Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

Jesteś tu:
A+ R A-

Posłowie do książki Ernsta Friedricha - Wojna Wojnie (Krieg dem Kriege)

Dzisiejszemu czytelnikowi czy czytelniczce łatwo jest podejść do niniejszego albumu jako historycznej ciekawostki — wstrząsającej pamiątki z zamierzchłych, brutalnych czasów. Wygodnie jest wierzyć, że w naszym współczesnym, „pokojowym” i przewidywalnym świecie instytucje wojny i przemocy w pełni i skutecznie uczyniono zjawiskiem peryferyjnym. Ostatnich siedemdziesiąt lat przyzwyczaiło nas — obywateli świata zachodu — do względnego pokoju.

 

Czasy wojny nie dobiegły jednak końca wraz ze zwycięstwem Aliantów — konflik­ty zbrojne w niezmienionej formie trwają do dziś. Jedyną różnicą jest fakt, że zostały skutecz­nie usunięte z naszego pola widzenia: zamiast w centrum świata Zachodu, wydarzają się na jego peryferiach. Doświadczenie wojny zaburza nasz spokój jedynie pośrednio, jako medial­ny spektakl o odległym, bezsensownym okrucieństwie. Przemoc wojenna sprawia wrażenie obcej. W ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat w naszej polityce dominowała strategia — na­zwijmy ją „liberalną” — oparta na neutralizacji i wyparciu wojny jako żywiołu, który jedynie od czasu do czasu penetruje nasze bezpieczne granice, forsuje mury bezkonfliktowej, spo­kojnej Europy. Ten nowy porządek miałby powstać na powojennych gruzach starego świa­ta, raz na zawsze pouczonego doświadczeniem wojennego zezwierzęcenia i irracjonalnego okrucieństwa. Odtąd „cywilizacja Zachodu” winszuje sobie przyszłości uporządkowanej, ra­cjonalnej i sytej. Jednak oczyszczony z jawnej przemocy Zachód, budując swą potęgę na tym pięknym, lecz zwodniczym marzeniu, ukrywa koszt, jakim jest ono okupione. Uwodząc swo­ich obywateli kapitalistyczną obietnicą nieustającego dobrobytu, nieposkromionego postępu i niezmąconego pokoju, buduje obojętność na wojnę i wyzysk pustoszące świat zewnętrzny. Nie zaprzątamy sobie głowy wojnami o ropę, sweatshopami w dalekiej Azji czy deregula­cją polityki wewnętrznej suwerennych państw dla ochrony interesów międzynarodowych korporacji, mimo że działania te stanowią fundament podtrzymujący nasz ład i piękny, beztroski sen. Skupieni na swoim jednostkowym dobrobycie obywatele świata zachodniego patrzą na destrukcyjne owoce swej dominacji z paternalistyczną litością i strapieniem. Prze­konani, że żyją w świecie światłych celów i dobrych chęci, nie wojny i wyzysku, w zdewasto­wanych peryferiach widzą świat absolutnej obcości — pamiątkę z zamierzchłych czasów, z czegoś, czego dawno już postanowili wyrosnąć. Jednak ten spektakl egzotycznego, anachronicz­nego bestialstwa ma jedynie odwracać uwagę od kruchości i tymczasowości naszej fanta­zmatycznej utopii — pozwala nie myśleć o tym, że ta zewnętrzna, peryferyjna przemoc jest owocem naszej polityki, co czyni ją nie cudzą — a naszą.

 

 

