Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

Jesteś tu: Start / Artykuły /
A+ R A-
Redakcja

Redakcja

Adres witryny: http://www.federacja-anarchistyczna.pl E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

W ostatnich miesiącach opinią publiczną wstrząsnęły przypadki bezprawnego zajmowania budynków oraz brutalnego wysiedlania zamieszkujących je osób w Warszawie. To jednak nie jest cała historia.

Prywatyzacja mieszkań komunalnych i zakładowych we Wrocławiu również była areną licznych nadużyć i przestępstw, których skutki odczuwalne są do dzisiaj.

My lokatorzy z ulicy Ślicznej oraz Zaułka Rogozińskiego znamy te sprawy z pierwszej ręki. Nasze mieszkania zostały sprzedane w niejasnych okolicznościach i teraz nowi właściciele próbują wyrzucić nas z naszych domów.

Przez lata odwoływaliśmy się do sądów i polityków, dotąd jednak nie uzyskaliśmy pomocy. Wydarzenia w Warszawie pokazały nam, że sprawiedliwość możemy uzyskać jedynie głośno mówiąc o dziejącym się bezprawiu i wynikającej z niego ludzkiej krzywdzie.

Dlatego też domagamy się powołania komisji weryfikacyjnej do spraw dzikiej prywatyzacji dla miasta Wrocławia, na wzór tej, która została powołana dla Warszawy.

Domagamy się odwrócenia bezprawnych decyzji prywatyzacyjnych i zwrócenia lokatorom praw do ich mieszkań.

Domagamy się ukarania osób, które za pomocą gróźb, przemocy i nękania próbowały usuwać lokatorów nielegalnie sprywatyzowanych budynków.

Demonstracja odbędzie się pod Urzędem Wojewódzkim we Wrocławiu

Piątek 20 października o godz. 13:00 (w czasie pracy urzędników).

 

FB: https://www.facebook.com/events/284358538725648/

Bardzo ważny głos w sprawie afery reprywatyzacyjnej. Poniżej stanowisko kolektywu Syrena oraz Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów w na temat "dużej ustawy reprywatyzacyjnej".

 

Zdjęcie użytkownika Maria Burza.
 

Duża Ustawa: miliardy z kieszeni ofiar reprywatyzacji. Stanowisko Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów i Syrena

 

Ogłoszony dziś projekt dużej ustawy reprywatyzacyjnej spełnia część postulatów ogłaszanych od lat przez środowiska lokatorskie. Podstawowe osiągnięcie autorów projektu to oczywiście koniec zwrotów kamienic z lokatorami. Ponadto władze formalnie uwzględniły kluczowe fakty historyczne, które dotąd celowo pomijali beneficjenci reprywatyzacji i politycy chroniący ich interesów: wypłacone już w PRL odszkodowania dla prywatnych właścicieli, wojenne zniszczenia w całym mieście oraz niespłacone publiczne kredyty, za które przed wojną budowano prywatne kamienice.

 

Wszytko to mogłoby sugerować, że lokatorzy – po niemal trzech dekadach nękania i walk – w końcu mogą odetchnąć z ulgą, a władze potraktowały tę grupę społeczną podmiotowo. To istotne, bowiem reprywatyzacja w III RP przyniosła już tyle szkód społecznych, że bez wątpienia można ją nazwać największą grabieżą w powojennej historii stolicy. Tymczasem kluczowe zapisy projektu ustawy sugerują, że ofiary reprywatyzacji mają słono zapłacić za spokój. Prawdziwym podmiotem krzywd i głównym zwycięzcą ustawy w takim kształcie są potomkowie największych posiadaczy przedwojennych majątków.

 

Fundamentem ustawy jest oddzielenie „złej”, dzikiej” reprywatyzacji, kojarzonej z mafią, kuratorami, handlarzami roszczeń, od „słusznych” zwrotów dla „prawdziwych” spadkobierców. Wiceminister Patryk Jaki zaproponował wypłaty odszkodowań finansowych dla osób spokrewnionych w pierwszej linii z właścicielami sprzed wojny. Wysokość tych odszkodowań sięga 20 procent wartości nieruchomości z dnia nacjonalizacji (lub 25 procent w formie obligacji państwowych). Nikt nie wie ile dokładnie ma kosztować taka reprywatyzacja. Podczas konferencji prasowej Jaki oszacował ten koszt na „kilkanaście miliardów złotych”. Nawet tak duży worek pieniędzy nie zadowolił środowiska spadkobierców dawnych majątków, które już zapowiedziało, że zaskarży ustawę do trybunału w Strasburgu.

 

Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów domaga się jak najszybszego zakończenia dramatu reprywatyzacji. W toku jej trwania, w III RP głęboko poszkodowano bezpośrednio ponad 50 tysięcy lokatorów. Władze wbrew woli ludzi przekazały ich z rąk publicznych w prywatne, skazały na podwyżki czynszów, uporczywe nękanie i wysiedlenia. Całe rodziny zadłużono na miliony złotych, wiele osób nie przeżyło tego procesu bądź znacznie podupadło na zdrowiu. Zlikwidowano tysiące mieszkań dostępnych dla osób mniej zamożnych, likwidując zarazem alternatywę dla spekulacyjnych cen na wolnym rynku. Straciliśmy na tym wszyscy.

 

Równolegle do zwrotów w naturze, władze wypłacały prywaciarzom „odszkodowania”: do tej pory już ponad miliard z budżetu miasta i 400 milionów z państwowej kasy. Wypłaty „rekompensat” postawiły miasto przed widmem kryzysu finansowego i wymogły cięcia socjalne: drastyczne podwyżki czynszów w lokalach komunalnych i w transporcie publicznym, prywatyzacje publicznych przedsiębiorstw czy stołówek szkolnych.

 

W skrócie, na fortuny dla nielicznych zrzucili się najbiedniejsi. Według naszego stowarzyszenia, skala i głębia krzywd lokatorskich w toku reprywatyzacji w III RP znacznie przekroczyła już szkody na prywatnych właścicielach w PRL.

W takim kontekście, projekt Dużej Ustawy, który zakłada wypłaty miliardowych rekompensat dla niewielkiej grupy społecznej spadkobierców, kompletnie pomija doświadczenie i potrzeby szerokiej masy społeczeństwa. Potrzeby dorosłych dzieci dawnych właścicieli traktowane są wciąż poważniej niż sprawiedliwość społeczna. Największe kwoty otrzymać mają ci, którzy przed wojną posiadali najwięcej. Taka reprywatyzacja, czyli, jak mawiają spadkobiercy „przywracanie przedwojennego uroku”, sprowadza się do przywrócenia najgorszego fragmentu epoki międzywojnia: odtwarza i pogłębia nierówności społeczne.

 

WSL stanowczo sprzeciwia się kontynuacji takiego kursu. Jesteśmy pewni, że miliardy złotych przekazane w ręce najbogatszych, choć i tak nie zaspokoją ich apetytów, wymogą cięcia socjalne na skali całego kraju. Tak jak po wojnie „cały naród budował swoją stolicę”, tak dziś cały naród ma budować fortuny dla nielicznych.

 

Zamiast wypłat miliardów złotych dla nielicznych za krzywdy sprzed 70 lat, władze muszą uznać krzywdy reprywatyzacji wyrządzonej przez państwo w III RP, której są przedstawicielami i za którą są odpowiedzialne.

 

Założycielka naszego stowarzyszenia, Jola Brzeska, została zamordowana i nic nie przywróci jej życia. Wciąż można i trzeba jednak odtworzyć zredukowany zasób komunalny, oddłużyć lokatorów, przywrócić usługi publiczne zlikwidowane przez kryzys wynikły z reprywatyzacji.

Jest tylko jeden zwrot na który się zgadzamy – gruntowny zwrot w stronę potrzeb społecznych i zniesienia nierówności stworzonych przez reprywatyzację.

 

WSL i Syrena, 11.10.2017

Kuria eksmituje! Pikieta lokatorska

14 października 2017 r. | Dział: Zapowiedzi

Zapraszamy na pikietę w obronie lokatorów z ulicy Zielonej, którym grozi eksmisja na bruk- a mowa o budynakch należących do kurii rzymsko - katolickiej!

Takich przypadków jest więcej, czesto ukrywanych lub nienagłaśnianych - czas przerwać milczące przyzwolenie!

Zapraszamy pod kurią przy ulicy Ostrów Tumski 2 w sobotę o 12:30!

Więcej: http://www.federacja-anarchistyczna.pl/index.php/artykuly/dzialania-fa/wielkopolskie/item/1239-kuria-eksmituje

 

wydarzenie na FB: https://pl-pl.facebook.com/events/1667418846601651/

Kuria eksmituje!

12 października 2017 r. | Dział: Wielkopolskie

Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów kilkakrotnie było już informowane o problemach osób mieszkających w lokalach należących do Kościoła Katolickiego. Mieszkańcy i mieszkanki nieruchomości należących do instytucji Kościelnych również doświadczają trudności w związku z wypadkami losowymi (jak choroba, utrata zatrudnienia), jak również z powodów podwyżki czynszów, czy wygórowanych żądań dotyczących najmu - w konsekwencji spotykają się z groźbą eksmisji. Przedstawiciele Kościoła Katolickiego działają w tych wypadkach często w sposób bezwzględny, kierując się bardziej zasadami wolnorynkowymi niż moralnymi. To, że wiele tych spraw „nie wypłynęło” należy przede wszystkim wiązać z faktem, iż eksmisje i wysiedlenia dotknęły osoby głęboko wierzące, które nie chcąc przynieść uszczerbku na dobrym imieniu Kościoła, lub obawiające się – w razie ujawnienia swojego wizerunku w mediach – reakcji otoczenia, głównie kapłanów i rodziny. Nie zmienia to sytuacji, iż Kościół Katolicki stał się jednym z najpoważniejszych graczy na rynku nieruchomości, którego działania podyktowane względami finansowymi, stoją jednocześnie często w sprzeczności z interesami lokatorów, czy – szerzej ujmując – grup społecznych najniżej sytuowanych. Nie może nas tu zmylić oficjalna doktryna Kościoła, która niejednokrotnie rozmija się z realnymi praktykami.



Z przypadkiem takim mamy do czynienia w odniesieniu do rodziny z ulicy Zielonej, zamieszkującej lokal należący do Kościoła. Zadłużenie było spowodowane czasową utratą pracy i niskimi zarobkami oraz chorobą nowo narodzonego dziecka. Stało się ono podstawą do uzyskania przez Kościół tytułu eksmisji w stosunku do głównego najemcy, co w konsekwencji stworzyło zagrożenie, że bez „dachu nad głową” wkrótce mogą zostać także dwoje dzieci z matką. Kościół zdecydował się doprowadzić do usunięcia rodziny mając pełną wiedzę co do jej składu i sytuacji socjalnej. Jednocześnie odrzucił propozycję zawarcia ugody i spłacenia ewentualnego zadłużenia, które – nota bene – po bliższej analizie prawnej jest sporne. Warunkiem bowiem zawarcia umowy najmu było uiszczenie przez rodzinę opłaty wynoszącej kilkanaście tysięcy złotych. Opłaty takiej nie przewiduje ustawa o ochronie praw lokatorów... i wobec powyższego najemcy chcą, aby uwzględnić tę kwotę w rozliczeniach (podobnie jak to się dzieje w przypadku kaucji). W odpowiedzi na to przedstawiciele Kościoła, zażądali jeszcze większej kwoty za „bezumowne korzystanie z lokalu”, co jest niczym innym jak tylko próbą wywarcia presji i zastraszenia rodziny. Równolegle, odpowiedzialne osoby z ramienia Kościoła nie miały skrupułów, aby utrzymywać przed Urzędem Miasta, że najemca nie jest zadłużony, w momencie kiedy starał się o tzw. dodatek mieszkaniowy (warunkiem jego przyznania jest brak zadłużenia). Wpływał on na kościelne konto. Stosowano zatem podwójne standardy w stosunku do najemcy, w zależności od tego, jakie Kościół spodziewał się uzyskać korzyści finansowe.



Nie jest dla nas zaskoczeniem, że postępowanie Kościoła w tej kwestii jest zasadniczo sprzeczne z głoszonymi przez niego zasadni. Z takimi sytuacjami mieliśmy do czynienia zarówno ze stron władz samorządowych, związków zawodowych, spółdzielni mieszkaniowych, firm czy osób prywatnych – za każdy razem czuli się oni rozgrzeszeni, odwołując się nie do dekalogu, ale wolnorynkowych zasad – czerpania korzyści z własności, nie oglądając się na konsekwencje społeczne. Nie jesteśmy jednak od tego, aby wgłębiać się w motywacje moralne. Spodziewamy się od Kościoła katolickiego – nie ze względów etycznych, a z racji tego, że korzysta on z uprzywilejowanej pozycji formalno-prawnej w naszym społeczeństwie – że będzie funkcjonować inaczej, niż firma przekładająca „zysk nad ludzi”.

 



Opisane przez WSL działania poznańskiego Kościoła budzą zatem nasz zdecydowany sprzeciw i żądamy od odpowiedzialnych władz kościelnych, zajęcie stanowiska, nie tylko w stosunku do opisanego przypadku rodziny z ul. Zielonej, ale także do szerszej roli jaką Kościół odgrywa na rynku nieruchomości, w kontekście poszanowania praw i interesów lokatorów.

 

Wielkpolskie Stowarzyszenie Lokatorów

 

Federacja Anarchistyczna sekcja Poznań

 

wydarzenie na FB: https://pl-pl.facebook.com/events/1667418846601651/

 

 

RAMOWY PROGRAM OGÓLNOPOLSKIEGO ZJAZDU LOKATORSKIEGO

 

„MIASTA DLA LUDZI – NIE DLA ZYSKU”

 

20 - 22 PAŹDZIERNIKA 2017 Poznań

 

Galeria Pix House – Poznań ul. Głogowska 35a

 

 

 

 

20 październik /piątek/

 

  • godz. 18:00-20:00

 

Debata otwarta: Wykluczenie energetyczne a prekarne warunki mieszkaniowe

 

Dyskusja na temat ubóstwa energetycznego w Polsce oraz substandardów mieszkaniowych. Co oznacza ubóstwo energetyczne i jak dużym jest zjawiskiem? Jak złe warunki mieszkaniowe wpływają na segregację społeczną oraz przestrzenną?

