Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

Jesteś tu: Start / Sekcje FA /
A+ R A-
F.A. Poznań

F.A. Poznań

Aktywność poznańskiej sekcji FA stanowi szeroki wachlarz działań.

Z jednej strony są to różnorakie formy protestu i agitacji. Można by określić ten rodzaj aktywności jako aktywność doraźną. Charakteryzuje się ona "zewnętrznym" przesłaniem naszej grupy. Działalność ta daje nam możliwość wyrażenia swojego zdania, jest formą nacisku na władzę i inne instytucje oraz stanowi dla nas czynnik propagandowy. W tym zakresie działań mieszczą się zarówno akcje spektakularne takie jak demonstracje, happeningi, akcje bezpośrednie jak te mniej: petycje, plakaty, pisma etc.

Z drugiej zaś staramy się budować naszą rzeczywistość poprzez kreowanie świadomości na co dzień. Tworzymy wolnościową społeczność, która podejmuje działania na rzecz oddolnego, niezależnego i samorządnego życia. Działalność ta jest oparta o Rozbrat nadający grupie charakter stabilny. Federacja Anarchistyczna w roku 1997 otworzyła tu Bibliotekę Wolnościową, a w 2000 Klub Anarchistyczny gdzie znajdują się również biuro FA sekcja Poznań
O aktywności tej stabilnej wynikającej głównie z posiadania swojego miejsca można by pisać jeszcze bardzo dużo. Przede wszystkim Rozbrat daje nam możliwość bezpośredniego i łatwego kontaktu miedzy ludźmi. W oparciu o to miejsce możemy spotykać się z ludźmi mającymi podobny stosunek do otaczającego świata, rozmawiać, dyskutować, pomagać.

Adres witryny: http://www.rozbrat.org E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

W tym roku anarchizm w Polsce obchodzić będzie swoje 110 urodziny. Za umowny moment początków ruchu na ziemiach polskich można uznać powstanie pierwszej grupy anarchistycznej. Było to po zaborem rosyjskim, w Białymstoku w 1903 roku, tuż przed wybuchem rewolucji, która stała się okazją do walki ekonomicznej, politycznej i zbrojnej. Zaczynamy publikację cyklu trzech artykułów dotyczących historycznych początków anarchizmu w Polsce.


Białostocka Rada Delegatów Robotniczych

 

W kulminacyjnym punkcie rewolucji 1905 roku (listopad-grudzień), w szeregu miast w Rosji powstawały organy rewolucyjnego samorządu robotniczego: Rady Delegatów Robotniczych. Na ziemiach polskich nie przyjęły się one. Jedynym miastem w którym powstało przedstawicielstwo robotników był Białystok.

 

Początek działalności białostockiej Rady Delegatów Robotniczych przypadał na listopad 1905 roku. Większość w wyborach do Rady uzyskali działacze anarchistyczni i eserowcy. Partie socjalistyczne (PPS, SDKPiL i Bund) odniosły się wrogo do powstania Rady i próbowały dyskredytować jej działania.

 

Rada liczyła kilkudziesięciu delegatów, obradowała w często zmienianych i zakonspirowanych mieszkaniach. Program działania Rady obejmował akcje strajkowe skierowane przeciw kapitalistom, ale również walkę środkami rewolucyjnymi o wolność polityczną. Rada Delegatów Robotniczych prowadziła w ciągu kilku miesięcy swego istnienia dość ożywioną działalność wydawniczą i agitacyjną.

Na pierwszym swym posiedzeniu Rada białostocka uchwaliła tekst depeszy powitalnej do Rady Delegatów Robotniczych w Petersburgu.

 

"Wrogowie klasy robotniczej — brzmiała depesza — chcą nas zniszczyć, rozbijając nas pojedynczo. Gdy kule i bagnety wyniszczą najlepszych przedstawicieli powstałej do walki klasy robotniczej stolicy, przystąpią oni w podobny sposób do niszczenia robotników w innych miastach. Ale do tego dojść nie może. Zdradzieckie plany naszych wrogów szyte są grubymi nićmi, które łatwo zauważyć. Musimy się zjednoczyć, aby wyzwanie rzucone Wam, Towarzysze Petersburscy, podjęte zostało przez proletariat całej Rosji".

 

Do starcia pomiędzy partiami socjalistycznymi i Radą doszło w grudniu 1905 r. 20 grudnia 1905 roku wybuchł w Moskwie strajk powszechny, w ciągu dwóch dni przerodził się on w powstanie zbrojne. Na wieść o wybuchu powstania moskiewskiego SDKPiL wezwała do strajku powszechnego w obronie proletariatu moskiewskiego. Również Komitety Centralne PPS i Bundu agitowały za strajkiem solidarnościowym. Natomiast RDR w specjalnie wydanej odezwie zaatakowała "politykierów", którzy proklamowali strajk powszechny. Odezwa nie występowała przeciwko idei strajku solidarnościowego z walczącym proletariatem moskiewskim, ale dowodziła, że charakter strajku w Moskwie i Petersburgu jeszcze się nie ujawnił. W związku z czym należałoby dla zorientowania się w sytuacji odczekać ze dwa - trzy dni. W Odezwie dowodzono, że fabrykanci białostoccy czekają tylko na strajk jako na pretekst do ogłoszenia serii lokautów. Rada stwierdzała również, że proklamowanie strajku należy jedynie do kompetencji przedstawicielstwa robotników, a jest nią obecnie Rada Delegatów Robotniczych. Zapowiadano też zwołanie Rady na dzień 26 grudnia dla omówienia sprawy strajku powszechnego.

 

26 grudnia odbyło się zapowiedziane posiedzenie Rady. Przedstawiciele partii socjalistycznych uczestniczyli w zebraniu. Nie udało im się skłonić Rady do zmiany stanowiska. Większością 26 głosów przeciw 10 zapadła decyzja, by na razie nie strajkować, a przystąpić do strajku powszechnego jedynie w tym wypadku, jeżeli włączą się do niego główne ośrodki przemysłowe oraz koleje. Decyzję swą RDR ogłosiła w postaci ulotki, strajk nie został proklamowany. PPS nazwało decyzję Rady jako "chuligańską".

 

Po walkach, jakie stoczyli białostoccy anarchiści z policją i wojskiem oraz represjach, które ich dotknęły, nastąpił wśród nich podział opinii: jedni domagali się zalegalizowania działalności i prowadzenie pokojowej agitacji, drudzy — wzmoże terroru antyburżuazyjnego.

 

W połowie września 1905 r. z Genewy do Białegostoku przyjechał Izydoi Grossman zwolennik i teoretyk "czornoznamieńców". Pod jego wpływem część anarchistów utworzyła grupą, która opowiedziała się za ekspropriacją jednostkową i walka zbrojną. Pozostali stworzyli inną grupę o nazwie "Anarchia". Potępili oni "bezosobowy terror", kładąc większy nacisk na pracą agitacyjno-propagandową. Poglądy swe przedstawili w odezwie pt. „Anarchizm i walka polityczna”, prezentując w niej wszystkie założenia ideowe i taktyczne. Chcąc jednak zahamować odpływ swych zwolenników H. Londyński, czołowy przywódca "chlebowolców", zorganizował konferencją w Wilnie, w której wzięło udział 9 delegatów reprezentujących różne ośrodki anarchistyczne z zachodniej i południowej części Rosji. Konferencja jednogłośnie przyjęła rezolucją potępiającą zarówno "bezosobowy terror", jak i prywatną drobną ekspropriacją, która, ich zdaniem, odbiega od założeń filozoficznych anarchizmu. Gdy rezolucja została rozpowszechniona wśród anarchistów, Grossman uznał ją za akt dezorganizacji "czornoznamieńskich" grup i z Odessy, gdzie przebywał, udał się do Wilna. Tam podjął energiczne działania zmierzające do wzmocnienia ruchu. Aby ograniczyć wpływ "chlebowolców" w Białymstoku, zorganizował anarchistyczną konferencją, na którą zaprosił czołowych działaczy. Wzięło w niej udział 14 delegatów. W czasie konferencji zwyciężyła linia proponowana przez Grossmana, gdyż przyjęto dwie rezolucje, które opowiedziały się za "bezosobowym antyburżuazyjnym terrorem".

 

Po zakończeniu konferencji zebrani podzielili się na trzy grupy. Pierwsza na czele z Grossmanem udała się na Kaukaz, druga do Odessy, a trzecia do Warszawy. Pozostałych anarchistów 16 marca aresztowała policja carska, znajdując u nich bomby, rewolwery oraz literaturę propagandową drukowaną. Podczas wytoczonego im procesu, pod koniec 1906 r., przywódca anarchistów białostockich G. Zillber zwrócił się do przewodniczącego sądu wojennego pułkownika Griboidowa: "My nie zajmujemy się problemem, gdzie rzucimy bombę, kto i kiedy dostanie się w nasze race, szczególnie taki tyran, jak Pan zaraz zostałby zabity. Wasze szczęście, że jestem w waszych rękach". Pogróżka ta została w niedługim czasie zrealizowana, pułkownik został zabity w Grodnie przez maksymalistów. W odwecie za proces ich przywódcy, anarchiści zorganizowali zamach bombowy na posterunek policji w Białymstoku, zabijając jednego i raniąc ciężko drugiego policjanta. Po tym zamachu policja dokonała nowych aresztowań anarchistów, których przewożono w konwoju kolejowym do Grodna. W czasie transportu współtowarzyszom aresztowanych udało się przemycić w chlebie rewolwer, dzięki któremu więźniowie uwolnili się i zdobyli więcej broni, zabijając 7 konwojentów.

 

Mimo dokonanych w 1906 r. aresztowań, organizacja białostocka była federacją składającą się z 4 cechów: tkaczy, stolarzy, szewców i krawców. Ponadto funkcjonowało 15 kółek propagandowych, skupiających robotników miejscowych fabryk. W miejscowościach: Różany, Bielsk Podlaski, Ciechanów, Krynki, Orłów, Wołkowysk czy Zabłudów anarchiści także posiadali swe kółka. W 1906 r. podejmowano nadal szereg akcji zbrojnych. W styczniu został zabity na ulicy starszy stójkowy Moniuszko, a w parę dni później (na głównej ulicy miasta) został ciężko ranny właściciel zakładu krawieckiego — Lifszic. W marcu anarchiści zorganizowali zamach na posterunek policji, zabijając dwóch żandarmów i niszcząc znajdującą się tam dokumentację. W miesiąc później zorganizowali zamach na sklep Klickiego, zaś w czerwcu wrzucili bomby do mieszkań trzech fabrykantów: Richtera, Freidkina i Giendlera. Jedynie Freidkin został ciężko ranny. Organizatorem tych trzech zamachów był anarchista J. Myśliński, który został ujęty przez policję i skazany, przez sąd wojenny w Warszawie, na karę śmierci.

 

W połowie 1906 r. w środowisku białostockich anarchistów narodził się pomysł wysadzenia w powietrze i jednoczesnego podpalenia wszystkich domów tzw. burżuazyjnych przy głównej ulicy miasta. Przystąpiono nawet do prac przygotowawczych, tj. gromadzenia materiałów wybuchowych. Projekt ten napotkał na sprzeciw redakcji "Buntara" w Paryżu, której przedstawiciel przybył do Białegostoku, przekonał organizatorów planowanego zamachu, że przyniesie on ogromne szkody ruchowi anarchistycznemu, ponieważ podczas tej akcji może zginąć wielu czołowych działaczy.

 

Na przełomie kwietnia i maja członkowie organizacji bojowych partii socjalistycznych i anarchiści, przeprowadzili szereg zamachów na przedstawicieli władz i przemysłowców (min. zamachy bombowe na domy fabrykantów: Bauera, Richtera i Gidlera czy akcja ekspropriacyjna na bank Majtlocha). Wzmogła się również agitacja strajkowa.

 

W dniu 9 maja 1906 r. policja odkryła kryjówkę aktywnego anarchisty Gielinkiera, który został zabity podczas aresztowania, ponieważ stawiał opór. W odwet za to zabójstwo, jego koledzy: Niżborski (pseud. Antek) i Czerniecki (pseud. Olek) zorganizowali napad na posterunek policji, zabijając jednego z policjantów. Zamachowcom udało się zbiec.


