Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

Jesteś tu: Start / Artykuły / Publicystyka /
A+ R A-

Walka ruchu lokatorskiego z mafią reprywatyzacyjną

Reprywatyzacja stała się w ostatnim czasie nośnym hasłem. Powstają książki, media od lewa do prawa poruszają ten problem. Zmienia się prawo, powstała komisja reprywatyzacyjna. I oczywiście teraz wszyscy uważają, że to ich dzieło, efekt ich pracy, a do kolejki najszybciej ustawiają się partie.

Każdy uważny obserwator tematów społecznych wie, że jeszcze 10 lat temu reprywatyzacja była uznawana zarówno przez PiS, jak i PO oraz ich poprzedników za sprawiedliwość dziejową.
Artykuł opublikowany w 2004 r. w Wyborczej jasno prezentuje ówczesną atmosferę i opisuje „kruczki prawne” jakie wykorzystywano:
„Po 45 roku byli właściciele ponieśli ogromne straty - mówi Krzysztof Ratowski, kierownik wydziału spraw dekretowych i związków wyznaniowych w Biurze Gospodarki Nieruchomościami, Geodezji i Katastru Miasta Warszawy. - Należy im się wyrównanie krzywd. Przez ponad 40 lat działo się w Polsce bezprawie. My to bezprawie po prostu usuwamy.” (http://wyborcza.pl/1,75248,1952642.html)
Zauważmy, że wówczas prezydentem Warszawy był Lech Kaczyński, a wypowiedzi powyższej udzielił jego urzędnik. Pan Ratowski jest przesłuchiwany przez komisję ds. reprywatyzacji i wije się jak piskorz, próbując przypodobać się obecnej władzy, broniąc i oczyszczając administrację Kaczyńskiego z podejrzeń o udział w tym procederze.
Szybciej lub wolniej wspomniane wyżej „usuwanie krzywd właścicieli” trwało od lat 90. Posługiwano się przy tym kruczkami prawnymi lub wręcz łamaniem prawa. Mafia reprywatyzacyjna podszywała się pod reprezentantów 120-letnich właścicieli, którzy rzekomo cudownym zrządzeniem losu żyli gdzieś w Ameryce Południowej. Albo przekazali w testamencie majątek wysyłając np. jego treść z obozu koncentracyjnego albo getta. I dziwnym trafem był on napisany całkiem współczesnym długopisem. Taka forma „usuwania krzywd” oczywiście prowadziła do zadania realnej krzywdy niezliczonej liczbie wyrzucanych z domów ludzi. Trwało to latami, nic się nie zmieniało, i tylko od czasu do czasu pojawiały się w prasie łzawe artykuły na temat eksmitowanych osób. „No, ale co robić? Przecież, najważniejsze jest święte prawo własności!”.
Trwało to bezkarnie, dopóki nie powstały organizacje lokatorskie, które temat dogłębnie przeanalizowały i określiły źródła problemów. Osoby zaangażowane wypowiadały się kompetentnie w mediach i przede wszystkim zaczęły robić awantury na radach miasta, na komisjach sejmowych, na ulicach i wreszcie za pomocą akcji bezpośrednich - fizycznie blokując eksmisje.
Walka trwała bardzo długo. Pierwsze zalążki oporu pojawiły się już na początku lat dwutysięcznych, kiedy z jednej strony grupa skupiona wokół Piotra Ikonowicza, a z drugiej anarchiści i anarchistki zaczęły powoli zdobywać doświadczenia i próbować samoorganizacji. Np. Federacja Anarchistyczna we Wrocławiu prowadziła wtedy kampanię blokowania eksmisji, podobnie działo się w Warszawie i innych miejscowościach. Łączono to z dobrze merytorycznie przygotowanymi kampaniami informacyjnymi np. „Mieszkanie Prawem Nie Towarem”.
Zaczęły powstawać bardziej profesjonalne organizacje lokatorskie, z własnym zapleczem prawnym i merytorycznym: Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej, Komitet Obrony Praw Lokatorów, Akcja Lokatorska we Wrocławiu, Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów w Poznaniu, Lubelska Akcja Lokatorska, itd.
Poza, przede wszystkim, anarchistami i anarchistkami, oraz niewielkim gronem tzw. lewicy społecznej nikt realnie nie stanął w obronie ofiar tej państwowo-prywatnej przemocy, która kosztowała nie tylko cierpienie, ale nawet życie eksmitowanych do przytułków, magazynów, byłych stajni, ogródków działkowych, czy po prostu na bruk często starszych ludzi. Odpowiedź mafii bywała brutalna i np. doprowadziła do zamordowania i spalenia w lesie warszawskiej działaczki WSL Jolanty Brzeskiej.