 

Renata Bernas – Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów

Maria Burza -  Kolektyw Syrena, Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów

Jakub Gogolewski – Fundacja Rozwój TAK - Odkrywki NIE

Łukasz Łyskawka– Federacja Anarchistyczna Poznań

Antoni Wiesztort -  Kolektyw Syrena, Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów

 

prowadzący debatę: Jarosław Urbański WSL Poznań

 

 

21 październik /sobota/

 

  • godz. 10:00 – 12:00

 

Debata otwarta: Walka przeciwko nielegalnym wysiedleniom i spekulacjom na rynku mieszkaniowym – diagnoza sytuacji w kontekście obecnie prowadzonych walk

 

Podczas dyskusji zostanie podsumowana działalność przeciwko nielegalnym wysiedleniom w Poznaniu oraz Warszawie. Podejmiemy się próby diagnozy obecnej sytuacji, (co dały – z perspektywy czasu – kampanie obrony poszczególnych „czyszczonych” kamienic) oraz analizę tego, jakie środki powinniśmy podejmować by nie tylko „amortyzować” sytuację wysiedlonych lokatorów lecz mieć większy polityczny wpływ na politykę mieszkaniową, która hamowałaby rozwój rynku usług związanego z wysiedleniami.

 

Mec. Wojciech Gajda

Anastazja Wieczorek - Molga WSL Poznań

Kinga Kulik – Lubelska Akcja Lokatorska

Maria Burza – Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów

Kornelia Piotrowska - Inicjatywa Pracownicza

 

prowadząca Katarzyna Czarnota WSL Poznań

 

  • godz. 12:00 – 12:30 przerwa kawowa

 

  • godz. 12:30 – 14:30

 

Debata otwarta. Działania antygentryfikacyjne i antywysiedleńcze – koalicje różnych grup jako narzędzie budowania ruchu lokatorskiego

 

Podczas dyskusji, w oparciu o konkretne przykłady z Poznania i Warszawy zastanowimy się jak możemy skutecznie reagować na procesy gentryfikacji. Zostaną omówione przykłady działań antygentryfikacyjnych prowadzonych przez aktywistki i aktywistów w Londynie i Grecji oraz analiza działań w Polsce.

 

Maria Burza – Kolektyw Syrena, Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów

Hanna Gil Piątek – Aktywistka miejska, ekspertka samorządowa.

Piotr Juskowiak / Praktyka Teoretyczna Poznań

Rafał Jakubowicz – Artysta, członek OZZ Inicjatywa Pracownicza

Małgorzata Rybacka  - Lubelska Akcja Lokatorska

Antoni Wiesztort -  Kolektyw Syrena, Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów

 

prowadząca: Katarzyna Czarnota - WSL Poznań

 

  • godz. 14:30 – 15:30 przerwa obiadowa

 

  • godz. 15:30 – 17:30

 

Debata otwarta: Kierunki polityki mieszkaniowej gmin i państwa

 

Debata ma na celu podsumowanie dotychczasowej polityki gmin w kontekście mieszkalnictwa oraz analizie przyszłych założeń w odniesieniu do konkretnych dokumentów i założeń lokalnej polityki miejskiej. Podczas dyskusji odpowiemy na pytania dotyczące sposobu odpowiedzi gmin na ujawnienie procederu nielegalnych wysiedleń i tzw. „czyszczenia kamienic”.

 

Piotr Ciszewski  - Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów

Przedstawiciel Urzędu Miasta Poznań

Katarzyna Czarnota – Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów

Antoni Wiesztort -  Kolektyw Syrena, Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów

 

prowadzący: Jarosław Urbański Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów, Inicjatywa Pracownicza

 

  • godz. 17:30 – 20:30

 

Debata zamknięta: Kapitalizm a rynek mieszkaniowy - debata wewnętrzna i zamknięty pokaz filmu pt. „Dispossession”

 

https://www.dispossessionfilm.com/#0 Wewnętrzna dyskusja o finansjeryzacji oraz prywatyzacji rynku mieszkaniowego

 

Wprowadzenie: Maria Burza ,Antoni Wiesztort - Kolektyw Syrena

 

 

 

 

22 października /niedziela/

 

  • godz. 10:00 – 12:00

 

Dyskusja zamknięta: Jak diagnozować sytuacje w mieście poprzez oddolne badania aktywistyczne

 

Wprowadzenie: Katarzyna Czarnota i Jarosław Urbański WSL

 

godz. 12:00  – 14:00

Debata zamknięta: Ruch społeczny czy wyręczanie państwa? Jak prowadzić działania i wzmacniać ruch lokatorski? (debata zamknięta, wymiana doświadczeń)

 

Odnosząca się do doświadczeń ruchu lokatorskiego. Głównym celem jest podsumowanie działań oraz krytyczna refleksja nad tym, jak powinny być prowadzone przyszłe działania by nie stać się „darmową pomocą społeczną” wyręczającą państwo, lub nie wejść w projekty, które w znaczący sposób osłabiają ruch, a stają się łatwym do przechwycenia przez lokalne władze narzędziem budowania ich wizerunku.

 


Rozmowa z Andrzejem i Sebastianem, jednymi z organizatorów Międzyzakładowej Komisji OZZ Inicjatywa Pracownicza w poznańskim Volkswagenie. Wywiad ukazał się w gazecie związkowej "Na pierwszej linii", wydawanej przez OZZ Inicjatywę Pracowniczą przy Volkswagenie. Całość w formacie PDF można pobrać poniżej lub TUTAJ. Wywiad ukazał się również w języku angielskim (tutaj) oraz niemieckim (tutaj).

 

Skąd wzięło się niezadowolenie w VW i pomysł założenia innego niż „Solidarność” związku zawodowego?


Andrzej: Problemy się nawarstwiały przez wiele lat. „Solidarność” w naszym odczuciu nic nie robiła. To znaczy nie tyle, ile oczekiwali pracownicy. Nigdy wcześniej nie konsultowali z załogą, o co będą walczyć, co będą uzgadniać z zarządem. Mówili jedynie, że pracownicy będą zadowoleni. Na mojej linii pracowało dwóch delegatów „Solidarności”. Jak pytałem ich, co słychać w sprawach związkowych, oni nigdy nic nie wiedzieli. Wyglądało tak, jakby „góra” blokowała to, jakie mają być przekazywane informacje „na dół”. „Doły” też chciały pomagać. Mówiliśmy, że jeżeli macie jakiś problem, to zrobimy protest itd.


Sebastian: Ale najczęściej nie było na takie sugestie żadnego odzewu.


Andrzej: Przegięcie nastąpiło, kiedy „Solidarność” nie zablokowała wprowadzenia 17 zmiany. Nie rozmawiali na ten temat z załogą. Ostatecznie na FB napisałem, że to wszystko uderza w pracowników. Że to my musimy robić na trzy zmiany, że musimy przychodzić w soboty do pracy kosztem czasu poświęconego naszym rodzinom, znajomym, naszym zainteresowaniom. Sytuacja jeszcze stała się bardziej napięta, kiedy dowiedzieliśmy się w lipcu, że będziemy musieli przyjść do pracy w sierpniowy długi weekend. Napisałem, że tak nie może być, że pół roku wiemy, że mamy wolne, a tu nagle nam się mówi, że musimy pracować. Bezpośredni przełożeni przychodzili do pracowników, szczególnie tych zatrudnionych na czas określony i mówili im, że muszą przyjść w ten sierpniowy długi weekend, że niech pamiętają, że zaraz im się kończy umowa. Czyli ich próbowano szantażować. Mówią nam, że firma jest przychylna pracownikom, rodzinie, a nagle się okazuje, że musimy przychodzić w wolne dni do pracy, bo ważniejsze od nas są jednak cele VW.


Czyli zwolniono Ciebie dyscyplinarnie za wpis dotyczący wprowadzenia 17 zmiany i zmuszania ludzi do przyjścia do pracy w sierpniowy długi weekend. Na FB padły też sugestie na temat konieczności założenia nowego związku zawodowego. To dlatego IP twierdzi, że powodem zwolnienia trzech osób z VW nie był jakiś domniemany atak na firmę, ale właśnie zamiar utworzenia nowej organizacji.


Andrzej: Ja nie pisałem, że VW produkuje kiepskie auta. Jestem przekonany, że produkuje dobre samochody. Tak naprawdę odnosiłem się nawet nie tyle do firmy i jej zarządu, co bardziej do samej „Solidarności”, że ona nic nie robi.


Sebastian: Ja napisałem komentarz na prywatnym koncie Andrzeja, że wielu ludzi może nie przyjść do pracy w ten sierpniowy długi weekend. Że waćpaństwo sobie siedzi, a my pracujemy. Ponieważ byłem zatrudniony na czas określony, zwolnili mnie „normalnym” trybem. Powiedzieli mi, że nie muszą mi podawać uzasadnienia zwolnienia. Ostatecznie nie mogę stwierdzić, jaki był oficjalny powód wyrzucenia mnie z pracy.

 

Trwa ożywiona dyskusja, odbyło się spotkanie członków załogi, aby przedyskutować postulaty, przyszło kilkadziesiąt osób. Które z podnoszonych przez członków załogi problemów uważacie za najważniejsze? Jakie są postulaty?


Andrzej: Podstawowym jest likwidacja 17 zmiany, choć mówi nam się, że to jest nierealne z powodu dużych zamówień. Ale w takim układzie strata soboty musi zostać odpowiednio zrekompensowana finansowo, zdecydowanie lepiej niż jest to teraz. Nie może być też przymusu. Po drugie, to oczywiście podwyżki wynagrodzeń. Na przykład średnie wynagrodzenie na Słowacji, jeszcze przed niedawno wywalczonymi podwyżkami (wzrost o blisko 14% w ciągu najbliższego 1,5 roku), wynosiło 1800 euro. U nas na produkcji średnio zarabia się 1000 euro. Nie mamy jeszcze dokładnych danych, ale uważamy, że zarobki w Polsce w VW są zdecydowanie niższe niż na Słowacji, szczególnie po podwyżkach, o których wspomniałem.


Sebastian: Według nas VW się rozwija, wszystko idzie do przodu, jest coraz więcej zamówień, czego dowodem jest m.in. istnienie 17 zmiany, zatem pracownicy mają prawo mieć wyższe oczekiwania płacowe.


Andrzej: Jednocześnie rosną wymagania co do czasu pracy, naszej dyspozycyjności, rosną normy. Głównie problem dotyczy młodych pracowników, którzy zarabiają wyjściowo mało i pytanie jak długo mają czekać na odpowiednią płacę, aby zarabiać tyle co „starzy”. Obecnie wydaje się, że będzie to trwać bardzo długo.


Sebastian: Sytuacja młodych pracowników jest też trudna z powodu dużej presji. Często są rzucani na głęboką wodę. Nie mają doświadczenia. Nie zawsze dają radę wytrzymać to napięcie i rezygnują. Jeden z moich kolegów przez pół roku miał rozstrój żołądka. Mówi się też o mobbingu wobec „młodych”.


Czy oprócz pracowników „młodych” i tymczasowych dostrzegacie inne grupy potrzebujące szczególnego wsparcia związku?


Andrzej: Są to pracownicy po 50. roku życia, którzy niekiedy, ze względów zdrowotnych, z uwagi na nabyte kontuzje, nie dają już rady. Jednocześnie normy są podnoszone. Pracujemy dłużej, przynajmniej okresowo. Teoretycznie są stanowiska przeznaczone dla tego typu osób ale jest ich za mało i często dostaje się je „po protekcji”, nie zawsze przypadają tym, którym powinny. Bagatelizowano szereg spraw. Teraz ponoć Niemcy są zaskoczeni, że w Polsce pracownicy zaczynają się burzyć, że coś jest nie tak.


Pracownicy VW na Słowacji wywalczyli podwyżki. Teraz słyszymy o strajku w Portugalii. Jak to komentuje załoga VW w Poznaniu, Swarzędzu i we Wrześni? Co Wy na ten temat myślicie?


Andrzej: Protest pracowników na Słowacji bezpośrednio wpłynął na naszą decyzję dotyczącą założenia nowego związku zawodowego. Z kolei pracownicy w Portugalii nie chcą wprowadzenia 16 i 17 zmiany, czyli pracować w soboty. Chcą mieć wolne. Im zależy na weekendzie i na rodzinie. Słowacy ponoć dziwili się, dlaczego do ich protestu nie chce się przyłączyć „Solidarność”. Mówi się na zakładzie, że związki zawodowe na Słowacji miały nawet wysłać jakiś list do „Solidarności”, a ta miała odpisać, że w Polsce nie jest źle, że oni tu rozmawiają z zarządem itd. Z kolei IP otrzymała kilka dni temu list od pracowników hiszpańskiego VW, należących do związku zawodowego CGT (zaprzyjaźnionego z IP). Skontaktowaliśmy się z ludźmi ze Słowacji.

 

Pobierz  lub czytaj ze strony www.akcja.type.pl tą i inne gazety:

Poczucie czy bezpieczeństwo?

19 września 2017 r. | Dział: Publicystyka
Kamery stają się coraz powszechniejszym elementem krajobrazu. Mimo że jest ich coraz więcej, to z roku na rok zwracamy nie niej mniej uwagi. Przyzwyczajamy się. Wielu z nas je nawet polubiło. Podobno są dla nas, podobno zwiększają nasze bezpieczeństwo. Ci którzy się sprzeciwiają, słyszą, że uczciwy człowiek nie ma nic do ukrycia. Czy kamery zwiększają bezpieczeństwo czy jedynie poczucie bezpieczeństwa?
 
