Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

Jesteś tu: Start / Artykuły / Publicystyka /
A+ R A-

Nabici w butelkę kapitalizmu

Młodzi ludzie dają się złapać na lep szybkiego sukcesu, głoszonego przez socjotechniczne hasła mówiące o pięknej przyszłości, a przyszłość kończy się trzeciorzędnym stanowiskiem w pracy oraz niewolą w kredycie na mieszkanie, samochód i pralkę.
COSTA, NERO ITP…
Któregoś dnia siedząc w jednej z warszawskich sieciowych kawiarni – może była to Costa, może Nero, na pewno nie Starbucks, bo kompromis z systemem musi mieć swoje granice – z uwagą przyglądałem się pracy barmanek. Cztery młode dziewczyny uwijały się niczym humanoidalne mechanizmy z powieści Philipa K. Dicka. Kawiarnia jest w Centrum, więc nieustanny napływ ludzi powodował, że kolejka utrzymywała się na stałym poziomie sześciu osób. Barmanki w pracowniczej hipnozie zarabiały pieniądze – parzyły czarną, latte, americano; zalewały indyjską, chińską, zieloną, owocową, miętową, mieszankę karaibską, leśną i zimową; wyciskały soki z pomarańczy, bananów i z grejpfrutów. Na deskach cięły ciasta z galaretką i z polewą z bitej śmietany, a w mikrofalach dopiekały sandwicze. Poza tym sprzątały stoły i wycierały ich blaty. Mopami polerowały zabłoconą podłogę, a założywszy długie gumowe rękawice, zamykały się w toaletach, by odświeżyć umywalki, sedesy i pisuary oraz by na koniec złożyć podpis na tabeli harmonogramu wzorowego wc-sprzątacza.
Zauważyłem, że do tych wszystkich obowiązków dochodzi jeszcze konieczność kontaktów także i z tą klientelą, która – co częste u ludzi mieszkających w stolicy – wyładowuje swoje frustracje i nerwowe napięcia na personelu czegokolwiek, grunt, że niższym. Wystarczy, by odrobinę poczuć w sobie siłę klienta-pana, a już bez opamiętania odreagowuje się na „zatrudnionych w branży usługowej” własną degradację do petenta-śmiecia, doznaną podczas wizyt w urzędach, biurach, przychodniach i szpitalach.
www.redflag.org.au
NIE MA NIC ZA DARMO
Barmanki, a także barmani, muszą znosić swój los z pokorą, mimo że czasem łzy cisną im się do oczu, pięści zaciskają się pod fartuchem, a w żołądku mdli z głodu i przemęczenia. Tak mija prawie cały dzień – pieniądze, liczenie, wydawanie reszty, sprzątanie, kolejny frustrat łypie spode łba, ktoś ma pretensje, że za wolno, że kawa bez smaku, że ciasto nieświeże, że w kasie nie ma drobnych, ale czy jest sens, by tłumaczyć, że to już siódma godzina pracy, a wczoraj do czwartej nad ranem trzeba było wkuwać do kolokwium na zarządzaniu, że szef każe oszczędzać na kawie, że każe wciskać wczorajsze croissanty w promocji, a drobnych nikt nie przynosi, bo do tego potrzebne jest dodatkowe stanowisko.
Praca wykonywana przez barmanki wydała mi się na tyle ciężka, że aby czuć z niej minimalną satysfakcję, na pełnym etacie trzeba by pracować najwyżej sześć godzin dziennie, za pensję nie niższą niż 2800 zł „na rękę” miesięcznie. W ogóle w polskich warunkach każda pensja niższa niż 2800 zł netto oznacza „kiepski żart” systemu, szczególnie, gdy ktoś w dużym mieście musi wynająć mieszkanie i planuje założenie rodziny. Co zatem skłoniło obserwowane przeze mnie osoby do frustrującej pracy ponad możliwości nawet zdrowego i młodego organizmu? Nie mam na myśli tego, że od zasuwania osiem godzin na dobę za ladą można umrzeć z wyczerpania, ale to, że po tygodniu każdej pracy w wyzysku trudno jest czerpać radość i satysfakcję z życia, że życie powoli staje się wegetacją, a samorozwój bolesną mrzonką. Być może właśnie z tej przyczyny – powodowani instynktem samozachowawczym – pracownicy i pracownice w „sieciówkach” zmieniają się tak często?
