jest próba przewidzenia ciągu dalszyego. Nawet normalnie trudne do prognozowania zachowania tłumu tutaj są wręcz niemożliwe, bo jedynym "łącznikiem" wszystkich walczących na ulicach Londynu, jest ich status materialny, a jego agresja nie jest wymierzona ściśle ani w kierunku państwa, ani policji, ani kapitału, jest ślepa i uderza gdzie popadnie, często przyczyniając się do nieszczęścia innych wykluczonych. Zatwierdzone zwiększenie uprawnień policji może przyczynić się do eskalacji przemocy dzisiejszej nocy, ale tu znowu możliwości jest mnóstwo: od rzeczywistego końca przemocy oddolnej i początku policyjnych represji, po ukierunkowanie agresji tłumu w stronę służb policyjnych. Jak w najbardziej sztampowym horrorze o zombie – pozostaje czekać na to, co przyniesie świt.

 

Polecam analizę Zygmunta Baumana oraz oświadczenie organizacji anarchistycznej działającej na terenie Londynu