Zdecydowana większość z nas odpowie automatycznie, że obszar monitorowany jest bezpieczniejszy niż ten pozbawiony monitoringu, więc kamery zapewniają nam bezpieczeństwo. O ile pierwszą część zdania można uznać za prawdziwą (jej analizą zajmiemy się w dalszej części artykułu), to druga jest fałszywa. Trudno w to uwierzyć, ale nie istnieją badania, które jednoznacznie wskazują na „ogólny” spadek przestępczości wskutek instalacji kamer.
 
Istotnym zjawiskiem, które często powoduje monitoring, jest tzw. przemieszczanie się przestępczości. W najbliższym otoczeniu kamer zachowania niezgodne z prawem podejmowane są rzadziej, jednak sprawcy nie rezygnują z nich, tylko przenoszą się w inne – nieobserwowane, często znajdujące się tuż obok – miejsce. Oczywiście, na obszarze monitorowanym często dochodzi do spadku przestępczości, jednak w wielu przypadkach przestępczość nie znika, ale „migruje”. Przestępcy nie lubią miejsc monitorowanych, ale nie rezygnują z łamania prawa. Po prostu preferują miejsca, gdzie nie ma kamer, zasłaniają twarze, operują w miejscach niewidocznych dla kamer (w skrajnych przypadkach pod samą kamerą, ewentualnie za jakąś przeszkodą np. furgonetką), czy wreszcie zmieniają sposób działania (np. stosują metodę „na wnuczka”).
 
Czy w takim razie rozwiązaniem jest monitorowanie jak największego obszaru? Zdecydowanie nie. Monitoring wzmacnia atmosferę nadzoru, braku zaufania i szacunku dla autonomii drugiej osoby. Wymaga też znacznych nakładów finansowych. Instalacja dobrej jakości kamer dużo kosztuje, trzeba zapłacić pensje osobom, które je obsługują. Przeznaczenie znacznych środków na kosztowne systemy monitoringu ogranicza zasoby finansowe, które mogłyby być przeznaczone na inne, bardziej potrzebne działania.
 
Zjawisko powszechnego monitoringu doczekało się wielu opracowań naukowych. Do najciekawszych i najrzetelniejszych z nich należy „Crime prevention effects of closed circuit television: a systematic review” z 2002 roku. Autorzy poddali w nim analizie 22 wcześniej przeprowadzone badania nad skutecznością monitoringu w obniżaniu liczby przestępstw. Instalacja kamer była w nich głównym działaniem prewencyjnym, jasno określono liczbę przestępstw, a poziom przestępczości był mierzony przed i po instalacji monitoringu. Do badanego obszaru monitorowanego (eksperymentalnego) przypisano odpowiadający mu obszar kontrolny (bez kamer). W rezultacie autorzy badania stwierdzili, że skuteczność monitoringu w obniżaniu przestępczości wynosi 2 proc.
 
Kolejnym istotnym badaniem jest „Assessing the impact of CCTV” z 2005 roku. Studium opierało się na analizie wyników 13 przeprowadzonych do tej pory badań nad monitoringiem. Znalazły się wśród nich badania systemów monitoringu wdrażanych w centrach mniejszych i większych miast, na parkingach samochodowych i w szpitalach. Oprócz syntezy przeprowadzonych do tej pory badań, dodatkową wartość analizy stanowi wymiar merkantylny. Badacze przybliżają w raporcie aspekt efektywności instalowanych systemów monitoringu mierzony ekonomicznym stosunkiem poniesionych kosztów do uzyskanych finalnie wyników. Autorzy raportu wykazali, że monitoring jest nieskutecznym narzędziem w obniżaniu przestępczości i nie wpływa na poczucie bezpieczeństwa mieszkańców. Z jednym wyjątkiem, badanie wszystkich systemów nie wykazało związku pomiędzy instalacją kamer i zmniejszeniem liczby przestępstw. Wyjątek stanowił system zainstalowany w Hawkeye, który miał służyć obniżeniu ilości przestępstw samochodowych. Aż 82 procentowe ograniczenie tych zdarzeń niewątpliwie świadczy o sukcesie wdrożonej infrastruktury. W raporcie znajduje się również analiza efektywności monitoringu. Warto więc odnotować, że wartość współczynnika efektywności wszystkich analizowanych systemów była bardzo niska. Miało to miejsce nawet w przypadku najbardziej skutecznego systemu, którego instalacja przyniosła ograniczenie przestępstw samochodowych o 82 proc.
 
Prawo
Skoro kamery monitoringu są powszechnie montowane na ulicach, placach czy też w sklepach, urzędach itp. itd., zakłada się, że ich montaż i obsługa są uregulowane przez prawo. Niestety nie. Właściwie każdy może założyć kamerę i filmować, co zechce. Istnieją jedynie przepisy regulujące wykorzystanie monitoringu np. w zakładach karnych albo podczas imprez masowych.
 
Instalują je więc służby mundurowe, samorządy, leśnicy, zarządzający nieruchomościami, pracodawcy, dyrektorzy szkół i przedszkoli. Czy kamery mogą być przez nich instalowane? Wątpliwości co do tego są bardzo poważne. Nie wiadomo też, jak długo powinny być przechowywane nagrania, w jaki sposób należy je zabezpieczać, komu można je udostępniać. Nie ma nawet obowiązku informowania, gdzie zainstalowane są kamery ani jaki obszar filmują. Nikt nie nadzoruje kto i jak nas nagrywa. Nie ma obowiązku, aby umieszczać na kamerze informację, kto jest jej właścicielem czy operatorem. Nie wspominając o tym, po co kamera znajduje się w danym miejscu i co robi (czy rejestruje obraz, ile czasu jest przechowywany zapis).
 
Koszty monitoringu
Monitoring wizyjny wiąże się z wysokimi kosztami, które generuje instalacja kamery, jej serwis i obsługa. Największym kosztem monitoringu jest jednak wzajemne zaufanie. Zamontowane w szkole, pracy, sklepie wysyłają wyraźny sygnał: nie ufam Ci. Dzięki kamerom można też wykluczać i „sortować” ludzi. Są one wykorzystywane np. na grodzonych osiedlach i w centrach handlowych ,aby ograniczyć dostęp osobom niepożądanym – bezdomnym, żebrzącym lub po prostu tym, którzy do danego miejsca „nie pasują” np. emerytom albo młodzieży.
 
Drugim kosztem monitoringu może być rozproszenie odpowiedzialności. Widząc kamerę, jesteśmy mniej skłonni podjąć ryzyko i zainterweniować w sytuacji, gdy np. ktoś jest bity na ulicy. Zakładamy, że służby są automatycznie powiadomione przez operatora kamery, a my sami nie musimy nic robić.
 
Najbardziej wymiernym kosztem monitoringu są koszty finansowe liczone zazwyczaj w milionach. Dla przykładu w latach 2010-12 Warszawa wydała ponad 45 mln zł. na utrzymanie i rozwój monitoringu. W mniejszych miastach kwoty nie są tak olbrzymie, ale nadal robią wrażenie, np. Radom wydał 6,7 mln, a niewielki Zamość 1,7 mln.
 
Czym dokładnie zajmują się sieci monitoringu? We wspomnianej Warszawie w latach 2010-13 kamery zaobserwowały aż 55794 zdarzenia. Jednak najczęściej są to obserwacje osób nietrzeźwych (17910), zdarzenia w ruchu drogowym (10430) czy spożywanie alkoholu w miejscach publicznych (4737). Przestępstw było zdecydowanie mniej: 55 włamań czy 427 kradzieży. W innych miastach stosunek poważnych zdarzeń do tych banalnych jest podobny. Zdecydowanie więcej jest niegroźnych wykroczeń niż wpływających na nasze bezpieczeństwo kradzieży lub rozbojów. Chociaż zdarzają się takie miasta, w których monitoring ewidentnie jest nastawiony na zarabianie poprzez „wlepianie” mandatów. W Gnieźnie na 12451 zdarzeń aż 10923 dotyczyło nieprawidłowego parkowania. Rekord padł w Ozorkowie gdzie na 1688 zdarzeń 1682 dotyczyło parkowania!
 
Większość z nas opowiada się za zwiększeniem liczby kamer. Dzięki temu czujemy się bezpieczniej. Niestety jest to jedynie poczucie bezpieczeństwa a nie bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo zapewnia brak nierówności społecznych, możliwości rozwoju (w szczególności dla młodych mężczyzn z mniej zasobnych rodzin), właściwa edukacja. To skala makro, na którą jedna osoba ma niewielki wpływ. A co można zrobić dla swojego bezpieczeństwa tu i teraz? Zadbać o właściwe oświetlenie, projektowanie budynków i osiedli w taki sposób, aby unikać niepotrzebnych zaułków.
 
Monitoring nie zmniejsza przestępczości ani nie zmniejsza strachu przed przestępczością. Widząc kamerę, możemy podejrzewać, że wokół jest niebezpiecznie.
 
AB
 
Artykuł ukazał się w szóstym numerze “A-taku” (2017)
 

Łódź - ANARCHISTYCZNY FESTIWAL FILMOW

14 października 2017 r. | Dział: Zapowiedzi

Dnia 14 października 2017 od godziny 16.00
Food Not Bombs - Łódź, Inicjatywa Pracownicza Łódź
i kino "Bodo" zapraszają na
"ANARCHISTYCZNY FESTIWAL FILMOWY".

W programie:
Okupuj! Stawiaj opór! Produkuj!

Nawet jeśli moja ziemia płonie

Faszyzm sp.z.o.o

Antyfaszyści

Roza.Kraj dwóch rzek

Niech żyje Utopia

Wstęp "co łaska" ale nie mniej niż 15 złotych.

O nowej serii wydawniczej TIKN

19 września 2017 r. | Dział: Polska

Słowo „tikkun” w tradycji kabalistycznej oznacza naprawę – naprawę świata. A świat naprawiony, jak opisują go kabaliści, bardzo przypomina świat z anarchistycznego marzenia: ustaje tu wszelka władza, prawo zostaje pozbawione jakiejkolwiek treści.

 

Naprawa wymaga nie tyle zniszczenia zła, ile poszukiwania i chronienia tego, co w tym świecie może przynieść ocalenie. Kabaliści mówią o iskrach boskiego światła, które już tu są, trzeba je tylko odnaleźć i uwolnić. Gilles Deleuze będzie pisał o „wspólnocie odkrywców” przepełnionej „wiarą, a raczej zaufaniem – nie wiarą w inny świat, lecz zaufaniem do tego świata”. Naprawa dokonać się może tylko wewnątrz tego świata i tylko naszymi rękami.

 

Wiara w świat nie ma nic wspólnego z zasiedziałym zadowoleniem. W 2000 roku francuski kolektyw Tiqqun wskazywał, że jedyną drogą wyjścia z nocy, jaka pochłania dziś nasze myślenie, jest porzucenie twierdzy tożsamości, odkrycie, że wszystko, czym jesteśmy, pozostaje ostatecznie nie nasze, obce, tymczasowo używane. W miejsce przywiązania do spektaklu polskości, europejskości, Polski Walczącej czy kariery senior managera – potrzebujemy odwagi błądzenia, wędrowania, migrowania. Tym, co łączy nas z innymi jest właśnie wspólne doświadczenie istot, które dziwią się samym sobie.

 

W wędrówce ku wspólnocie z innymi mogą nas wspomóc książki, które pozwalają dostrzec coś nieznanego, myśleć inaczej niż dotąd. Dla grupy Tiqqun jedną z takich książek była Wspólnota, która nadchodzi Giorgio Agambena. W 2001 roku, jedenaście lat po wydaniu tej książki, Agamben dodał do niej część zatytułowaną „Tiqqun de la noche”. To znak sympatii dla francuskiego kolektywu, ale nocny tikkun to także praktyka czytania przez noc święta Szawuot tekstów, które pomagają naprawić świat.

 

W języku jidysz, języku Żydów Europy Wschodniej, słowo „tikkun” brzmiało „tikn”. Nie jest chyba przypadkiem, że w początkach XX wieku w naszej części świata anarchizm zyskał właśnie wśród Żydów szczególnie silny odzew. Michel Löwy twierdził, że ideały wolnościowe łączy z koncepcją tikn szczególny związek – powinowactwo z wyboru.

 

Seria „Tikn” powstaje we współpracy z Oficyną Wydawniczą Bractwa Trojka. Zamierzamy wydawać krótkie teksty, których autorki i autorzy nie zawsze deklarowali się jako „anarchiści”, a jednak wiązało ich z anarchistycznym ideałem takie właśnie powinowactwo. Chcemy, by te teksty stały się szeroko dostępne, chcemy uwolnić je od akademickiej powagi i przywrócić powszechnemu użyciu. Wierzymy, że te małe i tanie książeczki, które łatwo można nosić ze sobą, pomogą naprawiać świat.

www.bractwotrojka.pl

https://www.facebook.com/SeriaTikn/

Straż Leśna pobiła jednego z poznańskich aktywistów związanego z Federacją Anarchistyczną blokujących wycinkę w Puszczy Białowieskiej. Był hospitalizowany. Poniżej publikujemy jego relację.

