Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

Jesteś tu: Start / Sekcje FA / Kraków /
A+ R A-

Kryzys w mieście-firmie

09 października 2011 r. Dział: Publicystyka
Załamanie zbliża się do nas wielkimi krokami. Dotychczasowy system trzeszczy w szwach. Minimum od 2008 trwa ekonomiczny kryzys, któremu towarzyszą gwałtowne wystąpienia społeczne na całym świecie, w tym Europie. Retoryka naszych władz zmieniła się. Dotąd mówiono, iż „kryzys Polskę ominął”, dziś twierdzi się, że „przechodzi ona go najłagodniej”. Ani jedno, ani drugie stwierdzenie nie jest prawdą. Możemy się spodziewać głębokiej zapaści i gwałtownych społecznych wystąpień. Być może najbardziej zapalnym dziś punktem konfliktu nie będą wybrane branże gospodarki, których pracownicy zwykli wylegać na ulice i strajkować w zakładach, ale miasta. Budżety samorządów lokalnych, zwłaszcza dużych miast, są zrujnowane. Czekają nas podwyżki cen usług komunalnych, „zaciskanie pasa” w sferze socjalnej, zaległości w wypłatach dla nauczycieli, urzędników i strażników miejskich.

Federacja Anarchistyczna s. Poznań, Związek Zawodowy „Inicjatywa Pracownicza” wraz ze Stowarzyszeniem „My Poznaniacy” oraz Stowarzyszeniem Kobiet „Konsola” złożyli na ręce radnych Poznania „Uwagi do Poznańskiego Programu Opieki nad dziećmi do lat 3 na lata 2011-2016” w ramach konsultacji społecznych prowadzonych przez Wydział Zdrowia Urzędu Miasta Poznania.

Liczne krytyczne uwagi do „Programu...”, który zakłada wysokie podwyżki (o 175 zł) oraz prywatyzację żłobków publicznych udowadniają, że program ten nie ma społecznej akceptacji. Autorzy i autorki uwag wyrażają sprzeciw wobec polityki władz miasta nie traktującej braku miejsc w żłobkach jako problemu priorytetowego (mimo braku w Poznaniu ponad 1 600 miejsc) oraz twierdzą, że fundusze na nowe miejsca w żłobkach należy w pierwszej kolejności pozyskać z ogólnomiejskiego budżetu, a nie sięgać do kieszeni rodziców obecnie wysyłających dzieci do żłobków publicznych.

 

Oburzający jest również plan prywatyzacji żłobków, który uzasadnia się dostosowaniem do „warunków gospodarki rynkowej”. Stoi za nim bowiem neoliberalne przekonanie, że instytucje publiczne, w tym placówki opiekuńczo-wychowawcze, mają przynosić zyski. W „Uwagach...” czytamy jednak, że „praktyka pokazuje, że wymogi „warunków gospodarki rynkowej” są w Poznaniu stosowane wybiórczo: przykładowo, Stadionu Miejskiego w Poznaniu nie zbudowano na zasadach gospodarki rynkowej, otrzymał on bowiem finansowanie z budżetu ogólnomiejskiego, w wysokości umożliwiającej wybudowanie setek publicznych żłobków.”.

 

Autorzy i autorki żądają: wstrzymania podwyżek opłat za żłobki; stworzenia alternatywnego programu opieki nad dziećmi do lat 3, nie zakładającego podwyżek; konsultowania go z mieszkańcami; utworzenia nowych miejsc w żłobkach publicznych. Dostęp do żłobków nie jest dobrem luksusowym, lecz prawem rodziców i obowiązkiem gminy.

 

Podwyżki opłat w publicznych żłobkach o 175 zł miesięcznie spowodują, że wielu rodziców, zwłaszcza samotnych, po prostu nie będzie stać na wysłanie do nich dzieci. Ograniczony dostęp do publicznych żłobków wyklucza część rodziców (w dużej mierze kobiety) z rynku pracy skazując ich niejednokrotnie na bezrobocie lub niskopłatne i niestabilne prace dorywcze wykonywane często w niepełnym wymiarze czasu pracy. Szczególnie niekorzystnie wpływa to na położenie gorzej usytuowanych gospodarstw domowych, których możliwości uzyskania dochodów z pracy zostają dodatkowo zawężone.

 

Więcej informacji na temat sprzeciwu wobec podwyżek cen w żłobkach:

http://www.rozbrat.org/publicystyka/sprawy-lokalne/2418-zlobek-to-nie-firma

http://www.ozzip.pl/dokumenty/oswiadczenia/1243-przeciwko-podwykom-cen-obkow

http://www.ozzip.pl/publicystyka/spoleczenstwo/1249-za-opiek-nad-najmodszymi-nie-moe-wystarczy-wdziczno

http://www.rozbrat.org/informacje/poznan/2455-przeciwko-podwyzkom-cen-zlobkow-akcja-informacyjna

Mieszkańcy Poznania!

Powstrzymajmy eksmisje, przepędźmy darmozjadów z ratusza!

Nie pozwólmy wybudować GETTA KONTENERÓW!


przeczytaj oświadczenie

PRZYŁĄCZCIE SIĘ DO OPORU!!!

Obwieszczenie Federacji Anarchistycznej s. Poznań!

Mieszkańcy Poznania!

Powstrzymajmy eksmisje, przepędźmy darmozjadów z ratusza!

 

Władze miasta rozpoczęły bezwzględne działania wymierzony we wszystkich z nas. Przy coraz gorszej sytuacji w zakładach pracy, rosnących kosztach utrzymania, większym bezrobociu, każdemu może zabraknąć na czynsz czy opłaty. Zawiśnie nad nim groźba eksmisji. Jednak biurokratów z ratusza to nie obchodzi!

Tego lata zapadła decyzja o przymusowym wysiedleniu z komunalnych mieszkań ok. 300 rodzin, w tym kobiet w ciąży, dzieci i osób schorowanych. Brutalna akcja eksmisyjna do hoteli robotniczych, a potem „pod most” – trwa! Po cichu cały czas trwają eksmisje z lokali należących do prywatnych właścicieli, a liczba ich nie jest znana.

Za powód podaje się zadłużenie lokatorów. Ale czy miejscy biurokraci i prywatni kamienicznicy patrzą skąd się to zadłużenie wzięło? Nie! Może trzeba było wybierać między lekarstwami dla dzieci, a czynszem? Między łapówka dla lekarza, a rachunkiem za prąd? Ci którzy zarabiają wielokrotnie więcej niż przeciętny Poznaniak – miejscy wyżsi urzędnicy, prezydenci, radni i biznesmeni – są na to obojętni. Liczy się tylko rachunek, choćby nawet kosztem zdrowia czy życia.

Prezydent Grobelny twierdzi, że nad wszystkimi eksmitowanymi ciąży wyrok sądu. Ale czy tych, którzy stracili mieszkanie wyrokiem sądu, stać było na swojego adwokata? Nie! Czy zatem ten spór z prawnikami miasta był uczciwy? Nie! W konfrontacji z biurokratyczną machiną państwa, z góry byli skazani na porażkę. 

Federacja Anarchistyczna zapowiada bezpardonową walkę o prawa każdego do mieszkania, do życia w godnych warunkach. 

Będziemy bronić tych, których machina biurokratyczna przeznaczyła na wysiedlenie pod most czy do blaszanego kontenera.

 

Przyłącz się do oporu!

Bojkotuj skorumpowaną władzę i wybory do parlamentu!

Poinformuj innych o treściach zawartych w tym obwieszczeniu!


Oświadczenie przesłane do Radnych Miasta Poznania

 

Oświadczenie

w sprawie eksmisji i budowy kontenerowych osiedli mieszkalnych

W związku z zaplanowanym na 30 sierpnia posiedzenia Rady Miasta Poznania wyrażamy swój zdecydowany sprzeciw i oburzenie. Po raz kolejny w programie posiedzenia nie znaleziono miejsca na przedyskutowanie palącej kwestii dotyczącej działań podejmowanych w ostatnich tygodniach przez Zarząd Komunalnych Zasobów Lokalowych, który wbrew – jak rozumiemy – intencji Rady i bez jej ostatecznej akceptacji, podjął działania w celu posadowienia osiedla kontenerowego przy ulicy Średzkiej.

Rada milczy i wydaje się być też obojętna wobec zaplanowanej i realizowanej przez ZKZL akcji eksmisyjnej dotyczącej 300 rodzin, w tym – jak wynika z danych Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie – dzieci, kobiet w ciąży i osób chorych. Wysiedlenia te odbywają się przy akceptacji prezydenta Grobelnego, który zasłaniając się wyrokami sądowymi, publicznie przyznał, że nie będzie dyskutował w tej sprawie z Radą. Do tej bezczelności posuwa się osoba, na której ciążą poważne zarzuty korupcyjne! Tymczasem społeczne konsekwencje brutalnych, masowych wysiedleń faktycznie dotykają wszystkich mieszkańców Poznania, nie tylko wskazanych do usunięcia z lokalów „na bruk”.

 

Federacja Anarchistyczna s. Poznań oraz Poznańska Komisji Międzyzakładowa OZZ „Inicjatywa Pracownicza” żądają:

- Natychmiastowego odstąpienia od budowy kontenerowych osiedli w Poznaniu i  ogłoszenie decyzji publicznie.

- Żądamy zaprzestania zapowiadanych przez ZKZL eksmisji do hoteli robotniczych, które faktycznie są „eksmisjami na bruk”.

- W związku z prowadzoną antyspołeczną polityką, ignorowaniem głosu opinii publicznej i Rady Miasta żądamy odwołania ze stanowiska dyrektora ZKZL Jarosława Pucka.

 

Przypominamy, że strona społeczna przedstawiła szereg analiz i ekspertyz, socjologicznych i prawnych, dotyczących osiedli kontenerowych, na które nie doczekała się żadnej odpowiedzi, nie mówiąc, że nie zostały one przedyskutowane. Zarząd miasta nie przedstawił w tej sprawie żadnych analiz, których oficjalnie domagała się Komisja Gospodarki Komunalnej i Polityki Mieszkaniowej. Jej stanowisko zostało zignorowane. Władze miasta nie wywiązały się także z publicznie złożonych obietnic dotyczących podjęcia rzeczowej dyskusji w sprawie kontenerów. Wobec tego dictum władzy nie pozostaje nic innego, jak na bezwzględną przemoc stosowaną wobec najuboższych warstw mieszkańców Poznania, odpowiedzieć radykalnymi krokami.

Dziś o godz. 13.00. podczas sesji rady Miasta Poznania odbywała się akcja przeciwko planom postawienia osiedla kontenerów socjalnych w Poznaniu. Wzięło w niej udział kilkanaście osób, głównie z Federacji Anarchistycznej, która wezwała do protestu (oświadczenie czytaj TUTAJ). Akcję poparło kilka osób ze środowiska poznańskiej Krytyki Politycznej.

Protestujący pierwotnie zebrali się pod salą sesyjną Rady Miasta rozdając oświadczenie wchodzącym i wychodzącym radnym oraz innym osobom. Następnie postanowiono wejść na salę. Prowadzący obrady Rady, w ewidentnie protekcjonalnym tonie stwierdził, że „wycieczka” zasłania widoki i poprosiły, aby przesunęła się w inne miejsce pomieszczenia. W odpowiedzi protestujący stwierdzili, że mają prawo protestować i stać w tym miejscu gdzie się znajdują. Na Sali zaoponował harmider. Sesję Rady przerwano, a radni zaczęli opuszczać salę. Protestujący wznosili okrzyki: „Nie dla getta kontenerów”. Interweniowała Straż Miejska i doszło do przepychanek. Sytuację próbował uspokajać przewodniczący Rady Grzegorz Ganowicz. Ostatecznie nikogo z protestujących nie zatrzymano. Już po wyjściu z magistratu na miejsce przyjechała policja.

Przypomnijmy, że w ubiegłym tygodniu dyrektor Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych ogłosił swoją decyzję, iż rusza realizacją budowy kontenerowego osiedla w Poznaniu przy ulicy Średzkiej. W uzasadnieniu stwierdził, iż spowodowane jest to faktem, że Rada Miasta do końca czerwca 2011 roku nie rozpoczęła debaty na temat kontenerów. Stanowisko takie ze zdumieniem przyjął przewodniczący Komisji Gospodarki Komunalnej i Polityki Mieszkaniowej Rady Miasta, który stwierdził w wypowiedzi dla prasy, że ma pisemne zapewnienie prezydenta miasta, iż na potrzeby debaty zostaną przedstawione odpowiednia opracowania, które nigdy do rąk radnych nie trafiły.

Wobec arbitralnych decyzji dyrektora ZKZL, ignorujących opinię publiczną i Radę Miasta, należy stwierdzić, iż dzisiejszy incydent jest na to odpowiedzią. Władze miasta składały deklaracje, że kwestia kontenerów zostanie rzetelnie przeanalizowana i przedyskutowana. Okazuje się, że były to czcze deklaracje i zostały przekreślone decyzją jednego urzędnika.

Jako Federacja Anarchistyczna konsekwentnie domagamy się natychmiastowego odstąpienia od budowy kontenerowych osiedli w Poznaniu. W związku z ignorowaniem głosu opinii publicznej i Rady Miasta żądamy także odwołania ze stanowiska dyrektora ZKZL Jarosława Pucka. 

Pikietujący zapowiedzieli, że w razie kontynuacji projektu budowy osiedla kontenerów socjalnych, akcję protestacyjne się nasilą.
29 maja z okazji Dnia Dziecka, Wydział Zdrowia i Polityki Społecznej wraz z "Caritasem" Archidiecezji Poznańskiej przygotował na Ostrowie Tumskim w Poznaniu festyn rodzinny. Podczas ostatniego posiedzenia Komisji Rodziny, Polityki Społecznej i Zdrowia wydział organizujący obchody Dnia Dziecka przedstawił projekt podwyżki opłat za umieszczenie dziecka w poznańskim żłobku o 175 zł. W związku z tym reprezentanci Stowarzyszenia Kobiet Konsola, Inicjatywy Pracowniczej, Stowarzyszenia My-Poznaniacy oraz Federacji Anarchistycznej zorganizowali akcję ulotkową mająca na celu nagłośnienie planowanej podwyżki oraz przedstawienie swojego stanowiska w tej sprawie. Stawiły się lokalne media, rozdano 2 tys. ulotek o poniższej treści:

Prezent władz na Dzień Dziecka? ŻŁOBKI DROŻSZE o 175 zł!

Wydział Zdrowia i Spraw Społecznych urzędu miasta chce podnieść opłaty za żłobki publiczne o 175 zł – do 525 zł/miesiąc. Przygotowany przez Wydział projekt zmian jest nie do przyjęcia. Odpowiedzialna i długofalowa polityka społeczna i edukacyjna to obowiązek władz miasta, utrzymywanych przez nas. Poznań jest miastem ludzi uczących się i studiujących, absolwentów trzeba zachęcić do pozostania w mieście. Dlatego tak ważne są nakłady na szkoły, żłobki i przedszkola. Gdyby obecny prezydent traktował opiekę nad dziećmi i edukację tak poważ-nie jak Euro 2012, to liczba miejsc w poznańskich żłobkach wzrosłaby kilkukrotnie.

Nie zgadzamy się na podwyżkę opłat za żłobki!

Projekt miasta jest nierzetelny i nie rozwiązuje problemów opiekuńczych rodziców. Podwyżka opłat uderzy w rodziców w najtrudniejszej sytuacji materialnej. 525 zł to blisko 40% płacy minimalnej, częstej w supermarketach – niektóre sponsorują dzisiejszy festyn. Polityka społeczna ma wspierać najuboższych, a nie opróżniać ich kieszenie!


Władze muszą stworzyć nowe miejsca w żłobkach!


Coraz więcej wniosków o miejsce w żłobku jest odrzucanych: od 120 w 2006 i 687 w 2008 r., do 1619 osób w 2010 r. Według norm UE, do 30% dzieci do 3 roku życia powinno być objętych opieką instytucjonalną! Według ankiety urzędu miasta 70% poznaniaków chce tanich żłobków publicznych. Prywatne preferuje 4,4% ankietowanych. Prezydent ignoruje te opinie.

Ważne są podwyżki płac dla pracowników żłobków!

Opiekunka w żłobku, zatrudniana obecnie przez samorząd, zarabia ok. 1580 zł brutto, salowa ok. 1100-1300 zł. Podwyżki opłat za żłobki nie poprawią ich sytuacji materialnej. W Poznaniu 100-150 osób pracuje w żłobkach, podwyżka dla nich o 200 zł to mały wydatek dla budżetu. Za opiekę nad najmłodszymi mieszkańcami Poznania nie wystarczy wdzięczność rodziców!

Żłobek to nie firma!

Żłobek to nie firma pracująca dla zysku. Polityka społeczna ma swoją wartość, na którą należy zagwarantować środki w budżecie. Przygotowania do  Euro 2012 spustoszyły budżet. Dziury w budżecie nie można łatać kosztem rodziców o najniższych dochodach.

Jako rodzice, przyszli rodzice, dziadkowie, opiekunowie dzieci oraz działacze i działaczki społeczne żądamy konsultacji społecznych ws. opłat za żłobki. Podwyżki nie zastąpią polityki społecznej, która ma doprowadzić do sprostania unijnym standardom. Żądamy nowych miejsc w żłobkach publicznych oraz podwyżek płac dla ich pracowników. Znalezienie w budżecie środków na ten cel powinny być priorytetem władz!

Apelujemy do mieszkańców o uczestnictwo w posiedzeniach Komisji Rodziny, Polityki Społecznej i Zdrowia rady miasta. Następna komisja odbędzie się prawdopodobnie 30 czerwca. Tylko wspólnie możemy spowodować sensowne działania władz miasta i zablokować podwyżki opłat.

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o przyszłych spotkaniach, komisjach i akcjach protestacyjnych wyślij maila na adres: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. .

_DSC5976
Dyskusję poprzedzi prezentacja dotycząca działań ruchu antynuklearnego jaki powstał w Polsce i Wielkopolsce po katastrofie w Czarnobylu w drugiej połowie lat 80., a następnie przedstawiona zostanie sytuacja i najważniejsze argumenty antynuklearnego ruchu po awarii w Fukushimie. Prelegentem będzie Jarosław Urbański związany z Federacją Anarchistyczną i skłotem Rozbrat, dawniej uczestnik ruchu Wolność i Pokój, organizującego antynuklearne protesty na terenie kraju i w Wielkopolsce.
Wczoraj (17 maja) 15:00 pod Biurem Poselskim Platformy Obywatelskiej, przy ulicy Zwierzynieckiej w Poznaniu, odbyła się pikieta przeciwko represyjnej polityce tej partii. Impulsem do protestu stały się wydarzenia ostatnich dni z Gdańska i Katowic. 

W przypadku gdańskiego protestu lokatorów, urzędnicy podlegli prezydentowi miasta – członkowi PO – Pawłowi Adamowiczowi, próbowali wpłynąć na przebieg trasy „Marszu pustych garnków”. Kiedy się to nie udało, trasę legalnej manifestacji zagrodzili wynajęci przez miasto ochroniarze. W wyniku ich akcji sześć osób odurzonych gazem zabrała karetka, kilkanaście zostało poturbowanych.