Pogrom białostocki

 

Władze carskie nie mogąc sobie poradzić z ruchem rewolucyjnym, sięgnęły po wypróbowany sposób z przeszłości: sprowokowanie zajść antyżydowskich. Agenci Ochrany szerzyli antyżydowskie pogłoski, "nieznani sprawcy" rozrzucali ulotki nawołujące do rozprawy z Żydami. Pierwsza próba pogromu rozpoczęła się 3 czerwca, zapobiegła jemu zdecydowana reakcja oddziału policji pod dowództwem policmajstra Dierkaczowa, znanego z sympatii wobec Żydów. Kila dni później Dierkaczow został zastrzelony w tajemniczych okolicznościach. O dokonanie zabójstwa oskarżono... Żydów. 14 czerwca 1906 r. nieznany sprawca ostrzelał procesję prawosławną. Był to sygnał dla wojska, które otworzyło huraganowy ogień z karabinów. Padli zabici i ranni. Organizowany przez policję motłoch rozpoczął grabież żydowskich sklepów.

 

Organizacje rewolucyjne, w tym duża grupa anarchistów, przewidując pogrom zorganizowały zawczasu zbrojne drużyny samoobrony. Drużyny skoncentrowano w dzielnicach żydowskiej biedoty Piaski i Hanajki. Kiedy policja i motłoch skierowały się w ich kierunku, spotkały się z natychmiastową kontrakcją ze strony drużyn rewolucyjnych. W kierunku atakujących anarchiści rzucili ładunki wybuchowe, a grupy samoobrony ostrzelały tłum z pistoletów. Atak został szybko odparty, a dzielnice Piaski i Hanajki przez 3 dni trwania pogromu pozostały bezpieczne. Pogrom szalał za to na słabo zaludnionych przez Żydów dzielnicach Bojary i w okolicach Dworca Centralnego. Wojsko i chuligani bili tam i mordowali ludność cywilną. Według oficjalnych danych zginęło 88 osób, a ponad 80 zostało ciężko rannych. Setki domów, mieszkań i sklepów zostało ograbionych lub spalonych.

 

Na zwołanym tuż po pogromie wiecu robotniczym, w którym uczestniczyło kilkuset robotników uchwalono następującą rezolucję:

 

"My, robotnicy z większości fabryk białostockich, zebrani w dniu 19 czerwca w ilości około 350 osób, protestujemy przeciwko rozsiewanym przez agentów rządowych pogłoskom, jakoby ohydny pogrom był wyrazem, niechęci lub aktem zemsty chrześcijan przeciwko Żydom. Doskonale wiemy, że ta nowa zbrodnia została przez, rząd zorganizowana. Rząd, podjudzając jedną część ludności przeciwko drugiej, myśli w ten sposób osłabić walkę ludu o jego święte prawa, o wolność... Z tym większą energią będziemy zwalczali wszelkie carskie seciny z rządem na czele.

 

Piętnujemy z największym oburzeniem wszystkich tych robotników, którzy splamili swe ręce krwią bratnią i grabieżą. Będziemy ich jako zdrajców sprawy ludowej na każdym kroku bojkotowali i z fabryk wyrzucali. Chcąc przyjść z pomocą poszkodowanym, będziemy pomagali w wynalezieniu i zwróceniu rzeczy skradzionych.

 

Musimy prowadzić jak najenergiczniejszą agitację wśród szerokich mas tak samego miasta, jak i okolic, przeciwdziałając szerzonym przez rząd pogłoskom wywołującym nienawiść do Żydów".

 

Pogrom zgodnie z intencjami władz spowodował szybkie wygasanie fali rewolucyjnej.

część 1


Ciąg dalszy nastąpi

W tym roku anarchizm w Polsce obchodzić będzie swoje 110 urodziny. Za umowny moment początków ruchu na ziemiach polskich można uznać powstanie pierwszej grupy anarchistycznej. Było to po zaborem rosyjskim, w Białymstoku w 1903 roku, tuż przed wybuchem rewolucji, która stała się okazją do walki ekonomicznej, politycznej i zbrojnej. Zaczynamy publikację cyklu trzech artykułów dotyczących historycznych początków anarchizmu w Polsce.

 

Idee negacji państwa i władzy znajdowały w Rosji zawsze szerokie poparcie i uznanie w kręgach inteligenckich, gdyż reżim carski nie zezwalał na rozwój swobód politycznych. Z drugiej strony sprzeczności społeczno-polityczne, które do Rosji przyniósł kapitalizm, zaostrzyły się i każde nowinki teoretyczne, przyjmowane były z zainteresowaniem. Rozwijający się w Rosji od lat 80-tych XIX wieku ruch "tołstojowców”, a od 1901 r. Jana Wacława Machajskiego, znacznie ułatwiły drogę do rozwoju anarchizmu w Królestwie Polskim. Pierwsze grupy anarchistyczne zaczęły rozprzestrzeniać się po całej Rosji a działacze tego ruchu byli organizatorami wielu nowych ośrodków anarchistycznych.


Pierwsza grupa anarchistyczna

Anarchiści, gdy tylko pojawili się wiosną 1903 r. w Białymstoku, rozpoczęli od razu aktywną działalność polityczną. Ich przewodnim hasłem było stwierdzenie, iż: „anarchizm jest ideologią klasy robotniczej, walczy z burżuazyjnym ustrojem, popiera walkę robotników o polepszenie swych warunków materialnych”. Rozpoczęli także ożywioną agitacją wśród działających tam partii politycznych. Z rywalizujących w tym mieście grup: socjalistów-rewolucjonistów (eserowców), pepesowskich i bundowskich, anarchiści przechwytywać zaczęli tych, którzy z polityki swej partii nie byli zadowoleni. Głównym organizatorem tego przedsięwzięcia był Grzegorz Bruner (pseud. Borys). Szczególnie pomocny w agitacji okazał się inny anarchista o pseud. Zajdel (nie ustalono nazwiska), który idee rozpowszechniał wśród ludności żydowskiej, zamieszkującej Białystok. Agitacja prowadzona wśród robotników, czeladników i członków Bundu dała pozytywne rezultaty. Bund, który okazał się mniej odporny na agitacją anarchistyczną, zaczął przechodzić kryzys. Z partii tej, pod koniec 1903 r., wystąpiło 73 członków, którzy przeszli w szeregi anarchistyczne. W ten sposób, na gruncie białostockim, organizacja anarchistyczna stała się silna i wpływowa. Pozwoliło to na powołanie federacji anarchistycznej pod nazwą Międzynarodowa Grupa „Walka”.

 

Początkowo w swej pracy agitacyjnej anarchiści korzystali z literatury wychodzącej w postaci przedruków (po rosyjsku) z miesięcznika "Chleb i Wola” oraz broszur drukowanych za granicą. Dla zwiększenia ilości materiałów propagandowych zaczęto wydawać pisma hektograficzne. Opublikowano 7 broszur o treści agitacyjnej i 6 proklamacji w języku jidysz i rosyjskim. Organizacja Międzynarodowa Grupa „Walka” po 3 miesiącach działalności w Białymstoku liczyła już ponad 90 aktywistów, a zorganizowane przez nią wiece gromadziły dziesięciokrotnie większą liczbę słuchaczy. Aktywiści „Walki” uczęszczali na zebrania innych organizacji politycznych i w podejmowanej dyskusji przekonywali zebranych do anarchizmu.

 

Partie polityczne chcąc zahamować odpływ swych członków, zakazały anarchistom udziału w swoich zebraniach, a robotnikom prowadzenia dyskusji z anarchistami. Środki takie nie mogły stać się jednak skuteczne. Anarchizm zjednywał sobie sympatyków i organizacyjnych zwolenników.

 

Agitatorzy anarchistyczni dostarczali do zakładów literaturę otrzymaną z zagranicy i równocześnie namawiali robotników do zakładania kółek. Uzupełniali brakującą literaturę drukując na hektografie (w sierpniu 1903 r.) broszury pod zmieniającymi się tytułami: „Trup”, „Złodziejstwo” czy „Simon Adler”. Mimo zakazów swych partii robotnicy coraz tłumniej uczestniczyli w zebraniach organizowanych przez anarchistów, czytając ich literaturę, którą w coraz większych ilościach sprowadzano z zagranicy.

 

W lecie 1903 r. anarchiści przystąpili do walki zbrojnej. Jeden z członków organizacji Nisel Faber ciężko zranił w synagodze właściciela dużej fabryki Kaczana, który brutalnie traktował robotników zatrudnionych w swoim zakładzie. Ten sam zamachowiec, w odpowiedzi na rozpędzenie pokojowego zebrania robotników, rzucił bombę do jednego z cyrkułów, która zraniła dwóch policjantów i zabiła dwie osoby cywilne. W drugiej połowie 1904 r. anarchista Gielinkier ciężko ranił nadzorcę więziennego, nieludzko odnoszącego się do więźniów. Nadzorca zabity został z ręki tego samego zamachowca dopiero za drugim razem, po wrzuceniu bomby do jego mieszkania. W Krynkach członkowie grupy „Walka” dokonali udanego ataku na urząd powiatowy, gdzie zdobyto duże ilości blankietów paszportowych. Zamachy i rozpowszechnianie broszur: „Niech zginie własność prywatna” i „To my i czego chcemy” spowodowały, że anarchiści białostoccy od połowy 1904 r. zaczęli odgrywać ważną rolę polityczną, wkraczając w rok 1905 jako aktywna siła polityczna posiadająca grupy anarchistyczne poza Białymstokiem, w Grodnie, Bielsku, Zabłudowie, Choroszu, Wołkowysku, Orle, Krynkach i Burzanach.


Anarchiści w Białymstoku

Anarchiści na wieść o "krwawej niedzieli" w Petersburgu rozpoczęli aktywną działalność polityczną w takich miejscowościach, jak: Białystok, Kijów, Odessa, Jekaterynosław i Żytomierz. Szczególnie aktywnie wystąpili w Białymstoku, gdzie zorganizowani byli już od 1903 r., posiadali wpływy u części proletariatu tego miasta i w okolicach. Wraz z działającymi partiami politycznymi — Bundem, eserowcami, PPS-em i SDKPiL-em wywalczyli przy pomocy strajków ośmiogodzinny dzień pracy w małych zakładach, natomiast w dużych tylko dziesięciogodzinny przy równoczesnej podwyżce płac od 25% do 50%!

 

Prowadzona przez białostockich anarchistów agitacja wśród członków innych partii w końcu 1905 r. przyniosła dalsze sukcesy. Z partii "bundowskiej" i PPS-u część członków przeszła w szeregi anarchistyczne. Pozwoliło to utworzyć kolejną polską federację, która otrzymała za zadanie powiększenie swych szeregów o robotników polskich zatrudnionych w miejscowych zakładach przemysłowych. Z organizacji "bundowskiej" udało się pozyskać energicznych agitatorów: Arona Elina (pseud. Gelinker) i Całkę Sudobiczewa, którzy w niedługim czasie stali się znanymi działaczami nie tylko w Białymstoku, ale także i w Rosji. Aron Elin pochodził z rodziny żydowskiej. Prowadził w Białymstoku, Wilnie, Kownie, Jekaterynosławiu anonimową działalność zbrojną. W wieku 23 lat został przez policję zasztyletowany podczas aresztowania jesienią 1906 r. C. Sudobiczew pochodził też z rodziny żydowskiej. W listopadzie 1906 r. za działalność zbrojną został aresztowany i skazany przez sąd wojenny na karę śmierci. Wyrok wykonano w cytadeli w Warszawie

 

Utworzona pod koniec maja 1905 r. polska federacja rozpoczęła ożywioną agitację w większych fabrykach miasta. Pozyskała nowych zwolenników, którzy po otrzymaniu niezbędnego przeszkolenia w kółkach, mieli już samodzielnie rozpocząć pracę w swoich środowiskach.

 

Agitacja i propaganda anarchizmu (w Białymstoku w czerwcu 1905 r.) prowadzona energicznie przez Strigę i Rywkinda Wiktora (pierwszy zginął w 1906 r. od bomby w Paryżu, drugi został rozstrzelany bez sądu w Warszawie) przyniosła ruchowi znaczne sukcesy. Organizowane przez nich dyskusje i mityngi zyskiwały poparcie głównie wśród ludności żydowskiej, która początkowo sympatyzowała, a później czynnie popierała anarchistów. Z tej grupy narodowościowej rekrutowali się liczni działacze. Prowadzona przez nich działalność polityczna przyczyniła się do rozprzestrzenienia anarchizmu w pobliskich powiatach i guberniach. Przykładem aktywnego działacza może być były członek Bundu N. Bahrana (zginął podczas pogromu żydów w Białymstoku), który doprowadził do znacznego wzmocnienia białostockiej organizacji. Opracowywane przez anarchistów proklamacje i ulotki starano się rozprowadzać w zakładach przemysłowych oraz dostarczać do federacji i kółek, które tworzono w oparciu o profesje lub narodowość i w którego skład wchodziło 10 osób. Zebranie kółka odbywało się raz w tygodniu. Po uzyskaniu przeszkolenia zadaniem członka kółka było pozyskanie dla ruchu nowych zwolenników. W ten sposób powstawało nowe kółko. Najbardziej aktywni działacze nie tylko prowadzili szkolenia, ale uczestniczyli także w zebraniach partyjnych, na których prowadzili agitację.