W poniedziałek 11 września odbyło się posiedzenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który rozpatrywał kwestię nałożenia sankcji na Polskę za wycinkę w Puszczy Białowieskiej. Przed sądem stanął minister środowiska Jan Szyszko. Wszyscy znajdujący  się w tym czasie w Obozie Dla Puszczy, oraz osoby obserwujące tą sytuację w całym kraju oczekiwały, że będzie to dzień przełomowy w temacie obronie Puszczy. Mieliśmy nadzieję, że Szyszko po tym spotkaniu się opamięta i wycofa harwestery wraz ze Strażą Leśną z lasu, nie chcąc obciążać wszystkich kosztami jego planu walki z kornikiem, a tak naprawdę jego wydumanego ego, nakazującego mu walczyć z ekologami. Chce wygrać tę walkę za wszelką cenę, aby nie ponieść kolejnej klęski jak nad Rospudą. Aby tego dokonać ściąga siły Straży Leśnej ze wszystkich Regionalnych Dyrekcji Lasów Państwowych w kraju, których utrzymanie i wynagrodzenia powodują wycinkę z ekonomicznego punktu widzenia całkowicie nierentowną.


Rzeczywistość nas jednak zaskoczyła. Już we wtorek od rana stwierdziliśmy bardzo dużą aktywność zarówno maszyn tnących drzewa, jak i tirów wywożących je w najdalsze zakamarki kraju, gdzie ze względu na swoją wyjątkowo niską cenę są przerabiane na euro palety. Udało nam się zablokować ich wtorkowe działania, przez pokojową pikietę pod maszynami, dzięki czemu byli zmuszeni wrócić do bazy. Po sprawdzeniu terenu okazało się, że tego dnia pod piłę poszły liczne stuletnie świerki, stuletnie dęby. Jest to również teren na którym słyszeliśmy wcześniej sóweczkę i dzięcioła trójpalczastego.


W środę 13 września sytuacja powtórzyła się i maszyny po raz kolejny wyjechały w to miejsce, aby skończyć rzeź drzew. Postanowiliśmy działać. Około 10:00 weszliśmy do lasu mijając kilku blokujących wejście do niego strażników. Przebiegliśmy lasem w kierunku w tym już momencie stojących w miejscu harwestera i forwardera (który wywozi drzewo z lasu i układa na składnicach przygotowując do dalszego załadunku na tiry). W pewnym momencie w wyniku zamieszania zobaczyłem lukę pomiędzy strażnikami i postanowiłem ją wykorzystać, aby dobiec do forwardera i się do niego przypiąć. Pół metra od maszyny zostałem brutalnie powalony na ziemię przez dwóch strażników, którzy prawie jak w meczu futbolowym powalili mnie na ułożone pnie na składnicy po których biegłem. Uderzyłem przy tym głową o jeden z nich. Później skoczyli na mnie i zaczęli mnie butami i kolanami dogniatać do ziemi. Za wszelką cenę chcieli zabrać mi tubę, którą miałem wpiętą w rękę. Na początek zrzucili mi z głowy kamerę, tak aby nic się nie zarejestrowało. Jeden dwa razy uderzył moją głową o pień. Kolejny wciskał mi kciuki w okolice żuchwy i gardła, sprawiając ból abym puścił tubę. Zakładali dźwignie na palce, ręce, barki, i nogi. Wszystko to trwało kilka minut. W tym czasie nie reagowali na moje prośby o to, żeby przestali. Stwierdziwszy, że nie dadzą rady w czterech przenieśli mnie na ścieżkę, ciągnąc klatką piersiową po leżących pniach, gdzie rzucili twarzą w błoto i pokrzywy. Jeden stanął mi na ręce, na której miałem tubę, drugi zakładał bardzo bolesną dźwignię na bark, a trzeci kolanem dociskał głowę do ziemi, tak, że nie miałem czym oddychać. Po dłuższym czasie przyszedł inny dowódca, na którego rozkaz mnie podnieśli i przynieśli pogubione w czasie powalania mnie na ziemię rzeczy: telefon, kamerę, których oddania nie mogłem się wcześniej doprosić. Na moje żądanie została wezwana karetka, która zabrała mnie do szpitala. Zrobiono mi tam rentgen ręki, tomografię głowy, oraz podpięto pod kroplówkę. Po kilku godzinach wypuszczono mnie stwierdzając obrażenia głowy w postaci: powierzchniowych urazów głowy i urazów nadgarstka i ręki. Tomografia wykazała podskórnego krwiaka/ stłuczenie na lewej kości czołowej, oraz nierówny zarys łuski kości czołowej lewej z nierównością blaszki zewnętrznej.


Przemoc dotyczyła większej ilości osób. Przypinano ludzi kajdankami do linki obwiązanej wokół drzew, targano ich po ziemi, wobec dziewczyn stosowano seksistowskie okrzyki itd. itp. Nie jest to również pierwsza taka sytuacja. Sam już na poprzednich akcjach byłem w sytuacjach zagrażających życiu. Raz strażnicy leśni odcięli mi linę na której wisiałem na drzewie na wysokości ok 10 m. Innym razem operator forwardera próbował nas staranować, kiedy w czwórkę próbowaliśmy go zablokować. Ponieważ się nie zatrzymał, wskoczyłem na jego maskę w czasie jazdy. Ten mimo wszystko się nie zatrzymał i jechał dalej gwałtownie skręcając maszyną na drodze i wjeżdżając w gałęzie, tak aby mnie zrzucić. Dopiero po kilkuset metrach „wycieczki” udało mi się bezpiecznie zeskoczyć na ziemię. Inny uczestnik protestu miał pocięty nożem palec, po tym jak jeden ze strażników próbował odciąć linę, do której był przypięty. I to wszystko tylko w ostatnich tygodniach.


Straż leśna jest formacją kompletnie nieprzygotowaną do takich sytuacji. Posiada uprawnienia takie jak policja, uzbrojona w pałki teleskopowe, gazy, pistolety, jednocześnie nieprzygotowana do tego w jaki sposób zachować się w czasie pokojowego protestu (a przypomnę, że wszystkie akcje mają taki charakter). Tworzy to z niej jednostkę zagrażającą tak zdrowiu jak i życiu uczestników protestu. Widoczne jest również to, że  w ostatnim czasie coraz bardziej im się spieszy z wycinką i wywózką drewna, co powoduje, że jest ich więcej (nawet około 70 z całej Polski), są coraz bardziej brutalni i bezwzględni. Przez pychę jednego człowieka na stołku – Szyszkę – pewnego dnia w Puszczy może dojść do tragedii.


Mamy teraz kilka dni do ostatecznej decyzji TS, które leśnicy z pewnością będą starali się wykorzystać jak najbardziej intensywnie. My w Puszczy robimy wszystko na każdym polu aby zatrzymać wycinkę. Nie zrobimy jednak tego bez was. Organizujcie wszędzie pikiety, akcje, demonstracje, benefity na Obóz dla Puszczy. Nie będziemy w stanie wygrać tej bitwy bez wyniesienia jej na poziom protestu społecznego. Nie dajcie sobie wmówić, że działamy przeciwko ludności lokalnej, bo dzięki naszej pracy  (oraz jednoczesnej pracy maszyn w lasach) coraz więcej z nich jest przeciwko wycince (włączając lokalnych pilarzy). Przyjeżdżajcie do Obozu, jeśli macie czas. Wsparcie na miejscu jest również potrzebne. Dołączajcie do grupy Poznaniacy Przeciwko Myśliwym (i innych), działajcie lokalnie. Każda forma oporu przeciwko Szyszce jest ważna.
Walczmy dalej, pokazując, że nie pozwolimy zniszczyć siedziby zagrożonych gatunków zwierząt. Jeśli damy im wygrać tutaj, zniszczą ostatnie ślady dzikiej przyrody wszędzie, zamieniając jedną trzecią kraju (która jest zarządzana przez Lasy Państwowe) w las gospodarczy.


NieodPUSZCZAmy


Cała Puszcza Parkiem Narodowym!

 

Kawka

 

 

www.rozbrat.org

Anarchitektura

30 sierpnia 2017 r. | Dział: Publicystyka
Pomimo obietnicy egalitaryzmu i emancypacji większość projektów modernistycznych wykazywała się brakiem elastyczności i indywidualnych przestrzeni. Powszechny był brak możliwości wpływu na architekturę, protekcjonalny stosunek do użytkownika i decyzje podejmowane zza urzędniczych biurek. To wszystko spowodowało krytykę modernizmu prowadzoną przez środowiska wolnościowe.
 
 
Modernizm rozumiany i przedstawiany przez władze jako upragniony postęp, mieszkańcom burzonych podczas procesów odnowy miast, starych kwartałów czy slumsów, kojarzył się jednak nie najlepiej. Już w roku 1930 w Anglii podpisano Housing Act, który z jednej strony zawierał idee rozwoju budownictwa społecznego, a z drugiej postulował oczyszczanie miast ze slumsów. Skutkowało to tym, że w 1934 roku w Anglii blisko 200 tysięcy osób zostało przesiedlonych, w większość ze śródmieścia Londynu na otaczające peryferie. Takie programy prowadzone były także po wojnie, w Europie i Stanach Zjednoczonych, oraz – w latach 50. i 60. – w krajach Globalnego Południa. Wystarczy przytoczyć północnoamerykańską wersję Housing Act z 1949 roku, dzięki której więcej budynków zburzono niż wybudowano. „Oczyszczone z mieszkańców” tereny przeznaczono na autostrady i kompleksy rządowe. Mimo że sama architektura, zwłaszcza w kontekście jakości technicznej zabudowy slumsów, miała niemało atutów, to wiele z ruchów protestu i krytyki modernizmu pojawiło się właśnie jako reakcja na brak dialogu, na brutalnie wprowadzaną nowoczesność, przenoszenie lokalnych wspólnot z centrum w celu uwolnienia pod nowe inwestycje atrakcyjnie położonych działek (przypis 1). Dodatkowo, pomimo obietnicy egalitaryzmu i emancypacji większość projektów modernistycznych wykazywała się brakiem elastyczności i indywidualnych przestrzeni. Powszechny był brak możliwości wpływu na architekturę, protekcjonalny stosunek do użytkownika i decyzje podejmowane zza urzędniczych biurek. To wszystko spowodowało krytykę modernizmu prowadzoną przez środowiska wolnościowe.
 
Przedszkola
 
Ta krytyka nie odbiegała zresztą od krytyki całego systemu polityczno- finansowego i była rozumiana jako jego część. Krytykowano także rolę architekta - jego pozę neutralnego i obiektywnego eksperta, który wprowadza postęp: „we wszystkich epokach, niezależnie od doniosłości swojej funkcji, architekt miał realizować wizję świata tych, którzy dzierżyli władzę. Architekci zawsze potrzebowali pieniędzy, materiałów, ziemi i legitymizacji dla swoich działań. (…) Doświadczenie historyczne uczy, że kiedy tylko elity deklarują swoją neutralność, w tej samej chwili uzależniają się od władzy” (przyp. 2).
W związku z tym, że „fundamentem myśli anarchistycznej jest afirmacja ludzkiej podmiotowości” (przyp. 3), to współdecydowanie i emancypacja były od początku podstawowymi terminami w anarchistycznym słowniku pojęć. Już Bakunin uważał, że ograniczanie wpływu ludzi na ich życie odbywa się dzięki temu, że lud jest „uznany za małoletniego, wiecznego ucznia, którego uznaje się za zbyt mało zdolnego, (...) by przyswoił sobie wiedzę swoich nauczycieli i mógł obejść się bez ich dyscypliny” (przyp. 4). Natomiast już na przełomie lat 60. i 70. XX wieku, w odpowiedzi na wielkie projekty modernizmu, sytuacjoniści piórem Attilli Kotányiego i Raoula Vaneigema, twierdzili, że nowe osiedla „zarówno na Wschodzie, jak i Zachodzie, nie są niczym innym jak tylko przewiewnymi i pokolorowanymi kindergartens” (przyp. 5.).
 
Architekt aktywista
 
Krytyka elitaryzmu i braku partycypacji mieszkańców wiązały się z przyjęciem przez część architektów nowego modelu - w opozycji do tradycyjnej eksperckiej postawy projektowania w zaciszu pracowni postanowili oni dopuścić użytkowników do części procesu projektowania architektury. W tym znaczeniu wiąże się ona z przyjęciem poziomych relacji pomiędzy projektantem a mieszkańcami. Architekt wciąż zajmuje szczególne miejsce, wciąż jest specjalistą, wciąż, jak czasem architekci modernistyczni, zbiera informacje, pyta mieszkańców, ale ich odpowiedzi mają w dużej części charakter decyzji. Architekt ma za zadanie przede wszystkim stymulować proces partycypacji mieszkańców w projektowaniu, a także pogodzić i uporządkować indywidualne ambicje, zamykając je w ramy przepisów prawa, wymagań ergonomii, konstrukcji, technologii i podstawowej funkcjonalności. To stawia go w szczególnej pozycji i zachowuje wciąż spory zakres władzy nad projektem.
 