Strategia ta ma jednak i inną nieprzewidzianą konsekwencję. Dyskurs, który polityczną stabilność uzależnia od odraczanej bez końca obietnicy dobrobytu, nieodwra­calnie atomizuje społeczeństwo. W świecie, gdzie jedynym wspólnym językiem jest język dążenia do indywidualnego sukcesu (w pracy, życiu rodzinnym, rekreacji i rozwoju ducho­wym) niezwykle trudno pomyśleć i zbudować wspólnotę. Mało tego, na wyjałowionym z warto­ści gruncie alienacja ekonomiczna stanowiąca nieuchronną konsekwencję rozwarstwienia społecznego, do którego prowadzi kapitalistyczny sen, zostaje pozbawiona możliwości wy­razu. Nic więc dziwnego, że niezmierzone pokłady frustracji z powodzeniem udaje się zago­spodarować populistycznemu językowi prawicy. „Przegranym” w kapitalistycznym wyścigu szczurów oferuje się nową obietnicę — obietnicę powrotu do silnej wspólnoty, wartości mo­ralnych i realnego wpływu na rzeczywistość. Zamiast jednak zmierzać ku pojednaniu w walce z au­tentycznymi przyczynami niemożliwej do zignorowania alienacji będącej wynikiem kapitali­zmu, dyskurs prawicy reorganizuje społeczeństwo, przekierowując jego uwagę ku kolejnemu marzeniu. Tym razem jednak nie obiecuje nam się już mieszczańskiego spokoju, ale „praw­dziwą”, sprawczą wspólnotę. Jej siła płynie z jasnego wytyczenia granic, które jako gwarant najwyższych, wspólnych wartości domagają się obrony za wszelką cenę. Konsekwencją ta­kiego sposobu myślenia staje się dialektyka „swoich” i „obcych”, która daje poczucie sensu i nie domaga się wyjaśnienia. Zatem tak jak strategia liberalna odwracała naszą uwagę od chaosu świata zewnętrznego obiecując indywidualne spełnienie i sytość, strategia prawico­wa afirmuje ten chaos, wytyczając drogę urzeczywistnienia narodowej potęgi, której osią­gnięcie pozwoliłoby na jego uporządkowanie według „naszych wspólnych” wartości.

 

A skoro dyskurs liberalny odwracał uwagę od wojny czyniąc ją egzotyczną pamiątką z zamierzchłych czasów, narracja prawicowa robi, co w jej mocy, by ją uatrakcyjnić za sprawą uświę­cającej estetyzacji i romantyzacji bohaterskiej walki za ojczyznę. Paradygmat prawicowy nie rozwiązuje jednak problemu kluczowego — podobnie jak liberalny, nie ukazuje nam, że wojen nie prowadzi się w interesie obywateli, lecz dla maksymalizacji zysków globalnego kapitału (przypomnijmy chociażby współpracę „amerykańskich” korporacji IBM, GM, Ford i Coca-Cola z rządem nazistowskich Niemiec w czasie II Wojny Światowej czy ogromne pro­fity czerpane przez Haliburton i Blackwater dzięki wojnie w Iraku), a jedynie czyni ludo­bójstwo wzniosłym i atrakcyjnym. Obie strategie pozostają równie użyteczne dla kapitału, który wykorzystuje je jako sposób na urozmaicenie politycznego spektaklu. Niczym dwie strony tej samej monety, strategie te pozostają powiązane — ich konflikt, który nigdy nie wznosi się ponad pozorność dekoracji scenicznej, pozwala na dobranie stosownej dla panujących warunków kulturowych, ekonomicznych i społecznych strategii sublimacji społecznej frustracji. Choć ich zastosowanie ma realny wpływ na losy milionów, a nawet miliardów ludzi, pozostają scenicznymi rekwizytami, które wykorzystywać można ze względną wymiennością i w do­wolnej niemal konfiguracji. Niestety wywołane przez wojnę realne cierpienie i spustoszenie nie przestają istnieć, niezależnie od tego, czy staramy się o wojnie nie myśleć, czy czynimy ją najpiękniejszym i najwznioślejszym wydarzeniem w dziejach narodu i ojczyzny — obie nar­racje pomagają jedynie zapomnieć i wyprzeć istotę wojny, to jest ból i cierpienie.

 

 

W roku 1924, w świetle koszmaru pierwszej Wojny Światowej, Ernst Friedrich widział jasno, że aby przeciwdziałać wojnie, należy postawić ją w centrum naszej uwagi, nas z kolei w pozycji jej głównej przyczyny. Wojna nie jest bowiem zjawiskiem zewnętrz­nym, wyrasta na glebie stworzonej do hodowli żołnierzy; jest samospełniającą się przepo­wiednią, koszmarną realnością snu o bohaterskiej śmierci. Zgodnie z diagnozą Friedricha wojna jest bezpośrednim skutkiem patriotycznego wychowania wpajanego młodzieży i dzie­ciom przez Państwo na usługach kapitału; ten ostatni wszak wciąż głodny jest nowych żołnierzy gotowych z naiwną narodową dumą oddać życie w jego interesie. Friedrich pisze:

 

Uwolnijcie siebie z burżuazyjnych przekonań!

 

Walcz z kapitalizmem w sobie!