4. Wiece – dyskusja wokół kwestii zawodowych i równouprawnienia kobiet.

1904 – pierwsze starcie

Początkowo ruch kobiecy koncentrował się na sprawach czysto narodowych, zwłaszcza obrony nauki dzieci w języku ojczystym. Pierwszy wiec (październik 1900 r.), w który miało wziąć udział ok. 2000 osób – jak pisano – różnych stanów, dotyczył właśnie tego zagadnienia i nie wzbudził większych kontrowersji, bo generalnie zgodny był z dotychczasową linią polityczną wielkopolskich ziemiańskich i drobnomieszczańskich elit.(44) W miarę usamodzielniania się ruchu kobiecego i przybierania postaci bardziej prosocjalnej, jego działalność natrafiała na coraz częstsze i bardziej gwałtowne ataki ze strony środowisk zachowawczych. Do pierwszego poważniejszego „zderzenia” doszło w związku z wiecem zorganizowanym przez siostry Anielę i Zofię Tułodziecką (45) w październiku 1904 roku. Pomimo bardzo umiarkowanego programu dotyczącego przede wszystkim kwestii ochrony kultury i języka narodowego, oraz odezwy skierowanej do wielkopolskich kobiet, utrzymanej w duchu narodowym i katolickim, ówczesna polska prasa zaczęła tę inicjatywę torpedować. W rubryce Głos Obywatelski „Dziennik Poznański” publikował wypowiedzi, przede wszystkim kobiet, które krytykowały ideę wiecu, stwierdzając, że kobiety winny być wierne roli matki-Polki i uczestniczyć w kwestiach społecznych, „...bez hałasu, bez występowania na arenie publicznej...”, zarezerwowanej oczywiście dla mężczyzn. Szczególnie obawiano się wzrostu znaczenia tendencji feministycznych, dlatego stwierdzenia kobiet, przytaczane na łamach prasy, w rodzaju „wstrętne mi są emancypantki” nie należały do rzadkości, nawet w przypadku kiedy starały się one bronić idei i trybu zwołania wiecu. Jedna z czytelniczego „Dziennika Poznańskiego” pisze: „Feminizm wybujały, o którym matko-polko piszesz, jest tworem Twojej wyobraźni, na prowincji bowiem nic o nim nie wiemy – za to pragniemy wszystkie być prawemi obywatelkami i czynnemi polkami. Piszesz Pani, że występowanie publiczne kobiet uważasz za objaw niezdrowego feminizmu. Zapytuję więc Ciebie, jaki feminizm uważasz za zdrowy, bo ja potępiam wszelki feminizm”. Gazeta z chęcią drukowała tego typu wypowiedzi, bowiem chodziło jej właśnie o przypięcie pojawiającemu się właśnie niezależnemu ruchowi kobiecemu łatki „feminizmu” i najlepiej także „socjalizmu”, co miało go w oczach opinii publicznej zdyskredytować. Kiedy prasa zachowawcza demonstrowała swój dystans i krytyczny stosunek do środowiska zwołującego wiec to prasa socjalistyczna, o niewielkich jednak w Wielkopolsce wpływach, wezwała do masowego w nim uczestnictwa. 

Nagonka prasowa doprowadziła do tego, że wiele kobiet publicznie wycofało swoje nazwiska z listy organizatorek. Sytuacja ta skonfliktowała środowisko związane z siostrami Tułodzickimi z poznańskimi pismami, przede wszystkim z „Dziennikiem Poznańskim”, uważanym przez socjalistów za tubę ziemiaństwa. Aniela Tułodziecka stwierdziła na zakończenie wiecu, że kobiety nie potrzebują rad poznańskiej prasy i sobie bez niej poradzą. Jedna z referentek miała się głośno dopytywać wśród przedstawicieli prasy „o redaktora pewnego pisma, któremu odgrażała się dębowym kijem. Na szczęście ani kija, ani owego redaktora nie było”. Przedstawiciele „Dziennika Poznańskiego” nie zostali bowiem na zgromadzenie zaproszeni. Ostatecznie wiec odbył się bez przeszkód i okazał się frekwencyjnym sukcesem. Nie był on ani żadną sensacją, ani skandalem. Większość referujących kobiet (Zofia Tułodziecka nie przemawiała) zajęła stanowiska raczej konserwatywne lub co najwyżej umiarkowane, nawołujące kobiety do aktywnej roli w dziele wychowania młodzieży w duchu patriotycznym i religijnym. Wezwano do obrony zasady narodowościowego podziału w handlu, walki z alkoholizmem, itd. (46)

Na łamach tygodnika „Praca” jedna z działaczek pisała, że „Dziennik Poznański” walczył „z urojonymi wrogami, z cieniami. Wielu upatruje w ruchu kobiecym coś w rodzaju socyalizmu. Ileż to przeróżnych pojęć ukrywa nazwa ta pod swoją szeroką tarczą”. I dodawała, a propos samego wiecu: „Tymczasem wiec ostatni wygłosił i oklaskiwał tylko przeważnie myśli zdrowe, bardzo skromne, nie wychodzące poza niewielką skalę poprawy naszego losu”(47). Zachowawcza prasa odetchnęła z ulgą przypisując sobie „sukces” i zachowując czujność na przyszłość. 

1905 – feministki, Żydówki, socjalistki

Jeszcze większe działa wytoczono przeciwko niezależnemu poznańskiemu środowisku kobiecemu przy okazji odbywającej się w październiku 1905 roku konferencji feministycznej w Krakowie, której jedną ze współorganizatorek była Zofia Tułodziecka, zasiadająca w prezydium zgromadzenia. „Dziennik Poznański” od początku odmówił publikacji programu zjazdu, i od razu w pierwszych relacjach stwierdził, że odbywał się pod hasłami „wojującego feminizmu”. Według „Dziennika”, zjazd potępił „cały system dzisiejszej szkoły, oświadczył się przeciwko wychowaniu religijnemu dzieci...” Jako jedyny problem doniosły gazeta uznała kwestie walki z „rozpustą” i „alkoholizmem”; „Jednakże nie bez ale – pisze „Dziennik” – Jest zrozumiałem samo przez się, że sprawa nierządu, walka z handlem żywym towarem nie powinny i nie mogą wprost być tematem rozpraw publicznego zebrania, w któremu liczebnie przeważają młode dziewczęta i chłopcy w mundurkach gimnazyalnych”. Jeżeli chodzi o zagadnienia pracownicze, gazeta przedstawiła poglądy Golińskiej, która miała nawoływać kobiety do zakładania kooperatyw „zamiast zastępować mężczyzn przy wszelkich zajęciach biurowych, gdzie otrzymują wszystkie źle płatne i podrzędne stanowiska...”(48) Zażądała jednocześnie dla kobiet płacy równej mężczyznom w każdym zawodzie i stwierdziła, że powinny tworzyć one zawodowe organizacje kobiece lub przystępować do organizacji męskich. Kwestie merytoryczne były jednak marginalne. Poznańska prasa, nie tylko „Dziennik Poznański”, skupiła się na wyszydzaniu i atakowaniu zjazdu. Negatywną bohaterką została Estera Golde (49), którą obwiniano po trzykroć: ponieważ była kobietą, socjalistką i Żydówką. Oliwy do ognia dolała dyskusja, podczas której zgromadzane uczestniczki konferencji atakowały wielkopolskie elity. „Dziennik Poznański” donosił: „Między innymi sprawiono łaźnię W[ielkiemu] Ks[ięstwu] Poznańskiemu za ‘reakcyjność’ i przykładem ‘zwyrodnienia’”. Co jednak ważniejsze, zaatakowano prasę: „...która z takiem poświęceniem i w tak trudnych warunkach broni praw narodowych – określono jako ‘znikczemniałą’, a przywiązane do katolicyzmu nazwano ‘gorszem od hakaty’” (50). Ostatecznie miano przyjąć rezolucję, w której uznano katolicyzm „największą zaporą rozwoju kultury i narodowości w Poznańskiem”. „Zatem większą niż ucisk pruski!” – wołał „Dziennik”, w którego opinii jedyną zasługą zjazdu „jest wskazanie na jakim poziomie cywilizacyjnym znajduje się kółeczko feministek, które zjazd zorganizowały. Prymitywność i chaos pojęć, jakie wyszły przytem na jaw, mogły były istotnie zakłopotać nawet partyę socjalistyczną, która zbyt pospiesznie złakomiła się na nowe ‘towarzyszki’, nie przypuszczając, iż zdobycz tak łatwa, będzie zarazem dla partyi tak żenująca”. Wzorem roku 1904, „Dziennik” postanowił podać również pozytywne przykłady ruchu kobiecego („..obok ruchu feministek istnieje tam rzetelny ruch kobiet...”), prezentując poglądy i zakres działania krakowskich organizacji kobiecych, a ściślej Polskiego Związku Niewiast Katolickich, założonego w 1900 roku i reprezentującego – wg jednej z działaczek – „znaczną większość kobiet w Krakowie, które, przyznając się bez zastrzeżeń do zasad katolickich, stoją tem samem wiernie na gruncie tradycji narodowych. Otwarty jest wszystkim paniom i dorosłym pannom wyznania katolickiego, że wszystkich warstw społecznych, mniej więcej wykształceniem do siebie zbliżonych. Ma na celu zespolenie kobiet polskich w pracy społecznej...” W tekście przedstawiona jest działalność różnych stowarzyszeń kobiecych Krakowa, w tym także robotniczych jak np. liczące wówczas ok. 300 osób stowarzyszenie łączące robotnice z fabryki cygar. Tak prezentuje ona natomiast podstawy ideowe ruchu: „Duch nasz wyprowadził już i naszą kobietę ze sfery, w której się zamykała do niedawna, ze sfery domowego życia i indywidualnych aktów miłosierdzia. Wyprowadził ją nagle i wprost aż na pole współzawodnictwa z męską połową ludzkości na pole walki, burząc u niej nieraz równowagę umysłu i serca, propagując pomiędzy nią skrajne doktryny, napawając ją często goryczą i jadem i szukając w niej podatnego materyału do agitacji socyalnej i politycznej. Kierunek ten, tak zwanej emancypacji kobiecej, odznacza się jednak tem, że chwycił się od razu skutecznego środka reklamy, że wszystko czyni się z hałasem, że każde działanie wyprowadza się na widownię publicystyki, nadając mu daleko większą doniosłość, niż je ma w rzeczywistości, ciesząc się nieraz i z tego rozgłosu, który wynika z głosów krytyki i potępienia, odzywających się z obozu, broniących starych cnót i tradycyi i ich zachowaniem się przerażającego. Szczęściem, że ten ‘stary obóz’ nie ogranicza się do krytyki i przestrogi, że sam licząc się również ze zmienionymi warunkami, jął się dodatniej na polu społecznym niewiast pracy i że pozytywnymi rezultatami tej pracy już się może wykazać”

Krytyka zachowawczej prasy w poznańskim jaka się pojawiła podczas krakowskiego zjazdu, została przez redaktorów w Wielkopolsce odczytana jako kontynuacja sporu sprzed roku. Choć Zofia Tułodziecka miała bronić Wielkopolski podczas zjazdu, przeciwko niesłusznym według niej zarzutom, sytuacja ta została wykorzystana przez tutejsze gazety do frontalnego na nią ataku. „Orędownik” pisał, pijąc do Tułodzieckiej i jej koleżanek: „Panie te powinny były wiedzieć, że to są kobiety [uczestniczące w zjeździe] w znacznej mierze duchowo pokrewne z temi obcemi żywiołami socyalistycznemi i rewolucyjnemi, których ogniskiem są Niemcy i Rosja, które teraz w znanych strejkach i zaburzeniach chciały zdobyć moralne rządy nad całem spoleczeństwem polskiem w Królestwie, przygnieść, zgnieść inteligencję narodu i zapanować na narodem...” (Fragmenty tego artykułu przedrukował także „Dziennik Poznański”). Inne tytuły formułowały zarzuty jeszcze bardziej ostro. „Postęp” za „Gazetą Narodową” pisał: „Jeżeliby chodziło o wykazanie, jak bardzo niedojrzałemi pod względem politycznym, są kobiety wogóle, to wystarczyłoby ogłosić dokładnie sprawozdanie z wieca. Chaos, bezmyślność, brak logiki walczą tam o lepsze z próżnością i zarozumiałością, opartą na przykrym dyletantyźmie. Tych kilka rozsądnych kobiet, które uczestniczą w wiecu, są wprost zażenowane i zawstydzone wybrykami wojującemi feminizmu, który jest tylko pokrywką dla żydowsko-socjalistycznej agitacyi. I oto właśnie jest najcharakterystyczniejsze: wiec opanowały żydówki i socyalistki; bardzo wiele wiecowiczek nie hołduje ani bezwyznaniowości ani kosmopolityzmowi, a jednak żadna nie miała odwagi przyznać się głośno do swoich przekonać, – co jeszcze raz dowodzi, że kobiety zawsze się powodują cudzemi opiniami...”. Wreszcie „Goniec Wielkopolski”: „Nie zjazd kobiet polskich, lecz szopka żydowsko-socyalistyczna mała miejsce w prastarej stolicy Polski... Czy nie oblały się rumieńcem wstydu za swoją obecność tam, gdzie socyalizm i żydostwo urągało naszym ideałom?”(51) W obronie Tułodzieckiej stanął natomiast tygodnik „Praca”, stwierdzając – daleki będąc od pochwały socjalizmu – iż ze wrzawy wokół zjazdu krakowskiego „starają się co prędzej zysk należyty wyciągnąć zwolennicy zastoju i zacofania”. Autor tych słów nazywa „Dziennik Poznański” „starym wrogiem” ruchu kobiecego i polemizował z jego tezami dotyczącymi feminizmu, zarzucając gazecie, że wszystko co dobre przypisuje prawicy, a co złe lewicy.(52)

Nagonka jednak sprawiła, że część kobiet i działaczek wystąpiła ze Stowarzyszenia Personału Żeńskiego uznając je, wobec przypisywanych mu tendencji socjalistycznych i ateistycznych, za zbyt radykalne. Pod wpływem tych zarzutów Tułodziecka miała się wówczas wypowiedzieć, że: „socjalistką nie jestem i nigdy nie będę, bo zbyt drogie są mi moje ideały narodowe i religijne”, ale w dalszym ciągu miała uznawać wartości „kobiecego ruchu postępowego”(53). Na ile jej deklaracja była szczera, a na ile podyktowana próbą obrony się przed atakami – trudno stwierdzić. 

Dyskredytowanie ruchu poprzez przypisywanie mu tendencji socjalistycznych miało go pogrążyć i pozbawić wpływów. Była to próba stłumienia radykalizujących się poglądów społecznych i pojawiających się coraz częściej postulatów socjalnych, kwestionujących dotychczasową narodowo-religijną poprawność polityczną. Dodajmy, że problemy takie miały nie tylko organizacje kobiece. Działacz Towarzystwa Młodzieży Kupieckiej (TKM), pokrewnej Stowarzyszeniu Personału Żeńskiego (SPŻ) organizacji, z którą w 1920 r. SPŻ się połączy, pisał: „...warunki narodowe nakazywały usuwać dążności socjalne na daleki plan, mimo jednak wszystko dziwnem wydaje, że przez dziesiątki lat nie wypłynęło żadne dążenie socjalne, ani nawet poruszonem nie zostało. Tendencje widoczne nurtowały tylko w głębi duszy, pracownicy nie mieli odwagi stawiać żądania konkretnego: byliby bowiem uchodzili za ‘socjalistów’, czego – broń Boże – nie chcieli się doczekać”(54). Tym niemniej w roku 1903 TMK wysunęło pierwszy swój postulat „polityczno-socjalny”, mianowicie domagając się regulacji odnośnie pracy w niedziele. Kiedy pozostały one bez echa, polscy pracownicy handlu poparli swoich niemieckich kolegów, de facto łamiąc obowiązującą zasadę podziałów narodowościowych w branży. Towarzystwo zaczęło ewoluować w kierunku bardziej radykalnym, czego następnym dowodem było wybranie przewodniczącego nie spośród pracodawców, roztaczających na TMK patronat, ale pracowników. Wreszcie jeden z działaczy, Stanisław Weber, w 1912 roku głosił: „Nie dążę do tego by przeprowadzić pracę naszą na podłoże inne, jestem może ostatnim, który by przyłożył ręki, by z naszej pracy znikły znamiona polskie, ale twierdzę, że nie wolno nam rezygnować z naszych praw socjalnych i w tym kierunku nasze żądania wobec samodzielnego kupiectwa [właścicieli] powinny być jasne. Między pracobiercami i pracodawcami istnieją przeciwieństwa, są interesy rozbieżne, których nikt nie zatrze”(55). W dużej mierze walka podejmowana przez Towarzystwo dotyczyła również kobiet, bowiem w handlu stanowiły one znaczący odsetek pracujących. 

1907 – polityka i obyczaje

W październiku 1907 roku Zofia Tułodziecka i bliskie jej środowisko organizuje w Poznaniu wiec pod szyldem własnej organizacji. „Kurier Poznański” donosił, iż zebrało się na nim „co najmniej 400 osób, przeważnie płci pięknej; mężczyzn była obecnych mała tylko garstka.” „Dziennik Poznański” dodawał: „Wiecowniczki zgromadziły się bardzo licznie, sala była przepełniona”. Po oficjalnym otwarciu zgromadzenia, przemówiła Tułodziecka. Tytuł jej referatu brzmiał: „O potrzebie uświadamiania kobiet w sprawach społecznych i ekonomicznych”. Jeżeli przed dwoma laty faktycznie obawiała się, żeby nie być utożsamianą z ruchem radykalnym i socjalistycznym, to początek jej przemówienia nie można nazwać inaczej jak prowokacją. Rozpoczęła je bowiem powołując się na Augustyna Wróblewskiego (56), krakowskiego uczonego, ale także działacza anarchistycznego, znanego ze swoich kontrowersyjnych przekonań, niechęci dla Kościoła katolickiego i licznych prowokacji obyczajowych.(57) Wróblewski nie był oczywiście powszechnie znany w Poznaniu, ale już dość dobrze kojarzony w Krakowie, przez co chcąc uchronić się przed zarzutami o tendencje socjalistyczne, powoływanie się na niego, wydaje się dość ryzykowne. 

Nawiązując do koncepcji Wróblewskiego referentka wskazała na bierność kobiet w sprawach społeczno-ekonomicznych, podkreślając, że nie jest to ich własna wina, lecz specjalnie dla kobiet „uprawianej kultury”, którą są zmuszone przyjąć, nieraz pod groźbą brutalnej przemocy. Kobieta – mówiła Tułodziecka – posiada umysł również twórczy jak mężczyzna, a w praktycznym życiu „dzięki moralnej swej wartości o wiele lepiej orientować się potrafi”. Na pogłębienie kobiet „wpływają prawa, które na równi ją stawiają z dziećmi i idjotami”. Tymczasem to na kobietach spoczywa obowiązek wychowania potomstwa: „...przecież te same umysłowo ‘niedojrzałe’ kobiety – to matki tych ludzi, co prawa dyktują, to matki całych zastępów ludzi uczonych, twórców kultury i ludzi robiących genialne wynalazki”. Tułodziecka pytała, dlaczego kobieta mając tak wielkie zadanie kulturalne, „nie tylko w sprawach państwowych jest pokrzywdzona, ale i społeczeństwo uważa ją za czynnik reakcyjny i konserwatywny?” „Prosta logika życiowa i siła faktów, będąca wynikiem narzuconej nam kultury – miała wyjaśnić – poucza nas więcej niż całe tomy książek mówiącej za i przeciw podniesieniu kobiety do godności człowieka posiadającego w pełni prawa obywatelstwa”. Tułodziecka stwierdziła, iż wielu mężczyzn uważa, iż – cytując jednego z nich – „Nasze kobiety posiadają za wiele dobroci, a za mało praktycznego rozumu”. „To znaczy mówiła – że nie umiemy zabiegać koło naszych interesów, prawa nasze zabrali silniejsi, zwracając je przeciw nam. Kobiety wpadły z tego powodu w chorobliwą uczuciowość, egzaltację i fanatyzm zaciemniający umysł, który przeszkadza orientować się w realnym życiu i patrzeć co się w koło nas dzieje. Świat potrzebuje dziś kobiety innej, nowej, wolnej obywatelki, któraby obok mężczyzny jako towarzyszka pracowała wypełniając próżnie, jakie się tworzą w tych społeczeństwach, w których kobiety są praw pozbawione”. Brak praw dla kobiet – miała zakończyć – wypływa na stosunki ekonomiczne. Tułodziecka domagała się dostępu do szkoły, głosu w sądach kupieckich; uznała bierność kobiet w sprawach społecznych, jako rzecz bardzo szkodliwą; wezwała do samoobrony, samopomocy i walki, która „tylko w związkach zawodowych prowadzoną być może”. To według relacji „Kuriera Poznańskiego”, bo według „Dziennika Poznańskiego”: „Pomoc takim kobietom może dać silna organizacja narodowa”. 