Zasady a nie forma
 
W swoich poszukiwaniach bogata w detal, różnorodna i indywidualistyczna architektura związana z anarchizmem na pierwszy rzut oka wydaje się spójna z postmodernistycznym, głównym nurtem architektonicznej reakcji na hegemonię modernizmu. Jednak architektura postmodernistyczna, deklarująca posługiwanie się archetypem, zakorzenioną w kulturze i zrozumiałą dla wszystkich formą, w rzeczywistości posiadała płytkie i spekulatywne sposoby przywracania architektury szerszym grupom społecznym. Brakowało zarówno poszukiwań technologicznych, organizacyjnych i szerzej – społeczno-ekonomicznych. Brakowało bardziej elastycznej konstrukcji i partycypacji. Była to więc próba powrotu do elitarnej architektury, elitarnej roli architekta i odrzucenia egalitarnej siły modernizmu w myśl zasady: „niech każdy zbuduje sobie własny raj (o ile go na to stać)”. Pomimo że krytyka splotu polityki i architektury/urbanistki z pozycji wolnościowych rodziła się równolegle do postmodernizmu, wywodziła się jednak z zupełnie innych pozycji. Przede wszystkim kwestia formy architektonicznej miała drugorzędne znaczenie, gdyż miała być ona efektem stosunków społecznych i to one, przejawiając się w procesie projektowania i budowy, były najważniejsze. Tym bardziej że „źródłem anarchistycznej aktywności jest (...) z jednej strony doświadczenie konfliktu między tym, co jest, a tym, co powinno być, z drugiej – przeświadczenie, że owo powinno musi zostać niedookreślone” (przyp. 6). Architektura, jej forma, nie posiadała żadnego kanonu, jednak proces tworzenia architektury powinien posiadać określone cechy. Już wspomniani sytuacjoniści pisali: „Konieczne jest wyzwolenie instynktu budowania, dziś powszechnie tłumionego” (przyp. 7), a po latach Brian Richardson w anarchistycznym piśmie „The Raven” nawiązując do sławnego zdania Le Corbusiera (przyp. 8) pisał: „Architektura jest zbyt istotna, by pozostawić ją architektom (…) Chcemy wprowadzić odpowiednią kontrolę nad własnym życiem, zatem próbujemy uformować przestrzeń wokoło tak, by stała się wygodna i piękna. Architekt nie zrobi tego dla nas, może to zrobić tylko z nami” (przyp. 9). Z takim modelem procesu projektowania i budowy wiązała się emancypacyjna siła architektury, kształtowania swojego środowiska według własnych potrzeb i gustów. Gdy Günter Feuerstein pisał, że „kiedy ktoś sam zbuduje dom, wie, jak doszło do jego powstania. Proces produkcji staje się wyobrażalny (…). Nie tylko proces budowania powinien być czytelny, ale również to, jak budynek istnieje, jak jest zamieszkiwany i modyfikowany” (przyp. 10), de facto powtarzał to, co trzydzieści lat wcześniej na temat rzemieślniczej produkcji mówili tacy architekci jak Gropius i co było podstawą założenia Bauhausu – najsławniejszej szkoły architektonicznej doby modernizmu. Nie dziwi więc, że strategie i problemy anarchistycznej krytyki architektury należałoby sytuować blisko części uczestników ostatniego kongresu CIAM – jak John Habraken czy współpracujący z sytuacjonistami Aldo van Eyck, którzy pozostawali w orbicie wpływów i idei modernizmu. Momentem dzielącym kontestatorów triumfującego modernizmu na wolnościowy nurt architektury z jednej strony oraz postmodernizm z drugiej jest więc pragnienie anarchistów dotyczące spełnienia obietnic wczesnego modernizmu – mimo krytycznych ocen „modernistycznej praktyki” – i nadzieje związane ze świadomością społecznego znaczenia procesu tworzenia architektury i zamieszkiwania. Ten nurt architektury związany nie ze stylem, a z pryncypiami, z metodą projektowania, oparł się postmodernistycznemu formalizmowi, komercjalizacji i regresji idei.
 
MG
Artykuł ukazał się w szóstym numerze A-TAKU.
 
 

Migracja ludzi i problem prób zarządzania nią poprzez wytyczanie i militaryzację granic stanowi jeden z najważniejszych współczesnych problemów społecznych i politycznych. Ustanawianie państwowych granic jest skutecznym narzędziem utrwalania hierarchii i podziałów społecznych na geopolitycznej mapie świata. W dobie tzw. kryzysu uchodźczego problem ten nabrał rangi szczególnej, a to w jaki sposób europejskie społeczeństwo interpretuje i definiuje pojęcie granicy, będzie rzutować w przyszłości na losy następnych pokoleń migrantów i każdego z nas.

W samym środku tzw. kryzysu uchodźczego, w kwietniu 2016 r., badaliśmy opinie mieszkańców wybranych nadodrzańskich miejscowości [2]. Po drugiej stronie granicy, w Niemczech, powstawały wówczas obozy dla uchodźców. Po wybuchu tzw. Kryzysu uchodźczego lokalne media podawały, że „coraz więcej ośrodków powstaje przy granicy z Polską”, a uchodźcy nielegalnie przekraczają granicę, swobodnie przedostając się na polską stronę. Z informacji prasowych wynikało, iż rząd niemiecki ulokował wzdłuż całej granicy polsko-niemieckiej ponad 5500 uchodźców, z tego około 1200 w samym Frankfurcie nad Odrą, gdzie docelowo miało być odesłanych 3000 osób. Na łamach prasy pojawiły się pierwsze notatki o zagrożeniu ze strony imigrantów. Większość tych doniesień okazała się nieprawdziwa lub przesadzona, ale i tak 53,7% badanych przez nas mieszkańców przygranicznych miejscowości, uważało powstające obozy po drugiej stronie Odry za realne zagrożenie. Blisko 40% czuło się w ogóle zagrożonych kryzysem migracyjnym w Europie. W konsekwencji na pytanie o to, czy władze powinny wprowadzić kontrolę na granicy, aż 43,9% odpowiadało „zdecydowanie tak”, a kolejnych 19,0% „raczej tak”. Pomimo że „zamknięcie granic” uderzałoby w ekonomiczne podstawy przygranicznych miast, w których kwitnie międzynarodowy mały handel, a wiele osób zatrudnia się po niemieckiej stronie, zwłaszcza w Berlinie. W większości wypowiedzi, ludzie z łatwością utożsamiali uchodźców z terrorystami, niestety bazując na przekazie obecnym w polskich mediach publicznych. Jednocześnie postulując zamykanie wszystkich imigrantów w ośrodkach, bez możliwości kontaktu z otoczeniem. Rozmowy czasem przywoływały na myśl atmosferę lat 30. XX w., która obecnym pokoleniom znana jest już właściwie tylko z opisów i materiałów archiwalnych. Niemniej jednak strach, kryzys i niewiedza grają znów w niebezpiecznym tercecie.
Tak oto skutki geopolitycznej gry: wojna i destabilizacja Bliskiego i Środkowego Wschodu (również poprzez uczestnictwo Polski w wojnie w Iraku), akty terroru, ucieczka milionów uchodźców i migrantów, wpływają na społeczne postrzeganie problemu migracji oraz na to, jakie kroki należy podjąć w celu zagwarantowania bezpieczeństwa. W odpowiedzi europejscy politycy zamykają granice i budują coraz większe zasieki. Co ważniejsze, mobilizując przeciwko imigrantom i uchodźcom niechęć opinii publicznej. Prawicowym partiom udaje się utrzymać lub przejąć władzę, szafując ksenofobicznymi i islamofobicznymi hasłami. Można zaryzykować stwierdzenie, że w obawie przed terrorystami i uchodźcami w wielu krajach wprowadzono prawo stanu wyjątkowego. Mamy z tym do czynienia przy jednoczesnym spadku świadomości społecznej na temat tego co właściwie dzieje się „za murami”. Nie tylko liczbę osób uciekających przed konfliktami zbrojnymi, można porównać do sytuacji z czasów II wojny światowej, lecz również stopień nieświadomości i przyzwolenia na to, co dzieje się po drugiej stronie granic. Przypomina to opowieści ludzi o powstaniu w gettcie: „Nie od razu zorientowałem się, że Niemcy podpalili nasz dom. Dopiero gryzący dym zmusił nas do opuszczenia kryjówki. Stojąc na dachu palącej się kamienicy, spojrzałem raz jeszcze na Warszawę po drugiej stronie muru. Ludzie z tamtej strony przyglądali się pożarowi getta. Jak Rzymianie z czasów Nerona oglądali żywe pochodnie utworzone z palonych żywcem chrześcijan”. Jak wspominał Marek Edelman: „Co było po drugiej stronie muru? (…) Ludzie chodzą, bawią się, gra muzyka, karuzela jest, ludzie chodzą do lunaparku itd. Dla nas było to niezrozumiałe i czuliśmy, że jesteśmy w zapomnieniu.” [3] Niestety to doświadczenie nie ustrzegło Edelmana przed poparciem wojny w Iraku [4]. Tymczasem szereg interwencji militarnych w krajach muzułmańskich popchnęły ludzi do masowego exodusu. Pamięć II wojny światowej, tak ponoć do dziś żywa w polskiej i europejskiej świadomości, nie zdołała zapobiec odgradzaniu się od innych i udawaniu, że po drugiej stronie granicy problem nas nie dotyczy.


Wojny Zachodu produkują terror

Zasieki dają jednak jedynie iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa przed często wykreowanym przez władze zagrożeniem. Zamachy terrorystyczne w Europie są w istocie konsekwencją prowadzonej od wielu dekad wojny na Bliskim i Środkowym Wschodzie, której skutki nie są takie same dla Starego Kontynentu i krajów bliskowschodnich. Za dowolnie przyjęty okres czasu, liczba ofiar wojny i ataków terrorystycznych na Bliskim i Dalekim Wschodzie jest nieporównywalnie większa, od ofiar terroryzmu w Europie i USA. Nie oznacza to usprawiedliwienia dla „ślepej” przemocy – tak samo jak nie ma usprawiedliwienia dla amerykańskich czy rosyjskich bombardowań. Dopóki nie ustanie wojna, musimy liczyć się z atakami fundamentalistów i desperatów szukających zemsty.
Siły amerykańskie i ich sojusznicy z NATO w latach 2015-2016 dokonały ataków lotniczych w krajach muzułmańskich na Bliskim i Środkowym Wschodzie, podczas których zrzucono przynajmniej 63185 bomb. W 78% było to dziełem armii USA. W ostatnich latach natężenie ataków wyraźnie wzrosło, i z faktem tym należy łączyć znaczący wzrost liczby uchodźców z regionów objętych nalotami. Informacje na temat bombardowań znajdziemy w zachodnioeuropejskich mediach jak np. w brytyjskim The Guardian. [5] Bomby spadają głównie w Syrii i Iraku. Dokładna liczba ofiar nie jest znana. Mówi się o zabiciu w wyniku nalotów dziesiątków tysięcy islamistów walczących po stronie ISIS, rzadko natomiast wspomina się o cywilach. Oficjalnie zachodnie rządy (zwłaszcza USA) starają się utrzymać przekonanie o minimalnej liczbie ofiar wśród osób niezwiązanych z ugrupowaniami bojowymi. Organizacje pozarządowe donoszą z kolei o setkach, a nawet tysiącach zabitych cywilów w wyniku bombardowań NATO. Jak podaje jeden z portali tylko w okresie od sierpnia 2014 r. do sierpnia 2015 r. aktywiści Airwars, organizacji zrzeszającej niezależnych dziennikarzy śledzących kampanię nalotów USA i ich sojuszników na Irak i Syrię, udokumentowali ponad 50 przypadków bombardowań, w „których zginąć mogło co najmniej 489 cywilów w tym ok. 100 dzieci”. [6] Rzeczpospolita pisała pod koniec października 2016 r., że w wyniku 13-miesięcznych rosyjskich bombardowań zginęło w Syrii dokładnie 10102 osób w tym 4162 cywili (z tego 1013 dzieci i 584 kobiety). [7]
Oczywiście przyczyny wzrostu konfliktów zbrojnych i towarzyszący temu wzrost liczby uchodźców są wielorakie. Zdesperowani ludzie szturmują granice nie tylko z powodu lecących z nieba – amerykańskich, brytyjskich, tureckich czy rosyjskich – bomb, ale także w skutek dezorganizacji, krachu gospodarczego i głodu. Międzynarodowa opinia publiczna zdaje się też zapominać, że uchodźcy uciekają od aktów terroru Państwa Islamskiego, których ofiarami na Wschodzie pada o wiele więcej osób niż na Zachodzie [8]. Trwająca wojna w Syrii ma również negatywne skutki ekonomiczne dla sąsiednich krajów i całego regionu. Na przykład Bank Światowy oszacował, że kryzys syryjski powodował spadek PKB Libanu o 2,85% w ciągu 2014 r. Wzrost bezrobocia i wzrost deficytu budżetowego „kosztował” ten kraj łącznie w latach 2012-2014 ok. 7,5 mld dolarów. [9]

 

IMG 0232 OB

Czas murów i przepływów finansowych

Polityka separacji poprzez budowanie murów i zasieków zawsze była związana z globalnymi napięciami i nierównościami społecznymi wywołanymi przez politykę wyrosłą na gruncie określonych interesów ekonomicznych. Nawet historyczne przykłady „upadków murów”, mające stać się zapowiedzią nowych, liberalnych porządków w skali globalnej, zazwyczaj były ściśle splecione z powstawaniem kolejnych barier administracyjnych, różniących się jedynie co do formy. W treści pozostawały takie same. Kiedy betonowy Mur Berliński o długości 156 km, wraz z systemem umocnień, okopów, zapór i min, symbolicznie runął, zaraz po nim powstały kolejne mury wytyczające i umacniające nierówności polityczne i ekonomiczne – oddzielając ziemie Izraela i Palestyny betonowym murem długości ok. 700 km i wysokości ok. 8 metrów wraz z wieżami kontrolnymi i systemem zabezpieczeń elektrycznych, który dotychczas pochłonął około 2,6 mld dolarów [10]; stalowy mur oddzielający teren Stanów Zjednoczonych i Meksyku, Hiszpanii oraz Afryki, Kaszmiru i Indii itd. Obecnie w odpowiedzi na tzw. kryzys uchodźczy Stary Kontynent jest coraz bardziej usiany zasiekami – w 2015 r. ruszyła m.in. budowa węgierskiego płotu [11], wysokiego na ok. 4 metry, z zasiekami i systemami zabezpieczeń, który oddziela Węgry, Serbię i Chorwację. Kosztował do tej pory miliard euro. Obecnie w budowie jest jego druga część. Kilkunasto kilometrowe zasieki pomiędzy Bułgarią, a Turcją pochłonęły ok. 4,5 mln euro, kolejne 3 mln euro wydano na metalowy płot z zasiekami pomiędzy Grecją a Turcją. Państwa członkowskie, należące do Unii Europejskiej od wiosny 2015 do kwietnia 2016 r. wydały łącznie około 500 mln euro na 1200 km samych murów i płotów z drutami kolczastymi (koszt nie zawiera obsługi wieżyczek strażniczych i patrolowania obszarów przygranicznych) [12]. Mimo to, ludzie cały czas uciekają, próbując przekroczyć granice czasami po kilkanaście razy. Świadczy o tym m.in. historia Abeda, 16-letniego Afgańczyka: „Jest zima, czasami po minus 20 stopni, czekamy tu w Suboticy, w jednej z opuszczonych fabryk, niedaleko granicy z Węgrami. Nie ma wody, prądu, dachów, mężczyzn już nie przyjmują do obozów. (…) Próbowałem już ze 20 razy przedostać się przez granicę... wczoraj straż graniczna znowu mnie złapała, rozbili telefon, zabrali ubrania i polali wodą. Wróciłem i znów będę próbować” [13]. Zimą 2017 r., wzdłuż całej granicy ludzie rozbijali koczowiska, z których próbowali podjąć dalsze próby przekroczenia granicy.
W kontekście debaty o globalnych nierównościach społecznych, należy pamiętać, że europejska Strefa Schengen otworzyła przede wszystkim granice dla wolnego obrotu kapitałem. Co prawda układ ten znosił również kontrolę graniczną wobec osób, które są obywatelami państw członkowskich, umożliwiając około 400 mln Europejczykom swobodne podróżowanie również do państw nienależących do UE, to brak kontroli na granicach wewnętrznych wprowadzony był głównie jako niezbędny krok dla zaistnienia jednolitego rynku, unii gospodarczej i walutowej oraz rozwoju konkurencyjności. [14] Czy wobec tego brak granic urzeczywistnił swobodny i równoprawny przepływ ludzi? Czy układ zapoczątkował szeroką współpracę w kwestii bezpieczeństwa wewnętrznego i polityki azylowej? Bynajmniej. Obecnie, wbrew prawu międzynarodowemu oraz Konwencji Genewskiej dotyczącej statusu uchodźców z 1951 r., łamane jest międzynarodowe prawo ubiegania się o azyl, nadawania statusu uchodźcy czy innej formy ochrony osobom migrującym.