 

 

W naszych myślach i w naszych czynach wciąż czai się niewypowiedzianie wiele z filistra i żoł­nierza, i prawie w każdym kryje się zmusztrowany ,,młodszy rangą”, który chce dominować i do­wodzić, nawet jeśli tylko nad swoimi towarzyszami w rodzinie, swoją żoną czy dziećmi! (s. 28)

 

Zadanie, jakie stawia sobie Wojna wojnie polega na odsłonięciu połączenia po­między pro-państwowym wychowaniem a jego konsekwencjami — na wypowiedzeniu wojny wojnie, to jest zniszczeniu uwewnętrznionych przez ludzi warunków reproduku­jących przemysł śmierci. Ukazanie okrucieństwa wojny uniemożliwia bowiem zarówno wyparcie jej jako obcej naszej kulturze, jak i jej oswojenie wynikające z estetyzacji i pe­dagogicznej instrumentalizacji. Wstrząsająca brutalność albumu nie ma więc charakteru sensacyjnego, nie chce egzotyzować wojny, budować dystansu wobec jej bestialstwa — ze­stawienie pełnych chwały i wzniosłości propagandowych obrazów obowiązku patriotycz­nego z fotografiami przedstawiającymi realne skutki wojny zmusza nas do konfrontacji z pełnym spektrum konsekwencji naszego „bohaterstwa”. Przełamując tabu ofiary wojen­nej i zrujnowanego życia kombatantów, Friedrich rozbraja wizję przyodzianej w roman­tyczne szaty „sprawiedliwej wojny” za ojczyznę (polskim przykładem tej ostatniej może być choćby gloryfikacja „63 dni chwały”, która kompletnie ignoruje 200 tysięcy ofiar cywilnych). Nor­malizację wojny jako irracjonalnej, obcej akcydentalności jak i mężnego narodowego zry­wu, do którego wzywa nas dziejowa konieczność, przełamać można wyłącznie oddolnie, poprzez zmianę wychowania i zabicie w sobie wewnętrznego żołnierza.

 

 

Przykazanie wypowiedzenia wojny wojnie może sprawiać wrażenie prostej i na­iwnej negacji. Jednak jako potencjalne podmioty ludobójstwa, jego faktyczni wykonawcy, musimy zdać sobie sprawę z ogromu pracy, jakim okupiony jest pacyfizm. Niezależnie od ostatecznego celu punktem wyjścia uczynić trzeba opór, odmowę. Friedrich odwraca pa­triotyczną narrację o sile i bohaterstwie, nawołując do zdławienia przemocy w jej zarodku, do odstąpienia od karmienia wojny naszym biernym przyzwoleniem:

 

Silniejsze od wszelkiej przemocy, od szabli i karabinu, jest nasz duch, nasza wola!

 

Powtórz te dwa słowa: ,,Nie będę!”

 

Dodaj treść do tych słów i wszystkie wojny w przyszłości staną się niemożliwe. (s. 30)

 

Osadzeni w więzieniach i szpitalach psychiatrycznych dezerterzy, strajkujący pa­cyfiści, pedagodzy i anarchiści — oto bohaterowie i bohaterki wypowiadający i wypowia­dające w czasach Friedricha służbę kapitałowi pod maską „świętej trójcy”: Boga, Honoru i Ojczyzny. Opór pozostaje jednak jedynie pierwszym krokiem, jeszcze reaktywnym, lecz rozbudzającym w życiu potencję, którą zaktualizować można za sprawą nowych wartości: przyjaźni, wzajemnej pomocy i miłości. Mimo dojmującej rozpaczy, jaka przebija z kart albumu, Friedrich nie ulega pesymizmowi, zamiast tego wskazując drogę ku lepszej przy­szłości w pozytywnym projekcie pedagogicznym. Zarysowana przez Friedricha wojna po­między wychowaniem do śmierci i wychowaniem do życia do dziś pozostaje centralnym napięciem naszej kultury. Głównym celem szkół nie jest bowiem umożliwienie uczniom podważenia autorytetu, ani rozbudzenie odpowiedzialności za świat i drugiego człowieka czy niezgody na niesprawiedliwość, ale wychowanie osób bezkrytycznie przyjmujących wspólną, narzuconą odgórnie narrację, która w wygodny sposób porządkuje ich rzeczywi­stość. Dyskurs patriotyzmu zasadzający się na nekrofilskiej gloryfikacji śmierci jest zwy­czajnie najprostszym dostępnym narzędziem zmuszającym już przedszkolną młodzież do uznania państwa i narodu za wartości same w sobie. Tym właśnie sposobem zapętla się błędne koło kultu śmierci i polityki pamięci. Brak tu miejsca na refleksję, na pytanie: za co ginę? W imię jakich wartości? W imię jakiego życia państwo domaga się mojej śmierci? Spójrzmy na wiersz, którego do dziś od wieku przedszkolnego uczeni i uczone są młodzi Polacy i młode Polki (choć wiersz adresowany jest do domyślnego męskiego odbiorcy):