Jeszcze dwa referaty można uznać za ważny glos w dyskusji nad sytuacją kobiet, sformułowanego z perspektywy środowiska Tułodzieckiej (dwa inne dotyczyły spraw ściśle szkoleniowo-zawodowych). Wrzesińska mówiła na temat „Kobieta w handlu i stosunek personału do pryncypała”. Według „Dziennika” referentka usiłowała dowieść, że praca kobiety swoją wartością równa się pracy mężczyzn, „...a przynajmniej równać się powinna, gdyby kobietom dano tę samą, co mężczyznom sposobność kształcenia się, n.p. w szkołach handlowych”. Wrzesińska przede wszystkim zaatakowała wykorzystywanie przez kupców pracy kobiet w systemie nakładczym i domagała się równych praw dla kobiet i mężczyzn.(58)

Duże zainteresowanie wywołał referat Libekowej pt. „Sprawy etyczno społeczne”. Dotyczył on w zasadzie problemów wychowania seksualnego i prostytucji. „Referentka słowami, pełnymi okropnej grozy – pisał „Dziennik Poznański” w swoim stylu, do którego jesteśmy już przyzwyczajeni – przedstawiła drastyczne – może zbyt drastyczne dla młodych panienek, które były między wiecowniczkami – obraz nędzy kobiet upadłych, oraz przyczyn, które do upadku prowadzą i wyrażała wzruszającą litość na ich nieszczęściem”. „Kurier Poznański” był bardziej konkretny i w zasadzie w całości referat Libekowej wydrukował. Krytykowała ona w nim zakłamanie w sprawa seksualnych i dwulicowość – inne normy obowiązują dla mężczyzn, a inne dla kobiet, którym w sprawa obyczajowych narzuca się większe ograniczenia i sankcje. Libekowa przytoczyła statystyki, które w tym momencie trudno mi zweryfikować, ale są one w odniesieniu do Niemiec w początkach XX wieku prawdopodobne. Według referentki co 10 mężczyzna miał być nosicielem chorób wenerycznych. Jako antidotum Libekowa uznała wstrzemięźliwość seksualną, „naturalnie – zastrzegała – nie chcę zalecać tu czystości w myśl Tołstoja, który wszelkie związki legalne czy nielegalne uważa za niemoralne...” Libenkowa postulowała współodpowiedzialność zarówno kobiety jak i mężczyzny za wychowanie dzieci, w tym uświadomienie ich w sprawach seksualnych, a także potępiła małżeństwa zawierane z przyczyn ekonomicznych. Z drugiej strony zwróciła uwagę na konieczność materialnego zabezpieczenia rodziny, które jest podstawą „wychowania w czystych obyczajach” (59). Warto przypomnieć, że podobnie rygorystyczne stanowisko nie było wyjątkowe dla ówczesnego ruchu robotniczego. W czasach rewolucji latach 1905-1907 w zaborze rosyjskim wielokrotnie dochodziło do organizowanych przez robotników pogromów domów publicznych, rozstrzeliwania sutenerów i właścicieli burdeli.

Przeglądając relacje z wiecu, zastanawia zmiana nastawienia poznańskiej prasy, zwłaszcza „Dziennika Poznańskiego”. Co stało się powodem względnie życzliwych relacji ze zgromadzenia zorganizowanego przez Tułodziecką, kiedy jeszcze dwa lata temu odsądzano ją od czci i wiary? Czyżby to była próba oswojenia, w okresie rewolucyjnych wydarzeń, które miały miejsce zarówno na wschodzie, w Królestwie Polskim, jak też na zachodzie w samych Niemczech, radykalnych koncepcji? Przez Wielkopolskę w tym czasie nie przetoczyła się jakaś szczególna wielka fala protestów, choć przybyło strajków ekonomicznych, a zwłaszcza szkolnych, dotyczących prawa do nauki w języku polskim. Lata 1906-1907 – jak wcześniej pisałem – umocniły też pozycję Kościoła katolickiego w ruchu kobiecym. Można wysnuć przypuszczenie, iż spodziewano się, że Stowarzyszenie Personału Żeńskiego i związane z nim środowisko feministyczne, ulegnie ostatecznie wpływowym organizacji chrześcijańskich. Stowarzyszenie było jedynym w Poznaniu, a być może w całej Wielkopolsce, związkiem pracownic, które nie podlegało kurateli księży. Na wspomnianym wiecu pojawiła się propozycja, aby SPŻ połączyło się z kobiecymi, zawodowymi organizacjami katolickimi podobnej branży. Przeciwko takiemu rozwiązaniu wystąpiła Tułodziecka i Weber. „Pierwsza uzasadniła opozycje, że ani cele, ani interes, ani idea nie łączy Stow[arzyszenie] parsonału żeńskiego z Tow[arzystwem] konfekcjonerek. Drugi potwierdził to dodając, że celem Tow. konfekcjonerek jest umoralnienie kobiet, a personału żeńskiego podniesienie zawodów i oświaty, a tem samem i wyzwolenia kobiet.”(60)

1908 – poznańska prasa w kwestii kobiecej i socjalnej

Wraz z opadaniem fali rewolucyjnej 1905-1907 wydaje się, że i sprawy radykalnego ruchu kobiecego w Wielkopolsce miały się gorzej. Tygodnik „Praca” jeszcze w 1905 roku brał w obronę Tułodziecką i publikował ciekawe artykuły poświęcone sprawom feministycznym, jak np. napisana z duża dozą sympatii, relacja z pobytu Ellen Key (61)  w Berlinie czy artykuł o sytuacji ruchu kobiecego w Danii.(62) Jednak sukcesywnie na łamach pisma tematyka feministyczna przestała się pojawiać. Zaszły także zmiany organizacyjne i pod koniec roku 1907 redaktorem naczelnym zostaje Adam Napieralski (63), który deklaruje że „Praca” „będzie redagowana w duchu szczerze katolickim i polskim”. Tematyka kobieca na lamach „Pracy” zaczęła się zawężać do problemów typu: dbałość o urodę, wychowanie dzieci, opieka na niemowlętami czy higiena. Teksty o tematyce społecznej, jak artykuł pt. „Wojna sufrażystek”, pojawiały się w tym przede wszystkim celu, aby na zakończenie niego móc ostatecznie orzec, że: „Tak postępują sufrażystki w Anglii, tu w Wielkopolsce kobiety nie solidaryzują się z niemi i mają w tem wiele racji”(64).

Jednak wiosną 1908 roku powstaje tygodnik „Głos Wielkopolanek” („tygodnik społeczno-narodowy dla kobiet wszystkich stanów”), wprawdzie pozostający po silnym wpływem środowisk narodowych i katolickich, publikujący jednak, w pierwszym okresie istnienia, także ciekawe materiały podnoszące kwestie kobiece z perspektywy bardziej, powiedzielibyśmy, radykalnej. Obok zatem jałowych porad dotyczących urody, wychowania dzieci i gotowania oraz niezmiennie takich samych deklaracji o przywiązaniu do narodu, religii i języka, pojawiły się w latach 1908-1909 przynajmniej dwa artykuły przełamujące tę sztampę i intelektualną miałkość. Oba to dość długie referaty, opublikowane na łamach „Głosu” w odcinkach: Przyczyny powstania kwestyi kobiecej (65) i Rozmaite sposoby zażegnania kwestyi socyalnej(66). Nazwisk autorek prac nie udało się mi ustalić, ówczesnym zwyczajem nie były podpisane. 

Autorka pierwszego z wymienionych artykułów na wstępie zauważa, że tak zwaną kwestię kobiecą zbyt często początkowo próbowano opisać w kategoriach materializmu historycznego „usiłującego całe życie sprowadzić do przyczyn wyłącznie ekonomicznych”. Po drugiej stronie stały tendencje, które problem ten widziały „z założenia krańcowo przeciwnego, z założenia wybujałego idealizmu”. „Teorye te – pisze autorka – nie wytrzymały jednak krytyki...” z praktyki ruchu kobiecego bowiem wynika, że ważne jest zarówno jedne jak i drugie podejście. Osoba, która w błędny, jednostronny – zdaniem autorki – sposób ujęła kwestię kobiecą jest August Bebel, autor książki Kobieta i socjalizm (67). Stwierdza on w swoim dziele, że kwestia kobieca jest nieodłącznie powiązana z kapitalizmem i dlatego tylko socjalizm może ją pozytywnie rozwiązać. Autorka natomiast twierdzi, iż nie tylko kwestia kobieca nie da się zredukować do ekonomicznych przyczyn, ale także jest ona nie tyle powiązana z kapitalizmem, co z rozwojem technicznym. Zatem „socyalizm, znosząc nawet własność prywatną i upaństwawiając środki produkcji, nie rozwiązałby jednak w zupełności kwestyi kobiecej”. Z podobnego punktu widzenia ma, zdaniem autorki, wychodzić Lily Braun (68), która konkluduje, że równość kobiety może zagwarantować jedynie ekonomiczne jej uniezależnienie się od mężczyzny. Dalej, przytaczając dane demograficzne, autorka stara się wykazać, że istnieje problem tego typu, iż kobiet generalnie, w każdej populacji, jest więcej od mężczyzn, oraz że w niektórych przynajmniej kategoriach wiekowych zamążpójście nie jest sposobem na zapewnienie sobie przez kobiety stabilizacji ekonomicznej. Zmuszone są zadbać same o siebie. Mimo to autorka stwierdza, że i czynnik demograficzny nie ma tu podstawowego znaczenia, bowiem z historycznego i socjologicznego punktu widzenia, „nadmiar” kobiet wobec mężczyzn zawsze istniał, ale nie zawsze pojawiała się kwestia kobieca. Jako czynnik natomiast istotny przyjmuje ona fakt, że dokonujące się przemiany społeczne powodują, że w życiu codziennym traci na znaczeniu instytucja rodziny, a zyskuje społeczeństwo w ogóle, czy organizacja produkcji w szczególności. „Przełomowa ta chwila wybuchła, bo z nagłym rozwojem wielkiego przemysłu zaszła potrzeba siły kobiecej w produkcji ekonomicznej”. Od tego momentu, kobieta musi dzielić czas pomiędzy te dwie sfery życia: rodzinę i życie zawodowe. „Konflikt ten zaostrza inna jeszcze okoliczność. Imponujący nasz organizm ekonomiczno-społeczny rozwinął się bez udziału kobiety i ukazuje się za mało elastyczny, aby dzisiaj w niego kobietę wcielić. Stąd też niema wogóle miernika pracy kobiecej, stąd z jednej strony żąda się od kobiety ilościowo męskiej wydajności przy istniejącej w każdym razie znacznej różnicy co do sił obojga płci, a z drugiej strony robi się jakościowo różnice przy wyznaczaniu ekwiwalentu tej pracy, przy wynagrodzeniu tej pracy, przy płacy. Dlatego też ukute przez znaną apostołkę ruchu kobiecego Ellen Key wyrażenie o ‘nadużytej sile kobiecej’ jest niestety rzeczywistością, bolesną i gorzką prawdą”. Problem ten kapitalizm jeszcze zaostrza: „kobieta jest w rękach kapitalizmu narzędziem bardzo dogodnem, pożądanem bo jako robotnica na jego usługach obniża poziom płacy. Warunki utrzymania się w walce o byt ma dzisiaj robotnik silnie zorganizowany, zdolny do przeprowadzenia w krytycznych wypadkach dłuższego bezrobocia, zdolny do urządzenia strejku. Kobieta zaś jako robotnik tańszy paraliżować może ewentualne strejki i zastępując droższego robotnika męskiego przyczynić się może mimo woli do obniżenia ogólnego poziomu płacy”. Z chwilą pojawienia się społeczeństwa przemysłowego, pojawiła się równolegle tendencja do daleko idącego usamodzielnienia jednostki: „Tak postawiona kwestya kobieca polega na tem, że kobieta nie będzie jedynie kołem w machinie, od którego nie wymaga się niczego więcej, jak spełnianie swojej funkcji obracania się”, ale zostanie wyzwoloną i umożliwi się jej pewien udział w tym, „co odgrywa się poza rodziną w szeroki świecie: w nauce i sztuce, w życiu technicznym i społeczno-państwowem”. Tu artykuł się urywa pomimo zapowiedzi części dalszych.

Rozmaite sposoby zażegnania kwestyi socyalnej jest artykułem omawiającym doktryny zajmujących się kwestiami społecznych: liberalizmu, socjalizmu i anarchizmu (koncepcja Proudhon’a i Bakunina). Autorka wyróżnia trzy rodzaje socjalizmu: gminnego (anarchizm), państwowego (socjaldemokracja np. w wydaniu niemieckiej SPD) i społecznego (Marks) i przedstawia czym się one między sobą różnią. Referat wydrukowany w trzech częściach, podobnie jak poprzedni, pomimo zapowiedzi nie ma kontynuacji. Wartość obu artykułów polega przede wszystkim na tym, że w obiegu prasy – jak byśmy dziś powiedzieli – głównego nurtu, wprowadzały one zupełnie inny dyskurs zarówno w kwestii równouprawnienia politycznego i ekonomicznego kobiet, jak też niższych klas społecznych. Rzeczowe omówienie koncepcji alternatywnych względem dominującego paradygmatu narodowo-katolickiego nie należało wówczas do normy. Wyjątek stanowiła oczywiście prasa socjalistyczna, która jednak – jak już wspomniałem – nie miała większych wpływów. Dla porównania: w 1902 roku socjaliści Róża Luksemburg, Marcin Kasprzak i Józef Gogolski rozpoczęli wydawanie w języku polskim „Gazety Ludowej”, której nakład wynosił ok. 600 egzemplarzy. Tygodnik „Praca” drukowany był w kilkunastu tysiącach egzemplarzach; „Głos Wielkopolanek” (w 1909 roku) 7,8 tysięcy egzemplarzy – nie mówiąc o prasie codziennej jak „Dziennik Poznański” czy „Kurier Poznański” (w 1906 r. – 7 tys. nakładu). Związek katolicki pismo „Pracownica” (później „Gazeta dla Kobiet”) wydawał w nakładzie kilku tysięcy sztuk, tak iż każda zrzeszona w stowarzyszeniu członkini, za darmo otrzymywała egzemplarz pisma.

1909 – ostatnie głosowanie

Rok 1908 przyniósł przynajmniej dwie ważne zmiany. Po pierwsze wprowadzono kolejne restrykcje wobec ludności polskiej. Decyzją władz od połowy roku wszelkiego rodzaju zgromadzenia mogły się odbywać jedynie w języku niemieckim. W odpowiedzi na tę zmianę, Aniela Tułodziecka 10 maja zorganizowała wiec kobiet, który przebiegał w atmosferze sprzeciwu wobec germanizacji i w obronie narodowo-religinej tożsamości ludności polskiej. Siostra Anieli, Zofia, nie weszła w składu nawet szerokiego komitetu organizacyjnego tej demonstracji. Wiec – zgodnie z przewidywaniami – odbył się przy ogólnym aplauzie całej polskiej prasy. 

Drugą ważną zmianą legislacyjną było zniesienie prawa, które stawiało – jak mówiła Zofia Tułodziecka – kobietę na równi z „dziećmi i idiotami”, zabraniającego jej zgodnie z, przepisem niemieckim przyjętym w 1850 roku, wszelkiego uczestnictwa w zebraniach i posiedzeniach, jeżeli miały one charakter polityczny. Wystarczyło zatem, aby policja uznała dane spotkanie za takowe, a przebywające na nim kobiety działały nielegalnie. Nowa ustawa o stowarzyszeniach z 1908 roku rozszerzała prawa kobiet i nie stawiała już żadnych przeszkód w przynależności do stowarzyszeń politycznych. Ruch kobiecy zyskiwał zatem nowe perspektywy formalne, co zadaje się nasiliło tendencje centralistyczne w jego łonie. Obie siostry Tułodzieckie starały się cały czas zachować niezależność swoich organizacji, wobec wzrastających nacisków ze strony kół katolickich. Prawdopodobnie zatem chcąc uprzedzić działania innych środowisk, postanowiły przejąć inicjatywę i powołały do życia Zjednoczenie Towarzystw Kobiecych, w skład którego weszły na początku Czytelnia dla Kobiet, stowarzyszenia Warta i Promień oraz Stowarzyszenie Personału Żeńskiego. 

Organizacja swoim zasięgiem miała obejmować całą Rzeszę. Na 8 lutego zwołano do Poznania zjazd delegatek – razem obradowało ich 91. W poznańskiej prasie żywo były dyskutowane dwa głosowania. W pierwszym z nich zadecydowano, że Zjednoczenie nie będzie organizacją jednoczącą stowarzyszenia o charakterze zawodowym i ekonomicznym, a zachowa jedynie oświatowy charakter. Wniosek ten przeszedł zdecydowaną większością głosów. Oznaczało to, że organizacje zawodowe katolickie, pozostające pod patronatem księży, nie mogły do Zjednoczenia przystępować. Biorąc pod uwagę ich znaczną już liczbę oraz wzrastające ciągle szeregi członkowskie, obawiano się prawdopodobnie, że mogłyby one zdominować ruch kobiecy, a tym samym zwiększałyby wpływy kleru katolickiego. Tułodziecka natomiast zdefiniowała SPŻ jako organizację o charakterze oświatowym, co pozwoliło jej na udział w pracach Zjednoczenia. Drugie głosowanie było jeszcze bardziej znamienne. Zgłoszono poprawkę do statutu, w myśl której do Zjednoczenia miałyby przystępować tylko stowarzyszenia opierające się na „światopoglądzie katolickim”. Poprawka ta, ku zdziwieniu zachowawczej części opinii publicznej, nie przeszła. Poznańskie gazety prześcigały się w domysłach czym to było spowodowane. Pisano, że chodziło o to, aby nie zamykać dostęp do Zjednoczenia polskim stowarzyszeniom ewangelickim. Uspakajano, że to nic takiego, bowiem przecież i tak większość towarzystw kobiecych respektuje zasady narodowe i katolickie, a poprawka nie przeszła małą tylko liczbą głosów. Wreszcie – „Kurier Poznański” – sugerował, że problem jest raczej przejawem tarć personalnych. Tak czy inaczej wielkopolski kler katolicki przyjął ten fakt, delikatnie mówiąc, chłodno i niechętnie.(69)

5. Zakończenie

Nie śledziłem jak dalej potoczyły się losy Stowarzyszenia Personału Żeńskiego i sióstr Tułodzieckich. Warto jednak w tym miejscu zastanowić się nad wnioskami płynącymi z przytoczonej historii. Jak już wspomniałem, zawodowe organizacje kobiece, nie były przedmiotem szczególnego zainteresowania żadnej z historiografii. Tymczasem mam nadzieję, że udało mi się wykazać, iż jest to historia ciekawa, a co ważniejsze pozwalająca nam podważyć pewne stereotypowe wyobrażenia na wiele spraw dotyczących ruchu kobiecego. 

Jeden z poglądów utrzymuje, że: „Powstania, popowstaniowe represje i emigracja zachwiały równowagą płci w społeczeństwie. W kraju powstały liczne kobiety pozbawione męskiego wsparcia, które musiały z dnia na dzień przejąć męskie role”.(70) W ten sposób powstało wyobrażenie kobiety, która nie dość, że sama prowadziła gospodarstwo, to jeszcze była ucieleśnieniem cnót patriotycznych.(71) Koncepcje odwołujące się do etosu walk narodowo-wyzwoleńczych i nadające im szczególnego znaczenia w kształtowaniu się pozytywnych (czy negatywnych) wzorców kobiecości, przez dłuższych czas zawężały perspektywę interpretacji socjologicznych i historycznych. To co miało stanowić o esencji zaangażowania kobiet w życie publiczne upatrywano w aspektach istotnych dla specyficznych klas i warstw społecznych – o wyższym statusie materialnym, a rozwiązanie problemu równouprawnienia kobiet przypisywano wąskiej grupie społecznej – głównie kształtującej się polskiej inteligencji. Niższe warstwy społeczne miał cechować niemal organiczny konserwatyzm i mizoginizm, a przynajmniej kompletna nieczułość na ucisk kobiet. 

Tymczasem powstania narodowe nie miały zasadniczego znaczenia dla generalnej zmiany poglądu na kwestię kobiecą. Kluczowe w tym przypadku były transformacje ekonomiczno-społeczne, które swoim zasięgiem objęły całe społeczeństwa i wszystkie bez wyjątku klasy. W Wielkopolsce, gdzie przecież od czasów Wiosny Ludów nie doszło do żadnych zrywów narodowych, sytuacja społeczna i polityczna kobiet musiała zależeć od zupełnie innych czynników. Dokonująca się industrializacja i proletaryzacja Niemiec, z jednej strony wyznaczyła ziemiom polskim peryferyjne miejsce na mapie gospodarczej Europy, a z drugiej dokonała istotnych przekształceń w strukturze społecznej. Pojawiły się wielkie ruchy migracyjne, które spowodowały, że setki tysięcy, głównie mieszkańców wsi, wyemigrowało z Wielkopolski do ośrodków przemysłowych w Niemczech – doszło do istotnych zmian w relacjach klasowych. Samodzielność ekonomiczna kobiet pojawiła się wraz ze wzrostem zapotrzebowania kapitalizmu na tanią siłę roboczą spowodowanym m.in. technologiczną transformacją produkcji (produkcja masowa). Przed koniecznością usamodzielnienia się ekonomicznego stanęły nie tylko córki dziedziców, których rodziny dotknęły nie tyle represje zaborców, co procesy pauperyzacji w wyniku długotrwałego spadku opłacalności produkcji rolnej, ale także córki robotników i chłopów. Skala tych zjawisk w sensie demograficznym, gospodarczym, społecznym i przestrzennym dalece przekraczała skutki powstań narodowych w jakimkolwiek sensie.