 

Aby zahamować odpływ swych członków, Bund zorganizował zebranie aktywu. Wystąpił jednak na nim anarchista Fiszel Sztejnberg (zabity w Jekaterynoslawiu w czerwcu 1906 r.), który nie tylko doprowadził do rozbicia konferencji, lecz także udało mu się pozyskać dalszych działaczy tej organizacji dla ruchu anarchistycznego.

 

Anarchiści twierdzili, że w połowie 1905 r. na terenie Białegostoku i w okolicznych miasteczkach, wśród ludności żydowskiej, posiadali największe wpływy spośród innych organizacji rewolucyjnych.

 

Polska federacja anarchistyczna w Białymstoku zaktywizowała się w czerwcu i lipcu 1905 r. Czołowym działaczem w tej federacji był A. Niżborski (pseud. Antek). Do ruchu anarchistycznego wstąpił w 1905 r. Wraz z kolegami, za udział w strajku w zakładzie Wieczorka, został przez właściciela zwolniony. Należał do PPS i był początkowo przeciwnikiem anarchizmu. Jednak niesprawiedliwość jaka go spotkała i brak reakcji ze strony swej partii spowodował, że zaczął szukać kontaktów z anarchistami. Oni przekonali go, iż działalność zbrojna jest jedyną słuszną metodą walki z burżuazją. Aktywność Niżborskiego w ruchu nie trwała długo, ponieważ został zastrzelony przez policje 20 czerwca 1906 r. w Jekaterynosławiu podczas nieudanego napadu na bank.

 

W Białymstoku wraz z eserowcami anarchiści zorganizowali grupę bojową. Grupa ta podjęła walkę z Kozakami, którzy do miasta zostali sprowadzeni do rozpędzenia demonstracji robotniczych. Po zabiciu dwóch Kozaków, wycofano ich z miasta, co było niewątpliwie dużym sukcesem sił rewolucyjnych. W lutym 1905 r. anarchiści zorganizowali, wraz z eserowcami, napad na miejscową drukarnię, zdobyli znaczną ilość czcionki drukarskiej i farb, które wykorzystali do drukowania materiałów propagandowych.

 

Drukując ulotki i proklamacje, nawołujące robotników do terroru ekonomicznego, anarchiści przyczyniali się do wzrostu nastrojów rewolucyjnych w mieście i okolicy. Policji, przy pomocy konfidenta, w połowie 1905 r., udało się odkryć schowek z czcionkami drukarskimi, farbami i papierem. Podczas tej akcji policyjnej nikt nie został aresztowany. W końcu kwietnia anarchista Gielinkier dokonał zamachu na dozorcę domu, który doniósł policji o magazynie materiałów drukarskich. Zabicie dozorcy miało ostrzec innych, którzy współpracowali z policją, lub współpracę zamierzali podjąć. W czerwcu 1905 r. anarchiści zorganizowali kilka zamachów, w których zginął jeden kupiec i policjant.

 

W związku z doniesieniami o zbrojnym powstaniu robotników w Łodzi, 4 lipca 1905 r. w Białymstoku wybuchł strajk powszechny. Władze sprowadzają do miasta wojsko. Anarchiści rzucają bombę w grupę policjantów – 4 z nich zostaje rannych. Przez kilka godzin w mieście trwały walki pomiędzy policją i anarchistami.

 

W dniu 31 lipca 1905 r. z inicjatywy Bundu zorganizowano w Białymstoku pokojowa, manifestację robotniczą. Mimo wezwań policji do rozejścia tłum ciągle się powiększał. W czasie starcia z policją i wojskiem został zabity robotnik Szuster, a kilku innych zostało rannych. W odwecie za represje anarchista Gielinkier dokonał zamachu na oddział wojskowy.  Bomba, która wybuchła ranili oficera i 4 żołnierzy. Zginęła propagandzistka Bundu. Wśród żołnierzy powstała panika wykorzystali to anarchiści i wynieśli rannego zamachowca. Żołnierze przystąpili jednak do rozpędzania tłumu. Na drugi dzień (1 sierpnia 1905 r.) w Białymstoku rozpoczął się strajk powszechny. Wieczorem odbył się wiec przed budynkiem żydowskiego szpitala, gdzie leżeli ranni. Miasto zostało otoczone przez wojsko. Podczas pogrzebu niesiono czarne i czerwone wstążki. Brali w nim udział anarchiści, maksymaliści i eserowcy, działacze PPS i Bundu. Policja mimo demonstracji politycznej nie  interweniowała.

 

12 sierpnia 1905 r. oddział wojska wkroczył do dzielnicy robotniczej, bijąc przypadkowych przechodniów i zabijając jednego z nich. W pewnym momencie w zamieszaniu wybuchła bomba, która zabiła dwie działaczki Bundu i raniła 10 robotników. Wydarzenie stało się pretekstem dla wojska, które rozpoczęło masakrę, strzelając w okna domów i do ludzi na ulicy. Zginęło 38 robotników, 150 zostało ciężko rannych. O sprowokowanie rzezi władze oskarżyły anarchistów, którzy mieli rzucić bombę, jednak ponad wszelką wątpliwość była to wcześniej zaplanowana prowokacja wojska. W manifestacyjnym pogrzebie ofiar masakry wzięło udział 15 tys. osób.

 

Anarchiści z maksymalistami kierowali także walką ekonomiczną robotników w fabrykach tkackich w rejonie białostockim. W jednej z fabryk tego rejonu  właściciel został zmuszony, przez strajkujących robotników, do opuszczenia swego zakładu w którym produkcję podjęli sami robotnicy pod kierownictwem anarchistów i maksymalistów. Właściciel mając przed sobą perspektywę utraty fabryki, powrócił i spełnił wszystkie robotnicze postulaty i żądania.

 

W dwa tygodnie później w fabryce Wieczorka, która zatrudniała około 800 robotników wybuchł strajk.  Przyczyną tego było żądanie właściciela, żeby załoga podpisała deklarację pisemną, iż w ciągu roku nie będzie na terenie zakładu żadnych wystąpień robotniczych. 180 osób z załogi odmówiło złożenia podpisu.  Decyzją właściciela ci, którzy nie podpisali deklaracji, zostali zwolnieni z pracy. Na znak solidarności z nimi załoga przystąpiła do strajku. Wieczorek, obawiając się zamachu wezwał wojsko na teren fabryki. Mimo tego, iż otoczono dom właściciela, wieczorem 26 sierpnia dwaj anarchiści A. Niżborski (pseud. Antek) i Jan Gajski (psued. Nitka) wrzucili do mieszkania Wieczorka dwie bomby, które jednak nikogo nie zraniły. Przestraszony zamachem Wieczorek wycofał decyzję o zwolnieniach.

 

W tydzień później w Białymstoku wprowadzono stan wojenny. Rozpoczęły rewizje mieszkań i aresztowania. Anarchistom zlikwidowano drukarnię i aresztowano Gielinkiera, Engelsona i Pressera (zmarł 16 marca 1907 r. w Warszawskiej Cytadeli).

 

31 października, w dniu ogłoszenia carskiego manifestu konstytucyjnego,  który zapowiadał min. przyznanie ludności swobód obywatelskich i amnestię, kilka tysięcy białostockich robotników otoczyło więzienie domagając się zwolnienia wszystkich więźniów politycznych (min. anarchistów). Wojsko otworzyło ogień do demonstracji – zginęło 4 robotników.

Ciąg dalszy nastąpi.

W dniu wczorajszym odbyła się pikieta pod jednym z oddziałów Wielkopolskiego Banku Spółdzielczego, znanego lepiej pod nazwą NeoBANK. Udział w proteście wzięło ponad 50 osób, głównie lokatorów/-rek z Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów oraz dzialaczek/-czy Federacji Anarchistycznej. Żądano, aby bank zaprzestał finansowania „czyścicieli kamienic”. Na miejscu pikiety pojawiły się też duże siły policji. Oddział banku został zamknięty na godzinę przed rozpoczęciem protestu.

 

Jak wcześniej pisaliśmy Wielkopolski Bank Spółdzielczy NeoBANK jest powiązany z wieloma osobami i firmami, zajmującymi się „czyszczeniem kamienic”. Proceder ten polega na zmuszaniu lokatorów brutalnymi metodami do porzucenia swoich mieszkań. W tym celu zastrasza się mieszkańców, przeprowadza uciążliwe dla nich remonty, wyłącza gaz, wodę, niszczy kanalizację itd.

 

Często nabywanie nowych kamienic czy budynków mieszkalnych ma związek ze spekulacjami na rynku nieruchomości. Byłyby one niemożliwe czy radykalnie ograniczone, gdyby w tym procederze nie brały udziału banki. Finansują one zakup zamieszkałych budynków, które po „wyrzuceniu” z nich lokatorów, gwałtownie zyskują na wartości. Niektóre z banków są w pełni świadome, na co idą pożyczone pieniądze, a nawet wspierają tego typu proceder. Właśnie NeoBANK powoływał specjalne „spółki córki”, które kupowały kamienice i wynajmowały „czyścicieli”. Tak było w przypadku nieruchomości przy ulicy Piaskowej. Nie był to jednak wyjątek.


Pikieta trwała ok. 30 minut. Rozdano setki ulotek. Zapowiedziano następne akcje.
Dziś odbyła się pikieta Federacji Anarchistycznej pod Wojewódzką Stacją Sanitarno-Epidemiologiczną. Wzięli w niej udział też działacze i działaczki Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Razem przybyło kilkanaście osób. Protestowano  przeciwko zatrudnianiu przez Sanepid osób winnych czyszczenia kamienic.

 

„Każdego dnia – czytamy na stronach internetowych SANEPIDU - nasi pracownicy robią wszystko, aby chronić Państwa zdrowie. Skuteczność tych działań zapewniają wysokie kwalifikacje zawodowe pracowników…” Tymczasem w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Poznaniu pracuje osoba, która jest współodpowiedzialna za tzw. czyszczenie kamienic - Agnieszka Szymczak-Śruba. Występuje ona jako właścicielka firmy Fabryka Mieszkań. Jej mąż, Piotr Śruba, z którym współdziała, jest właścicielem firmy Fabryka Mieszkań i Ziemi - znanej z wyjątkowo brutalnych działań skierowanych przeciwko lokatorom wielu poznańskich kamienic. Agnieszka Szymczak-Śruba, pracując w SANEPIDZIE jest jednocześnie odpowiedzialna za celowe zalania mieszkań, wyłączenia wody,  niszczenie kanalizacji, pozbawiania mieszkańców dostępu do gazu czy energii elektrycznej. Nie ogląda się na to, że ofiarami tych działań padają osoby starsze, schorowane, dzieci. Cel - zmuszanie lokatorów do wyprowadzki - uświęca środki, którymi posługują się czyściciele kamienic. Agnieszka Szymczak-Śruba pracując w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej ma obowiązek chronić zdrowie mieszkańców, jednak równocześnie zajmuje się nękaniem lokatorów, podejmując przy tym działania jawnie sprzeczne z misją SANEPIDU. Naraża lokatorów na utratę zdrowia i życia.

 

Jest też rzeczą zastanawiającą, że zarówno Wojewódzki Inspektor Nadzoru Budowlanego, jak i Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna podlegając Wojewodzie Wielkopolskiemu, nie tylko nie wzięły w obronę lokatorów, ale faktycznie swoimi decyzjami i inercją pogorszyły ich sytuację. Sam Wojewoda podejmując rozmowy z czyścicielem kamienic, Piotrem Śrubą, najpierw uwiarygodnił go w oczach opinii publicznej, a teraz okazuje się, że pomimo deklaracji nie zdołał doprowadzić do sytuacji, kiedy zdrowie i życie lokatorów byłoby odpowiednio chronione. Od połowy grudnia ubiegłego roku, kiedy lokatorzy ze Stolarskiej zwrócili się do niego o interwencję, nie wydarzyło się nic w sprawie przywrócenia gazu czy wody w zamieszkiwanej przez nich kamienicy. Stąd pojawia się uzasadnione pytanie: po czyjej stronie jest Wojewoda i jego służby?

29 stycznia podczas sesji budżetowej Rady Powiatu Gorzowskiego protestowali byli pracownicy kostrzyńskiego szpitala. Wsparli ich związkowcy z OZZ Inicjatywa Pracownicza i WZZ Sierpień '80 oraz solidarni z pracownikami mieszkańców Kostrzyna i Gorzowa (łącznie kilkadziesiąt osób). W akcji wzieli udział dzialacze i dzialaczki IP i FA z Poznania. Doszło do spontanicznego zerwania sesji i zablokowania sali obrad. Do interwencji wezwano policję wraz z mediatorami.