 

Kto ty jesteś?

Polak mały.

Jaki znak twój?

Orzeł biały.

Gdzie ty mieszkasz?

Między swemi.

W jakim kraju?

W polskiej ziemi.

Czym ta ziemia?

Mą ojczyzną.

Czym zdobyta?

Krwią i blizną.

Czy ją kochasz?

Kocham szczerze.

A w co wierzysz?

W Polskę wierzę.

Czym ty dla niej?

Wdzięczne dziecię.

Coś jej winien?

Oddać życie.

 

Jeżeli przyjrzymy się ostatnim dwóm wersom przez pryzmat analizy Friedricha, ich zaskakująca brutalność staje się absolutnie oczywista — uprzywilejowanie śmierci jako najwyższej realizacji ludzkiego życia jest nieodłączną konsekwencją prymatu abstraktów takich jak Naród i Państwo. Ślepa wiara, posłuszeństwo i fantazmatyczna wspólnota krwi zamykają drogę innym formom samorealizacji i wspólnotowości. Obywatel (Niemiec, Francuz, Polak) i jednostka nie są jednym i tym samym. Jednostka z konieczności stoi w kontrze do narodu, jej indywidualne pragnienia, potrzeby i relacje rozbijają jego absolu­tystyczną, dziejową narrację. Obywatela zaś wytwarza się, konstruuje dla realizacji okre­ślonych, narzuconych z góry celów. Uniformizacja wojskowa, szkolna i pracownicza służą jedynie zwiększeniu kontroli, odwróceniu uwagi jednostki od realnego cierpienia wynika­jącego z kapitalistycznych wojen, wyzysku i konfliktów zbrojnych będących nieuniknionym wynikiem polityki państw narodowych i ich szowinistycznego systemu edukacji. Nie ma tu znaczenia, czy środkiem znieczulającym wykorzystywanym przez systemy władzy będzie szkoła, kościół czy centrum handlowe — skutek pozostaje bez zmian: jest nim jednostka nieczuła na świat, cierpienie innych, potulna i pozbawiona sprawczości. W tak pomyśla­nym projekcie wychowawczym wszelka moc ustalania społecznych celów i wartości leży w rękach kapitalistycznej czy państwowej władzy, nie wspólnoty krytycznie myślących, wrażliwych jednostek. Doświadczenie pierwszej Wojny Światowej do podobnych konklu­zji, aczkolwiek o przeciwnym wektorze aksjologicznym, doprowadziło Benito Mussolinie­go. Dostrzegłszy, do jak wielkich poświęceń gotowi są na froncie żołnierze w imię fan­tazmatycznego mitu Narodu, Mussolini postanowił wykorzystać potęgę idei państwowej dla sformułowania doktryny faszyzmu: ideologii, która z premedytacją rozmywa granicę między jednostką i obywatelem:

 

Człowiek faszyzmu jest jednostką, która jest narodem i ojczyzną, prawem moralnem, które skupia jednostki i pokolenia więzią tradycji i misji, która niweczy instynkt życia zamkniętego w ciasnym kole rozkoszy, aby stworzyć nakazem obowiązku życie wyższe, wyzwolenie z granic czasu i przestrzeni: ży­cie, w którem poprzez samozaparcie, poprzez poświęcenie swoich osobistych korzyści, poprzez samą śmierć urzeczywistnia to istnienie nawskroś duchowe, w którem tkwi jego wartość jako człowieka.1

 

To, co w projekcie Mussoliniego szokuje, ale także — jak uczy nas historia — uwodzi, to porażająca brutalność i bezpośredniość, z jaką opisuje on technikę kontroli nad społe­czeństwem. Wydaje się, że choć opisane przez nas strategie, „liberalna” i „prawicowa” (jak i wszystkie ich formy pośrednie), starają się nie popadać w język faszyzmu, oba paradygmaty chętnie i z powodzeniem wykorzystują jego metodologię — sprawują kontrolę nad trzema kluczowymi elementami społecznej rzeczywistości: większą narracją, wspólnym mitem i obietnicą spełnienia w osiągnięciu wskazanego przez siebie celu.