Uzyskanie przez kobiety praw obywatelskich, politycznych i ekonomicznych było powiązane ściśle z ich dynamicznie wzrastającym znaczeniem na rynku pracy. Ta korelacja jest wyraźnie widoczna. Jeżeli zatem mówimy, że np. stan Wyoming był „pierwszym na świecie organizmem państwowym, w którym kobietom przyznano pełne czynne i bierne prawo wyborcze (1869 r.)”, to jednoznacznie musimy dodać, iż w tym samym czasie przemysł amerykański potrzebował ogromnej liczby rąk do pracy.(72) Podobnie w przypadku Polski. Jeżeli możemy mówić, iż w dostępie do nauki czy w uzyskaniu praw politycznych i socjalnych dla kobiet, w Polsce dokonywał się szybszy postęp niż w innych regionach świata, to musimy pamiętać, iż związane to było z rosnącym znaczeniem i samodzielnością kobiet na polu ekonomicznym. Nie chcę przez to powiedzieć, że zmiany gospodarcze, zmiany na rynku pracy, same z siebie przyniosły poprawę sytuacji kobiet. To co najistotniejsze, to fakt, że procesy ekonomiczne wiązały się jednocześnie z organizowaniem przez kobiety różnych form nacisków, m.in. poprzez tworzenie ruchu różnorakich stowarzyszeń, tak zawodowych, jak oświatowych czy politycznych. Nie bez znaczenia był tu każdy przejaw tej aktywności, także dotyczący obrony swobód narodowych i religijnych, oraz to, że przynajmniej część stowarzyszeń kobiecych posiadała daleko idącą samodzielność. Zatem nie konsekwencje przegranych walk narodowych, ale zupełnie inne procesy sprawiły, że rola kobiet i ruchu kobiecego, angażującego przedstawicielki różnych klas, zaczęła wzrastać.

Na podstawie przedstawionego materiału nie sposób zgodzić się z opinią jednej z badaczek, która stwierdza, że w Wielkopolsce, „żadne z ówczesnych stowarzyszeń kobiecych, nawet postępowy ‘Promień’ czy ‘Warta’ nie podnosiły haseł pełnego równouprawnienia kobiet, nie próbowały burzyć tradycyjnej hierarchii w relacja obu płci w społecznym podziale pracy”(73). Sygnalizowany przeze mnie we Wstępie artykułu brak badań historii wielkopolskiego ruchu kobiecego, doprowadził do sytuacji dzisiejszego dość stereotypowego jego postrzegania, jako zorientowanego jedynie nacjonalistycznie i religijnie, dyspozycyjnego wobec nadrzędnej wartości, jaką miała być walka o suwerenność narodową. Potrzebne jest odwrócenie perspektywy i stwierdzenie, że treści narodowe, stanowiły o specyfice polskiego ruchu feministycznego, nie przecząc jego emancypacyjnemu charakterowi w odniesieniu do płci, jak też do kwestii socjalnych.

Oczywiście niektórzy czytelnicy mogą się czuć zawiedzeni, że radykalizm ruchu feministycznego w Wielkopolsce na początku XX wieku, o którym wspomniałem w tytule artykułu, był – zwłaszcza jak na łamy pisma anarchistycznego – dość „uładzony”. Jednak okres, o którym mówimy, to koniec epoki indywidualnej przemocy, wielkich gestów i anarchistycznych zamachów, a początek masowych ruchów związkowych, których siłę budowano na konsekwentnej, acz żmudnej codziennej pracy. Artykuł ten, obejmujący analizą lata 1903-1909, oddaje raczej ducha tego drugiego typu zaangażowania. Można wprawdzie utyskiwać, że wielkopolskie feministki nie zdobyły się na choć kilka gestów podobnych do angielskich sufrażystek, ale wbrew pozorom ryzykowały w wyniku swojej działalności dostatecznie dużo, a że odwagi im nie brakowało świadczy choćby pobyt Anieli Tułodzieckiej w więzieniu. Po drugie – to jeszcze nie 1968, kiedy wybuchła rewolucja obyczajowa, nieuchronnie kojarząca się ze słowem „topless”. W dobie kultury wizualnej, radykalizm zbyt często kojarzy nam się z pewnego tylko typu manifestacjami. Wreszcie walka jaką prowadziła Tułodziecka nie odbywała się też na „niby” – w Internecie czy w „obszarze zmiany dyskursu”. Wówczas słowo ostracyzm, częściej niż dziś, oznaczało po prostu śmierć, zwłaszcza dla kobiety. Podejmując się działalności w Stowarzyszeniu Personału Żeńskiego w Handlu i Przemyśle, Tułodziecka miała już 53 lata i ustabilizowaną względnie sytuację osobistą i materialną, o którą z wysiłkiem zabiegała od 16 roku życia. Mimo tego nie zawahała się podjąć wyzwania i ponieść konsekwencji swoich działań. „Urządzają wiece – pisała – wołają na nas ‘rozczochrane feministki’, sypią się publiczne napomnienia, wstrętne podejrzenia, głosy zacofanych matek wyszydzających stare panny [Tułodziecka nie założyła nigdy rodziny], wdowy i rozwódki, nie widzą w zaślepieniu swojem, iż depczą najszlachetniejsze serca przejęte miłością Ojczyzny i miłością bliźnich. Czyż nie wiedzą o ten, że inteligentna kobieta, czy ta z ludu, czy ze sfer wyższych, na każdym stanowisku znaleźć się potrafi – pozwólcie jej tylko być sobą – nie pielęgnujcie sztucznie w niej jakichś przestarzałych form i zasad niezgodnych z duchem czasu”(74).

Zofia Tułodziecka zmarła w styczniu 1924 roku. W „Dzienniku Poznańskim” ukazał się nekrolog zamówiony przez jej siostrę Anielę. Ówczesna poznańska prasa jej śmierć pominęła milczeniem. Chciałbym, aby artykuł ten przypomniał o istnieniu tej ważnej dla ruchu działaczki feministycznej i związkowej.



44) Wygłoszono na nim dwa referaty: Maria Palędzka, „O religijnym i moralnym wychowaniu dzieci” i Zofia Stasińska, „Polka w rodzinie i społeczeństwie”. Za: Zofia Chyra-Rolicz Kobiety w organizacjach spółdzielczych Wielkopolski w XIX i XX wieku, w: Aktywność kobiet w organizacjach zawodowych i gospodarczych w XIX i XX wieku, pod redakcją Krzysztofa A. Makowskiego, Poznań 2007, s. 123. 

45) Aniela Tułodziecka (1953–1932) młodsza siostra Zofii, była działaczką społeczną i oświatowa, wieloletnią przewodnicząca Towarzystwa Warta zajmującego się tajnym nauczaniem języka polskiego, przede wszystkim dzieci z rodzin robotniczych i chłopskich. Aniela Tułodziecka, podobnie jak jej siostra, była generalnie przeciwna protektoratowi Kościoła katolickiego i starała się zachować świecki charakter Stowarzyszenia. Wielokrotnie była represjonowana przez władze niemieckie; w 1913 roku odsiedziała 12-dniową karę więzienia. 

46) „Dziennik Poznański” nr 245 z d. 25.10.1904 r., nr 246 z d. 26.10.1904 r., nr 247 z d. 27.10.1904 r., nr 248 z d. 28.10.1904 r., nr 249 z d. 29.10.1904 r., nr 250 z d. 30.10.1904 r., nr 251 z d. 01.11.1904 r., nr 251 z d. 03.11.1904 r.

47) „Praca” nr 25 z d. 18.06.1905 r.

48) Jednym z istotnych ówczesnych kontrargumentów na rzecz ruchu zawodowego kobiet, było stwierdzenie, że zastępowanie pracy mężczyzn, dużo tańszą pracą kobiet, w istocie prowadzi do zubożenia żeńskiej części społeczeństwa zależnej od dochodów mężczyzn. Dążenia ekonomiczne feministek uznawano w pierwszym rzędzie jako rodzaj „niezdrowej” i fatalnej w skutkach konkurencji. Patrz np. artykuł Praca kobiet opublikowany na łamach tygodnika „Praca” nr 21 z dnia 21 maja 1905 r. 

49) Estera Golde-Stróżecka (1972-1938), aktywistka Polskiej Partii Socjalistycznej, działająca okresowo w zaborze pruskim, na Śląsku. 

50) Hakata – potoczna nazwa niemieckiej organizacji nacjonalistycznej Deutscher Ostmarkenverein (Niemiecki Związek Kresów Wschodnich), założonej w Poznaniu w roku 1894. Nazwa wzięła się od pierwszych liter nazwisk założycieli: Ferdynanda von Hansemanna (1861-1900), Hermana Kennemanna (1815-1910), Hanryka von Tiedemanna (1840-1922). Podstawowym i nieartykułowanym nigdy wprost celem Hakaty była ostateczna germanizacja ziem polskich w zaborze pruskim. (Za: Wikipedia).

51) „Dziennik Poznański” nr 245 z d. 26.10.1905 r., nr 246 z d. 27.10.1905 r., nr 247 z d. 28.10.1905 r., nr 248 z d. 29.10.1905 r., nr 249 z d. 31.10.1905 r.

52) „Praca”, nr 47 z d. 19.11.1905 r.

53) Aniela Koehlerówna, Zofia Tułodziecka – pionierka ruchu zawodowego w Wielkopolsce, Kraków 1933, s. 17

54) Zygmunt Zalewski, Z dziejów walki o handel polski. Stuletnia praca Towarzystwa Młodzieży Kupieckiej w Poznaniu: 1821-1921, Poznań 1921, ss. 116-117

55) Stefan Wrzosek, Organizacje pracowników handlu, gastronomii i spółdzielczości w Polsce do roku 1918, Warszawa 1972, s. 97.

56) Augustyn Wróblewski (1866 - zm. po 1913) – polski chemik i biochemik, docent na Uniwersytecie Jagiellońskim, autor przełomowych prac w zakresie fermentacji drożdżowej. Wraz z Marcelim Nenckim i Jakubem Parnasem zaliczany do najwybitniejszych polskich biochemików. Klasyk myśli wolnościowej w Polsce obok Edwarda Abramowskiego i Jana Wacława Machajskiego (za: Wikipedia).

57) Paweł Chojnacki, Historia szaleństwa w wyniku anarchizmu – Augustyn Wróblewski 1866-1913 (?), w: „Mać Pariadka” nr 1/2001

58) „Dziennik Poznański” nr 243 z d. 22.10.1907 r. oraz „Kurier Poznański”, nr 243 z d. 22.10.1907 r. 

59) „Dziennik Poznański” nr 243 z d. 22.10.1907 r. oraz „Kurier Poznański” nr 245 z d. 24.10.1907 r.; nr 246 z d. 25.10.1907 r.; nr 247 z d. 26.10.1907 r.

60) „Kurier Poznański”, nr 243 z d. 22.10.1907 r.

61) Ellen Key (1849-1926), feministka szwedzka zajmująca się przede wszystkim problematyką edukacji i etyką.

62) „Praca” nr 12 z d. 19.03.1905 i nr 20 z d. 14.04.1905.

63) Adam Napieralski (1861-1928), działacz polityczny i związkowy związany z śląskim Związkiem Wzajemnej Pomocy (ZWP) pozostającym pod silnym wpływami kleru katolickiego. W 1909 r. ZWP jednoczy się z Polskim Związkiem Zawodowym z Wielkopolski oraz Zjednoczeniem Zawodowym Polskim działającym na obczyźnie, w Niemczech. W przeciwieństwie do działaczy emigracyjnych, wielkopolscy i śląscy związkowcy reprezentowali przede wszystkim zachowawcze i konserwatywne skrzydło w Zjednoczeniu.

64)  „Praca” nr 39 z d. 27.09.1908

65) „Głos Wielkopolanek” nr 34 z d. 22.11.1908; nr 35 z d. 29.11.1908; nr 36 z d. 06.12.1908; nr 37 z d. 13.12.1908; nr 38 z d. 20.12.1908.

66) „Głos Wielkopolanek” nr 11 z d. 14.03.1909; nr 12 z d. 21.03.1909; nr 13 z d. 28.03.1909.

67) August Ferdinand Bebel (1840-1913), jeden z założycieli i wieloletni przywódca niemieckiej socjaldemokracji. Bebel był, wspólnie z Karolem Kautskym, przedstawicielem demokratyczno-marksistowskiego tzw. „centrum” partii socjaldemokratycznej. Wielokrotnie skazywany w procesach politycznych i więziony za poglądy. Kobieta i socjalizm to jego najbardziej znana książka, którą opublikował w 1891 roku. W 1897 r. ukazało się jej pierwsze polskie tłumaczenie – w Londynie, a w 1907 r. drugie w Krakowie. (Za: Wikipedia oraz Adam Próchnik, Kobieta w polskim ruchu socjalistycznym, Warszawa 1948, s. 28).

68) Lily Braun (1865-1916), działaczka feministyczna związana z niemiecka socjaldemokracją, pozostawała pod silnymi wpływami filozofii Nietzsche’go skupiając się bardziej na zagadnieniach rozwoju osobowości i indywidualności niż na kwestiach egalitaryzmu. Domagała się wolności ekonomicznej dla kobiet i zniesienia instytucji małżeństwa (legalizacji małżeństw). Na podstawie Wikipedii.

69) „Dziennik Poznański” nr 31 z d. 9.02.1909; nr 32 z d. 10.02.1909; nr 33 z d. 11.02.1909; „Kurier Poznański” nr 32 z d. 10.02.1909; nr 36 z d. 14.02.1909; „Praca” nr 50 z d. 13.12.1908.

70) Maria Ciechomska, Od matriarchatu do feminizmu, Poznań 1996, s. 121.

71) Socjalista Adam Próchnik pisał: „Warunki życia w niewoli wcześniej zmusiły kobietę polską do zainteresowania się sprawa politycznymi, wcześnie zmusiły ją do wyjścia z zacisza domowego, gdzie zapędziły ją ówczesne obyczaje i przesądy, na scenę życia publicznego. Bohaterskie, ofiarne walki o wolność, twarde, bezwzględne represje, uderzające w każdy niemal dom w Polsce i niszczące jego spokój, czyniły nie tylko z kobiety, ale niemal z każdego dziecka działaczy politycznych. Gdy mężczyźni ginęli w walkach, szli do więzień, na katorgę, na wygnanie, kobiety musiały brać w swe ręce nie tylko kierownictwo domu, ale i ster spraw publicznych.” Adam Próchnik, Kobieta w polskim ruchu socjalistycznym, Warszawa 1948, s. 11. 

72) Tamże, s. 119

73) Zofia Chyra-Rolicz, Kobiety w organizacjach spółdzielczych Wielkopolski w XIX i XX wieku, w: Aktywność kobiet w organizacjach zawodowych i gospodarczych w XIX i XX wieku, pod redakcją Krzysztofa A. Makowskiego, Poznań 2007, s. 123-124

74) Aniela Koehlerówna, Zofia Tułodziecka – pionierka ruchu zawodowego w Wielkopolsce, Kraków 1933, s. 19
Poznań to miasto anty-inteligenckie- mówił prof. Piotr Piotrowski na poniedziałkowym spotkaniu na Rozbracie. Martwe Muzeum Narodowe w Poznaniu nie ma nic do zaoferowania nawet konserwatystom. Brak nawet jednej dobrej księgarni. Posucha intelektulna – wyliczał profesor. Zauważcie, mówił, jaką hierarchię wartości zawiera Stary Browar w samej swej nazwie jako Centrum Biznesu, Handlu i Sztuki. 

Co nam z elit intelektualnych, kulturalnych czy biznesowych, ktore doprowadziły do stworzenia i uwiarygodnienia tego systemu „zarządzania” miastem (jego kulturą)? Doprowadziły do kryzysu, a dziś uzurpują sobie prawo do nadzorowania oddolnie inicjowanych prób wyjścia z tego kryzysu. Oczywiście naszym kosztem. Czy to nie czas by poszukać innych koncepcji niż ta, którą znamy z historii – twórzmy nowe elity, mające lepiej zarządzać? Pytali zgromadzeni.

To efekt nieprzerobionej do końca przez Polskę lekcji 1968 roku. Zaprzepaszczonej m.in. przez flirt opozycji z kościołem – tłumaczył Piotrowski. Nie jest to żadnym pocieszeniem, ale dzisiejsze zachłyśnięcie się neoliberalizmem przy jednoczesnym wzmocnieniu sił prawicowych to dla profesora syndrom typowy dla krajów postkomunistycznych. Profesor uważa, że kryzys kultury  jest odbiciem kryzysu inteligencji w Polsce w ogóle.  Nawet określenie „intelektualista”, jak twierdzi, ulega przesunięciu znaczeniowemu i wśród warszawskiej elity mówi się raczej, na modłę rynkową, o profesjonalistach. 

Profesor Piotr Piotrowski nie przypadkiem znalazł się na Rozbracie. W swej najnowszej książce „Agorafilia. Sztuka i demokracja w postkomunistycznej Europie”, wielokrotnie odnosi się z nieskrywaną sympatią do koncepcji demokracji agonalnej Chantal Mouffe, czyli bazującej na konflikcie, demokracji radykalnej, takiej która zmierza do demokratyzacji demokracji. Być może dlatego też forma panelu dyskusyjnego, gdzie każdy miał możliwość wyrażenia się wydawała się najodpowiedniejsza na spotkanie z profesorem. Przyznal zresztą, że dużą inspiracją do napisania rozdziału o anarchizmie było spotkanie na Rozbracie siedem lat temu.

Spotkanie na temat książki było jednak pretekstem do szerszych rozważań. Interesowało nas zainicjowanie dyskusji o tym, w jakim miejscu znajdujemy się z kulturą/sztuką i odpowiedzi, na pytania jak można wyjść z impasu prawicowego paradygmatu, który charakteryzuje sie z jednej strony liberalnym – populizmem, z drugiej konserwatywnym – zaściankiem. Jak można otworzyć kulturę, by wyjść z obłędu kapitalizmu? Jak można uciec od „kongresów kultury” i innych tym podobnych gloryfikacji władzy?

Władza organizuje kongresy, po to by stwarzać atmosferę działania. „Na jednym z kongresów organizowanych przez Lewiatana, usłyszałem wprost, że szczodrość nie jest formą dzielenia się nadwyżką, a jedynie inwestycją. Ci ludzie doskonale wiedzą, jak się ślizgać w tym świecie. Miałem okazję to zaobserwować przy okazji organizacji kilku ważnych wystaw. Kapitaliści nie są w ciemię bici, wielki biznes inwestuje w sztukę, bo na niej jako promocji zarabia. Stąd też zrobienie na przykład wystawy sztuki homoseksualnej nie było samo w sobie problemem, mały skandal jest potrzebny dla reklamy, więc potrzeba było nieco pieprzu, ale z kolei nie za dużo, tak właśnie w granicach smaku widza jako klienta”- opowiadał poprzez anegdoty o swoich doświadczeniach profesor. Profesor bronił wszakże artystów wchodzących w mezalians z władzą.  „To nie jest tak, że artyści chcą się jak najlepiej sprzedać. Artysta jest twórcą i chce przede wszystkim, by jego dzieło dotarło do jak największej liczby odbiorców”. Zastrzegał przy tym, że zwłaszcza w odniesieniu do sztuki krytycznej ryzykuje ona w takich sytuacjach rozbrojenie swego potencjału krytycznego.

Co w takim razie z przykładami gentryfikacji, w której biorą udział artyści? - pytała się jedna z osób z sali. Może należałoby inaczej finansować sztukę, zastanawiał się głośno z kolei ktoś z Rozbratu, podając analogię do finansowania sportu w Poznaniu, gdzie zainwestowano ogromny majątek w jeden obiekt sportowy, podczas gdy lepiej byłoby rozproszyć te nakłady. 

Dla Piotra Piotrowskiego jednym z rozwiązań jest przejmowanie instytucji. Sam próbował to uczynić, będąc na stanowisku dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie w zeszłym roku. Próba modernizacji zmierzyła się wówczas z konserwatywnym podejściem do roli muzeum z jednej strony a z drugiej z neoliberalnym nastawionym na zysk. Zwyciężyła koncepcja wypadkowa muzeum jako turystycznej atrakcji bazującej na swej prowincjonalności a profesor Piotrowski podał się do dymisji.