Europejski stan wyjątkowy

Powstanie Strefy Schengen niewątpliwie wzmocniło współpracę państw na poziomie przepływu kapitału, jednak co do przepływu ludzi w okresie kryzysu (nie uchodźczego, ale ekonomicznego) uwidaczniają się jej słabe strony. Polityka bezpieczeństwa, skanery przeszukujące samochody w celu wykrycia uchodźców, finansowanie działań obronnych „twierdzy Europa”, wprowadzenie lotnych checkpointów w krajach strefy Schengen ilustrują, że od pewnego czasu mamy do czynienia z europejskim stanem wyjątkowym.
W tym kontekście często dokonujemy podziałów na migrantów bardziej i mniej pożądanych. Ci, którzy są lepiej wykwalifikowani, a zgodnie z neoliberalną narracją będą bardziej ekonomicznie użyteczni, mają większe prawa, bez względu czy zostali dotknięci np. konsekwencjami wojny. Natomiast ci, którzy mogą stanowić tanią siłę roboczą, a ich niski status społeczno-ekonomiczny usprawiedliwia odbieranie im wielu praw, często nie są brani pod uwagę w debacie na temat administracyjnych regulacji dotyczących równoprawnego przepływu osób. Efektem tej sytuacji jest proces, który przez niektórych badaczy i badaczki społeczne utożsamiany jest z rasizmem ekonomicznym, niezależnym od narodowości czy wyznania. [15] U podstawy tych założeń funkcjonuje wiele programów zarządzających migracjami na poziomie lokalnym oraz ogólnonarodowym. Korzystają z tego głównie większe firmy oraz korporacje, które mogą sprowadzić pracowników, którym proponuje się gorsze (od tuziemców) warunki pracy.
Jednocześnie uchodźcy ponoszą ogromne koszty zamknięcia przed nimi granic, a migracje ludzi stały się biznesem oraz źródłem niejednej fortuny. Koszty poniesione przez migrantów na próby dotarcia do Europy w okresie ostatnich 15 lat, są szacowane na 16 mld euro (dane z 2015 r.). [16] Zyski przemytników i skorumpowanych władz są ogromne. Z drugiej strony w odpowiedzi na migracje, tylko w latach 2002–2013 Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) przeznaczyła 225 mln euro na 39 projektów dotyczących rozwoju technologii bezzałogowych dronów, systemów identyfikacji czujników ciepła oraz urządzeń wykrywających ludzi na przejściach granicznych po zapachu. Nierzadko zdarzało się, że podatnicy płacili ze swoich pieniędzy w ramach „polityki bezpieczeństwa” przemytnikom i dyktatorom. Jeden z zespołów analizujących relacje imigrantów doszedł do wniosku, „że włoski rząd zawarł porozumienie z Libią i opłacał libijskich osiłków, którzy nie pozwalali uchodźcom ruszyć w podróż do Włoch. Od 2011 r. włoscy podatnicy wydali 17 mln euro na wsparcie libijskich władz szkoleniami, łodziami patrolowymi, noktowizorami i innym sprzętem.” [17] Do tych wydatków dochodzą również koszty poniesione w wyniku deportacji milionów osób, dokonywanych przez rządy krajów UE.
Polska forsuje wzmocnienie reżimu granicznego m.in. poprzez współdziałanie z agencją Frontex, stanowiącą swego rodzaju europejską agencję deportacyjną. Jej systemy inteligentnej kontroli granic (TALOS) powstają, aby zastąpić patrolujących granice strażników maszynami. Projekt ten został opisany w raporcie przedstawionym Spiegelowi przez niemieckich operatorów. Po tym jak, podczas jednej z operacji Frontexu na granicy grecko–tureckiej nakazano im otworzyć ogień do imigrantów uciekających przez pole minowe, Niemcy odmówili wykonania rozkazów. Dowódcy operacji Frontex nie przyjmowali do wiadomości, że ich działania kłócą się z prawem stanowionym w Niemczech. [18]
W ostatnich latach, nie tylko państwa Europy zwiększyły środki finansowe na kontrolę granic. O nieskuteczności militaryzacji granic świadczy również porażka polityki Stanów Zjednoczonych. Alice Mesnard, ekonomistka z City University w Londynie wskazywała na badania ilościowe dotyczące USA, dowodzące fiaska polityki antyimigracyjnej. Gathmann stwierdza, „że metody wzmocnienia granic, jakie zastosowano w wyniku Immigration Reform and Control Act (ICRA) z 1986 r., by uszczelnić granicę z Meksykiem, okazały się rosnącym obciążeniem dla finansów publicznych i przyczyniły się do wzrostu kosztów przeprawy, nie zmniejszając znacząco napływu osób bez prawa do pobytu, które zmuszone są obierać najdłuższą i najbardziej niebezpieczną drogę, co sprawia, że coraz więcej z nich ginie”. [19]

IMG 0167 0b 2

Granice drogie i nieszczelne

Jak wskazuje Spernata Domitru w artykule „Czy świat bez paszportów to utopia?” [20] w latach 1920–1930 podczas wielu międzynarodowych spotkań wracano do pomysłu powrotu całkowitego zniesienia granic. Wskazując na liczne utrudnienia w przemieszczaniu się ludzi oraz przepływie towarów po wojnie. „W 1924 r. podczas konferencji na temat emigracji i imigracji zorganizowanej pod auspicjami Międzynarodowego Biura Pracy (Bureau international du travail, BIT) sformułowano postulat, by obowiązek paszportowy został zniesiony tak szybko, jak to możliwe...” Do pomysłu tego wracano również po II wojnie światowej, postulując całkowite zniesienie wymogu paszportowego. Dopiero w roku 1963 pomysł, by znieść obowiązek paszportowy w skali międzynarodowej, został uznany za niemożliwy. Stało się to podczas Konferencji Narodów Zjednoczonych na temat Turystyki
i Podróży Międzynarodowej [21].
Choć świat bez paszportów pozostaje ciągle pewną utopią, niemniej jednak należy pamiętać, że zgodnie z prawem międzynarodowym, każda osoba, która ubiega się o status uchodźcy lub inną formę ochrony może przekroczyć granicę bez paszportu lub używając paszportu innej osoby by uciec przed prześladowaniami. W tym przypadku nie możemy mówić o „nielegalnej migracji”, gdyż odbieralibyśmy z góry prawo do uzyskania ochrony na terenie innych państw. Pomimo tego, nikt nie ściga państw, które (jak np. Polska) zamykają granice przed uchodźcami, de facto łamiąc prawo. Polski rząd nie wyraził zgody na przyjęcie uchodźców w ramach programów relokacyjnych, tym samym zamykając granice i powodując sytuację, w której ludzie przekraczają granicę Polski przy udziale przemytników. Dodatkowo jak alarmuje m.in. Helsińska Fundacja Praw Człowieka systematycznie, z pominięciem prawa, odmawiana jest możliwość składania wniosków o nadania statusu uchodźcy czeczeńskim rodzinom, próbującym przekroczyć granice Polski na przejściu granicznym Terespol/Brześć. Znaczna część z osób otrzymuje odmowy wjazdu, a od kilkunastu miesięcy na dworcu kolejowym w Brześciu koczują rodziny czeczeńskie, które ze względu na zagrożenie nie chcą wracać do Czeczenii. Prawicowy rząd Polski, który utożsamia każdego uchodźcę z terrorystą (działając dokładnie tak, jak życzyliby sobie tego terroryści z Państwa Islamskiego) kontestuje międzynarodowe prawo, traktując to jako strategię obrony kraju.
Podsumowując, obecnie ponad 65 mln ludzi na świecie (więcej niż po II wojnie światowej) zmienia miejsce pobytu z powodu konfliktów i naruszenia praw człowieka. 1/3 z nich była zmuszona przekroczyć granice szukając ochrony. [22] Stawianie murów wzdłuż granic Europy nie jest rozwiązaniem. Nie da się zapieczętować żadnego terytorium. Nie jest to dyskusja nawet na temat moralności, ale ekonomii, gdyż stosowane rozwiązania po prostu nie działają, a jednocześnie pochłaniają ogromne fundusze publiczne. Nasuwa się więc prosty wniosek – ludzie będą przekraczać granice, a obecne podejście oparte na militaryzacji granic nie będzie skuteczne, jeżeli liczba konfliktów będzie rosła (co prognozuje wiele badaczy i badaczek), a różnice ekonomiczne między poszczególnymi regionami świata będą się utrzymywać.

 

Tekst ukazał się w miesięczniku Le Monde Diplomatique - Nr 7 (137) lipiec 2017
Tekst w skróconej wersji został opublikowany w katalogu do wystawy Dominika Lejmana "Płot", dostępnej od 23 czerwca do 27 lipca 2017 r. w Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu.
Fotografie:Dominik Lejman, "Płot". foto: Galeria Miejska Arsenał w Poznaniu

Przypisy:
1] Cytat pochodzi z 15 wywiadów pilotażowych przeprowadzonych przez K. Czarnotę dot. sytuacji syryjskich uchodźców na tureckim rynku pracy. Ateny 2016.
[2] Projekt badawczy realizowany przez Zachodni Ośrodek Badań Społecznych i Ekonomicznych w roku 2016.
[3] Cytaty z filmu pt: Nie było żadnej nadziei. Powstanie w getcie warszawskim 1943. Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Rok Produkcji 2017. Film dostępny pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=MI3bEHjhYds (dostęp: 24.04.2017).
[4] S. Zgliczyński, „Psy wojny”, Interenetowe wydanie Lewą Nogą, Październik 2003 r., http://www.iwkip.org (dostęp: 24.04.2017).
[5] M. Benjamin, „America dropped 26,171 bombs in 2016. What a bloody end to Obama´s reign”, www.theguardian. com z dn. 9.01.2017 r., https://www.theguardian.com (dostęp: 28.04.2017).
[6] „Cywilne of iar y nalotów”, www.altair.com.pl z dn. 5.08.2015, http://www.altair.com.pl (dostęp:28.04.2017 r.).
[7] „Syria: 10 000 ofiar rosyjskich bombardowań w ciągu 13 miesięcy”, www.rp.pl z dn. 31.10.2016, http://www.rp.pl  (dostęp: 28.04.2017).
[8] CNN Libraly, „ISIS Fast Facts”, www.cnn.com z. dn. 17.04.2017 r.,http://edition.cnn.com (dostęp: 29.04.2017).
[9] A. Betts, L. Bloom, J. Kaplan, N. Omata, „Refugee Economies. Forced Displacement and Development”, Oxford University Press, Oxford 2017, s. 44.
[10] H. Matar, „The Wall, 10 years on: The great Israeli project”, www.972mag.com z dn.09.04.2012,
https://972mag.com (dostęp: 29.04.2017).
[11] M. Dunai, „Hungary bilds migrant border fance”, www.routers.com z dn: 02.03.2017, http://www.reuters.com (dostęp: 29.04.2017).
[12] G. Baczynska, S. Ledwith, „How Europe built fences to keep people out”, www.reuters.com z dn.04.06.2016., http://www.reuters.com (dostęp: 26.04.2017)
[13] Wywiad przeprowadzony przez K. Czarnotę podczas wyjazdu z oddolną pomocą przez grupę z Poznania i Torunia dla koczujących uchodźców do Serbii zimą 2017 r.
[14] K. Dereń, „Rozwój Strefy Shengen”, Portal Spraw Zagranicznych z dn.06.10.2014., http://www.psz.pl/120-unia-eu ropejska /roz woj-st ref y-schengen (dostęp: 26.04.2017).
[15] O zjawisku rasizmu ekonomicznego lub neoliberalnego pisała m.in. Ewa Charkiewicz w pracy pt: „Matki do sterylizacji. Neoliberalny rasizm w Polsce” oraz Monika Bobako w artykule pt: „Konstruowanie odmienności klasowej jako urasawianie. Przypadek polski po 1989 roku”. Oba dostępne w wersji on-line na stronach „Think Thanku Feministycznego” http://www.ekologiasztuka.pl
(dostęp 26.04.2017).
[16] V. Makarenko, „Imigranci. Co Europa robi, żeby ich nie wpuścić?., www.wyborcza.pl z dn.18.06.2015.,http://wyborcza.pl (dostęp: 26.04.2017).
[17] Tamże.
[18] No Border, „Frontex – kompetencje do granic możliwości”, Le Monde Diplomatique – edycja polska, nr 5/63.Maj 2011.
[19] A. Mesnard, „Czy wzmcnenie granic pozwoli lepiej kontrolować migrację?” s. 61 w: „Migranci, migracje. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie”. Red. Helene Thiollet., wyd. Karakter, Kraków 2017.
[20] Tamże.
[21] Tamże.
[22] A. Betts, L. Bloom, J. Kaplan, N. Omata., Refugee Economies. Forced Displacement and Development, wyd. Oxford University Press, Oxford 2017, s. 1.