Wszyscy nas zawiedli, więc teraz jesteśmy anarchistami Znamienna była wypowiedź, jakiej udzielił jeden z lokatorów działający w KOPL dziennikarzowi Gazety Wyborczej, mówiąc, że „skoro nikt się, poza anarchistami, za nami nie wstawił, nikt nas nie bronił – ani państwo, ani żadna partia, to ja teraz też jestem anarchistą”.
Powstało na ten temat już sporo książek, ale zacytuję fragment najnowszej pt. „Reprywatyzując Polskę” Beaty Siemieniako:
„[Książka] ma też pokazać, ile zawdzięczamy ruchowi lokatorskiemu, anarchistycznemu i lewicowemu. W końcu to anarchiści i lewica społeczna, początkowo niemal jako jedyni, wsparli lokatorów w walce o ich podstawowe prawa i to oni przez lata drążyli kroplą skałę, próbując przekonać innych, że reprywatyzacja w obecnym kształcie doprowadza do wielu krzywd społecznych. To ich językiem mówią dziś niektórzy politycy, nazywając lokatorów poszkodowanymi, a reprywatyzację niesprawiedliwością społeczną”.
To jest „oczywista oczywistość” dla każdej osoby zainteresowanej tematem. Różne partie teraz próbują pod ten wagonik się podłączyć, ale nie zdobędą kontroli nad tym ruchem ani go nie spacyfikują i cały czas będą pod jego presją. Ponieważ ruch jest wtedy skuteczny, kiedy jest niezależny od partii i stoi pewnie na własnych nogach.
Ostatnio na fanpejdżu Lewica Wolnościowa, który prowadzę, pojawili się akolici pewnej młodej partii lewicowej i próbowali mi wmawiać, że dopóki ta partia nie powstała, to różne tematy „nie były w dyskursie”, a ruch lokatorski nic nie zdziałał. To obrazuje poziom oderwania od rzeczywistości niektórych partyjnych.
Np. temat śmieciówek podobno też nie był „w dyskursie” dopóki młodzi partyjni się za to nie „zabrali”. Przypomnijmy więc, że „śmieciówki” powstały jako pojęcie w łonie radykalnego ruchu związkowego „na lewo” od dużych central związkowych. Potem powoli zaczęły być wprowadzane do dyskursu dzięki licznym kampaniom informacyjnym, następnie zostały przejęte przez duże centrale, a w końcu eksplodowały w mediach. Żadnego pośrednika partyjnego nie było w tym procesie.
Można zaobserwować w narzędziu o nazwie Google Trends, że szczyt popularności pojęcia „umów śmieciowych” w Internecie przypada na lata 2012-2013.
Tymczasem partia Razem, o której mowa, powstała w maju 2015 i naprawdę jeszcze wiele jej zwolennicy oraz młodzi członkowie muszą się nauczyć i zdziałać, żeby osiągnąć choć ułamek tych dokonań. Trochę pokory by się przydało, bo pycha kroczy przed upadkiem.
Zarówno tematyka lokatorska, jak i pracownicza pokazują, że można wiele osiągnąć bez sięgania po narzędzie, jakim jest partia. Nie potrzebujemy żadnego pośrednika tego rodzaju, aby temat zaistniał w debacie publicznej. Lokatorzy i lokatorki, pracownice i pracownicy sami potrafią opowiedzieć o swojej sytuacji i nie potrzebują złotoustych partyjnych wyrazicieli ich interesów. Należy oddziaływać na całość systemu, na wszystkie partie, a nie uzależniać się od jednej. Któraś w końcu się złamie pod presją i zacznie choć część postulatów realizować. Ale nie będzie kontrolować ruchu, który musi cały czas być czujny, wywierać nieustanną presję i nie może dać się przekupić pięknymi słowami.
Nie osiągnęliśmy jeszcze pełnego zwycięstwa, bo i w obecnym systemie, dopóki trwa, jest ono niemożliwe. Ale jeśli garstka zaangażowanych i zdeterminowanych osób, tworzących wymienione wyżej organizacje, była w stanie zdziałać tak wiele, to do czego bylibyśmy zdolni i zdolne, gdyby było nas więcej? Wyobraźmy to sobie i uświadamiajmy ludziom jaką moc posiadają. Za pośrednictwem własnego przykładu, własnego zaangażowania. A sukcesy osiągnięte bez politycznych pośredników, własnymi siłami, na własnych warunkach podnoszą morale i dają wiarę we własne siły wszystkim. A kiedy ludzie masowo uwierzą w swoje siły, w swoje możliwości, ten system wyzysku i przemocy państwowej się nie ostanie.
Xavier Woliński Prowadzi bloga na facebook.com/wolnelewo
Aktywista i współzałożyciel wrocławskiego stowarzyszenia Akcja Lokatorska
Artykuł ukazał się w 8 numerze “A-taku”
Redakcja

Redakcja

Strona www: www.federacja-anarchistyczna.pl E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.