Wdrożono koncepcje sprzed 40 lat, które się nie sprawdziły. Lansowanie tego typu bajek pozostawmy Krytyce Politycznej. Dzisiaj jesteśmy bogatsi o doświadczenie końca lat 90. Wiemy, że to już nie wystarcza, że trzeba szukać nowych koncepcji decentralizowania, czy jak to nazywają przerażeni urzędnicy „anarchizacji” procesu decyzyjnego. Władza zawsze zasysa elity i wpędza je w realizację swoich interesów - Komentował ktoś z zebranych. 

- Nie ma możliwości, by z rozmowy o moście, ten most się sam wybudował. Obojętnie jak długo byśmy nie krytykowali władzy, musimy podjąć decyzję. Ktoś musi ją podjąć. Decyzję mniej lub bardziej udaną - Bronił się Piotr Piotrowski. Dla rozbratowców niekoniecznie musi być to natomiast władza, szczególnie ta elitarna.

Za kondycję polskiej kultury profesor obarczał m.in. miałkość uniwersytetów. Skrytykował wprowadzaną właśnie odpłatność za drugi kierunek jak i całą reformę bolońską. Jego zdaniem studia powinny być jak najbardziej otwarte i interdyscyplinarne a o ich kształcie powinien decydować przede wszystkim student. Nikt tak jak on, twierdzi, nie wie co jest dla niego najlepsze, ani profesorowie, ani tym bardziej ministerialny urzędnik. Przez dziewięć lat jako dyrektor Instytutu Historii Sztuki, Piotrowski witał studentów pierwszego roku, mówiąc im wprost, że powinni się buntować. Studenci buntować się jednak nie chcą... 

Podczas dwugodzinnego spotkania poruszana była na licznych przykładach rola artysty zaangażowanego i sztuki krytycznej. Jedna z działaczek Rozbratu, posiłkując się diagnozą Artura Żmijewskiego, skrytykowała tzw. artystów zaangażowanych za to, że w najlepszym razie ich sztuka jest interwencyjna, brakuje natomiast jej ciągłości działań, a przez to skuteczności, z której też nie są w ocenie ich sztuki rozliczani. Profesor przyznał częściowo rację temu, stwierdzając że za taki stan odpowiedzialny jest powszechny model procesu tworzenia sztuki, w którym postawa artysty jest skrajnie indywidualistyczna. W tym kontekście, jako swego rodzaju alternatywę, rozbratowcy przypomnieli o swojej współpracy z kanadyjską artystką Michelle Teran. Zaprosiła ich do współpracy w tworzeniu jej wystawy na poznańskim Biennale Mediations. Z początku chciała, by ta praca opowiadała o Rozbracie.Jednak po namowach zgodziła się, by tematem była kampania przeciwko kontenerom socjalnym. W rezultacie stworzona została praca, której głównym walorem była opowieść o samym procesie twórczym, w tym gdzie  ich działania zderzyły się z niechęcią władzy.

Szukając pól konfliktu z władzą, wielokrotnie odnoszono się do sprawy Doroty Nieznalskiej jako emblematycznego przykładu cenzury. Wskazywano, że ten jak i podobne przypadki nie zostały należycie wykorzystane zarówno przez samą artystkę jak i ruchy społeczne. Jednym z wniosków kończących dyskusję było dostrzeżenie potrzeby synergicznej współpracy pomiędzy środowiskiem artystycznym a ruchami społecznymi, dla dobra tak jednych jak i drugich, bo póki co, jak to wyraził się ktoś z obecnych, są to ciągle jakby dwa odrębne światy.

Spotkanie z profesorem Piotrowskim było pierwszym z cyklu trzech spotkań pod hasłem przewodnim „Władza w sztuce. Sztuka we władzy”. Następne spotkanie z Jankiem Sową 17 kwietnia. Szczegóły wkrótce. Serdecznie zapraszamy.
1 maja OZZ „Inicjatywa Pracownicza” organizuje ogólnopolską demonstrację w Nowej Soli (woj. Lubuskie, niedaleko Zielonej Góry) pod hasłami sprzeciwu wobec rozwoju „śmieciowego zatrudnienia” i w obronie praw lokatorów. Nowa Sól i województwo lubuskie są od dłuższego czasu areną ostrego konfliktu pomiędzy władzami miasta a lokatorami budynków socjalnych. Wiele przedsiębiorstw korzysta także z przywilejów Kostrzyńsko - Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej i chętnie stosuje elastyczne formy zatrudnienia. Region lubuski skupia więc wszystkie najważniejsze problemy, z którymi świat pracy musi się konfrontować w dobie globalizacji.

Dzień przed demonstracją – 30 kwietnia, w Poznaniu odbędzie się ogólnopolskie spotkanie dyskusyjne na temat strategii działania ruchów lokatorskich i organizacji walczących o prawo do dachu nad głową. Planujemy wymianę dotychczasowych doświadczeń i dyskusję nad przyszłymi działaniami (m.in.: protest przeciwko planowanym zmianom w ustawie o ochronie praw lokatorów, walka z planami budowy osiedli kontenerów socjalnych).

Z Poznania zostanie zorganizowany autokar(y) do Nowej Soli, gdzie 1 maja odbędzie się demonstracja przeciwko stosowaniu elastycznych form zatrudnienia, represyjnej polityce mieszkaniowej i samowoli pracodawców w Specjalnych Strefach Ekonomicznych.

Apelujemy do wszystkich członków i członkiń IP, sympatyków związku, radykalnych organizacji związkowych oraz organizacji lokatorskich o udział w mobilizacji pierwszomajowej. OZZ IP planuje zorganizowanie transportu i noclegów dla wszystkich uczestników i uczestniczek demonstracji.

Plan wydarzeń:

Sobota 30 kwietnia godzina 18:00 – spotkanie dyskusyjne Poznań, squat Rozbrat;

Niedziela 1 maja godzina 12:00 – demonstracja w Nowej Soli

Przejazd z Poznania do Nowej Soli i transport po demonstracji zapewnia OZZ IP.

Kontakty:

W sprawie demonstracji w Nowej Soli:  Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
tel. 663 586 559 

W sprawie spotkania w Poznaniu i transportu:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
7 kwietnia ok. 20 działaczy i działaczek Inicjatywy Pracowniczej i FA s. Poznań wzięło udział w pikiecie informacyjnej dotyczącej problemu wzrastających kosztów utrzymania oraz utrzymującego się wysokiego poziomu bezrobocia. Rozdano kilkaset ulotek i udzielono wywiadów mediom. 

Statystki GUS wykazują, że mniej więcej od połowy 2009 roku realne dochody przestały rosnąć. Czym to jest spowodowane? Coraz łatwiej stracić pracę, a coraz trudniej o nową. Utrzymuje się, zaobserwowany od 2009 roku, wzrost bezrobocia. W Wielkopolsce jest obecnie 150 tys. bezrobotnych, o 1/3 więcej niż dwa lata temu, kiedy światowy kryzys wywołał falę zwolnień. W wielu zakładach pracy pensje od dawna nie wzrosły, a nawet zostały obniżone. W miejscu stanęła wysokość rent i emerytur. Jednocześnie tylko w ostatnim roku ceny żywności podskoczyły o 5%. Ceny gazu wzrosły w podobnej wysokości, co w połączeniu z ostrymi zimami i potrzebą dogrzania mieszkań, mocno obciążyło budżety domowe. W górę poszła energia elektryczna. Od czasu wybuchu kryzysu, cena wody i ścieków w Poznaniu wzrosły o ponad 15%. Szacuje się, że przeciętna rodzina wydaje dziś w ciągu miesiąca nawet o 300 zł więcej.

Wzrost cen, szczególnie żywności, spowodowany został giełdowymi spekulacjami. Problem ten  dostrzegają ekonomiści i organizacje ekologiczne. Prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej stwierdził, że główną przyczyną wzrostu cen żywności w ostatnich miesiącach na świecie są spekulacje na rynkach rolnych.

W kolportowanych ulotkach działacze stwierdzili, że są „przeciwni polityce obecnych władz, nakładających wyższe podatki konsumpcyjne (VAT), forsujących oszczędności w wydatkach socjalnych i emerytalnych, wdrażających elastyczne formy zatrudnienia itd. Nie zamierzamy - czytamy dalej - akceptować sytuacji, kiedy koszty światowego kryzysu są przerzucane na pracowników i biedniejsze warstwy społeczeństwa. Tym bardziej, że – pomimo propagandy sukcesu - blisko 40% polskiego społeczeństwa pracuje za grosze i walczy o przeżycie, a 2 miliony Polaków żyje poniżej progu ubóstwa. Wobec pogarszającej się sytuacji wzywamy wszystkich pracujących do podejmowania akcji protestacyjnych i przełamania dotychczasowej bierności. Nie pozwólmy się bezkarnie okradać zarówno przez pracodawców, państwo, jak też giełdowych spekulantów”.
„Ziemia jest płaska, świnie potrafią latać, elektrownie atomowe są bezpieczne” – to jedno z prześmiewczych haseł, które krążyły po Polsce i Europie, powtarzane przez uczestników ruchu przeciwko energetyce jądrowej. Nabrało ono szczególnej grozy po katastrofie reaktora w Czarnobylu, ale awarie systemów jądrowych zdarzały się wszędzie, także w Stanach Zjednoczonych czy Szwecji, choć oczywiście nie na taką skalę. Argumenty ekologiczne były zatem w tym sporze najważniejsze, choć w obliczu trwającego wówczas wyścigu zbrojeń między Moskwą a Waszyngtonem podnoszono także tezę o niebezpieczeństwie zastosowania energetyki jądrowej do celów militarnych. Z jednej strony widmo Czarnobyla, z drugiej Hiroszimy. „Atomowy grzyb” wydawał się kłaść cieniem na przyszłości mieszkańców globu. Filmy takie jak „The Day After” z 1983 r. („Nazajutrz”), mówiące o nuklearnej katastrofie, nie dawały spać spokojnie. Przez lata 70. i 80. była to jedna z najważniejszych osi mobilizacji społecznej.


Warunki życia na poznańskich Jeżycach. Raport z badań niezależnych

1. Uwagi metodologiczne

2. Warunki mieszkaniowe. Przeludnienie

3. Struktura własnościowa

4. Ocena zamożności mieszkańców Jeżyc

5. Konsekwencje wzrostu czynszów i opłaty eksploatacyjnych

6. Warunki życia na Jeżycach

7. Zmiana miejsca zamieszkania czy wysiedlenia?

8. Podsumowanie

W grudniu 2010 roku studenci i studentki nauk społecznych, a jednocześnie działacze i działaczki związane z poznańskim środowiskiem anarchistycznym i skłotem Rozbrat, rozpoczęli badania na jednej z dzielnic Poznania – Jeżycach. Przedsięwzięciu przyświecały dwa cele. Po pierwsze chodziło o potwierdzenie przekonania, że problemy ekonomiczne wcale nie dotyczą wąskiego marginesu mieszkańców Poznania, ale dużej jego części tak, iż w istocie powinniśmy mówić o klasowych nierównościach społecznych. Po drugie, badania te nie były zlecone przez żadną instytucję, ani ośrodek władzy (jak ministerstwo, urząd miasta czy wyższa uczelnia). Przeprowadziliśmy je w pełni ze środków społecznych, a jego jedynym celem jest przekazanie wyników mieszkańcom badanej dzielnicy w przekonaniu, że pozwoli to na lepszą ich samoidentyfikację i samodzielne dookreślenie własnych interesów.

W badaniach odkryto szereg problemów, które z pewnością dotyczą mieszkańców także innych poznańskich dzielnic.  Jakość życia na trzydziestotysięcznych Jeżycach dalece odbiega od idealizującego życie w Poznaniu przekazu – „sytego i zadowolonego z siebie miasta”. W przypadku wielu rodzin mamy do czynienia ze zjawiskiem przeludnienia i trudnymi generalnie warunkami lokalowymi.  Wzrastające czynsze i opłaty eksploatacyjne powodują, że w powszechnym przekonaniu badanych, mieszkańcy Jeżyc mają problemy z ich opłaceniem i wielu z nich jest zagrożona utratą zajmowanego lokum, w tym eksmisją. 

Badani mieszkańcy Jeżyc postrzegają siebie nawzajem jako osoby „raczej biedne”, co najwyżej „średnio zamożne”. W tym drugim przypadku tak naprawdę oznacza to jedynie tyle, że część mieszkańców względnie radzi sobie z zaspokajaniem podstawowych potrzeb materialnych. Nadmierny ruch samochodowy i hałas, brak parkingów, brud na ulicach, zdewastowane klatki schodowe i budynki są najważniejszymi bolączkami mieszkania w dzielnicy, na które wskazują badani. Poważny odsetek kobiet uskarża się dodatkowo na brak bezpieczeństwa.

Proces „wyprowadzania się” mieszkańców dzielnicy jest przez badanych mieszkańców Jeżyc dobrze dostrzegalny. Ci którzy twierdzą, że przeprowadzki mają charakter masowy, przyczyn ich upatrują przede wszystkim w wysokich czynszach i eksmisjach. Jedna z badanych osób stwierdziła wprost, że biedniejsi mieszkańcy się wyprowadzają, a bogatsi wprowadzają, choć proces napływu ludzi majętnych (gentryfikacja) nie wydaje się jeszcze tak dobrze widoczny. Zdecydowanie rzadziej, jak wysoki czynsz i eksmisje, wskazuje się, że przyczyną wyprowadzek są złe warunki panujące w dzielnicy, brak bezpieczeństwa, zła sława Jeżyc. Motywem w takim przypadku byłaby dobrowolna chęć zmiany miejsca zamieszkania, czy nawet podniesienia standardu (wskazania, że ludzie zamieniają mieszkania na nowe, lepsze, wyprowadzając się np. za miasto). Wreszcie wskazywano na rotację wśród osób wynajmujących mieszkania w dzielnicy czy wreszcie na proces napływu studentów.













Warunki życia na poznańskich Jeżycach. Raport z badań niezależnych
23 marca (środa), godz. 18.00., Klub Anarchistyczny, Rozbrat, ul. Pułaskiego 21 a

W grudniu 2010 roku studenci i studentki nauk społecznych, a jednocześnie osoby związane z poznańskim środowiskiem anarchistycznym i skłotem Rozbrat, przeprowadzili badania na jednej z dzielnic Poznania – Jeżycach. Przedsięwzięciu przyświecały dwa cele: 
Po pierwsze chodziło o potwierdzenie hipotezy, że problem ekonomicznego upośledzenia wcale nie dotyczy wąskiego marginesu mieszkańców Poznania, ale dużej jego części tak, iż w istocie powinniśmy mówić o klasowych nierównościach społecznych. 
Po drugie, badania te nie były zlecone przez żadną instytucję, ani ośrodek władzy (jak ministerstwo, urząd miasta czy wyższa uczelnia). Przeprowadziliśmy je w pełni ze środków społecznych, a jego celem jest przekazanie wyników mieszkańcom badanej dzielnicy w przekonaniu, że pozwoli to na lepszą ich samoidentyfikacje i samodzielne dookreślenie własnych interesów. 

Zapraszamy na pierwszą prezentacje wyników.

1. Wstęp

Wielkopolski ruch związkowy czeka jeszcze na rzeczową i pogłębioną analizę historyczną i przede wszystkim socjologiczną. Dotychczasowe prace badawcze nie w pełni opisały fenomen jego powstania i znaczenia. Historiografia PRL-owska, która poświęcała zagadnieniom ruchu związkowego więcej miejsca niż inne (istniejące zarówno przed nią, jak i po niej), z drugiej strony traktowała temat jako drugoplanowy, narzucając jednocześnie pewnego typu interpretacje. Na pierwszym miejscu stawiono historię robotniczych organizacji politycznych, a zwłaszcza partii marksistowskich i komunistycznych, zgodnie z leninowskim przekonaniem o prymacie walki i świadomości politycznej nad związkową (1). Pewnego typu przekłamania czy tendencyjne akcentowanie niektórych wątków w historii ruchu związkowego i robotniczego, nie doczekały się do dziś sprostowania, bowiem kwestie te przestały być dla badaczy interesujące i nikt już o nie kopii nie kruszy. W ten sposób, w społeczną niepamięć spycha się m.in. dzieje narodowych organizacji związkowych, które miały istotne znaczenie historyczne. Równolegle zapomnieniu ulegają wszelkie socjalne i rewolucyjne aspekty związane z np. Powstaniem Wielkopolskim, dwudziestoleciem międzywojennym, czy Czerwcem 1956 roku. Na naszych oczach dokonuję się kolejnej politycznej reinterpretacji poszczególnych wydarzeń, a z kart historii usuwa się wszystko to, co kojarzy się z obowiązującym w czasach PRL-u dyskursem. 

W tych okolicznościach historyczna rola kobiet i zawodowego ruchu kobiecego została w dotychczasowej historiografii (także PRL-owskiej) prawie zupełnie niezauważona. Opracowania dwóch czołowych poznańskich historyków Antoniego Czubińskiego i Edmunda Makowskiego, zajmujących się historią wielkopolskiego ruchu robotniczego (2), w zasadzie pomijały znaczenie dla niego kobiet i organizacji kobiecych, poza kilkoma ikonami w rodzaju Róży Luksemburg. Podobnie na próżno szukać śladów działań aktywistek związkowych np. w generalnie ważnym opracowaniu autorstwa Tadeusza Filipiaka: Dzieje związków zawodowych w Wielkopolsce do roku 1919... (3) Sytuacji nie zmieniło opracowanie Adama Próchnika dotyczące kobiet w ruchu socjalistycznym (4), czy kilka współczesnych pozycji powstałych z inspiracji i pod redakcją Anny Żarnowskiej(5). Jeżeli chodzi o ruch kobiecy to zabór pruski miał tu zdecydowanie mniej szczęścia co do ilości i zakresu prac badawczych, w porównaniu do innych regionów, zwłaszcza Królestwa Polskiego. W efekcie tego ugruntowała się opinia o słabości emancypacyjnego poznańskiego ruchu kobiecego i jego jedynie narodowym i religijnym charakterze – opinia, jak zobaczymy, błędna.

Wzrost znaczenia kobiet na wielkopolskim rynku pracy w pierwszych dwóch dekadach XX wieku skutkował uaktywnieniem się ich nie tylko na polu walki socjalnej i zawodowej, ale także politycznej i o równouprawnienie. Zatem część kobiecych organizacji zawodowych, stało się jednocześnie rozsadnikiem treści feministycznych. We wczesnym wielkopolskim kobiecym ruchu zawodowym nie zabrakło, jak zobaczymy, idei i koncepcji naprawdę ciekawych i radykalnych, pomimo prób zmonopolizowania go podejmowanych przez kler katolicki, nieprzychylności zachowawczej prasy i maskulinizacji socjaldemokratycznych organizacji związkowych i partyjnych. Niniejsze opracowanie nie ma charakteru kompleksowego. Temat, których chciałem przedstawić, pojawił się podczas moich badań nad walkami pracowniczymi w zakładach Cegielskiego. Wydal mi się na tyle interesujący i wyjątkowy, że postanowiłem go częściowo opracować. Wymaga on jednak dalszych systematycznych dociekań.

Celem przybliżenia kwestii zawodowego ruchu kobiecego w Wielkopolsce nie mogłem odwołać się do literatury historycznej, ponieważ jej w zasadzie nie ma. Przedstawiając temat zmuszony byłem w wielu przypadku sięgnąć do źródeł, przede wszystkim do prasy codziennej z lata 1904-1909: „Dziennika Poznańskiego”, „Kuriera Poznańskiego”, a także do tygodnika „Głos Wielkopolanek” i „Praca”. Pomocne były także opracowania i broszury z okresu międzywojennego, przede wszystkim książka Anieli Koehlerównej Zofia Tułodziecka – pionierka ruchu zawodowego w Wielkopolsce z 1933 roku, Zygmunta Zalewskiego Z dziejów walki o handel polski. Stuletnia praca Towarzystwa Młodzieży Kupieckiej w Poznaniu: 1821-1921 z roku 1921, czy Jednodniówka jubileuszowa Związku Kobiet Pracujących: 1906-1931 z roku 1931. Jeżeli chodzi o opracowania statystyczne, to dysponujemy tu znakomitymi badaniami historycznymi Czesława Łuczaka, Witolda Szulca i Stefana Kowala (m.in. Robotnicy Wielkopolscy w XIX i XX wieku. Warunki pracy i życia z 1988 roku), ale pomocne okazało się zajrzenie także do publikacji wydanych na początku wieku, jak praca Franciszka Hitze Kwestya robotnicza i dążności do jej rozwiązania wydana w języku polskim w 1909 roku i zawierająca dodatek Kwestya robotnicza w świetle statystyki prezentujący jeszcze wprawdzie niedoskonałe metodologiczne, ale dość dokładne niemieckie badania statystyczne oparte przede wszystkim na spisach powszechnych.