 

Podczas obrad protestujących było tak dużo, że zabrakło krzeseł w miejscu przeznaczonym dla publiczności. Pracownice byłego szpitala w Kostrzynie trzymali w rękach kartki z napisami: „Kolejne obietnice, kolejne oszustwo”, „Starostwo musi upaść”, „Dość czekania na nasze pieniądze”. Celem protestu było uzyskanie choć części należnego długu pracowniczego. Zadłużony kostrzyński szpital sprywatyzowano w 2007 r. Wcześniej 382 osoby miesiącami pracowały bez pełnego wynagrodzenia. Starosta i radni obiecywali, że wielokrotnie wydłużana likwidacja szpitala wiązać się będzie ze stopniową spłatą pracowników. Na sesji budżetowej przed miesiącem, w grudniu 2012 r., rada nie chciała jednak przeznaczyć na ten cel ani złotówki. Zgromadzeni obawiali się, że powtórzy się podobny scenariusz.

 

W pierwszej części sesji pokazano prezentację na temat deficytowego budżetu na rok 2013 oraz planowanych inwestycji w gminie (głównie w budynki szkolne oraz drogi). Nie padło w niej ani jedno słowo na temat rosnącego długu pracowniczego. Powiat co dzień generuje 21 tys zł długu, do roku 2017 zadłużenie wynikające z przeciąganej likwidacji szpitala ma wzrosnąć do 40 mln zł. Jest to najbardziej zadłużony powiat w Polsce.

 

Kilku radnych opozycji próbowało wnieść pod porządek obrad punkt dotyczący stworzenia rezerwy celowej, czyli wypłaty miliona złotych dla byłych pracowników kostrzyńskiego szpitala. Przewodniczący wywierając nacisk na prawnika (który przytoczył dwa sprzeczne ze sobą ustępy) i radnych, zdecydował o odrzuceniu wniosku. Wśród zgromadzonych zawrzało.Następnie oddano głos przedstawicielce pracowników szpitala. Zadała ona dwa pytania odnoszące się do wcześniejszych publicznych zapewnień zabezpieczenia środków w budżecie powiatu na zaległe wypłaty dla pracowników. Nikt na jej pytania nie odpowiedział. Zamiast tego rada zaczęła procedować nad budżetem nie obejmującym zobowiązań władz powiatu wobec pracowników. Gdy około godziny 13 większość radnych zagłosowała za budżetem (11 za, 5 przeciwko i 3 wstrzymujących się), przy krzykach „Hańba!”, „Złodzieje!”, „To jest wasza demokracja!”, obrady zostały zerwane.

 

W przerwie protestujący stanęli z transparentem „Dość łamania praw pracowniczych” w drzwiach, uniemożliwiając radnym powrót na salę. Pielęgniarki i osoby je wspierające wykrzykiwali w stronę radnych: „Wstydzimy się za was”, „Czy jesteśmy mniej ważne od dróg powiatowych?”. Doszło do kuriozalnej sytuacji, w której władze powiatu (dłużnik) wezwały policję przeciwko swoim wierzycielom (pracownikom jednostki podległej władzy powiatowej). Prawdopodobnie skład protestujących (duża liczba byłych pracownic), obecność mediów i ogólnopolskie, polityczne znaczenie sprawy zdecydowały o niesunięciu protestujących siłą. Przed budynek zjeżdżały się jednak kolejne radiowozy policyjne, a wejście zablokowało kilkunastu funkcjonariuszy. Blokujący jednak nie ustępowali. Po kilku godzinach na miejsce stawiła się prokurator oraz wyszkoleni mediatorzy policyjni, jednak ich „miękkie” techniki złamania protestu okazały się nieskuteczne.

 

Po trwającym wiele godzin impasie i policyjno-urzędniczej naradzie, włodarze powiatu zdecydowali się obradować w innym gabinecie. Policja broniła dostępu mediom i zgromadzonym ludziom, by po chwili wpuścić tylko media. Wszyscy protestujący zostali przez policjantów spisani.

 

OZZ IP zapowiada dalsze protesty

Próba eksmisji w środku zimy

26 stycznia 2013 r. | Dział: Wielkopolskie
W miniony czwartek (24 stycznia) czyściciel kamienic, Piotr Śruba, pojawił się na Niegolewskich 14 w asyście policji i próbował sforsować drzwi jednego z zamieszkałych lokali. Twierdził, że ma prawo w nim przebywać. Na dowód przedstawiał umowę najmu podpisaną ze właścicielem, prawdopodobnie Grzegorzem Liberkowskim. Natychmiast zareagowali mieszkańcy kamienicy, żądając od policji i Piotra Śruby wyjaśnień. Przyjechali działacze i działaczki Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów (WSL) i Federacji Anarchistycznej oraz media.

 

Nagle okazało się, że działania Śruby niekoniecznie są legalne, a policja zaczęła zabezpieczać ślady na drzwiach wyłamanych na ich oczach. Wcześniej twierdziła, że należą do Piotra Śruby, który ma prawo z nimi robić co chce. Pojawił się naczelnik pobliskiego komisariatu i zadecydował, że nie będzie prowadzona żadna eksmisja. Po ok. 60 minutach policjanci odjechali, a za nimi Piotr Śruba, który ma ponoć złożyć zażalenie, że policja nie pomogła mu ostatecznie wyrzucić okatorów.

 

Wobec zaatakowanych dziś mieszkańców orzeczono sądownie eksmisję, ale – wg wiedzy WSL – nie podjęto żadnych procedur komorniczych. Co więcej lokatorzy złożyli odpowiednie pisma sądowe, domagając się jeszcze raz rozpatrzenia sprawy, bowiem – jak utrzymują – nie zostali prawidłowo poinformowani o sprawie i wyroku eksmisyjnym. Kilka dni temu powiadomili też policję, że Piotr Śruba grozi im wyrzuceniem z mieszkania.

 

Trudno powiedzieć co skłoniło policję, że asystowała przy próbie wywarzenia drzwi przez Śrubę. Jeżeli uważano wcześniej, że jego działania są legalne, zmieniono zdanie zaraz po przyjeździe dziennikarzy i interwencji WSL. Jedno jest pewne, funkcjonariusze za plecami dwóch osiłków kopiących w drzwi, rozbijających szyby, wyłamujących zamki, rozgrzeszała w oczach lokatorów te poczynania. Jak się później okazało, niezgodne jednak z prawem. Gdyby nie reakcja innych lokatorów, działaczy i mediów bylibyśmy świadkami eksmisji na bruk w środku zimy. Ofiary nie stawiałyby nawet oporu, widząc policjantów i obawiając się, że będę interweniować w obronie Śruby, a nie ich.

 

Wielu z mieszkańców kamienicy przy Niegolewskich mówiło mediom, że po prostu się boją, że dzieci nie chcą zostawać same w domach, że nie wiedzą, czy zaraz nie wydarzy się coś jeszcze „gorszego”. Być może taki był cel działań Śruby – nie odzyskanie jednego mieszkaniem, ale sterroryzowania wszystkich lokatorów. Nie tylko na ulicy Niegolewskich. A policja mu w tym dziś skutecznie pomogła. Nikt już z poszkodowanych lokatorów, na nią nie liczy. Sama zresztą przyznaje, że będzie wobec konfliktów lokatorskich neutralna. Na Niegolewskich właśnie tę neutralność zademonstrowano.

Czas na ostatnie ubiegłoroczne podsumowanie. Będzie ono dotyczyć aktywności sekcji poznańskiej Federacji Anarchistycznej. Oprócz wspierania działań ruchu lokatorskiego i pracowniczego, FA zaangażowała się w szereg innych projektów i protestów, o których pokrótce chcielibyśmy przypomnieć.

 

O działalności  ruchu lokatorskiego (szczególnie Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów, w którego powstanie i animację FA jest od samego początku zaangażowana) i pracowniczego (głównie Inicjatywy Pracowniczej i protestów w poznańskich żłóbkach) pisaliśmy we wcześniejszych podsumowaniach (TUTAJ i TUTAJ). Nie wyczerpuje to jednak zakresu naszej aktywności społecznej i politycznej.


Przeciw ACTA

Jednym z najważniejszych wydarzeń ubiegłego roku były styczniowe protesty w sprawie ACTA. Ten szeroki ruch wymierzony przeciwko próbom rozciągnięcia praw własnościowych i wykorzystania Internetu dla celów komercyjnych, kapitalistycznych i partykularnych, skrajna prawica chciała wykorzystać dla swoich celów politycznych. Powstał groteskowy rozdźwięk pomiędzy jej ideologicznymi tyradami dotyczącymi obrony własności, a rzeczywistymi, społecznymi postulatami, które domagały się jej ograniczenia w sieci. W efekcie szerokiego zaangażowania naszego środowiska, tak w kraju, jak w Poznaniu prawicy nie udało się  narzucić temu protestowi swoich haseł i przekierować go w stronę nacjonalistycznych haseł. Z drugiej strony spontaniczne demonstracje zaskoczyły rząd i były początkiem dynamicznego topniejącego poparcia społecznego dla PO. O protestach dotyczących ACTA możesz przeczytać TUTAJ i TUTAJ.


Przeciw nacjonalizmowi, rasizmowi i ksenofobii

Bez wątpienia roku 2012 był kolejnym, w którym uaktywniły się środowiska skrajnie prawicowe. Mnożyły się akty agresji wobec działaczy lewicowych, środowisk kontrkulturowych i mniejszości etnicznych. Również w Poznaniu doszło do kilku napadów. Koniecznym stało się dać im odpór.  Federacja Anarchistyczna uczestniczyła aktywnie w szeregu mobilizacji tak w innych miastach, jak też w Poznaniu, gdzie m.in. zorganizowaliśmy dwie demonstracje antyfaszystowskie ( 30 czerwca i 1 września - FILM)

Naturalną konsekwencją powyższego stanu rzeczy były podjęte próby przez działaczy i działaczki FA integracji ze środowiskami najbardziej narażonymi na ataki ze strony środowisk nacjonalistycznych i rasistowskich, ale też rządzącą libero-prawicę.   Należy do nich bezwzględnie mniejszość romska, zwłaszcza ta, która imigrowała niedawno do Polski z Rumunii. Nastąpiło w Poznaniu zacieśnienie kontaktów Rozbratu z Romami zamieszkującymi Poznań i w ramach tego m.in. zorganizowanie imprez przybliżających kulturę romską poznaniakom, o czym pisaliśmy częściowo w kulturalnym podsumowaniu roku. Niestety stereotypy i działania władz Poznania doprowadziły to tego, że większość z Romów została wyparta – metodami  policyjnymi i kampaniami uderzającymi w osoby żebrzące -  z terenu naszego miasta. Biorąc pod uwagę polską politykę migracyjną i sytuację w ośrodkach dla imigrantów (czytaj TUTAJ),  nie trudno zauważyć, iż jest ona z instytucjonalnego punktu widzenia rasistowska i dwulicowa: otwarcie granic dla zagranicznych inwestorów i obostrzenia dla biednych, którzy szukają w naszym kraju szans na lepsze życie.


Euro 2012 i zrujnowane budżety

Zorganizowanie demonstracji w dniu 10 czerwca i w związku z odbywającymi się Mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej okazało się zadaniem trudnym (FILM). Staraliśmy się jednak zwrócić uwagę na fakt, iż Euro 2012 i podejmowane pod tym hasłem decyzje gospodarcze i polityczne, służą jedynie biznesowi i elitom władzy. Wykorzystując futbol starano się skonsolidować opinię publiczną i utrzymać popularność rządu oraz dotychczasową jego politykę. Jednak wobec finansowej ruiny wielu samorządów, w tym miast organizujących Mistrzostwa, zrealizowania jedynie ok. 30% zamierzonych na Euro inwestycji, rosnącego bezrobocia i kosztów utrzymania, notowania partii rządzącej spadły, a Euro coraz częściej przedstawia się jako przykład ekstensywnego wykorzystania finansów publicznych. Choć sam protest 10 czerwca nie wypadł może imponująco w kontekście wykreowanej przez media futbolowo-nacjonalistycznej euforii, to jednak dzięki temu protestowi krytyczny głos był zauważalny. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że wiele środowisk, które na co dzień atakują rząd, stchórzyły i ustąpiły pod wpływem futbolowej demagogii. Nie mówiąc już o tym, że opozycyjne partie polityczne (SLD i PiS), wcześniej poparły organizację Euro w Polsce.