 

Katarzyna Czarnota, Jarosław Urbański

 

www.rozbrat.org

W nawiązaniu do ostatnich wpisów z nagraniami audycji radiowej opublikowanymi na Facebooku komisji Solidarności w Volkswagenie pragniemy wytłumaczyć jej przedstawicielom, co oznacza niezależny związek zawodowy.
Jest to związek, którego działaczy w pierwszej kolejności można spotkać w halach produkcyjnych. Pracodawca nie może ich kupczyć służbowymi samochodami, gdyż walczą oni o to, aby cała załoga, a nie tylko związkowi biurokraci, korzystali z tego, co wytwarza zakład. Ponadto niezależny związek nie jest przybudówką partii politycznych ani trampoliną do kariery politycznej, jego członkowie nie przechodzą do zarządów spółek, w których wcześniej pracowali. Inicjatywa Pracownicza powstała w 2004 r. w reakcji na bierność dużych, zbiurokratyzowanych central, które często przedkładają interesy szefów nad potrzeby pracowników. Nie opłacamy „etatowych działaczy”, IP nie jest kolejnym pracodawcą.
Nie zmienia to faktu, że korzystamy z uprawnień przysługujących nam z mocy Ustawy o związkach zawodowych, do których zalicza się m.in. płatne godziny związkowe i tablica informacyjna. To nie sprawia, że jesteśmy zależni od Volkswagena. Ustawa nakłada na niego niniejsze zobowiązania z automatu, nie są one „podarunkiem od pracodawcy” w zamian za spolegliwość. To nieformalna zażyłość związkowej „góry” z zarządem, wyrozumiałość wobec „ciężkiej sytuacji firmy” i zapominanie o tragicznej sytuacji pracowników w zamian za służbowe samochody świadczą o zależności związku.
Jeżeli chodzi o deklaracje członkowskie, które wciąż napływają do naszej komisji, to bezpośrednio trafiają one do jej prezydium. Celem IP nie jest zarabianie na naszych członkach, dlatego w przeciwieństwie do Solidarności, nie przekazujemy Volkswagenowi niczyich danych osobowych. Volkswagen nie ściąga automatycznie z naszej pensji składki na IP. U nas każda komisja zbiera składki w ustalony przez siebie sposób, samodzielnie dysponując uzbieranymi pieniędzmi. Składki nie są przymusowe. W związku z tym nasze deklaracje różnią się od deklaracji Solidarności.
Musimy też kolejny raz powtórzyć, że obecna sytuacja w zakładzie wynika ze zwolnienia trzech naszych członków za próbę założenia komisji. W tej kwestii Solidarność poparła szefostwo, z którym romansuje od lat. Nic więc dziwnego, że bliska zażyłość zarządu i Solidarności wywołuje niezadowolenie pośród załogi. Próby przekierowania tego niezadowolenia w kierunku IP jedynie wzmacniają pozycję zarządu i dzielą załogę.
Jeżeli natomiast chodzi o oszczerstwa przewodniczącego Olbrysia wysuwane wobec żony naszego członka, to manipulacja na miarę najgorszych pracodawców w tym kraju. Olbryś często podkreśla kulturę dialogu z zarządem firmy. Ubolewamy, że jest on znacznie bardziej ofensywny wobec pracowników niż wobec kierownictwa i tym samym wyręcza je w zwalczaniu związków zawodowych.
Ostatnie dni pokazały, jak w praktyce wygląda dialog Solidarności. Szykanowanie zwykłych pracowników, socjotechniczne zagrywki, rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji. Nie po to założyliśmy nową komisję, aby uczestniczyć w takiej farsie. Rozumiemy, że Olbryś obecnie reaguje impulsywnie. Stracił on swój monopol na kontakty z zarządem, nie może zrozumieć, jakim cudem IP zaczyna negocjacje płacowe. Niezależnie od tego ta nowa sytuacja zmusza go do wykazania się większym zaangażowaniem w obronę interesów załogi i to powinno wyjść nam wszystkim na dobre.
Nasza komisja powstała, żeby bronić pracowników, by mieli oni wpływ na organizacje pracy w zakładzie, wysokość płac, wykorzystanie środków z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, bezpieczeństwo. Jeśli Solidarność chce zrobić coś dla pracowników niech się przyłączy do walki o poprawę ich bytu. Jeśli natomiast zamierza kontynuować swoją komedię, to bez nas. My i tak będziemy działać zgodnie z naszymi zasadami.
 
Komisja Międzyzakładowa OZZIP przy Volkswagen Poznań

Wielki strajk chłopski 1937

16 sierpnia 2017 r. | Dział: Publicystyka

Obecnie trwa wypieranie, a raczej próba wymazania z historii wydarzeń z 1937 r. świadczy o tym, że postsolidarnościowe elity – zarówno spod znaku PIS jak i PO/Nowoczesna – gloryfikujące czasy II RP, nie chcą przyznać, że sanacja i endecja były odpowiedzialne za pacyfikacje, więzienie ludzi, tortury i polityczne mordy. Wśród ofiar represji byli m.in. chłopi, robotnicy, Żydzi, Białorusini i Ukraińcy.

 

Wielki Strajk Chłopski w dniach 16-27 sierpnia 1937 r. zwieńcza autorytarne dzieło II RP, z którego oficjalnych statystyk lat 30. XX w. wynika iż w starciach z policją i wojskiem zginęło ponad 170 chłopów.


Strajk powszechny poprzedziły tragiczne wydarzenia z kwietnia tego samego roku w Racławicach w czasie obchodów kolejnej rocznicy bitwy z 1794 r. Uroczystość zgromadziła kilka tysięcy uczestników. Na interwencję policji zezwolił premier i jednocześnie minister spraw wewnętrznych gen. Felicjan Sławoj Składkowski, który tuż przed 18 kwietnia 1937 r. zakazał urządzania obchodów. Zabito 3 chłopów.


Sierpniowy strajk miał charakter powszechny. Objął duży obszar Polski, zamieszkany przez miliony zrewoltowanych chłopów. Coś analogicznego dotychczas się nie zdarzyło. Strajk polegał na blokadzie dróg, wstrzymaniu dowozu żywności do miast i rezygnacji z zakupów przez 10 dni. Oprócz postulatów ekonomicznych, wśród których najważniejszym była reforma rolna, strajkujący domagali się także: przywrócenia konstytucji marcowej z 1921 r., demokratycznych wyborów parlamentarnych, restrukturyzacji obronności kraju i rezygnacji obozu piłsudczykowskiego z władzy. Wynoszone dziś na piedestał władze sanacyjne stłumiły protest siłą. Oficjalnie zginęło 42 chłopów, 5 tysięcy aresztowano, a 617 skazano wyrokami sądów. Ofiar było prawdopodobnie więcej.


Informacje o strajku cenzurowano. "Gazeta Polska" (ówczesna rządowa tuba) określiła wydarzenia jako „niesłychany cynizm sprawców, warcholskiego tumultu” oraz nazwała bluźnierstwem „haniebny pomysł walki między polską wsią, a polskim miastem w rocznicę historycznego zwycięstwa narodu polskiego nad obcym najazdem” (chodziło o tzw. cud nad Wisłą).


Premier Składkowski sprawie pacyfikacji protestów poświęca wystąpienie podczas posiedzenia komisji budżetowej Sejmu 24 stycznia 1938 r., pokazując butę władzy: "Stwierdzam zupełnie szczerze, tak jak to zrobiłem na plenum Sejmu, że rząd tej sytuacji [strajku rolnego] nie przewidział, nie docenił i to jest winą i błędem rządu. Natomiast będę bronił samych metod opanowania rozruchów, a to dlatego, że na tym tle powstał cały szereg opowiadań i zarzutów. W ogóle ten rok w szeregu ostatnich lat w Polsce jest najspokojniejszy. Jeżeli porównamy liczbę zabitych w różnych latach w Polsce, to będziemy mieli takie cyfry: w 1932 r. - 141, w 1933 - 145, w 1934 - 118, w 1935 - 143, w 1936 - 157, w 1937 - 114. W tych 114 jest 42 tragicznie zabitych w Małopolsce środkowej. Wskutek rozpraszania tłumów przy innych nieporządkach i innych zajściach politycznych zostało zabitych 12 osób...”


Po zakończeniu strajku służby  bezpieczeństwa przystąpiły do ostatecznego spacyfikowania wsi, m.in. poprzez aresztowania działaczy ludowych i ekspresowe rozprawy sądowe. Liczbę zatrzymanych szacuje się na 5 tysięcy osób, co zradykalizowało nastroje na wsi. W efekcie ludowcy na zjeździe w marcu 1938 r. zadekretowali kolejny strajk. Rząd zareagował natychmiast. Już 1 kwietnia 1938 r. premier Składkowski wydał zarządzenie zalecające demonstracyjny marsz oddziałów Korpus Ochrony Pogranicza i policji przez najbardziej zagrożone strajkiem powiaty województwa krakowskiego i lwowskiego. Obok aresztowań, w celu zastraszenia przeprowadzono ostentacyjnie, brutalne pacyfikacje wybranych gospodarzy: 

 

„Przed wieś, w której jeden czy kilku mieszkańców ma być pacykowanych zajedzie samochodami ekspedycja karna, złożona z kilku samochodów, wiozących policjantów. Część samochodów zatrzymuje się przed wsią, inne wjadą do wsi i udając się pod dom skazany na pacyfikację. Policjanci wbiegają do domu, usuwając domowników i rozpoczynają dzieło zniszczenia. Jedni dostają się na dach, który niszczy się gruntownie. Jeżeli jest kryty dachówką, to wybija się w dachu otwory, a dachówki zrzuca się na ziemię i roztrzaskuje. Jeżeli dach jest kryty słomą, to zrywa się poszycie. Jednocześnie niszczy się umeblowanie i w ogóle całe urządzenie wewnętrzne mieszkań, rozbija się meble i wszelkie sprzęty, tłucze się szyby, naczynia oraz butelki, zrzuca się ze ścian obrazy oraz depcze się je razem z innymi przedmiotami. Następnie przystępuje się do niszczenia zapasów żywności. Mąkę wysypuje się i miesza razem z piaskiem i popiołem. Młócone ziarno wdeptuje się w błoto lub rozrzuca się po drodze i na podwórzu. Nie szczędzi się także zwierząt domowych. Były wypadki, że koniom i bydłu łamano nogi uderzeniami kolb i drągów. Gdy dzieło zupełnego zniszczenia zostało już dokonane, ekspedycja karna udaje się do innego domu lub na inną wieś. Wrażenie takiej pacyfikacji jest wprost niesłychane. Do zniszczonego domu powracają domownicy, za nimi przychodzą sąsiedzi. Widzą oni obraz, który zawsze pozostanie w ich pamięci.”
                                                                                                                                                         (opis z Archiwum Akt Nowych)Zakłamywanie historii II RP to rutyna zarówno polityków PIS jak i PO/Nowoczesnej. Skrzętnie wymazuje się historie oporu społecznego poprzez zmianę nazw ulic i narzuca się nam zwykłych morderców jako bohaterów narodowych, takich jak Składkowski. Tak było w Turku, gdzie generał i bandyta Składkowski zastąpił innego generała Świerczewskiego. Tak działa władza kreująca swą tożsamość.
wielki strajk 1937 copy

 

 