Fot. www.thecommentator.com
ZŁUDZENIA W ZAMIAN ZA ŻYCIE
Lukrowana cywilizacja kapitalizmu obiecuje wiele, ale daje bardzo mało – ten fakt staje się powoli powszechnie dostrzegalny. Specjaliści od sporządzania ofert pracy do karykaturalnych granic rozszerzają w Photoshopie uśmiechy tych, którzy swoim zadowoleniem mają świadczyć, że „ta oferta jest wyjątkowa”, że „czekamy właśnie na ciebie”, że „tu się rozwiniesz”. Młodzi ludzie dają się złapać na lep szybkiego sukcesu, głoszonego przez socjotechniczne hasła mówiące o pięknej przyszłości, a przyszłość kończy się trzeciorzędnym stanowiskiem w pracy oraz niewolą w kredycie na mieszkanie, samochód i pralkę. Jeśli przeciętny (niezamożny) młody człowiek nie ma mieszkania odziedziczonego po swoich dziadkach lub takiego, które dostał od rodziców, a chce mieszkać na przykład w Warszawie, to musi wynająć „kawalerkę” za minimum 1200 zł miesięcznie. Kwota ta równa się często prawie całej miesięcznej pensji. Jeśli chce żyć oszczędnie, to najczęściej, wraz z czterema współlokatorami, „kisi się” w trzypokojowym mieszkaniu z gipsowym przepierzeniem zmieniającym go w czteropokojowy „apartament z wielkiej płyty”. W mieszkaniu takim wszystko staje się tragikomiczne – konflikty o niepozmywane naczynia, o dym z papierosów, brudny sedes czy zbyt głośny seks za gipsową ścianą.
Dopijając kawę, zastanawiałem się, kiedy obserwowane przeze mnie barmanki, a także pracownicy i pracownice Tesco, Biedronki, Empiku i innych firm rządzących się neoliberalnym „maksimum zysku – minimum strat” zrozumieją, że cały czas są oszukiwani, rolowani, nabijani w butelkę kapitalizmu. System ten nieustannie potrzebuje niewolników, potrzebuje taniej siły roboczej, bo taka jest dynamika jego funkcjonowania, dynamika nierówności i wyzysku, które kapitalizm ze sobą niesie. Co musi się stać, by młodzi ludzie zrozumieli, że wykorzystuje się ich energię, młodość, nadzieję i marzenia dla korzyści właścicieli firm, udziałowców, prezesów i banków, które firmom udzieliły pożyczek na wysoki procent? Co musi się stać, by wszyscy oszukiwani w Polsce ludzie powiedzieli sobie, że mają dość rządów sprzyjających nie im, ale wysoko postawionym beneficjentom systemu i by zaczęli organizować się w silne związki zawodowe, realnie, a nie w sferze deklaracji, walczące o godne życie?
Pomyślałem – siedząc w Costa, a może w Nero – że ludzie ci muszą zrozumieć swoją wartość i niezwykłość swojej indywidualnej egzystencji, której nie wolno im marnować. Muszą także przestać czuć strach, muszą przestać się bać o to, że ktoś wyrzuci ich z pracy i zostaną wtedy bez mieszkania, bez jedzenia, z bankiem na gardle i komornikiem na plecach. Jednak strach zniknie tylko wtedy, gdy każda z tych osób uwierzy we własne siły i zrozumie, że jedynie wspólne działanie zagwarantuje przyszłość – działanie na przekór mechanizmom manipulacji, które nastawiają pracowników przeciwko sobie i potęgują trwającą we wzajemnej nieufności pogoń za mamoną.
tjo

Artykuł ukazał się w nr 8 “A-taku” (2018)
Redakcja

Redakcja

Strona www: www.federacja-anarchistyczna.pl E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.