Skutki ekonomiczne i społeczne polityki podporządkowanej Euro nie są jeszcze znane. Poznań, jako samorząd, na Euro bezpośrednio stracił wiele milionów złotych.  Euro nie przyczyniło się też – przykładowo – do wzrostu zatrudniania. Wydany natomiast na stadion blisko miliard złotych, zadecydował o ogromnym zadłużeniu kasy miasta, a co więcej do funkcjonowania obiektu miasto będzie musiało dopłacać i faktycznie nie został on jeszcze ukończony.


Obrona praw zwierząt

Wreszcie - na samym końcu, ale nie najmniej ważna - kwestia obrony praw zwierząt stała się dla wielu uczestników i uczestniczek FA ważnym obszarem działań. W ubiegłym roku dokonała się w Poznaniu pewna transformacja organizacyjna ruchu proanimalistycznego: przestał działać na Rozbracie kolektyw VegeON, a w jego miejsce powołano stowarzyszenia o szerszej formule „Otwarte Klatki”, nie przypisane już ściśle do środowiska rozbratowego, ale z nim koegzystujące. Organizacja tzw. „Kuchni Społecznych”, protestów przeciwko tresurze zwierząt w Cyrku Zalewski, wspieranie mieszkańców Baranowa w walce z nielegalną fermą futer i wreszcie współudział w kampanii antyfutrzarskiej i opublikowanie wyników śledztwa obywatelskiego dotyczącego sytuacji na polskich fermach futrzarskich (czytaj TUTAJ), były najważniejszymi, choć nie jedynymi wydarzeniami związanym z obroną praw zwierząt.

Dziś o godzinie 16.00. ponad 100 osób zebrało się na Moście Teatralnym w proteście przeciwko podwyżkom cen biletów transportu miejskiego, jaka nastąpiła od 1 stycznia 2013 roku. W akcie nieposłuszeństwa cywilnego grupa wsiadła do dwóch tramwajów linii 9 i 16, oraz bez kasowania biletów przejechała cztery przystanki – do ul. Półwiejskiej, gdzie odbyła się dalsza część protestu. Demonstracja miała spokojny przebieg.

 

Poznański Urząd Miasta nie radzi sobie z transportem publicznym i realizacją potrzeb społecznych. Odrzucenie obywatelskiego wniosku zamrożenia cen biletów komunikacji miejskiej potwierdza to, że władze zwalczają wszystkie przejawy solidarności społecznej, które zmierzają do poprawy życia mieszkańców Poznania, a nie do wzrostu zysków zagarnianych przez biurokrację. Obecnie wmawia nam się, że kasa miasta świeci pustkami. Problemem nie jest jednak brak pieniędzy, lecz ich niesprawiedliwy podział.

 

Władze przez lata lekką ręką wydawały setki milionów, które nigdy się nie zwrócą. Wydatki związane z Euro 2012 pochłonęły ponad jeden miliard zł., co doprowadziło do tego, że miasto stoi na skraju bankructwa. Kosztami tej kilkudniowej zabawy władze, chcą obarczyć tych, którzy są zmuszeni do korzystania z komunikacji miejskiej - podwyższając ceny biletów, władze chcą zatkać dziurę budżetową miasta. Oznacza to tylko, że dziury w budżetach domowych po raz kolejny ulegną powiększeniu. Za obecny kryzys miasta odpowiedzialne są jego nieudolne władze, a nie zwykli mieszkańcy, którzy już znaczącą cześć swoich płac przekazują na każdym kroku miejskiej biurokracji, w formie niezliczonych opłat.

 

Różnice pomiędzy bogatymi a biednymi wciąż wzrastają. Wysokie czynsze w centrum i niskie płace prowadzą do rugowania wielu mieszkańców na odległe peryferie. To oznacza, że są oni zmuszeni do korzystania z komunikacji zbiorowej. Osoby o niskich zarobkach, a zwłaszcza rodziny z dziećmi, coraz większą część swoich budżetów domowych przeznaczają na bilety MPK (ZTM). Podwyżka cen biletów oznacza pogorszenie warunków życia w mieście. Oznacza też, że prawo każdego człowieka do swobodnego przemieszczania się jest dzisiaj fikcją, bo uzależniono je od grubości portfela, a on musi być coraz grubszy.

 

Szesnaście lat temu mieszkańcy belgijskiego Hasselt zdecydowali, że nie chcą płacić za bilety komunikacji miejskiej. Poparła ich rada miasta. 1 lipca 1997 r. wprowadzono reformę transportu publicznego pod nazwą „Taryfa zero”. Od tamtego czasu liczba autobusów wzrosła pięciokrotnie, a liczba pasażerów ponad trzynastokrotnie. Jednym z powodów przyjęcia tego programu był niedobór funduszy – gmina nie miała wystarczającej ilości pieniędzy, aby budować nowe drogi potrzebne dla stale rosnącej liczby samochodów. Po wyliczeniach okazało się, że darmowy transport będzie tańszy niż nowa obwodnica. Nową politykę transportową wprowadzono pod hasłem: „Miasto gwarantuje wszystkim prawo do przemieszczania się”. Projekt odniósł natychmiastowy sukces. Hasselt to nie jedyny przykład rozwiązania kwestii transportu publicznego. Głośno ostatnio o Tallinie – pierwszej europejskiej stolicy, która 1 stycznia 2013 roku wprowadziła darmową komunikację miejską.

 

Rządzący chcą przerzucać koszty usług publicznych z instytucji na obywateli. W kwestii transportu publicznego musimy pokazać władzy znak STOP! Stop podwyżkom! Transport publiczny musi być bezpłatny!

Represje:Podsumowanie 2012 roku

13 stycznia 2013 r. | Dział: Wielkopolskie
Aparat przemocy i represji nie zapomniał bynajmniej o krnąbrnych anarchistach i anarchistkach. Tak jak i w poprzednim roku, policja wespół z prokuraturą starała się jak mogła uprzykrzyć działalność środowisku wolnościowemu w Poznaniu. Poniżej publikujemy kalendarium represji.

STYCZEŃ
Początek roku stał pod znakiem protestów przeciwko umowie ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement). W tracie największego protestu – 26 stycznia – pod siedzibą Platformy Obywatelskiej, gdzie udali się demonstranci, doszło do przepychanek z policją; siedziba rządzącej partii została obrzucana kamieniami. Jednak dopiero kiedy protest miał się ku końcowi i licznie zgromadzony tłum się rozchodził, najwyraźniej w poczuciu bezkarności z powodu zmniejszonej obecności mediów, policjanci postanowili wykazać się brutalnością. Funkcjonariusze zaczęli pałować i zatrzymywać pierwsze osoby oraz separować od siebie grupy demonstrantów. Kolejne osoby zatrzymywano lub bito, czego świadkami byli również nasi działacze. Tłum rozpierzchł się na wysokości skrzyżowania ulic Matyi i Towarowej. Pojawiały się kolejne posiłki policji, przypadkowe osoby w całej okolicy były zatrzymywane i spisywane przez prewencję. W związku ze skandalicznym zachowaniem policji stosującej zasadę odpowiedzialności zbiorowej, apelowaliśmy jako środowisko wolnościowe, aby osoby poszkodowane lub widzące policyjną przemoc kontaktowały się z poznańskim oddziałem Anarchistycznego Czarnego Krzyża. Ostatecznie władza kolejny raz pokazała swoje karzące oblicze i w myśl zasady „dajcie mi człowieka, znajdzie się paragraf”, oskarżyła cztery osoby o udział w zamieszkach, a dokładnie – czynny udział w zbiegowisku – twierdząc, że jego uczestnicy wspólnymi siłami dopuszczają się gwałtownego zamachu na osobę lub mienie. Proces trzech oskarżonych jeszcze nie wystartował, jedna osoba dobrowolnie poddała się karze i na początku bieżącego roku została skazana na pół roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata oraz 600 złotych grzywny. ACK będzie monitorować proces pozostałej trójki oskarżonych.

CZERWIEC
Konsekwencją zaangażowania w protest przeciwko ACTA, jak i w przygotowywany właśnie protest przeciwko organizowanemu w Polsce turniejowi Euro 2012 było ujawnienie inwigilacji naszego środowiska. Od prawdopodobnie kilkunastu miesięcy z sąsiadującego z Rozbratem salonu Peugeota prowadzona jest obserwacja terenu skłotu. W jednym z pomieszczeń, którego okno wychodzi na skłot, policja systematycznie instaluje kamerę, mającą obserwować osoby uczestniczące w demonstracjach lub innych imprezach organizowanych w tym miejscu. Szpieguje się m.in. uczestników spotkań czy wykładów.

Z reguły obserwacja jest prowadzona tylko w związku z większymi wydarzenia, czasami jednak kamera „pracuje” przez wiele dni po rząd.

O fakcie tym dowiedzieliśmy się wiele miesięcy temu, kiedy obserwacja była prowadzona przez kilkanaście dni w związku z protestami przeciw ACTA. Poinformował nas o tym anonimowy rozmówca. Jego relacja wydawała się w pełni wiarygodna. Kamera pojawiła się ponownie przed demonstracją 10 czerwca. I właśnie dopiero w czerwcu udało się dobrze sfotografować wspomniana kamerę. Przedstawiciele policji i służb specjalnych w żaden sposób nie odnieśli się do naszych zarzutów o pozbawioną podstaw prawnych inwigilację, tradycyjnie nabierając wody w usta. Po ujawnieniu przez nas informacji o prowadzonej inwigilacji, kamera natychmiast została zdemontowana. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, z faktu, że „Wielki Brat” nadal może nad nami czuwać, swobodnie omijając i lekceważąc przepisy prawa czy procedury, które ostatecznie sam ustala.

Zapędy do inwigilacji policjanci ujawnili jeszcze w tym samym miesiącu. 7 czerwca poznańska lokalna telewizacja WTK zorganizowała debatę na temat Euro 2012.  Blisko dwugodzinny program został podzielony na dwie 45-minutowe części. Wzięły w niej udział dwie 11-osobowe drużyny – jedna „za” EURO w Poznaniu, a druga „przeciw”. Wśród przeciwników znajdowało się m.in. kilkoro działaczy i działaczek  Federacji Anarchistycznej i Stowarzyszenia My-Poznaniacy.

Jak się dowiadujemy, do dyrekcji stacji zgłosili się przedstawiciele policji, którzy poprosili, aby umożliwić im udział w programie. Pomimo, iż nie mieli formalnych podstaw, dyrekcja miała zgodzić się, aby obserwowali cały program w reżyserce i studio. Nie ma dowodów, że policjanci zostali przez WTK „zaproszeni”

Ponownie zarówno od policji, jak i od dyrekcji telewizji WTK nie doczekaliśmy się żadnych wyjaśnień, na temat podstaw prawnych tego typu działań.

SIERPIEŃ
17 sierpnia w Poznaniu zapadł wyrok uniewinniający w sprawie pięciu anarchistów, którzy zostali obwinieni przez policję o zakłócanie porządku publicznego 17 maja 2011 roku. Sprawa dotyczyła protestu, do jakiego doszło w siedzibie Platformy Obywatelskiej przy ulicy Zwierzynieckiej w Poznaniu. Przypomnijmy, że z protestu, który był spontaniczną odpowiedzią na rozbicie przez ochroniarzy w Gdańsku i policję w Katowicach demonstracji niezadowolonych obywateli, usiłowano zrobić wybryk chuligański. Sąd nie podzielił takiego poglądu uznając, że w tym przypadku mieliśmy do czynienia z politycznym protestem, a nie wybrykiem mającym na celu zakłócenie porządku społecznego (relacja z procesu). Poznańska policja, która skierowała do sądu wniosek o ukaranie, przegrała w ten sposób kolejną sprawę wymierzoną w poznańskie środowisko wolnościowe.

29 sierpnia doszło do brutalnej eksmisji skłotu Warsztat przy ul. Podgórze 2/3. Bez nakazu eksmisji, przy pomocy policyjnej tzw. grupy realizacyjnej (policjanci w kominiarkach z bronią automatyczną) wtargnięto na teren posesji zajmowanej i remontowanej od kilku miesięcy przez nowych lokatorów. W obronie likwidowanego skłotu zebrało się przed wejściem do budynku kilkadziesiąt osób – zarówno aktywiści i aktywistki ruchu wolnościowego, jak i okoliczni mieszkańcy i sąsiedzi. Policjanci z grupy realizacyjnej wyraźnie dążyli do konfrontacji z protestującymi. Pełną relację w wydarzeń znaleźć  można tutaj. Ostatecznie w wyniku działań policji hospitalizowane musiał zostać dwie osoby. Jedna z osób której musiała być udzielona pomoc medyczna, została również przez policję zatrzymana. Na komisariacie poznała cały wachlarz policyjnej brutalności, buty i arogancji – relacja zatrzymanego tutaj.