 

www.rozbrat.org

W ostatnich latach pewna część środowiska ekologicznego, czy też alternatywnego, podejmuje próby rozkręcania interesów gastronomicznych.
Próby te przyjmują postać zakładania lokali oferujących posiłki wegańskie. Tą drogą alternatywne idee, wzorce kultury i praktyki zaczynają przybierać formę towarową.
Proces utowarowienia polega w tym wypadku na powiązaniu względnie oryginalnego czy egzotycznego wegetariańskiego menu, z ideą ochrony przyrody i z symboliką odwołującą się do spuścizny ruchów ekologicznych. Towar, który łączy ze sobą owe elementy, wytwarzają pracownicy lokalu, a zysk osiągnięty dzięki jego sprzedaży zagarnia ich szef. Prowadząc swój interes, czerpie on z historycznych doświadczeń walk ekologów i ich kreatywności, lecz jego podstawowym celem nie jest rozwój ruchu ekologicznego ani walka o prawa zwierząt i związana z nią zmiana panujących stosunków społecznych.
Tutaj walka toczy się o osiągnięcie dodatniego wyniku finansowego prywatnej firmy. Właściciele gastronomii ekologię i weganizm sprowadzają więc do formy towaru, który sprzedają w celu maksymalizacji zysku.
Zdarza się, że wegański biznes nawiązuje do etosu ruchu ekologicznego i podtrzymuje z nim związki poprzez finansowe wspieranie określonych grup działaczy i eksponowanie używanej przez nie symboliki.
Wraz z udzieleniem takiego wsparcia lokal na różne sposoby informuje o tym swoich klientów, co potencjalnie może wywołać wrażenie, że jest on niejako częścią szerszego ruchu społecznego. Podobne zabiegi służą po pierwsze przywiązaniu starych i zdobyciu nowych klientów, którzy będą skłonni zapłacić więcej za oferowany towar, gdyż zyskają poczucie, że dzięki temu działają na rzecz „wyższej sprawy”.
Po drugie, wspieranie przez lokal „wyższej sprawy” o charakterze ekologicznym, ułatwia jego właścicielowi pomniejszanie znaczenia sprawy pracowniczej. Dzieje się tak, gdy pomoc udzieloną określonej grupie ekologicznej wykorzystuje on do przysłonięcia praktyki pogarszania warunków pracy zatrudnionych przez siebie pracowników.
Środki finansowe, które zostały przez nich wypracowane i w pierwszej kolejności powinny trafić do nich samych, wypływają do zewnętrznej grupy ekologicznej, która jednocześnie zostaje wpisana w ramy kampanii marketingowej konkretnego lokalu.
Bywa więc, że zagarnięcie przez właścicieli firm owoców pracy kucharzy/ek, kelnerów/ek i kasjerów/ek odbywa się z pomocą niektórych organizacji ekologicznych. Ich rola sprowadza się wtedy do ocieplania wizerunku branży, która, jak powszechnie wiadomo, nie jest szczególnie przyjazna dla osób w niej pracujących.
Sięganie do dorobku ruchu ekologicznego celem wzmożenia wyzysku pracowników, idzie w parze z wykorzystywaniem przez biznes stosunków koleżeńskich, na których tenże ruch się opiera.
Owe stosunki są często budowane w kontrze do powszechnie panujących stosunków ekonomicznych. Ich podłożem są wspólne działania, zorientowane na ochronę środowiska, a nie na maksymalizację zysku.
Tego rodzaju stosunki współpracy w zetknięciu z biznesem gastronomicznym tracą jednak swój postępowy potencjał.
Koleżeństwo zakładające brak wzajemnej nierówności we wspólnie podejmowanych działaniach, zostaje zastąpione zakładową hierarchią. Zysk osiągany przez właściciela uzależniony jest od stopnia wyzysku zatrudnionych, walka o wyzwolenie zwierząt nie ma tu nic do rzeczy.
Jeżeli o organizacji pracy i podziale jej wytworów nie decydują pracownicy, odwoływanie się do koleżeństwa jest tylko jedną z metod wyciskania z nich pracy dodatkowej. Jeżeli część wytworów twojej codziennej pracy przywłaszcza ktoś inny, to w takim wypadku nie ma mowy o koleżeństwie.
Pomiędzy wyzyskiwanymi i wyzyskującymi w gastronomi panuje więc nierówność, której utwierdzanie pociąga za sobą rozkład kultury alternatywnej.
Zeszłoroczny strajk pracowników wegetariańskiego baru Krowarzywa w Warszawie, stał się przyczynkiem do dyskusji i działań, dzięki którym powstała Poznańska Międzyzakładowa Komisja Pracujących w Gastronomii przy Ogólnopolskim Związku Zawodowym Inicjatywa Pracownicza. poniżej publikujemy wywiad z działaczem tej komisji pracującym w poznańskim barze Wypas, którego właścicielki, podobnie do szefostwa baru Krowarzywa, sięgają do wspólnego dorobku środowiska alternatywnego po to, aby przekuć go w swój indywidualny zysk.
KK
 
Tekst ukazał się w szóstym numerze A-TAKU
 
 
 
 
Sytuacja pracowników gastronomii (wywiad z działaczem OZZ Inicjatywa Pracownicza)
 
 
Jak doszło do powołania komisji gastronomicznej IP?
 
Pomysł powołania komisji narodził się po konflikcie w „Krowarzywa”, gdzie w reakcji na założenie związku zawodowego na terenie zakładu właściciele próbowali zwolnić całą załogę i dokonać lokautu. Tamta sprawa nabrała mocno wymiaru towarzyskiego, o co na pewno chodziło właścicielom, którzy próbowali grać na tym, że wywodzą się z tego samego środowiska, co zwolnione osoby.
Przez pewien czas w Poznaniu brakowało impulsu do założenia komisji, mimo iż odbyło się spotkanie z warszawską Komisją Pracujących w Gastronomii. Później były kolejne spotkania z byłymi pracownikami warszawskiej burgerowni, przybliżającymi sytuację, która zaczęła obrastać mitami. Ostatecznie ich sprawy skończyły się w sądzie pracy. Impulsem do zawiązania komisji w Poznaniu był konflikt, jaki zrodził się w jednej ze znanych poznańskich knajp wegańskich. Nie przybrał on tak dużego charakteru, jak w „Krowierzywej”.
Wtedy to, w porozumieniu z pracownikami innej knajpy, założyliśmy Poznańską Komisję Pracujących w Gastronomii w ramach związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza. Do związku przystąpiła połowa pracowników skonfliktowanej restauracji, co czyniło ją dość reprezentatywną. Po kilku zebraniach z właścicielkami restauracji udało się osiągnąć porozumienie, które, jak się wówczas wydawało, satysfakcjonowało obydwie strony. Pracownicy uzyskali obietnice spełnienia swoich postulatów, a właścicielki ugodę z pracownikami i przewietrzenie atmosfery, która zagęszczała się od dłuższego czasu.
 
 
Jakie są według Ciebie główne problemy pracowników i pracownic w tej branży?
 
Głównym wyzwaniem w gastronomii jest tymczasowość. Trudno kogoś przekonać do walki o poprawę swojego położenia, jeżeli każdy jest tam na chwilę.
Nawet jeśli tak nie jest, to i tak pracownik zwykle twierdzi, że jest, tkwiąc w tej tymczasowości nawet kilka lat. Pracodawcy często powtarzają, że „gastronomia rządzi się swoimi prawami”. Tak w rzeczywistości jest. Stawka godzinowa jest bardzo niska, a tłumaczone jest to tym, „że przecież są napiwki”, które i tak pracodawcy często sami zabierają. Warunki pracy i BHP pozostawiają wiele do życzenia.
Rzadko można spotkać knajpy oferujące umowę o pracę, a szczególnie umowę, na której wykazany jest rzeczywisty dochód i czas pracy.
Przeważają umowy zlecenie przedłużane w nieskończoność. Częstym jest także praca bez jakiejkolwiek umowy i ubezpieczenia.
To wszystko składa się na to, że aby móc się utrzymać, trzeba pracować często po 300 godzin miesięcznie, bez dodatkowo płatnych nadgodzin, urlopów, a nawet chorobowego. W tej branży nie jest wskazane chorowanie.
Powiedziałeś wcześniej, że w „Krowarzywa” doszło do konfliktu między związkiem i pracodawcą. Jak pracodawcy gastronomii reagują na związki zawodowe? Pracodawcy na informacje, że na terenie zakładu działa związek zawodowy, reagują przeważnie alergicznie, próbują za wszelką cenę dowiedzieć się, kto należy do związku, często strasząc konsekwencjami. U nas w zakładzie pracodawca był zaskoczony, mimo że informacja o istnieniu związku była przekazana już w momencie, kiedy trwał konflikt.
Podobnie było w „Krowarzywa”. Musimy pamiętać, iż związek nie był przyczyną konfliktu, lecz raczej jego konsekwencją. Kiedy pracownicy solidarnie stoją po jednej stronie, pracodawcy nie mają zbyt wielkiego pola do manewru.
Początkowo założenie komisji w Poznaniu, w połączeniu z wieloma rozmowami, rokowało bardzo dobrze. Stosunki z pracodawcami poprawiły się. Wszystko co działo się na zakładzie, wszelkie działania, konsultowane było z przedstawicielami związku. Sprawy szły - jak się nam wydawało - w dobrą stronę.
 
 
Jaki był powód, że pracodawca ostatecznie chciał Ciebie, jako działacza związkowego, i jeszcze jedną osobę, zwolnić z pracy?
 
W pewnym momencie pracodawcę zmęczyło to, że pewne rzeczy trzeba konsultować ze związkiem, że związek monitoruje sytuację na zakładzie, przestrzeganie prawa pracy. Przykładowo, wielokrotnie pytałem współpracowników, czy mają odpowiednio płacone nadgodziny, bo wcześniej był z tym duży problem. Niewygodne było również to, że osoby zrzeszone w komisji były znacznie bardziej świadome swoich praw i nie dało się ich wykorzystywać do wielu rzeczy – takich jak notoryczne wymuszanie wyrabiania nadgodzin, czy nawet unikanie przyjęcia i respektowania grafiku przynajmniej z siedmiodniowym wyprzedzeniem.
To wydaje się absurdem, bo grafiki powinny być przynajmniej miesięczne i roczne… Zgadza się. Zdarzały się też błędne wyliczenia rachunków.
Zwolniono jedną z nowych pracownic tylko dlatego, że w jej imieniu interweniowała komisja. Zwróciliśmy uwagę, że po 8 dniach pracy nie ma nadal żadnej umowy.
Po interwencji otrzymała umowę na kilka dni, która później nie została przedłużona. Tłumaczono to tym, że dziewczyna jest za słaba! Związek czuwał i interweniował. Dysponujemy różnymi pismami, które otrzymał pracodawca. W międzyczasie odeszło z pracy parę osób z komisji (w zakładach gastronomicznych rotacja jest bardzo duża), co zachęciło szefostwo do szukania haków na pozostałych członków, głównie na mnie, jako na chronionego członka prezydium komisji.
Pewnego dnia po jednym z comiesięcznych zebrań, które były jednym z efektów ustaleń podczas poprzedniego konfliktu, otrzymaliśmy pismo adresowane do związku o zamiarze dyscyplinarnego zwolnienia dwojga członków IP. Jako powód został podany fakt, że ktoś zgłosił, iż na słoiku z otrzymanym deserem, została naklejona naklejka grupy „Poznaniacy Przeciwko Myśliwym”, a deser miał mieć nietypowy zapach, jakby wlana była do niego woda po ogórkach.
Stało się to w godzinach naszej pracy. Jak się okazało, była to żona myśliwego, której to się nie spodobało. Co znamienne, naklejki te były wcześniej kolportowane wśród klientów restauracji bez sprzeciwu jej właścicielek. Wiadomo - znaczna część wegańskich klientów nie sympatyzuje z myśliwymi. Każdy też mógł sobie taką naklejkę pobrać.
 
 
Skąd się wzięła sprawa „wody po ogórkach”?
 
Nie wiem. Spekulowano, że przyczyna mogła tkwić w niedomytej zakrętce od słoika, wcześniej użytej w innym celu. Należy zaznaczyć, że na tamten moment ze wszystkich osób zatrudnionych (oprócz nas, co do których zgłoszono zamiar zwolnienia), była jeszcze tylko jedna osoba ze związku, przebywająca na zwolnieniu chorobowym. Reszta zwolniła się sama. Oczywiście przedstawiony zamiar zwolnienia był bezzasadny i związek stanowczo nie zgodził się na zwolnienia. Po otrzymaniu stanowiska związku szefowe odstąpiły od zwolnienia nas i przystąpiły do namawiania na dobrowolne odejście.
 
 
Jak doszło do Twojej ugody i dlaczego się na nią zdecydowałeś?
 
Po wyczerpaniu w/w procedury nadal chodziliśmy do pracy, wykonując ją jak najlepiej, nie dając powodów do kolejnych represji. Sytuacja ta nie była na rękę pracodawcy, więc cały czas naciskał, abyśmy oboje, ja i koleżanka, odeszli dobrowolnie. Na różne sposoby starano się nas do tego przekonać. W końcu analizując położenie komisji na zakładzie i fakt „specjalnego traktowania”, podjęliśmy decyzję, że zawrzemy ugodę z pracodawcą.
Ja odszedłem po wypłacie, jak to określiły właścicielki, dwumiesięcznej odprawy. Natomiast przebywająca w tym czasie na zwolnieniu chorobowym koleżanka, nie dostała póki co takiej możliwości (jako że nie miała ochrony związkowej, nie została potraktowana tak jak ja).
Gdy była na zwolnieniu jako, związek utraciliśmy z nią kontakt i sądziliśmy, że już do pracy nie wróci.
Po jej powrocie pracodawca stwierdził, że ma sama odejść, za porozumieniem stron.
Sugerowano też, że mam się z nią podzielić swoją wynegocjowaną odprawą! Reakcja pracownicy była taka, że postanowiła zostać w pracy ze względu na swoją sytuację finansową. Nie jest to dla niej komfortowe rozwiązanie, biorąc pod uwagę postawę właścicielek. Ta sprawa cały czas nie jest zamknięta dla nas jako związku i czekamy, co wydarzy się w najbliższym czasie.
 
 
Czy widzisz jakąś szansę na dalsze działania w branży gastronomicznej po tych w sumie negatywnych doświadczeniach?
 
Choć mamy tu o wiele więcej przykładów łamania praw pracowniczych niż w innych branżach, „restauratorzy” zapominają o istnieniu Kodeksu pracy, nie jest to więc „łatwy teren”. Głównie właśnie ze względu na dużą rotację, tymczasowość i często brak świadomości swoich praw wśród pracowników/czek - stosunkowo młodych osób, dopiero wkraczających na rynek pracy.
Mamy zamiar kontynuować działalność komisji i doprowadzić do poprawy warunków pracy w gastronomii. Do tego potrzebny jest związek.
Ostatnio dotarły do nas informacje, że następują próby cofnięcia wynegocjowanych wcześniej zmian w zakładzie, w którym pracowałem. To doprowadzi moim zdaniem do ponownego konfliktu.
Mamy obecnie członków i członkinie w kilku knajpach na terenie miasta i zamierzamy cały czas zwiększać swoją liczebność.
 
Wywiad ukazał się w szóstym numerze A-TAKU.
Strona 1 z 32