W wielu miejscach przy cytowaniu zachowuję oryginalną pisownię zastosowaną w materiałach źródłowych. Dla zachowania natomiast zwartości narracji, stosuję liczne przypisy z dodatkowymi wyjaśnieniami.

2. Sytuacja kobiet pracujących na początku XX wieku

Na początku XX wieku Wielkopolska, w stosunku do innych ziem polskich, charakteryzowała się dość dużym odsetkiem najemnej siły roboczej, ustępując pod tym względem jedynie Śląskowi. Jednak tutejszy proletariat znajdował zatrudnienie przede wszystkim w rolnictwie. Znaczna część mieszkańców i mieszkanek wsi nie posiadała ziemi. Najmowali się nie tylko do prac polowych czy w hodowli, ale także w licznych wówczas, większych i mniejszych, zakładach związanych z produkcją rolną i leśną: cukrownie, słodownie, browary, gorzelnie, tartaki itd. Typowa produkcja przemysłowa w Wielkopolsce w zasadzie się nie rozwinęła, nie licząc przedsiębiorstw stanowiących niezbędne uzupełnienie produkcji rolnej, jak np. jedne z największych ówczesnych fabryk: Cegielskiego, produkująca urządzenia i maszyny rolnicze, czy fabryka nawozów sztucznych Milcha. W związku z powyższym w regionie brak było dużych skupisk robotniczych. Robotnicy rolni, wśród których duży odsetek stanowiły kobiety (ok. 40-55%), w przeciwieństwie do zatrudnionych w przemyśle, do 1918 roku nie posiadali prawa do zrzeszania się w organizacje związkowe i prowadzenia akcji strajkowej. Wszelkiego typu opór był także utrudniony przez duże rozproszenie i silne ich uzależnienie od folwarku i parafii, będące reliktem stosunków pańszczyźnianych. 

Ilość osób żyjących z najmniej pracy w rolnictwie określa się w Wielkopolsce (1907 r.) na ok. 225 tys., z ponad pół miliona utrzymujących się dzięki rolnictwu (w tym z własnych gospodarstw rolnych). Trzeba jednak zaznaczyć, że prawdopodobnie większa rzesza osób zamieszkujących wieś zmuszona była, przynajmniej okresowo, do podejmowania pracy najemnej. Gospodarstwa o małych areałach, często nie mogły zagwarantować utrzymania chłopskim rodzinom. Pracę najemną traktowano jednak jako ostateczność, coś co deprecjonowało pozycję społeczną rodzin włościańskich. Dodatkowo wśród robotników i robotnic rolnych jedynie 17,8% stanowiły osoby wykwalifikowane, co w porównaniu z innymi sektorami rynku pracy, stanowiło jeden z najniższych wskaźników i skutecznie ograniczało możliwości i swobodę zatrudnienia. (6)

Historycy są raczej zgodni, że warunki pracy na wsi były szczególnie trudne, a wynagrodzenia niskie. Zatrudnionych w rolnictwie z reguły nie obejmowały np. wczesne ustawowe regulacje czasu pracy, a w momencie ich wprowadzenia na ziemiach polskich po odzyskaniu suwerenności w 1918 r., pracownice i pracownicy rolni musieli pracować dłużej niż przemysłowi. Do I wojny światowej czas pracy w rolnictwie często wynosił nawet 14 godzin na dobę, potem został on określony maksymalnie na 9 godz. (przy 8 godz. w przemyśle). Oczywiście w szczególnej trudnej sytuacji były kobiety wiejskie, które do prac w folwarkach zmuszała sytuacja materialna, stosunki patriarchalne w rodzinie oraz prawo nakazujące im np. podjęcie zatrudnienia w okresie letnich pracy polowych czy przy dojeniu krów. Według niektórych autorek, przepisy pruskie z 1810 roku (7) były w tym względzie szczególnie dla kobiet rygorystyczne. (8) Według badań z 1909 roku roczny przychód z obowiązkowej pracy najemnej kobiet był bardzo niski i wahał się pomiędzy 12 a 160 markami rocznie. W innych przypadkach nie przekraczał on 285 marek rocznie, licząc razem świadczenia pieniężne i w naturze. (9) Oprócz tego kobiety wiejskie musiały wykonywać szereg obowiązków w obejściu, związanych zarówno z funkcjami domowymi, jak też z utrzymaniem inwentarza czy pracami na własnym polu lub w ogrodzie.

W przemyśle wielkopolskim na początku XX wieku kobiety stanowiły ok. 20% wszystkich zatrudnionych, a ich udział sukcesywnie wzrastał. Chociaż pracę w przemyśle na początku XX wieku postrzega się w wielu aspektach za lżejszą niż w rolnictwie, warunki w wielu przypadkach były ciężkie, skutkujące np. częstymi wypadkami śmiertelnymi. Widać to analizując sytuację w fabryce chemicznej Milcha, ulokowanej wówczas na poznańskich Jeżycach i zatrudniającej ok. 500 osób. Część załogi zakładu Milcha stanowiły kobiety. W marcu 1907 roku wybuch w niej strajk, z powodu, jak pisała ówczesna prasa, że „płaca jest niska a praca uciążliwa i wprost zabójcza”. Związek zawodowy (10) skarżył się przede wszystkim na trujące wyziewy: „Przy parowaniu rogów i kopyt zostało trzech robotników tem śmierdzącym powietrzem odurzonych tak gwałtownie, a jeden z nich na miejscy padł trupem, a dwóch przez dwa tygodnie było ciężko chorych i stali się niezdolni do pracy na zawsze”. W fabryce nie było także „odpowiedniego miejsca do schowania odzieży...”, ani do spożywania posiłków (zatrudnionym należały się ustawowo przewidziane przerwy na ten cel). Kobiety miały przebieralnie w małej jadalni, gdzie przesiadywali mężczyźni. (11) Pracownicy wykwalifikowani zarabiali u Milcha ok. 4,30 marek dziennie, niewykwalifikowani 2,50 marek, a kobiety jedynie 1,30 (390 marek rocznie). (12)

Lepsze warunki pracy i płacy miały panować w zakładach Cegielskiego, gdzie zarobki przed I wojną światową wahały się od 2,8 do 5,0 marek dziennie, przy czasie pracy krótszym o pół godziny niż w fabryce Milcha. Z powodu inflacji w czasie wojny uległy one znacznemu wzrostowi; dla robotników wykwalifikowanych zarobki wahały się od 5,6 do 13,90 marek tygodniowo, dla robotników niewykwalifikowanych, którzy w przemyśle metalowy stanowi mniejszość, od 4,3 do 5,5 marek; dla kobiet od 3,5 do 4,5 (ok. 1200 marek rocznie). (13) Wszystko wskazuje na to, że kobiety były w zakładach Cegielskiego na produkcji zatrudnione jeszcze przed 1914 rokiem (nie natrafiłem na informacje dotyczące ich zarobków), choć prawdopodobne jest, że dopiero wojna i związany z nią brak i rosnący koszt siły roboczej, zmusiły zarząd Cegielskiego do szerszego przyjmowania kobiet, np. do pracy na tzw. „gwinciarkach”.

Zakłady Milcha i Cegielskiego to dwie największe fabryki w poznańskim, głównie zatrudniające jednak mężczyzn. Przedsiębiorstw przemysłowych, gdzie kobiety stanowiłyby większość, nie było wówczas dużo i z reguły zatrudniały znacznie mniej osób. Przykładem jest Goplana, produkująca wyroby czekoladowe, założona w 1912 roku i zatrudniająca wówczas głównie żeńską, ale niewielką, liczącą ok. 30 osób załogę. (14) Więcej wiadomo natomiast na temat pracy w przemyśle odzieżowym. Znaczoną część produkcji wykonywały tu kobiety na zasadach nakładczych. Ich dochody w 1899 roku kształtowały się różnie: najlepiej zarabiające szwaczki osiągały rocznie dochód o 240 do 360 marek rocznie, hafciarki jedynie 168 marek. Opisując ich sytuację, jedna z działaczek utyskiwała w 1907 roku nad losem kobiet szyjących bieliznę „dla składów kupieckich za nader niskiem wynagrodzeniem”. „Od wczesnego rana do nocy a często i późno w nocy – opisywała warunki pracy – warczą w ciasnych zaułkach miasta maszyny do szycia, przy których siedzą prawdziwe obrazy nędzy ludzkiej, matki które, wyczerpując resztę sił swoich, starają się o kawałek chleba dla dzieci, a nieraz i żony, które utrzymywać muszą męża pijaka” (15).

Warunki pracy w sfeminizowanych zakładach i branżach przemysłowych nie zostały jak dotąd należycie zbadane. Nie wiele więcej można też powiedzieć o sytuacji kobiet pracujących na początku XX wieku w handlu i usługach. W Wielkopolsce stosunkowo spory odsetek w handlu stanowili pracownicy najemni, ale i tak mniej niż 1/2 wszystkich utrzymujących z pracy w tym sektorze gospodarki. Większość np. sklepów obsługiwana była przez właściciela i ewentualnie członków jego rodziny. Z danych statystycznych wynika, że w omawianym okresie w Wielkopolsce w handlu i transporcie świadczyło pracę najemną ok. 30 tys. osób. Sporą część stanowiły tu kobiety, pełniące najczęściej funkcje pomocnicze i porządkowe. Tak w Wielkopolsce jak i w całych Niemczech ten sektor rynku pracy feminizował się szczególnie gwałtownie.

Również i w tym przypadku historycy dopatrują się szczególnie trudnych warunków pracy: „Pracownicy handlowi – pisał jeden z nich – a przede wszystkim pracownicy zakładów handlowych, należeli do najbardziej upośledzonych najemników. Nie potrafili oni – tak jak robotnicy przemysłowi – wywalczyć dla siebie nawet podstawowych praw ochronnych i w rezultacie byli zdani całkowicie na łaskę pracodawców” (16). Dlatego uznał on sytuację zatrudnionych w tej branży za cięższą niż w przemyśle. Średnie wynagrodzenie osób pracujących w sklepach miało wynosić w 1908 roku w północno-wschodnich prowincjach Niemiec (uwzględniając Wielkopolskę) ok. 1648 marek rocznie, a zatem teoretycznie więcej niż większość, nawet najlepiej zarabiających, pracowników u Milcha czy Cegielskiego. (17) Warto dodać, iż najwyższe zarobki w obu fabrykach były zarezerwowane dla niemieckich robotników, lepiej wykwalifikowanych i pełniących często funkcje nadzorcze względem pracowników i pracownic polskich. Generalnie średnie zarobki w poznańskim były znacząco niższe niż w innych częściach wschodnich Niemiec, np. w bydgoskim. (18)  Uwzględniając ten fakt, należy domniemać, iż średnie pensje w handlu były w Poznaniu mniejsze o przynajmniej 25-30%, a nawet o połowę. Dochody kobiet w Poznaniu z pewnością nie przekraczały tu średnich płac pracownic opłacanych dniówkowo, czyli w sumie ok. 500-550 marek rocznie (dniówkowe płace mężczyzn szacowano na 850 marek)(19), przy często 12-14 godzinnym dniu pracy przez 7 dni w tygodniu. „Wolne niedziele” były jednym z najważniejszych postulatów związków zawodowych handlu w tym okresie. (20) 

Wreszcie jedną z najgorzej opłacanych, przy czym brak tu odpowiednich danych, była żeńska służba domowa. Od początku XX wieku coraz mniejszy odsetek kobiet spośród zawodowo czynnych imała się tego zajęcia. Wolały one pracę w przemyśle lub w handlu. Na fakt ten składało się wiele czynników, z których wysokość wynagrodzenia była jednym z wielu i nie zawsze najważniejszym. Dyspozycyjność, ciągły nadzór pracodawcy, brak życia osobistego, a często niemożliwość założenia rodziny, czyniły tego rodzaju pracę szczególnie mało atrakcyjną. (21)

Podsumowując kwestie dotyczące zarobków, możemy stwierdzić, że kobiety na początku XX wieku, i nie jest to żadne odkrycie, zarabiały zdecydowanie mniej od mężczyzn, nawet wówczas, kiedy były pracownicami (jak szwaczki) wykwalifikowanymi. Można spróbować porównać roczne (w latach 1899-1909) – mając na uwadze, że z biegiem czasu wynagrodzenia, także realne, wzrastały – zarobki kobiet w poszczególnych sektorach rynku pracy. W rolnictwie kobiety nie zarabiały rocznie więcej niż 285 marek, prawdopodobnie często mniej; w przemyśle ok. 390 marek; praca nakładcza dawała np. szwaczkom przychód od 240 do 360 marek; wreszcie w handlu kobiety zarabiały ok. 500-550 marek, ale w przeliczeniu na godziny, praca w sklepach wydaje się mniej atrakcyjna niżby to wynikało z uzyskiwanego dochodu rocznego, dodatkowo wymagała często większych kwalifikacji. We wszystkich sektorach gospodarki mężczyźni zarabiali od 50% do 250% więcej niż kobiety.

Zarobki w Wielkopolsce były zdecydowanie niższe niż w innych częściach Niemiec. Kiedy zatem przyrost naturalny spowodował, że podaż siły roboczej stawała się coraz większa, doszło – od połowy lat ‘70 XIX wieku – do masowej emigracji z Wielkopolski do innych, zwłaszcza zachodnich, części Rzeszy. Zjawisku temu sprzyjał fakt¸ że Niemcy przeżywały równolegle gwałtowną industrializację i proletaryzację. Zatrudnienie w niemieckim przemyśle i górnictwie na przestrzeni lat 1850-1900 wzrosło od 0,6 do 5,7 mln. robotników i robotnic, a ich udział w globalnej sile roboczej wzrósł w tym samym czasie od 4% do aż 22%. (22)

jarek_tab01

Tabela 1. Struktura ludności czynnej zawodowo w Wielkopolsce w roku 1907. 
(Dane za: Robotnicy Wielkopolscy w XIX i XX wieku..., 1988, s. 113).

Procesy te dojrzały i towarzyszyły w momencie wkroczenia kobiet na ówczesny wielkopolski rynek pracy. W wyniku emigracji zarobkowej mężczyzn, zaczęło brakować na wschodzie rąk do pracy. Efektem tego popytu był też znaczy wzrost wynagrodzeń. Naciski polskiego i niemieckiego ziemiaństwa na władze w Berlinie, aby zniosły administracyjne bariery i umożliwiły napływ pracowników i pracownic sezonowych z zaboru rosyjskiego i austriackiego, nie przyniosły w dłuższej perspektywie zmiany sytuacji. Wzrost kosztów siły roboczej, przy jednocześnie obserwowanym (przynajmniej od połowy lat ‘70 do końca XIX wieku i w początkowych latach wieku XX) spadku cen na artykuły żywnościowe, spowodowało jednoczesne obniżenie rentowności produkcji rolnej, wiodącej, jak wspomniałem, gałęzi gospodarki w Wielkopolsce. 

Zatrudnienie kobiet stało się jednym z sposobów pracodawców nie tylko na wyrównanie niedoboru rąk do pracy, ale także obniżenie kosztów siły roboczej. W całych Niemczech ilość kobiet pracujących w przemyśle wzrosła w latach 1882-1895 o 79% (przy średnim wzroście zatrudnienia o 57,3%), a w latach 1895-1902 o kolejne 29,5%; w handlu i transporcie w latach 1882-1895 zatrudnienie kobiet wzrosło o 178,5% (przy średnim wzroście zatrudnienia o 94,9%). (23) Zmiany te szczególnie gwałtownie przebiegały w Prusach, a wschodnie prowincje Rzeszy, w tym Wielkopolska i Pomorze Zachodnie, gdzie jeszcze dominowała gospodarka oparta o monokulturę agrarna z silnymi reliktami systemu pańszczyźnianego, przeżywały szczególny „wstrząs” o charakterze społecznym i kulturowym. 

Z kolei ze strony kobiet wzrosła gotowość podjęcia pracy zarobkowej i nie było to spowodowane jakimiś względami ideologicznymi, ale ekonomicznymi. Trudno sobie wyobrazić, aby marzeniem kobiet była praca u Milcha albo w sklepie przez 12-14 godziny dziennie, także w niedziele – obojętnie jak paskudne byłyby warunki panujące na łonie tradycyjnej rodziny, z których, dzięki pracy zawodowej, chciałaby się ona wyrwać. Ta zwiększona podaż siły roboczej kobiet była spowodowana kwestią, która dziś wydaje nam się marginalna, a na początku XX wieku w opinii wielu działaczek kobiecych, miała całkiem spore znaczenie. Emigracyjny odpływ mężczyzn w wieku produkcyjnym do pracy w przemyśle, oznaczał też, że do tej pory podstawowa w społeczeństwie patriarchalnym droga zapewnienia sobie przez kobiety stabilizacji ekonomicznej, poprzez zamążpójście, okazała się zamknięta. (24) Również wiele mężatek, pod nieobecność męża, musiało wziąć na siebie konieczność pracy zarobkowej, celem utrzymania rodziny. Wyemancypowanie się kobiet na gruncie społeczno-ekonomicznym wiązało się zatem z konkretnymi zmianami w systemie gospodarczym. Kobiety stosunkowo szybko zyskały świadomość tego faktu, jak również konieczności obrony swoich, specyficznych interesów zawodowych i politycznych, w sposób systematyczny i zorganizowany.

Pierwsze typowe organizacje związkowe pojawiły się w Wielkopolsce pod koniec lat ‘60 XIX stulecia. Przez długi okres czasu nie zdołały one, z wielu powodów, zyskać większego poparcia. Składało się na to zakaz stowarzyszania się robotników i robotnic rolnych, brak dużych ośrodków przemysłowych, czy wreszcie różnice narodowościowe przybierające także postać odmiennych interesów socjalnych. Fakt, że pierwsze związki zawodowe, tzw. hirsch-dunckerowskie (liberalne) (25) i socjaldemokratyczne pochodziły z Niemiec, miał tu duże znacznie. Wzbudzały one nieufność polskiego proletariatu, podsycaną przez kler katolicki i ziemiaństwo. Pisząc, że były to organizacje „typowo” zawodowe, miałem na myśli to, że zrzeszały one przede wszystkim pracowników najemnych w przemyśle, a ich celem było, metodami mniej lub bardziej radykalnymi, uzyskanie poprawy warunków socjalnych robotników poprzez ruch rewindykacyjny. W handlu, usługach i rzemiośle organizacje grupujące pracowników poszczególnych zawodów powstawały znacznie wcześniej, a ich korzenie sięgają czasów średniowiecznych. Na przykład w Poznaniu istniało od 1821 r. Towarzystwo Młodzieży Kupieckiej, grupujące pracowników handlowych. Działało ono jednak pod ścisłym protektoratem pracodawców, a kwestie socjalne długo pozostawały na dalszym planie. Początkowo jego głównymi celami było kształcenie zawodowe, działalność kulturalna i samopomocowa czy wreszcie towarzyska. (26)

Mówienie w kontekście pierwszych organizacji związkowych o pracownikach, a nie pracownicach, jest uzasadnione. Udział kobiet w liberalnym, socjaldemokratycznym, a później także narodowym, typowym ruchu zawodowym na terenie Wielkopolski nie był duży i często nie przekraczał 1% ogółu członków. (27) Przyczyn tego stanu rzeczy było kilka. Organizacje te często działały w branżach zatrudniających przede wszystkim mężczyzn. Nie zawsze związki zawodowe dostrzegały wzrost znaczenia kobiet i problematyki kobiecej w ruchu pracowniczym, traktując ich zatrudnienie jako kwestię przejściową. Dużo niższe zarobki kobiet uniemożliwiały opłacanie składek w zadawalającej związki wysokości. Innym problemem była także częsta niechęć mężczyzn wobec faktu podejmowania przez kobiety zatrudnienia. Wielu z nich twierdziło, że przyczyniają się one do obniżania zarobków. Na tym tle wybuchały nawet strajki. Często organizacje typu kupieckiego statutowo wykluczały możliwość przynależności kobiet (28), jednocześnie kwestionując ich przydatność zawodową. Na początku wieku w jednym z ówczesnych poznańskich czasopism („Przegląd Kupiecki”), w artykule pt. Kwestia zatrudnienia kobiet w handlu, autor nazwał kobiety pracujące „przygniatającym ciężarem”. Opinia ta była szczególnie niesprawiedliwa wobec licznych okoliczności zmuszających kobiety do podjęcia pracy zarobkowej. W odpowiedzi na ten głos celnie ripostowała Zofia Tułodziecka, najważniejsza wówczas postać kobiecego ruchu zawodowego w Wielkopolsce. Pisała, że od chwili „kiedy zmieniające się stosunki społeczne wyprowadziły nieświadomą dotąd kobietę z zacisza domowego na rynek pracy, od chwili kiedy kobieta samodzielnie zdobywać zaczęła kawałek chleba, zrównały się jej prawa z mężczyznami – wolno jej wybierać zajęcie, jakie jej się podoba i do jakiego jest uzdolnioną, bez względu na to czy się to komu podoba, lub nie”. (29)

jarek_tab02

Tabela 2. Wielkopolska emigracja zarobkowa w Niemczech. Ilość osób urodzonych w Wielkopolsce i mieszkających w Rzeszy. Do tej liczby trzeba dodać osoby, które wyemigrowały do innych krajów jak Stany Zjednoczone czy Francja (w omawiany okresie prawdopodobnie łącznie ponad 300 tys.). W roku 1900 cała ludność Wielkopolski liczyła 1.887,3 mln. osób. Dane dot. emigracji można też zestawić dla porównania z ilością osób czynnych zawodowo: w roku 1895 – ok. 700 tys., w 1907 roku – ok. 885 tys., (Dane za: Robotnicy wielkopolscy w XIX i XX wieku. Warunki pracy i życia, pod red. Czesława Łuczaka, Poznań 1988, s. 91-92 i 113).