Zaledwie dwa miesiące później prokuratura uznała, że w brutalnych działaniach policjantów nie dostrzega znamion przestępstwa (czytaj więcej). I tak po raz kolejny przemoc policji została usankcjonowana i pozostała bezkarna.

Tymczasem jeden z aktywistów otrzymał pismo o skierowaniu wniosku do sądu, o ukaranie go za napaść na funkcjonariusza policji (oplucie), jakiego miał się dopuścić podczas prowadzenia go do karetki po brutalnym ataku policji z użyciem gazu łzawiącego (ledwo cokolwiek widział i był w stanie iść)… nie ma jeszcze  wyznaczonej daty rozprawy.

LISTOPAD
20 listopada zakończył się proces anarchisty oskarżonego o przewodzenie nie zgłoszonej pikiecie lokatorów z ulicy Piaskowej. Sąd uniewinnił oskarżonego. W uzasadnieniu sędzia, Mateusz Bartoszek, podkreślił, że jedynym dowodem przemawiającym na niekorzyść oskarżonego były zeznania byłego już policjanta. Więcej o sprawie tutaj i tutaj.

GRUDZIEŃ
Dnia 12.12.2012 r. o godzinie 23.30, w 31. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, pod Pomnikiem Poznańskiego Czerwca ’56 miała miejsce pikieta upamiętniająca ofiary państwowej przemocy. Wydarzenie zgromadziło około 40 osób, związanych ze środowiskiem anarchistycznym. Zapalając znicze pod pomnikiem, zgromadzeni chcieli przypomnieć o ofiarach represji zarówno z okresu PRL, jak i przypomnieć tragiczne wydarzenia z dnia 26 kwietnia 1920 roku, kiedy to nacjonalistyczne, endeckie władze rozkazały strzelać do protestujących poznańskich robotników, a następnie wprowadziły na ulicach stolicy Wielkopolski stan wyjątkowy. Pełna relacja tutaj.

21 grudnia ruszył proces dwojga aktywistów ruchu anarchistycznego i lokatorskiego, oskarżonych o przewodzenie niezgłoszonemu zgromadzeniu w trakcie eksmisji rodziny państwa Jencz. Oskarżenie mają zapewnioną pomoc prawną, o wyniku ich procesu będziemy informować.

Kolejne dwie osoby czekają na proces jaki rozpocznie się 5 lutego 2013, oskarżone o rzekomą napaść na funkcjonariuszy policji podczas nielegalnej eksmisji Państwa Jencz. Poza tym jedna osoba została skazana zaocznie na parce społeczne i grzywnę w wysokości 600 zł za “uszkodzenie” radiowozu. W skutek wakacyjnych zaniedbań ze strony Poczty Polskiej - niedostarczenie wyroku nakazowego - uniemożliwiono aktywiście odwołanie się od wyroku i sprawiedliwy proces.

Jesteśmy przekonani, że również w nowym roku aparat represji o nas nie zapomni. 16 stycznia rozpoczyna się proces związany z eksmisją w Nowej Soli, również kontynuacja wspomnianych procesów aktywistów lokatorskich.

Na zakończenie warto zaznaczyć, że staraliśmy się również pamiętać o represjach które dotykały innych. Stąd publikacja apelu o solidarność z haktywistami, ważnego listu aktywistki Dášy Raimanovy, przypominanie o kolejnej rocznicy protestu kolejarzy, czy historii Sacca i Vanzettiego.


Solidarność jest przestępstwem, którego popełniania nigdy się nie wyrzekniemy!
Dziś odbyła się pikieta protestacyjna pod Zarządem Komunalnych Zasobów Lokalowych. Miała ona związek z planowanymi jutro,  tj. 11 stycznia, rozprawami o eksmisje. W proteście wzięli udział działaczki i działacze Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów (m.in. byli mieszkańcy kamienicy przy ulicy Małeckiego, a także lokatorzy ze Stolarskiej i Niegolewskich) i Federacji Anarchistycznej.

 

W jednej z mających się odbyć jutro spraw, ZKZL występuje bezpośrednio, chcąc usunąć z mieszkania socjalnego rodzinę, która – wg Zarządu - miała utracić do niego prawo. Ustalenia WSL wskazują, że najemcy zostali wprowadzeni w błąd oraz potraktowani w sposób nie do przyjęcia, a próba ich eksmisji jest niepotrzebną eskalacją konfliktu.

 

Z początku zaproponowano im zamianę zajmowanego przez nich lokalu na odpowiednie mieszkanie komunalne oraz zapewniono na piśmie, że będą mogli pozostać w obecnym mieszkaniu dopóki ZKZL nie zagwarantuje im stosownego lokalu. Kiedy lokatorzy zgodzili się na takie warunki, ZKZL wycofał się z umowy, a lokatorów obrzucano wyzwiskami i obelgami twierdząc, że dewastują lokal (małżeństwo dokonało gruntownego remontu zajmowanego przez siebie mieszkania, jednocześnie podwyższając jego standard) oraz nie płacą czynszu. Powoływanie się przez ZKZL na fakty całkowicie odbiegające od prawdy pokazuje brak kompetencji urzędników oraz ich schematyczne podejście do mieszkańców lokali socjalnych. Lokatorom tym odmówiono także prawa do obrońcy z urzędu.

 

Druga sprawa toczy się przeciwko lokatorce mieszkania prywatnego. W wyniku splotu różnych życiowych okoliczności, została ona obciążona długiem, którego nie jest w stanie regularnie spłacać ze względu na bardzo niskie dochody (od 900 – 1300 zł netto). Z racji niskich zarobków oraz samodzielnego wychowywania nastoletniej córki lokatorka domaga się mieszkania socjalnego. W sprawie tej wystąpić ma pełnomocnik ZKZL, który prawdopodobnie będzie się domagał, aby nie przyznano lokatorce mieszkania socjalnego, za powód podając ich brak. Ten proceder „automatycznego” występowania władz miasta do sądu z wnioskiem o niezasądzanie mieszkania socjalnego, trwa od kilku lat. Nie wnikając w realną sytuację socjalną lokatorów, ZKZL stara się już na tym etapie uchylić się od swoich obowiązków, przekonując sądy, że przyznanie lokalu socjalnego jest niezasadne.

 

Sprawa jest o tyle kuriozalna, że lokatorka jest pracownicą poznańskich żłobków, w których od 2009 roku - pomimo wzrastających czynszów i kosztów eksploatacji mieszkań – nie rewaloryzowano płac. Z tego powodu pracownice żłobków od dwóch lat domagają się 30% podwyżek. Do tej pory doczekały się jedynie niewielkiego wyrównania pensji. Nie dość, że władze miasta nie chcą zagwarantować zatrudnionym przez siebie pracownikom godnych płac, to dodatkowo dopuszczają się eksmisji i robią wszystko, aby uchylić się od obowiązku zapewnienia mieszkania socjalnego. Eksmisja lokatorki, wraz z odmową przyznania jej lokalu socjalnego przy jednoczesnym blokowaniu podwyżek płac w żłobkach jest wyrazem antyspołecznej polityki prowadzonej przez władze Poznania.

Rok 2012 zapamiętamy jako czas, w którym zostało ujawnionych jak dotąd najwięcej konfliktów lokatorskich. Należy jednak przypomnieć, że „czyszczenie kamienic” jak i nielegalne eksmisje były już wcześniej stałym elementem krajobrazu Poznania. Na przestrzeni ostatnich 10 lat powstał nowy rynek usług – spółek zawodowo zajmujących się nękaniem lokatorów na zlecenie kamieniczników. Zarówno władze miejskie, reprezentowane między innymi przez Jarosława Pucka jak i zachęceni przez jego bezwzględną politykę wobec lokatorów mieszkań komunalnych kamienicznicy wdrażali swój własny plan masowych eksmisji, zastraszania i marginalizowania problemów lokatorskich.

Każdy kolejny atak, czy to w postaci odcinania mediów, nielegalnego wyrzucenia z mieszkania, czy grubiańskich wpisów urzędników miejskich na facebooku w godzinach „pracy”, był przejawem poniżania i nękania lokatorów. Wprowadzono również nowy standard „mieszkań socjalnych” umieszczając ludzi w kontenerach, zamiast budować normalne mieszkania. Władze, ustawowo zobowiązane do zapewniania mieszkańcom podstawowych potrzeb poprzez budowę odpowiedniej ilości mieszkań, zamiast tego naciskają na sądy, aby te nie orzekały o przydziale mieszkań komunalnych, bo ich nie ma.

Oprócz prowadzenia poszczególnych walk, Federacja Anarchistyczna s. Poznań oraz Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów starało się doprowadzić do skonsolidowania rozproszonych po Poznaniu osób, które do tej pory musiały radzić sobie z problemem na własną rękę, co najczęściej z góry stawiało ich na przegranej pozycji. Oddolna samoorganizacja i kolektywna walk lokatorek i lokatorów, działaczek i działaczy dała w efekcie początek prężnego ruchu lokatorskiego. Mamy nadzieję, że w przyszłym roku nastąpi dalszy rozwój ruchu lokatorskiego, tak by mógł on działać bardziej radykalnie, gdyż jak widać, znajdują się kolejni zwabieni możliwością szybkiego zysku kamienicznicy, a urzędowy bezwład daje ich bandyckim metodom pełne przyzwolenie.

Kalendarium

Marzec

22 marca w pięć miesięcy po nielegalnej eksmisji, przydział na mieszkanie komunalne dostali państwo Jencz, wspierani przez FA i WSL. Pani Katarzyna jest ciężko chora, stale wymaga opieki męża, a o przydział „komunałki” starali się od 8 lat. Za udział w blokadzie ich eksmisji cztery osoby mają sprawy wytoczone przez policję, z tego dwie o przestępstwo. Jedna już została skazana prawomocnym wyrokiem, również za przestępstwo. Informacja na temat wywalczenia przydziału TUTAJ.

Maj

1. W tym miesiącu wybuchł najgłośniejszy konflikt lokatorski w Poznaniu – na ul. Stolarskiej. Kamienica została kupiona przez Lechosława Gawrońskiego i Grzegorza Liberkowskiego, poznańskich biznesmenów, którzy wynajęli Piotra Śrubę i Pawła Żukowskiego, żeby jak najszybciej pozbyć się lokatorów przy użyciu takich metod jak zastraszanie, obrażanie, odcinanie  mediów czy dewastacja budynku. Mimo tego, lokatorzy wspierani najpierw przez WSL, FA i środowisko związane z Rozbratem, a później przez Koalicję dla Mieszkańców Stolarskiej (https://stolarska.wordpress.com/) postanowili walczyć o kamienicę. Pod koniec sierpnia Lokatorzy postanowili zabarykadować się w budynku, aby uniemożliwić wejście pracownikom Śruby. Jednocześnie zadbali o to, by ich przypadek stał się odniesieniem dla innych poznańskich lokatorów, będących ofiarami nieuczciwych kamieniczników, czy miejskiej administracji. Poprzez niezliczone pikiety, akcje happeningowe, niezapowiedziane wizyty w Urzędzie Miasta czy Urzędzie Wojewódzkim i wreszcie okupację zajmowanego budynku lokatorzy wraz ze wspierającymi ich walkę osobami i organizacjami nadali prospołeczny ton w debacie na temat mieszkalnictwa, prawa własności czy funkcjonowania mechanizmów i instytucji władzy w Poznaniu.

2. Kamienica na rogu Małeckiego i Rynku Łazarskiego była kolejną nieruchomością wykupioną przez firmę córkę Neo Banku, który zatrudnił Fabrykę Mieszkań i Ziemi w celu oczyszczenia kamienicy z lokatorów. Scenariusz był taki sam jak zawsze: odcięcie mediów, zastraszanie, stopniowa dewastacja kamienicy. Na szczęście lokatorzy zareagowali szybko i postanowili się zorganizować, żeby móc wspólnie walczyć z Neo Bankiem i Fabryką Mieszkań i Ziemi. Dzięki szybkiej reakcji lokatorów i medialnemu nagłośnieniu bank, w obawie o swoje „dobre” imię,  wycofał się ze współpracy z Fabryką Mieszkań i Ziemi, a lokatorzy znaleźli nowe mieszkania.

Wywiad z lokatorką kamienicy przy ulicy Małeckiego, która opowiada o mechanizmach i metodach przeciwdziałania „czyścicielom kamienic” czytaj TUTAJ.