 

Choć zmianie ulegać może treść, która wypełnia każdą z tych kategorii (narracja postępu albo silnego państwa; mit równych szans na wolnym rynku albo ducha narodu; indywidualny sukces albo odparcie zewnętrznych i wewnętrznych wrogów), mechanizm kontroli i podporządkowania pozostaje ten sam. U jego podstaw leży obłudna, bo niemoż­liwa do spełnienia, obietnica sprawczości — nierealizowalna, gdyż narzucona odgórnie, a przez to skazująca na wieczną bezradność i podległość względem tego, kto wskaże kolej­ny cel, kolejne marzenie, kolejny mit. Jedynym wyjściem z błędnego koła nieziszczonych snów i ucieczek ku innym, równie nieziszczalnym obietnicom wydaje się pogodzenie jed­nostki z własną skończonością i zależnością, przy jednoczesnym uwyraźnieniu spełnienia, jakie przynosi doświadczenie wykorzystania swych ograniczonych sił dla pomocy innym i współtworzenia lepszej rzeczywistości.

 

Głębia i piękno propozycji Friedricha leży w rozpoznaniu, że wartością człowieka nie jest bynajmniej obywatelska śmierć w imię Narodu czy konsumpcjonistyczne spełnienie, ale jednostkowy potencjał do miłości, troski i współudziału w naprawie rzeczywistości. Frie­drich uspokaja nas w zapewnieniu, że świat pozbawiony uniwersalnych wartości i ponadcza­sowych absolutów nie jest bynajmniej światem pozbawionym znaczenia i sensu; przeciwnie — dopiero uświadomiwszy sobie odpowiedzialność, jaka spoczywa na barkach pojedynczej jednostki, jak i całej jej wspólnoty możemy pomyśleć świat, w którym nie jesteśmy sobie wrogami, a przyjaciółmi. Dopiero wówczas, dzieląc odpowiedzialność za świat i siebie na­wzajem, możemy oprzeć się reprodukcji wartości, które nieuchronnie prowadzą do wojen. Życie bowiem nie może rozwijać się w odosobnieniu wyjałowionego z wartości liberalne­go świata kapitalizmu ani wiecznie spoglądać wstecz, karmiąc się snem o potędze narodu i bohaterskiej śmierci. Życie czynne i sprawcze musi opierać się na relacjach — niepodobna sprowadzić je do pośmiertnej chwały męczennika za sprawę narodu ani egoistycznej sytości, gdyż dokonuje się we współtworzeniu lepszej rzeczywistości.

 

Dopiero jednostka wolna od tyranii absolutnych idei zdolna jest odkryć swój nieograniczony społeczny potencjał — zapragnąć nie wiecznej pamięci na tablicy pomnika bohaterów, ale doczesności w samopomocy i miłości. Realizacją tego projektu była dla Friedricha działalność edukacyjno-pedagogiczna. Jego anarchistyczny elementarz Pro­letarischer Kindergarten („Proletariackie przedszkole”) mający na celu edukację dzieci ku wzajemnej pomocy i trosce, wciąż funkcjonujące, berlińskie Antywojenne muzeum, któ­rego działalności niniejsza książka jest odbiciem, a także założone w 1954 powojenne cen­trum spotkań niemieckiej i francuskiej młodzieży robotniczej „Île de la paix” (Wyspa po­koju) mające na celu nawiązanie dialogu i współpracy francuskiej i niemieckiej młodzieży na rzecz pokoju, są inspirującą reakcją na okrucieństwo otaczającej rzeczywistości, próbą otwarcia ludzi na perspektywę i odpowiedzialność stworzenia nowego, lepszego świata — świata bez wojny.

 

 

Andrzej Grzybowski, Maciej Łagodziński

 

 

 

 

1 Benito Mussolini, Doktryna faszyzmu, przeł. S. Gniadek, P. Sandauer, Lwów 1935, s. 18.

Redakcja

Redakcja

Strona www: www.federacja-anarchistyczna.pl E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.