Zakładanie odrębnych zawodowych organizacji kobiecych zostało po części wymuszone przez fakt maskulinizacji ruchu związkowego. Powstanie tego nurtu w ruchu zawodowym okazało się możliwe z powodu pojawienia się rzeszy energicznych i dobrze wykształconych działaczek, rekrutujących się głównie spośród spauperyzowanej szlachty. Spadek rentowności produkcji rolnej w Wielkopolsce, o którym pisałem wcześniej, dotknął przede wszystkim tę część szlachty, która posiadała małe majątki, dzierżawiła grunty, albo najmowała się jako zarządzający posiadłościami ziemskimi. W ten sposób potoczyły się losy m.in. rodziny Zofii Tułodzieckiej. Jej ojciec Antoni Tułodziecki, był dzierżawcą majątku hrabiego Mielżyńskiego. Po jego śmierci wielodzietna rodzina (dziesięcioro dzieci) pozostała faktycznie bez środków do życia, co zmusiło Zofię do podjęcia pracy zarobkowej jako krawcowa w wieku lat 16 (w 1866 r.). Te osoby, które miały większe szczęście zasiliły szeregi pracowników i pracownic umysłowych. Na początku XX wieku – wg niektórych historyków – pojawiła się nawet ich nadmierna podaż. (30)

W takich warunkach kształtowały się zręby zawodowych organizacji kobiecych, które ze szczególną siłą objawiły się w pierwszych latach XX wieku. Doszło także do licznych dysput i sporów na tematy wybiegające poza obręb spraw ekonomicznych, a obejmujące kwestie polityczne, narodowe, emancypacji kobiet, itd. 

3. Tendencje w wielkopolskim ruchu kobiecym

Wielkopolski ruch kobiecy na początku XX wieku wydają się charakteryzować dwie odrębne tendencje. Jedna, nakazywała działaczkom zachować spójność ruchu, co czasami przybierało postać próby jego organizacyjnej monopolizacji. Z drugiej strony, ruch był podzielony na wiele, często zwalczających się tendencji społeczno-politycznych. Obok nurtu socjalnego i emancypacyjnego w wielkopolskim ruchu kobiecym, istniał także nurt stricte narodowy, którego animatorkami były przeważnie przedstawicielki elit ziemiańskich. Uważały one, że najważniejszym zadaniem ruchu kobiecego jest obrona szeroko rozumianej polskości i praw polityczno-kulturowych Polaków w zaborze pruskim, w tym także obrona wartości katolickich. Tak „skrojony” zakres programowy ruchu nie mógł zadowolić kobiet pracujących, związanych z poznańskim drobnomieszczaństwem i włościaństwem. Wprawdzie i w tym przypadku eksponowano kwestie narodowe i religijne, ale dostrzegano także wagę problematyki pracy i wszechstronnego rozwoju gospodarczego. Nurt ten przejawiał dążenie do modernizacji regionu i przezwyciężenia – korzystnej dla ziemiaństwa – impasu związanego z monokulturą agrarną. Tak jak ziemiaństwo i jego klientela, tak też przedstawiciele i przedstawicielki drobnej własności starali się wykorzystać hasła narodowe dla obrony swoich specyficznych interesów ekonomicznych. Widać to szczególnie na przykładzie forsowania koncepcji ścisłego podziału narodowościowego w handlu w myśl zasady: „swój do swego”, czyli Polacy kupują w polskich składach, Niemcy w niemieckich, Żydzi w żydowskich. W ten sposób polskie kupiectwo, w zdominowany bądź co bądź przez Polaków regionie, starało się uchronić przez obcą konkurencją, zwłaszcza żydowską. Antysemityzm był jedną z silnych cech tego nurtu, bliskiemu Narodowej Demokracji (endecji). 

Kościół katolicki, posiadający znaczne wpływy w środowisku kobiecym, przyczyniał się także do jego zróżnicowania, sam nie będąc monolitem. Z jednej strony stanowił on oparcie dla dążeń narodowych Polaków, choć z drugiej potępił ruchy nacjonalistyczne (za pontyfikatu Piusa IX). W wersji chrześcijańsko-demokratycznej starał się samodzielnie oddziaływać na niższe klasy społeczne, uznając w niektórych wypadkach postulaty egalitarystyczne i zbliżając się do koncepcji socjalistycznych, ale generalnie hierarchia kościelna była niechętna ruchowi socjalistycznemu i wolnościowemu, choć przyjęła także z niezadowoleniem powstanie i wzrost siły narodowego ruchu związkowego (31), pomimo, że odwoływał się on do społecznej nauki kościoła.

Wreszcie istniał nurt reprezentujący pracownice (i pracowników) najemne o charakterze, który odpowiadał specyfice wielkopolskiego proletariatu nie posiadającego w swoim składzie nazbyt dużo osób zatrudnionych w przemyśle. Były w nim obecne tendencje socjalistyczne i wolnościowe; zarówno takie, które podkreślały znaczenie walki narodowo-wyzwoleńczej, jak i te, które ją kwestionowały, kładąc główny nacisk na aspekty walki klasowej. Ten ostatni nurt reprezentowała np. Róża Luksemburg, która jednak nie była, z różnych względów, integralnie związana z wielkopolskim ruchem kobiecym, choć jej osoba i koncepcje w jakimś stopniu odcisnęły na nim swoje piętno. Aktywność agitacyjna Luksemburg na terenie Wielkopolski we wczesnych latach XX stulecia spowodowała, że jej poglądy były znane i powszechnie komentowane, a w organizowanych przez socjaldemokrację wiecach miało uczestniczyć też wiele kobiet. We wrześniu 1901 roku Róża Luksemburg udziela obszernego wywiadu, uchodzącemu wówczas za liberalny, „Kurierowi Poznańskiemu”, krótko po tym jak wydała broszurę W obronie narodowości, w której zaatakowała politykę rządu niemieckiego względem Polaków. (32) Nie przecząc prawdziwości oburzenia i sprzeciwu Luksemburg wobec metod germanizacji, odwołanie się do kwestii narodowych było dla niemieckiej socjaldemokracji, którą reprezentowała, podyktowane przede wszystkim względami taktycznymi i zabiegami o poparcie Polaków w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Generalnie Luksemburg była przeciwna angażowaniu ruchu robotniczego w walkę niepodległościową. „Zamieszanie” wokół wspomnianej broszury, faktycznie pozwoliło na chwilami przyjazne przyjęcie Róży Luksemburg przez część bardziej postępowej poznańskiej opinii publicznej. W przeciwieństwie do Luksemburg inna działaczka socjalistyczna tego okresu, Jadwiga Gulińska, uważała (jak całe PPS z którym była związana) dążenia narodowo-wyzwoleńcze za priorytetowe. Gulińska integralnie była także związana z poznańskim ruchem kobiecym, m.in. działając w stowarzyszeniu Czytelnia dla Kobiet. Nota bene kler katolicki publicznie domagał się wykluczenia jej z organizacji (33), z uwagi na lewicowe powiązania. Ostatecznie w głosowaniu wniosek ten przepadł. (34)

Z Czytelnią... związana była także Zofia Tułodziecka, która jako jedna z pierwszych dostrzegła znacznie organizacji zawodowych w kontekście kwestii kobiecych. Bezwzględnie brało się to z jej osobistych doświadczeń, o których wspominałem. W 1903 roku założyła w Poznaniu Stowarzyszenie Personału Żeńskiego w Handlu i Przemyśle. Jego celem – jak to ujmuje statut – było popieranie kobiet pracujących w zawodzie kupieckim i przemysłowym, poprzez pośrednictwo w bezpłatnym otrzymaniu posad, udzielanie bezpłatnych porad prawnych, kursy, odczyty, wieczornice. Do stowarzyszania mogły należeć kobiety pracujące w: „kantorach, handlowych składach i pracowniach, a więc księgowe, kasjerski, sklepowe, krawcowe itd.” Stowarzyszenie nie starało się prawdopodobnie wkraczać do zakładów pracy typu Milch czy Cegielski czy spełniać rolę typowej organizacji zakładowej. Działano raczej poprzez odpowiednie podniesienie świadomości praw przysługujących pracownicom. Tematy jakie Stowarzyszanie podejmowało podczas szkoleń i odczytów, świadczą o szerszym też spojrzeniu na problematykę: o budżecie kobiety pracującej, o higienie (wówczas temat dość popularny), o nowym prawie rzemieślniczym dla kobiet, czy wreszcie o równouprawnieniu kobiet.(35) Przy Stowarzyszeniu działała także biblioteka i kasa pomocy wzajemnej. W 1907 Tułodziecka dodatkowo zakłada niewielką spółdzielnię pracowniczą: „Pracownia Sukien”, w której pracowały 23 kobiety (8 pracownic i 15 uczennic, które po roku specjalizacji miały prawo przystąpić do spółdzielni). Zysk ogólny spółdzielni był dzielony między zatrudnione osoby. Inicjatywa ta przetrwała kilkanaście lat. (36) Stowarzyszenie Personału Żeńskiego miało swoje filie w typowo robotniczych dzielnicach na Wildzie i Łazarzu, a także w innych miastach zaboru pruskiego: w Toruniu i Brodnicy. Dokładnej liczby członkiń nie udało mi się ustalić, choć spotkałem się z opinią, że była to organizacja mała. Niektóre jednak fakty pośrednio wskazują, że Stowarzyszenie liczyło kilkaset osób, co biorąc pod uwagę jego charakter i czas w jakim powstało, było wbrew pozorom dużo. Potrafiło ono np. zgromadzić na wiecach w Poznaniu po 400 swoich członkiń i sympatyczek, co pozytywnie świadczy o jego wpływach i zdolnościach mobilizacyjnych.

Po ogłoszeniu w 1891 roku przez papieża Leona XIII encykliki Rerum novarum (37), znaczenia nabierają katolickie związki pracownicze. Ich solidarystyczny program współpracy z pracodawcami, powoduje, że w wielu przypadkach powstają one za ich aprobatą. Kościół katolicki dzięki stowarzyszeniom robotniczym zamierzał aktywnie powstrzymać rozszerzające się w ruchu pracowniczy, wpływy innych koncepcji, nie tylko zresztą lewicowych.

Pierwsze katolickie stowarzyszenie kobiet pracujących w przemyśle założono w Poznaniu w 1899 roku (38) Towarzystwo to ograniczało się tylko do pracy religijnej, dążąc – jak opisywały to ówczesne gazety – „do podniesienia i szerzenia religijności i moralności między pracownicami fabrycznymi, które wskutek zdarzających się wybryków poszczególnych jednostek doszły do opinii powszechnie niedobrej”. Pierwsze katolickie organizacje kobiet o charakterze stricte zawodowym powstały w 1906 r. (lub 1905) z inicjatywy ks. St. Adamskiego animatora Towarzystwa Katolickich Robotników Polskich. W 1907 kobiecy ruch związkowy podzielił się na dwie części, jedną stanowiły pracownice fabryczne, a nową organizację, liczącą od pierwszego dnia swego założenia 400 członkiń, założyły pracownice zatrudnione w przemyśle tekstylnym. Ich ilość szybko, bo do końca 1907 roku, wzrosła do ok. 700. W marcu 1907 powstało też towarzystwo kobiet pracujących w handlu i konfekcji w Gnieźnie, które liczyło wówczas 171 członkiń. W sierpniu 1907 postał w Poznaniu związek grupujący służbę (ok. 700 członkiń), a październiku 1907 roku postało towarzystwo pracownic fabrycznych w Kościanie liczące ok. 600 członkiń. 

Skonsolidowane zawodowe organizacje katolickie kobiet działały od 30 grudnia 1907 roku pod wspólną nazwą Związku Towarzystw Kobiet Pracujących (a potem Związku Kobiet Pracujących – ZKP) i liczyły razem ok. 3100 osób; w 1909 Towarzystwo skupiało 21 stowarzyszeń z 4792 członkiniami. Postęp ilościowy był więc wyraźny, został jednak zahamowany przed I wojną światową na poziomie ok. 5,5 tys. zrzeszonych członkiń. Po I wojnie światowej ZKP przeżył ponownie rozwój ilościowy osiągając na początku lat ‘20 XX wieku 12 tys. członkiń, ale potem stracił na znaczeniu.

Każda z wchodzących w skład Związku organizacji zachowała autonomię. Składki dzielone były na dwie części, jedna dla Związku, druga pozostawała w gestii lokalnego towarzystwa. Zebrania towarzystw odbywały się raz, dwa raz w miesiącu, wydawano dwutygodnik „Pracownica” (od 1 stycznia 1909 r. pismo zmieniło nazwę na „Gazeta dla Kobiet”), które wszystkie stowarzyszone członkinie otrzymywały bezpłatnie. Towarzystwa posiadały własne biblioteki, zakładano kasy pomocy wzajemnej, zapomogową i pogrzebową. Wreszcie Związek otworzył biuro porad prawnych, a od 1919 roku posiadał także własny Dom Związkowy. (39)

Z jednej strony ZKP stał się miejscem, gdzie starano się bronić praw kobiet pracujących, ale w zasadzie tylko poprzez działania uświadamiające, a nie organizację akcji protestacyjnych czy strajkowych. Fakt, że narodowe i socjalistyczne związki zawodowe nie dość dużą wagę przywiązywały do upowszechniania się wzrostu zatrudnienia kobiet, spowodował, że często zdane one były na pomoc jaką oferowały organizacje przyparafialne. Dlatego w polskich katolickich związkach zawodowych odsetek kobiet był zdecydowanie wyższy niż w pozostałych i kształtował się na poziomie kilkunastu procent (13%). (40) Z drugiej strony kler nie ukrywał, iż poprzez kobiecy ruch związkowy, zamierza bronić „wiary i moralności” chrześcijańskiej, realizując dewizę papieża Piusa IX(41): „dajcie mi święte niewiasty, a nawrócę przez nie cały świat”. Jeden z księży napisał w broszurze wydanej przez ZKP m.in., że kobieta powinna być „silna i zdrowa, mocna w wierze, niezepsuta moralnie. Wtenczas, gdy zabierze głos, czy to na wiecu, czy na zebraniu, czy gdziebądź, i odważnie zawoła: my niewiasty nie pozwolimy wypędzić ducha chrześcijańskiego ze szkoły, my nie chcemy słyszeć o żadnych rozwodach czy ślubach cywilnych, my chcemy Boga, jego praw, jego miłości i sprawiedliwości, w wojsku, urzędach, w życiu gospodarczem i politycznem, precz z sekciarstwem i wszelkim warcholstwem...” (42) Kościół katolicki widział zagrożenie oczywiście przede wszystkim w ruchach socjalistycznych, rewolucyjnych czy radykalnych, uznając je wszystkie ostatecznie za bolszewickie. „Programy bolszewickie – pisała jedna z działaczek ZKP – stawiają na czele swoich prac zrewolucjonizowanie przedewszystkim kobiety i to rozbudzeniem w niej nienawiści do więcej posiadających, obudzaniem niechęci do obowiązków rodzinnych, doprowadzeniem do uwielbienia własnego ciała. Cel jasny! kobieta ma stać się pochodnią, rozpalającą wojny domowe, bratnie mordowanie, – w nagrodę tej zbrodniczej przysługi stanie się przedmiotem nie czci lecz przedmiotem rozkoszy, sprzętem tylko pięknym lecz bezdusznym, który zepchnie się na dno nędzy, chorób i pogardy” (43). Forsowanie katolickich przekonań nie oznaczało jednak, że w pojedynczych przypadkach ZKP nie podejmował z sukcesem starań o poprawę warunków pracy. Ugodowa polityka związków katolickich spowodowała, że ich wpływy w okresie międzywojennym słabły na rzecz związków opartych o koncepcję walki klasowej.

Wszystkie opisane wyżej nurty ruchu kobiecego nakładały się na siebie, często nie występując w czystej postaci, ulegając różnym wpływom. Próba osiągnięcia spójność ruchu kobiecego wiązała się ze świadomością wspólnoty interesów dotyczących wielu płaszczyzn życia oraz wzrastającą aktywnością polityczna i ekonomiczną kobiet. Dodatkowo tendencji tej sprzyjały powiązania personalne, szczególnie w liczącym wówczas ledwie 150 tys. (z czego 50-60% stanowiła ludność polska) Poznaniu. Siły natomiast ośrodkowe spowodowane były tym, że poszczególne aktywistki reprezentowały niekiedy różne klasy społeczne i to w momencie gwałtownych przemian społecznych, przez co wiele kwestii było przez nie postrzeganych odmiennie. 

Pojawianie się silniejszych katolickich organizacji kobiecych zagrażało samodzielności Stowarzyszenia Personału Żeńskiego. Kościół starał się zmonopolizować ruch kobiecy i podporządkować go własnym koncepcjom i celom. Tułodziecka była zdecydowaną przeciwniczką patronatu księży nad organizacjami kobiecymi i broniła niezależności swojego Stowarzyszenia, a także jego emancypacyjnego charakteru, co stało się przyczyną licznych konfliktów w latach 1903-1909.



1) Więcej na temu tematowi poświęciliśmy w 6 numerze „Przeglądu Anarchistycznego” w dziale Spontaniczność, marksizm, partia.

2 Wymieńmy w tej liczbie: Antoni Czubiński, Marian Olszewski, Z robotniczych tradycji Wielkopolski, Poznań 1984; Zarys historii ruchu robotniczego w Wielkopolsce, pod. red. Antoniego Czubińskiego, Poznań 1978; Edmund Makowski, Ruch robotniczy w Wielkopolsce. Zarys dziejów do 1981 roku, Poznań 1984; Edmund Makowski, Od socjaldemokracji do ‘Solidarności’. Organizacje robotnicze w Wielkopolsce w XIX i XX wieku (do roku 1990), Poznań 1991.

3 Tadeusz Filipiak, Dzieje związków zawodowych w Wielkopolsce do roku 1919. Studium porównawcze z historii gospodarczo-społecznej, Poznań 1965 

4 Adam Próchnik, Kobieta w polskim ruchu socjalistycznym, Warszawa 1948

5 Przede wszystkim wymieńmy antologie Kobieta i praca. Wiek XIX i XX, Warszawa 2000, a także opracowanie wydane dla upamiętnienia śmierci badaczki: Aktywność kobiet w organizacjach zawodowych i gospodarczych w XIX i XX wieku, pod redakcją Krzysztofa A. Makowskiego, Poznań 2007

Robotnicy Wielkopolscy w XIX i XX wieku. Warunki pracy i życia, pod. red. Czesława Łuczaka, Poznań 1988, s. 113 i 128

7 Mowa o tzw. „ordynacji czeladzkiej”, która zakazywała robotnikom rolnym również koalicji i strajków. 

8 Maria Ciechomska, Od matriarchatu do feminizmu, Poznań 1996, s. 113

9  Robotnicy Wielkopolscy w XIX i XX wieku. Warunki pracy i życia, pod. red. Czesława Łuczaka, Poznań 1988, s. 152

10) PZZ – Polski Związek Zawodowy, który powstał w 1902 roku w Poznaniu.

11) „Dziennik Poznański” nr 53 z d. 05.03.1907, nr 54 z d. 06.03.1907, nr 56 z d. 08.03.1907, nr 58 z d. 09.03.1907, nr 59 z d. 12.03.1907.