Czerwiec

Interwencja w sprawie jednej z rodzi mieszkającej w barakach w Krzesinach. Zajęła ona lokal po zmarłej sąsiadce (wcześniej małżeństwo z małym dzieckiem mieszkało u rodziców ). Regularnie płacili czynsz i rachunki oraz wyremontowali zajmowane lokum. ZKZL tolerował obecność rodziny w lokalu przez 3 lata, ale ostatecznie wystąpił o eksmisję. 2 lipca odbyło się spotkanie z przedstawicielem ZKZL-u. Na stronie rozbrat.org wspominamy o nim TUTAJ.

Lipiec

1. 3 lipca na zlecenie kamieniczka Macieja Schultza, ochroniarze nielegalnie eksmitowali mieszkańca kamienicy przy ul. Chwiałkowskiego. Podczas pobytu p. Ryszarda na komisariacie w celu wyjaśnienia sytuacji, właściciel zajął jego mieszkanie, wyrzucił wszystkie rzeczy i wymienił zamki. (Czytaj TUTAJ)

Dwa dni później p. Ryszard wraz z grupą działaczy i działaczek z Rozbratu, rozwiercając zamki wszedł do swojego mieszkania, w którym miał pełne prawo przebywać. Ta sytuacja kolejny raz pokazuje jak bezkarni czują się kamienicznicy oraz że miasto w żaden sposób nie stara się chronić swoich mieszkańców.

2. Zgłosiła się lokatorka, której sytuacja ujawnia mechanizmy działania władz miasta.  Administratorem jej mieszkania jest Spółdzielnia Mieszkaniowa. Po śmierci męża i jego matki, została sama w wynajmowanym lokalu, niestety bez zameldowania. Od wielu lat walczy ze spółdzielnią, która chcę się jej pozbyć z mieszkania oraz z miastem, które obiecywało mieszkanie w TBSach, a później, w ramach przydziału lokalu socjalnego zaproponowało mieszkanie bardzo oddalone od centrum i o gorszym standardzie.

3. 20 lipca ciężarna kobieta z trójką dzieci zajęła miejski pustostan. W obawie przed kolejnym skandalem, po próbie usunięcia kobiety przez wynajętą przez MPGM firmę ochroniarską, na miejscu w asyście mediów pojawił się sam dyrektor ZKZL – Jarosław Pucek, zaprzeczając swoim wcześniejszym wypowiedziom. (czytaj TUTAJ)

4. Działacze i działaczki Federacji Anarchistycznej zorganizowali pikietę pod domem radnego Michała Tomczaka. Protestowano przeciwko nadużyciom władzy.  Wcześniej Głos Wielkopolski ujawnił, ze Tomczak zajmuje mieszkanie TBS, choć nie spełnia odpowiednich wymogów formalnych. Więcej czytaj TUTAJ i TUTAJ

Sierpień

1. 6 sierpnia dzięki pomocy Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów i Federacji Anarchistycznej udało się zablokować eksmisję kobiety z dziećmi, która zajęła pustostan. Lokatorka ma również orzeczony wyrok eksmisyjny z przydziałem do lokalu socjalnego. Jarosław Pucek postanowił jednak wyrzucić ją z domu zanim wyrok się uprawomocnił. Ten przykład ukazuje doskonale mechanizmy działania eksmisji. Czytaj TUTAJ

2. Okazuje się, że problemy z czyścicielami mają nie tylko najemcy lokali, ale również współwłaściciele. Przykładem są mieszkańcy domu przy ul. Litewskiej na Sołaczu, wykładowcy na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Od 2008 roku walczą o prawo do normalnego życia i mieszkania w swoim domu z Piotrem Burdzińskim, cieszącym się złą sławą kamienicznikiem, właścicielem kilkudziesięciu nieruchomości w Poznaniu, który już wcześniej pokazywał jak traktuje ludzi, oczyszczając kamienicę metodami Piotr Śruby i dewastując nawet zabytkowe elementy przejętych budynków. Historia właścicieli mieszkania w willi przy ul. Litewskiej TUTAJ.

3. 24 sierpnia miała miejsce pikieta przeciwko prześladowaniu lokatorów pod domem jednego z dwóch współwłaścicieli kamienicy przy ul. Stolarskiej – Lechosława Gawrońskiego. Relację znajdziecie TUTAJ

Wrzesień

Miasto konsekwentnie, pomimo silnego sprzeciwu mieszkańców Poznania i niezbitym argumentom przeciwko tworzeniu osiedli kontenerowych, otwiera osiedle kontenerowe (czytaj TUTAJ).

Październik

1. Mieszkańcy kamienicy przy ul. Półwiejskiej, która przylega do Starego Browaru mieszkają w lokalu, który jest notorycznie zalewany przez wody gruntowe, przez co standard lokalu praktycznie uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Budowa centrum handlowego państwa Kulczyk przyczyniła się do zmian w przepływie wód gruntowych, natomiast właściciele wspomnianej kamienicy nie zadbali o zabezpieczenie budynku. W konsekwencji, mieszkania na parterze są zapleśniałe, a cały budynek zaczyna pękać i grozi zawaleniem. Rozmowy z właścicielami okazały się bezskuteczne, lokatorzy zwrócili się więc o pomoc do miasta, jednak nie otrzymali nawet odpowiedzi na pismo. Jak się później okazało, urzędnicy po prostu zapomnieli wysłać odpowiedzi… Oprócz tego lokatorzy dowiedzieli się, że mogą się ubiegać o lokal do kapitalnego remontu (których miasto wystawiło tylko kilka), lokal zamienny (gdzie potrzebna jest decyzja Państwowego Inspektora Nadzoru Budowlanego, którą otrzymali właściciele, natomiast lokatorzy nie mają do niej dostępu) lub lokal socjalny (przy czym zapisując się teraz, rozpoczęcia rozpatrywania wniosku o przydział takiego lokalu należy się spodziewać dopiero w 2014r.).

2. 16 października ZKZL dokonał eksmisji kobiety w ciąży z lokalu przy ul. Rycerskiej. Lokatorka, znajdującą się w trudnej sytuacji materialnej, zadłużona, została eksmitowana, mimo że wyrok zapadł klika lat temu, dopiero kiedy kobieta wniosła odwołanie od decyzji, ZKZL, nie czekając na rozpatrzenie sprawy, postanowił wysiedlić ją do hotelu robotniczego przy ul. Torowej, przy czym to eksmitowana ma pokryć koszty pobytu. MOPR nie poinformował jej o możliwościach i prawach, które jej przysługują. 17 października Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów zorganizowało pikietę pod siedzibą ZKZL w tej sprawie. Więcej czytaj TUTAJ i TUTAJ.

3. 20 października Demonstracja Lokatorska przeszła ulicami Łazarza. Był to protest przeciwko obecnej polityce mieszkaniowej uprawianej przez władze Poznania, polegającej na brutalnych wysiedleniach, rosnących czynszach, braku mieszkań komunalnych i socjalnych, monopolizacji rynku mieszkaniowego przez deweloperów, budowie getta kontenerowego. Demonstracja zgromadziła ponad 200 osób. Przybyli głównie lokatorzy z „czyszczonych” kamienic oraz inni solidaryzujący się z nimi mieszkańcy Poznania. Lokatorzy na trasie przemarszu opowiadali o procederze wyrzucania na siłę mieszkańców z ich dotychczasowych lokali. Protest spotkał się z żywym i przyjaznym odzewem ze strony mieszkańców Łazarza, którym był dedykowany. FILM


Listopad

1. Na przełomie października i listopada w kamienicy przy ul. Niegolewskich 14 w asyście policji pojawili się przedstawiciele nowego właściciela, Grzegorza Liberkowskiego, który odpowiada również za dramatyczną sytuację lokatorów z ul. Stolarskiej. Następnym krokiem było nachodzenie mieszkańców z zamiarem nakłonienia ich do podpisania porozumienia, na mocy którego właściciel zobowiązuje się do wypłacenia kwoty 4 tysięcy złotych, umorzenia ewentualnych zaległości oraz do niepodejmowania remontu. Z kolei wynajmujący lokal ma opuścić swoje mieszkanie do końca roku, z wymeldowaniem oraz zrzeka się wszelkich roszczeń. Jest to prosty i sprytny wybieg ominięcia znacznie dłuższej procedury związanej z wypowiedzeniem umowy najmu i wypłaty odstępnego. Niepokój lokatorów, oprócz obecności policji, wzbudził też fakt, że pełnomocnikiem nowego właściciela jest znany z doniesień medialnych Adrian Woźniak, wierny pracownik Piotra Śruby. Mieszkańcy niezwłocznie udali się do przedstawicieli władz miasta, a nawet do wojewody, jednak do dzisiaj czekają na odpowiedź, nie mówiąc już o konkretnych działaniach.

Bierność władz miasta ośmieliła właściciela - w nocy z 29 na 30 grudnia ludzie Śruby uszkodzili instalację, co spowodowało zalanie kilku mieszkań i klatki schodowej. Czytaj TUTAJ

2. Wróciła sprawa kamienicy przy ul. Piaskowej, którą zajmowaliśmy się w roku 2011. Lokatorzy, których próbowano eksmitować w brutalny i bezprawny sposób, założyli w sądzie sprawę przeciwko firmie Kappa Invest, która jest odpowiedzialna za sytuację sprzed roku. Krótko po wniesieniu oskarżenia, lokatorzy otrzymali pismo, z którego wynika, że kamienica, w której mieszkają, przeszła w ręce kolejnej firmy - Spółki Plus z siedzibą przy ul. Grunwaldzkiej 41a/4. Nowy właściciel domaga się jak najszybszego opuszczenia budynku przez lokatorów pod pretekstem kapitalnego remontu. Więcej informacji na temat tej kamienicy TUTAJ i TUTAJ

3. Kolejnym przejawem ułomności miejskiej polityki mieszkaniowej i bezczelności urzędników jest historia państwa Sybiłło i ich 12 letniej niepełnosprawnej córki. Rodzina od wielu lat czekała na przydział lokalu socjalnego. W końcu ZKZL postanowił się nimi zająć. Jednak to, co im zaproponowali – pomieszczenie w zaniedbanym baraku w Krzesinach – urąga wszelkim standardom.  Więcej TUTAJ

Grudzień

1. Po raz kolejny w tym roku przyszło nam usłyszeć o Macieju Schulzu, który tym razem w środku zimy za wszelką cenę chce wyrzucić z mieszkania schorowanego, starszego mężczyznę. Problemy z Schultzem mieli i mają też inni lokatorzy w tej kamienicy.

2. 19 grudnia wspólnie z lokatorami udaliśmy się do wojewody po wodę, której podobnie jak gazu i prądu, brakuje w wielu poznańskich kamienicach przez nielegalne działania właścicieli. W czasie rozmowy z wojewodą Piotrem Florkiem i przedstawicielem Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego lokatorzy zostali zapewnieni o podjęciu konkretnych kroków, między innymi próby podłączenia wody na Stolarskiej przed świętami oraz kolejnych spotkaniach (Czytaj TUTAJ)

Niestety, zamiast pracowników przysłanych przez wojewodę, na Stolarskiej 23 grudnia pojawili się pracownicy Piotra Śruby i zniszczyli instalację elektryczną (czytaj TUTAJ)

3.  20 grudnia odbyła się pikieta pod domem drugiego współwłaściciela kamienicy przy ul. Stolarskiej – Grzegorza Liberkowskiego. RELACJA

4. 24 grudnia odbyła się akcja solidarnościowa z mieszkankami i mieszkańcami ulicy Stolarskiej 2 w Poznaniu. W dzień poprzedni tj 23.12 w godzinach wieczornych pracownicy znanej poznańskiej firmy zajmującej się zawodowym nękaniem lokatorów – Fabryka Mieszkań i Ziemi włamali się do zamkniętej przed nimi kamienicy przy ul. Stolarskiej w Poznaniu. Odcięli przy pomocy siekiery kable, tym samym odcinając ostatnie medium. Lokatorzy bowiem żyją bez wody i gazu już 8 miesięcy. Podczas akcji solidarnościowej został oddany do użytku lokatorom agregat prądotwórczy, przywieziony w nocy przez aktywistów z Warszawy. Natomiast mieszkańcy Poznania przywieźli lokatorom butle gazowe, palniki, paliwo oraz baniaki z wodą.

5. W 2012 roku zrealizowano dwa filmy dokumentalne (premiery w lutym 2013). Pierwszy z nich jest dokumentem o nowym polskim standardzie mieszkań socjalnych w kontenerach. Przedstawia zarówno historie poszczególnych mieszkańców, jak i cały mechanizm działania władz. Opisuje procesu wdrażania projektu w Polsce. Drugi film to dokument o pierwszej tak długiej walce lokatorów z kamienicznikami i „czyścicielami” kamienic w Poznaniu – dokument o Stolarskiej 2. Informacje o dokładnej dacie i miejscu pokazów będą dostępne na stronie Rozbratu.