12) Robotnicy Wielkopolscy w XIX i XX wieku. Warunki pracy i życia, pod. red. Czesława Łuczaka, Poznań 1988, s. 161

13 Wacław Radkiewicz, Dzieje zakładów H. Cegielski 1846-1960. Studium Ekonomiczno-Historyczne, Poznań 1962, s. 108-109

14 Rozwój zakładów Goplana: 1912-1972, Jednodniówka, Poznań 1972, s. 6

15 „Dziennik Poznański” nr 243 z d. 22.10.1907 r. 

16 Stefan Wrzosek, Organizacje pracowników handlu, gastronomii i spółdzielczości w Polsce do roku 1918, Warszawa 1972, s. 19

17 Tamże, s. 82

18) Wielkie Księstwo Poznańskie, które nazywam w tekście częściej po prostu Wielkopolską, formalnie, w sensie administracyjnym, podzielone było na dwie tzw. rejencje: poznańską i bydgoską.

19) Według niemieckich badań statystycznych w 1885 roku 77,6% przedsiębiorstw działających w handlu i 57,8% pracowników handlowych pracowało w niedziele i święta. W 1891 roku wprowadzono przepisy ograniczające pracę w niedziele i święta – sklepy mogły być otwarte najwyżej 5 godzin (Franciszek Hitze, Kwestya robotnicza i dążności do jej rozwiązania, Poznań 1909, s. 42).

20 Robotnicy Wielkopolscy w XIX i XX wieku. Warunki pracy i życia, pod. red. Czesława Łuczaka, Poznań 1988, s. 160

21 Michał Kopczyński, Służba domowa jako grupa zawodowa w Europie w XV-XX wieku, w: Kobieta i praca. Wiek XIX i XX, pod red. Anny Żarnowskiej i Andrzeja Szwarca, Warszawa 2000, s. 74-75.

22 Beverly Silver, Forces of Labor, Cambridge 2003, s. 134

23) Franciszek Hitze, Kwestya robotnicza i dążności do jej rozwiązania, Poznań 1909, ss. 248-251

24) Fakt uzależnienia ekonomicznego kobiet od mężczyzn i zamążpójścia oczywiście był i jest krytykowany przez ruch feministyczny. 

25) Nazwa związku wzięła się od nazwisk ich założycieli Maksa Hirscha i Franciszka Dunckera. Wg historiografii PRL-owskiej miały one charakter ugodowy, a ich przewodnią ideą była chęć uzyskania harmonii pomiędzy pracą i kapitałem. Związki te były też zwolennikami nie mieszania się państwa w stosunki pomiędzy pracodawcą i pracownikiem, jak i do spraw z zakresu ubezpieczeń społecznych i praw pracowniczych (np. długość dnia roboczego). Miały one charakter areligijny, apolityczny i nie były związane z żadną z partii politycznych. Rozłam i jego okoliczności wydają się mieć szersze tło, niż przedstawia to historiografia PRL-owska. Odłączenie się tego nurtu od związków uznanych przez historyków za socjalistyczne, dokonało się dopiero na kongresie w Berlinie we wrześniu 1868 roku. Druga grupą rozłamową byli zwolennicy Ferdynada Lassalle, który zmarł dwa lata przed kongresem. Sam Lassalle w swych poglądach w wielu kwestiach był bliższych myśli J.P. Proudhon niż K. Marksa – także odnośnie roli i znaczenia rodziny. Lassalle krytykować miał kobiety pracujące zawodowo i był zdania, że należy im zabronić pracy w fabrykach. Na początku XX wieku związki hirsch-dunckerowskie w Wielkopolsce liczyły niespełna 1000 członków, a socjaldemokratyczne 3000-4000 członków. W 1902 roku powstał także Polski Związek Zawodowy (narodowy), którego liczba członków dość szybko wzrosła od 500 do blisko 5000 (w 1908 roku). Największe jednak wpływy wśród pracowników miały stowarzyszenia katolickie. Nie były to jednak organizacje stricte związkowe. Odżegnywały się one np. od akcji rewindykacyjnych. Mogły zrzeszać także pracowników rolnych. W omawiany okresie łącznie liczbę ich członków szacuje się na ok. 30 tys. (Za: Tadeusz Filipiak, Dzieje związków zawodowych w Wielkopolsce do roku 1919. Studium porównawcze z historii gospodarczo-społecznej, Poznań 1965, s. 26-27; Lucjan Kieszczyński, Kronika ruchu zawodowego w Polsce 1808-1939, Warszawa 1972, s. 22-23; Maria Ciechomska, Od matriarchatu do feminizmu, Poznań 1996, s. 112).

26 Zygmunt Zalewski, Z dziejów walki o handel polski. Stuletnia praca Towarzystwa Młodzieży Kupieckiej w Poznaniu: 1821-1921, Poznań 1921

27) W 1902 r. odsetek kobiet w całych niemieckich związkach socjaldemokratycznych wynosił 3,1%, przy czym kobiety stanowiły już blisko 20% wszystkich zatrudnionych w przemyśle (Franciszek Hitze, Kwestya robotnicza i dążności do jej rozwiązania, Poznań 1909, s. 94 i s. 248-251).

28 Stefan Wrzosek, Organizacje pracowników handlu, gastronomii i spółdzielczości w Polsce do roku 1918, Warszawa 1972, s. 29

29 Aniela Koehlerówna, Zofia Tułodziecka – pionierka ruchu zawodowego w Wielkopolsce, Kraków 1933, s. 16

30 Stefan Wrzosek, Organizacje pracowników handlu, gastronomii i spółdzielczości w Polsce do roku 1918, Warszawa 1972, s. 20

31) W 1902 roku powstaje w Poznaniu Polski Związek Zawodowy (PZZ), a na emigracji w Westfalii – Zjednoczenia Zawodowe Polskie, szczególnie szybko się rozwijające i radykalizujące pod wpływem walk klasowych w zachodnich Niemczech. W 1908 i 1909 roku dochodzi do fuzji trzech polskich organizacji zawodowych działających w obrębie Rzeszy: Związku Wzajemnej Pomocy (działającym na Górnym Śląsku od dłuższego czasu), Zjednoczenia Zawodowego Polskiego i Polskiego Związku Zawodowego z Wielkopolski. Od tego momentu zaczęły one występować pod wspólną nazwą – Zjednoczenie Zawodowe Polskie (ZZP). W ciągu kilkunastu lat w Wielkopolsce na tej bazie ukształtował się masowy ruch związkowy, który w latach 1919-1923 przeprowadził wiele akcji strajkowych, zwłaszcza wśród robotników i robotnic rolnych. W pierwszych latach po I wojnie światowej Zjednoczenie liczyło ponad 600 tys. członków, rekrutujących się głównie z Wielkopolski, Pomorza Zachodniego, Śląska i w mniejszym stopniu z Polski centralnej i Mazowsza. Było największą organizacją związkową II RP. 

32 Antoni Czubiński, Marian Olszewski, Z robotniczych tradycji Wielkopolski, Poznań 1984, ss. 349 i dalsze

33) Sygnał do nagonki na Gulińską dał ks. Kazimierz Zimmermann. Adam Próchnik pisze, że wprawdzie Gulińskiej nie wykluczono z Czytelni dla Kobiet, ale później wprowadzono zmiany statutowe uniemożliwiające przystopowaniu do niej socjalistek. Ks. Zimmermann ostatecznie otrzymał (jeszcze przed I wojną światową) profesurę na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie jego wykładom towarzyszyły wystąpienia postępowej i lewicowej młodzież, oskarżającej Zimmermanna o skrajny konserwatyzm. (Za: Adam Próchnik, Kobieta w polskim ruchu socjalistycznym, Warszawa 1948, s. 61-62 oraz ustalenia własne).

34 Adam Próchnik, Kobieta w polskim ruchu socjalistycznym, Warszawa 1948, ss. 61-62.

35) Ten ostatni temat wygłoszony został na odczycie Stowarzyszenia przez dr Dobrzyńską-Rybicką (1868-1958), filozofkę, późniejszą profesor Uniwersytetu Poznańskiego.

36 Na podstawie: Aniela Koehlerówna, Zofia Tułodziecka – pionierka ruchu zawodowego w Wielkopolsce, Kraków 1933

37) Encyklika Rerum novarum była reakcją Kościoła na rosnące wpływy ruchów socjalistycznych i komunistycznych wśród katolickich robotników. Ogłaszając 15 maja 1891 roku encyklikę papież Leon XIII zyskał sobie przydomek „papieża robotników.” Encyklika opowiedziała się za chrześcijańską polityką społeczną, przy jednoczesnym odrzuceniu socjalizmu w wydaniu marksistowskim, jak też „ślepego” kapitalizmu. Głównymi wątkiem dokumentu było przekonanie, że ani kościół, ani państwo nie są w stanie samodzielnie rozwiązać trudności społecznych. Obydwa organizmy muszą ze sobą współpracować dla wspólnego dobra. Według Leona XIII zadaniem Kościoła jest wspieranie dzieła pojednania między pracodawcami i pracownikami poprzez nieustanne przypominanie praw i obowiązków wszystkich zainteresowanych. (Na podstawie: Wikipedia). 

38) Założyła je Aniela Karłowska (1853-1902). Pojawia się tu też w niektórych źródłach rok 1889. 

39) Wiadomości dotyczące ZKP opracowana na podstawie: „Dziennik Poznański” nr 254 z d. 5.11.1907, nr 274 z d. 29.11.1907; „Głos Wielkopolanek”, nr 1/1909 z d. 3.01.1909 oraz Jednodniówki jubileuszowej Związku Kobiet Pracujących: 1906-1931, Poznań 1931

40) W 1907 roku odsetek kobiet w chrześcijańskich związkach zawodowych miał wynosić w całych Niemczech 6,6%. (Franciszek Hitze,Kwestya robotnicza i dążności do jej rozwiązania, Poznań 1909, s. 97).

41) Pontyfikat papieża Pius IX poprzedzał pontyfikat Leona XIII. Pius IX uchodził za jednego z bardziej konserwatywnych papieży, m.in. potępił rozdział Kościoła od państwa, laickie nauczanie, wolności prasy i sumienia. Wskazał też 80 błędnych doktryn i idei m.in.: socjalizm, modernizm, racjonalizm, nacjonalizm i fałszywy ekumenizm. W czasie I Soboru Watykańskiego ogłosił dogmat o nieomylności papieża w sprawach religijnych i moralnych; potępił aborcję i od tamtego momentu uznawana ona jest za grzech śmiertelny i karana ekskomuniką (Na podstawie: Wikipedia)

42) Jednodniówka jubileuszowa Związku Kobiet Pracujących: 1906-1931, Poznań 1931, s. 45

43) Tamże, s. 58


Pierwsza część artykułu zamieszczonego w 8 numerze "Przeglądu Anarchistycznego". Druga część zostanie opublikowana w najbliższym czasie.
O przedwojennej historii Poznania:

16 lutego na Rozbracie w Poznaniu, odbyło się spotkanie dotyczące historii oraz obecnej sytuacji ruchu anarchosyndykalistycznego. Organizatorami spotkania były poznańska sekcja Federacji Anarchistycznej oraz Międzyzakładowa Komisja Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza. Spotkanie miało charaktery wykładu, przerywanego dyskusjami dotyczącymi poszczególnych zagadnień opisywanych w jego trakcie.

Na początku wstępnie naszkicowano rodowód ruchu socjalistycznego, w Europie od pierwszej połowy XIX wieku, z uwzględnieniem najistotniejszych nurtów składających się na całość ówczesnej lewicy.

Podczas ostatniego posiedzenia Komisji Gospodarki Komunalnej i Polityki Mieszkaniowej odbytego 11 marca podjęto temat projektu budowy osiedla kontenerowego w Poznaniu. W posiedzeniu poza radnymi i przedstawicielami Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych, którzy są odpowiedzialni za wdrożenie projektu, uczestniczyli przedstawiciele stowarzyszenia My-Poznaniacy, Fundacji Pomocy Wzajemnej Barka, związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza, Skłotu Rozbrat i Federacji Anarchistycznej oraz szereg innych osób. W przeciwieństwie do stosunkowo licznie przybyłych mieszkańców Poznania na 14 radnych zasiadających w komisji liczba uczestniczących w posiedzeniu wahała się od 9 do 7.

Jako że realizacja projektu wybudowania osiedla kontenerowego na ul. Średzkiej planowana jest na kwiecień, osoby przybyłe na posiedzenie liczyły na poważne uzasadnienie realizacji tej „inwestycji”. W toku dyskusji okazało się, iż nikt z będących na sali obrad, wraz z dyrektorem ZKZL na czele, nie wie, kto jest pomysłodawcą całego projektu. Do tego decyzje dotyczące zakupu 25 kontenerów, przygotowania terenu pod ich postawienie, jak i ewentualnego wysiedlania do nich lokatorów dotychczas były podejmowane przez szefa ZKZL bez wiedzy Rady Miasta, nie wspominając o reszcie mieszkańców. Co prawda dyrektor Jarosław Pucek był w stanie określić przyczyny budowy osiedla kontenerowego, jako wynikające z potrzeby „rozwiązania problemu trudnych lokatorów”, to jednak sam stwierdził, że w ten sposób problem nie zostanie rozwiązany.

Tym samym obecne działania ZKZL wykonywane na polecenie prezydenta miasta wiążą się ze sporymi kosztami i „ukrywaniem” problemu lokatorów niepłacących czynszu do getta kontenerowego, podczas gdy równocześnie w bieżącym roku na pomoc w rozwiązywaniu podobnych problemów nie przeznaczono ani złotówki. Radny Michał Grześ cały problem próbował przedstawić jako kwestię techniczną – „mamy dwa rozwiązania, pozwolimy tym ludziom żyć w obecnie zajmowanych przez nich lokalach, które niszczeją, albo wysiedlimy ich do kontenerów”. Wraz z dyrektorem Puckiem twierdził, iż problemu „trudnych lokatorów” nie można rozwiązać inaczej niż poprzez skupienie ich w jednym miejscu. W odpowiedzi na to przedstawiciele Barki twierdzili, że zaistniały problem nie jest „kwestią techniczną”, lecz wynikiem braku prowadzenia polityki społecznej przez władze miasta – braku funduszy przeznaczanych na pomoc najuboższym, braku właściwych stosunków społecznych panujących w mieście i związanych z tym instytucji. Sprowadzanie problemu społecznego do kwestii technicznej powoduje w dalszej kolejności degradacje całej wspólnoty mieszkańców miasta i pogłębienie problemów społecznych.   

Jeśli chodzi o opinię prawną niezależnego zespołu specjalistów Komisji Krajowej Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza przedłożoną radnym, dyrektor Pucek poza stwierdzeniem, iż prowadzi działania zgodnie ze statutem ZKZL, nie był w stanie odnieść się do zapisów prawnych kwestionujących legalność postawienia osiedla kontenerowego. Analiza zostanie przedłożona miejskim prawnikom, którzy w odniesieniu do niej oszacują prawne podstawy postępowania ZKZL.

Urzędnicza bezkarność ujawniła się w całej okazałości, kiedy dyrektor stwierdził, iż osobiście wytypował 10 lokatorów, których zamierza przesiedlić do kontenerów. Kryteria wyboru są w znacznej mierze nieformalne i zależne od jego subiektywnego osądu – nie będą to całe rodziny, a lokatorzy niepłacący czynszu i sprawiający problemu sąsiadom. Urzędnik, którego profesją jest zarządzanie lokalami, zamierza decydować o zesłaniu do kontenerowego getta co najmniej 25 osób. Nie posiadając do tego żadnych kwalifikacji, gotowy jest decydować o życiu konkretnych mieszkańców Poznania.

Plany związane z budową osiedla kontenerowego wiążą się nie tylko z sytuacją najuboższych mieszkańców miasta. Brak realnej polityki społecznej oraz mieszkaniowej powoduje, iż znaczne grupy poznaniaków pozostają poza marginesem miejskiej społeczności. Równocześnie uciekanie przez władze miasta od odpowiedzialności za rozwój substancji lokalowej powoduje uzależnienie sporych grup od rozwiązań rynkowych. W tym przypadku mamy do czynienia z monopolem kilku deweloperów, którzy są w stanie określać ceny mieszkań znacznie powyżej możliwości finansowych poznaniaków. Wykorzystanie kontenerów jako mieszkań w dalszej konsekwencji (jak działo się to w innych miastach) doprowadzić może do tego, iż staną się one w przyszłości jednym dostępnym standardem mieszkań socjalnych. Procesy te przyczynią się do utrzymywania zawyżonych cen mieszkań w mieście, a z drugiej strony doprowadzą do powstania kolejnych enklaw wykluczenia, tym razem za pomocą mieszkań kontenerowych.

Wobec tych i szeregu innych kontrowersji jak również przy braku konkretnych danych na temat potencjalnych skutków wybudowania osiedla kontenerowego komisja podjęła głosowanie nad wnioskiem do prezydenta Grobelnego i ZKZL o wstrzymanie budowy osiedla do czasu wykonania ekspertyzy uwzględniającej społeczne skutki wybudowania osiedla oraz określenia możliwości prowadzenia programu opieki socjalnej nad lokatorami mającymi problem z utrzymaniem właściwego stanu zamieszkiwanych przez siebie lokali. Wniosek przy sprzeciwie radnego Jana Chudobieckiego, poplecznika prezydenta Grobelnego z klubu radnych JWDP, został przyjęty przez komisję.
Jesień 2010 roku była wyjątkowo ciężka dla białoruskich anarchistów i aktywistów. Wraz z początkiem września rozpoczęła się fala represji w ich kierunku: aresztowań, przesłuchań, konfiskacji komputerów, telefonów i innych nośników informacji. Przesłuchano łącznie ponad 100 osób, część z nich spędziła kilka/kilkanaście dni w areszcie. Pięciu osobom postawione zostały zarzuty. Obecnie przebywają w aresztach śledczych w oczekiwaniu na sąd (sprawy mają się odbyć w marcu i kwietniu).

W związku z tymi wydarzeniami białoruscy aktywiści zorganizowali trasę, celem której jest poinformowanie jak największej liczby ludzi o sytuacji ruchu anarchistycznego na Białorusi oraz o problemach z jakimi ów ruch się boryka. W czasie pokazu filmu i wykładu będą zbierane pieniądze na adwokatów i pomoc prawną dla więźniów.
Plakat poznańskiej Federacji Anarchistycznej dotyczący kontenerów wywołał zainteresowanie lokalnych mediów. Ale nie chodzi tu bynajmniej o kwestie dotyczące miejskiej polityki wysiedleń, sytuacji finansowej i mieszkaniowej najuboższych warstw poznańskiego społeczeństwa, ale o wykorzystania miejskiego „layoutu” oraz motywu z oświęcimskiej bramy. 

Z jednej strony władze miasta, odwołując się do prawa, grożą sądem, roszcząc sobie wyłączność do posługiwania się pewną symboliką, która w naszym odczuciu należy do wszystkich mieszkańców Poznania. Ale cóż, możemy porozmawiać na temat kontenerowych gett i granic wolności słowa na sali sądowej, skoro ona ma być, według władz, odpowiednim miejscem debaty. Wolelibyśmy salę Rady Miasta, ale o kontenerach na niej się nie rozmawia.

Z drugiej, nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni, podnosi się zasadność użycia „świętych” symboli. Nie czujemy się w żadnym wypadku winni z tytułu użycia oświęcimskiej stylistyki. Chcieliśmy zwrócić uwagę nie czym się totalitaryzm kończy, ale przede wszystkim jak się zaczyna – niesprawiedliwościami takimi jak budowa kontenerowych gett, pogardą dla najuboższych, lekceważeniem problemów socjalnych i ochroną interesów uprzywilejowanych. Nasz ruch, do którego się ideologicznie i historycznie odnosimy, jako pierwszy stawił czoła faszyzmowi i poniósł tego dotkliwe konsekwencje, doświadczając najbardziej brutalnych represji. Dla nas zagrożenie autorytaryzmem trwa. Widmo Oświęcimia nie zniknie na skutek słownych zapewnień, ale dzięki zdecydowanemu zerwaniu z pewnego typu praktyką społeczną – m.in. trzeba poniechać wysiedlania ludzi do kontenerowych gett. 

Nie mówcie nam, że zagrożenia autorytaryzmem nie ma, kiedy marszałkowie maszerują ramię w ramię z nacjonalistami, a jeszcze nie tak dawno szefowie publicznych mediów pozdrawiali nas faszystowskim gestem. Udowodnicie to rezygnując z realizacji autorytarnych projektów! Uwolnicie nas od widma, które Wasze pomysły ciągle przywołują!
Strona 2 z 4