6. Realizacja materiału wideo o skutkach antyspołecznej polityki miejskiej w oparciu o wywiady z byłymi mieszkankami „czyszczonych” kamienic w Poznaniu. Część z byłych lokatorek jest zmuszona do życia w ośrodkach dla bezdomnych. Materiał wkrótce dostępny w dziale „Filmy” na stronie rozbratu.

Dodajmy, że do Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów zgłosiło się wiele innych lokatorek i lokatorów z poznańskich kamienic.
Poprzedni rok był rokiem walki z represjami stosowanymi z wyjątkową brutalnością wobec cudzoziemców na terenach polskich Ośrodków Strzeżonych. Z roku na rok coraz więcej migrantów z często nieuzasadnionych przyczyn jest przetrzymywana w nieludzkich warunkach i poddana systemowi najboleśniejszych i najbardziej upadlających godność ludzką opresji.


Doświadczenie pokazuje, że represjom może być poddany każdy, kto po przekroczeniu granicy po prostu będzie miał pecha.  Sytuacja w polskich Ośrodkach Strzeżonych, gdzie na decyzje o swoim losie czekają obcokrajowcy, w październiku 2012 roku zaostrzyła się. Ponad siedemdziesiąt osób osadzonych w Białymstoku, Białej Podlaskiej, Przemyślu i Lesznowoli postanowiło jednocześnie przystąpić do strajku głodowego w odpowiedzi na nieuzasadnione szykany. Nie był to pierwszy protest internowanych uchodźców, ale po raz pierwszy informacja o strajku wydostała się na zewnątrz. Dotąd strajkujących zamykano w izolatkach i karano na różne sposoby – a opinia publiczna nawet o tym nie wiedziała.


Mimo zakończenia strajków głośne mówienie o tym problemie pozwala utrzymać pewnego rodzaju presję na władze. Między innymi dzięki Peterowi Silaev rosyjskiemu aktywiście, antyfaszyście, dziennikarzowi, który w 2010 roku spędził na poznańskim Rozbracie kilka miesięcy. Po wyjeździe z Poznania, zobaczył i odczuł bezpośrednio na sobie coś, co - jak sam wspomina - nie pozwala mu zapomnieć o losie uchodźców. Poniżej publikujemy tekst autorstwa Petera będący opisem tego, czego doświadczył podczas trzymiesięcznego pobytu w Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców w Krośnie Odrzańskim.


Relacja

 

Codziennie koleje osoby są zatrzymywane i przetrzymywane miesiącami  w tragicznych warunkach, na co dzień poniżane, spotykają się z nieludzkim traktowaniem ze strony pracowników ośrodków zamkniętych. Szczególnie ważne jest mówienie o tym głośno teraz, aby cały czas tworzyć presję, pomimo zakończenia strajków głodowych, problem bowiem nierozwiązany trwa nadal.

 

Dwa lata temu miałem okazję doświadczyć wszystkich „luksusów” oferowanych przez polski system Straży Granicznej i nie mogę niestety powiedzieć, że po tym doświadczeniu doszedłem już do siebie. Jest to potężny system obozów koncentracyjnych, a warunki panujące tam są gorsze od warunków więziennych. Osoba, która miała pecha znaleźć się w tym systemie, błyskawicznie traci większość swoich praw i staje się bezsilną marionetką w rękach skorumpowanej administracji. Nie jest tajemnicą, że niektóre kraje europejskie finansują polską Straż Graniczną w celu utrzymania takiego właśnie typu systemu obozowego i sprawiają, że w ten sposób, Polska staje się dla Unii Europejskiej "krajem gąbką", do walki zarówno z legalną, jak i i nielegalną imigracją (te same procesy można zaobserwować na Malcie i w Grecji). Dlatego też, nawet w obliczu kryzysu, Straż Graniczna rok w rok jest w stanie rozbudowywać sieć obozów, zajmować nowe tereny, zatrudniać co raz więcej pracowników – ich dochody są bezpośrednio zależne od ilości osób zatrzymanych i przetrzymywanych. Więcej ludzi w ośrodkach oznacza po prostu więcej pieniędzy. Należy dodać, że administracja obozów jest skorumpowana i czuje się całkowicie bezkarna, dokonując kradzieży i zarabiając kosztem zatrzymanych. Bardzo często mogliśmy zobaczyć w historii ludzkości taki obraz - masy pozbawionych praw ludzi są stłoczone w miejscach o bardzo niskich standardach życia w celu zaniżenia kosztów i generowania zysków.

 

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, że nawet mimo ucisków zarządów obozów, w tym momencie ludzie zabrali jednak głos i wytoczyli szereg zastrzeżeń, które zostały sformułowane absolutnie właściwie i precyzyjnie, a ja podpisuję się pod każdym z nich.

 

Zostałem zatrzymany przez patrol Straży Granicznej podczas losowej kontroli w Szczecinie w 2010 r. i po godzinnym dochodzeniu było absolutnie jasne, że jedyną rzeczą, jaką mogą zrobić ze mną strażnicy, było po prostu pozwolić mi odejść. W tym czasie ubiegałem się o azyl polityczny w Belgii, a moja sprawa nadal była na początkowym etapie rozpatrywania wniosku. Kiedy tydzień wcześniej miałem sprawdzane dokumenty w Niemczech, policjant odnalazł moje dane w międzynarodowej bazie i po sprawdzeniu mojego statusu pozwolił mi odejść.

Poprosiłem oficerów w Szczecinie, aby zrobili to samo, ale okazało się, że w ogóle nie mają dostępu do międzynarodowej bazy danych. Mieli zadzwonić do swoich kolegów we Frankfurcie nad Odrą, aby tam mnie sprawdzono. Niemcy stwierdzili, że po prostu powinienem wrócić do Brukseli - miałem ze sobą wykupiony bilet. Ale to nie powstrzymało polskiej Straży Granicznej przed rozpoczęciem procedury mojej przymusowej deportacji do Belgii, która trwała TRZY miesiące – a cały ten czas spędziłem w Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców w Krośnie Odrzańskim.


Inne przykłady

 

Przedsiębiorca tekstyliów z Indii został zatrzymany na lotnisku podczas odprawy na lot do Indii, jego wiza wygasła 2 tygodnie wcześniej. Został więc odprowadzony do ośrodka i spędził tam 2 miesiące, aby w rezultacie zostać deportowanym do Indii, chociaż w momencie zatrzymania miał bilet w ręce.

 

Student z Tajwanu, został doprowadzony do ośrodka tylko dlatego, że wsiadł do autobusu jadącego do Niemiec; posiadanie polskiej wizy w ogóle mu nie pomogło.

 

Wszystko to są drobne naruszenia, ale tylko w Polsce jesteś trzymany w więzieniu przez miesiąc jedynie po to, żeby w rezultacie kontynuować dalej swoją podróż. Dzieje się tak ponieważ każdy jeden dzień spędzony w ośrodku oznacza więcej dotacji unijnych na "zapobieganie nielegalnej imigracji" i więcej funduszy z budżetu na utrzymanie ośrodków. Jeśli w ośrodku znajdowałoby się za mało ludzi, groziłoby to jego zamknięciem – co byłoby zwykłą stratą płynącego z prowadzenia ośrodka zysków.

 

W ośrodku w Krośnie Odrzańskim były dwie opcje uzyskania dodatkowej żywności, ubrań i innych produktów - poprzez otrzymanie przesyłki pocztowej z zewnątrz lub zamawianie artykułów ze "sklepu". Administracja stosowała karanie ludzi poprzez zakaz otrzymywania przesyłek pocztowych, a pewnego dnia przedstawiono nam decyzję wstrzymania całej poczty z powodu "groźby przemytu narkotyków".

 

Wtedy można było kupić towary tylko w "sklepie" - i co zauważyliśmy to to, że na produktach zostały tylko ślady naklejek z cenami. Te produkty nie zostały zakupione hurtowo ani też nie pochodziły z żadnej sieci supermarketów (co by wydawało się logiczne). My wszyscy przynosiliśmy dochody małemu sklepowi spożywczemu należącego do kogoś związanego z administracją ośrodka. Setki nas, codziennie, przez 7 dni w tygodniu – jaka by to była strata, gdyby w ośrodku było nas mniej...

 

To jakieś tchórzostwo nazwać takie miejsce słowami jak: "ośrodek" lub "centrum zatrzymań" - było to po prostu więzienie, a nawet nieco gorzej, ponieważ nie byliśmy tam uznawani za podmioty prawa cywilnego. W pięciu celach umieszczono, po osiem osób w każdej, dwudziestopiętrowy korytarz, jedna godzina spaceru dziennie na brudnym podwórku, wszędzie zabezpieczenia - to wszystko.

 

Byliśmy wszyscy trzymani w ciągu dnia w tym korytarzu, chodząc wciąż w tą i z powrotem od jego jednego końca do drugiego, przez cały dzień - to było wszystko co mogliśmy tam robić. Jeśli to nie jest więzienie – to co to jest? I powtarzam, że większość z przebywających tam osób nigdy nie popełniła przestępstwa.

 

Poniżej postaram się zilustrować każdy z postulatów petycji z żądaniami osób, które podjęły w proteście strajk głodowy, podając jeden z przykładów z własnego doświadczenia.


Prawo do informacji i tłumacza

 

Wśród osób zarządzających nie było nikogo, kto by mówił po angielsku lub w jakimkolwiek innym języku niż polski. To były jedyne osoby, do których obowiązków należała komunikacja pomiędzy sądem i ministerstwem, a osobami osadzonymi w ośrodku. Oni wypełniali dokumenty, przynosili wydane decyzje do podpisania, przekazywali dokumenty. I ci ludzie z całego świata, musieli użyć języka ciała do wyjaśnienia skomplikowanych szczegółów swoich spraw oficerom i funkcjonariuszom, którzy po prostu bardzo szczerze odpowiadali im, że nic z tego nie rozumieją... Od chwili, kiedy tam dotarłem, to właśnie ja zacząłem funkcjonować jako tłumacz etatowy – pomagając tłumaczyć z angielskiego na mój bardzo słaby polski. I to były oficjalne, niezwykle ważne dokumenty, które rutynowo wypełniano każdego dnia! Apelacje, zawiadomienia, wyjaśnienia, protesty - wszystkie one zostały przetłumaczone właśnie w ten sposób. Pewnego razu być może uratowałem życie jednego chłopaka - zobaczyłem go gorączkowo tłumaczącego coś oficerowi. Zapytałem, co się stało? "Próbuję mu zapisać hasło na e-mail, tam zostały zapisane kopie wszystkich moich dokumentów" - krzyczał czarnoskóry ex-kaznodzieja z Burundi. Oficer przerywał mu: "Nie potrzeba tłumacza, wszystko rozumiem. Odmawia mi pokazania swoich dokumentów".


Prawo do kontaktu ze światem zewnętrznym

 

Był tylko jeden telefon w naszym bloku i pracownicy ośrodka podejmowali wszelkie możliwe starania w celu ograniczenia korzystania z niego. Były ustalane śmieszne zasady i harmonogramy dla ludzi stojących w kolejce, starających się przez minutę porozmawiać z krewnym lub prawnikiem. Takie działania prowadziły do nieuchronnych sporów, które dawały strażnikom prawo, aby wprowadzać jeszcze więcej ograniczeń. W ośrodku nie było też żadnej biblioteki.


Prawo do odpowiedniej opieki zdrowotnej

 

Co tydzień przysługiwało nam prawo do wpisania się na wizytę u lekarza, ale ludzie zwykle musieli czekać na spotkanie przez miesiąc. Z jakichś powodów lekarz, podczas swojej cotygodniowej wizyty, mógł przyjąć jedynie kilka osób - a było 45 osób w bloku. Wśród zatrzymanych w ośrodku było dużo starszych osób, które po nagłym znalezieniu się w zamkniętym środowisku, gdzie nie mieli się kompletnie czym zająć, doznawali bardzo szybkiego spadku kondycji zdrowotnej. Na pierwszym miejscu zaczynało szwankować serce – co jakoś nigdy nie zaniepokoiło służb ośrodka. Nigdy nie widziałem, aby któryś z mieszkańców cel był hospitalizowany, bo strażnicy podejrzewali, że ataki serca są symulowane w celu dostania się do szpitala.


Poszanowanie praw dziecka

 

W ośrodku w Krośnie Odrzańskim funkcjonowało coś jak "cele rodzinne", ale właściwie, tak samo jak zwykli przestępcy, dzieci w każdym wieku, były trzymane w tym więzieniu na takich samych zasadach. Oczywiście żadne z nich nie chodziło do żadnej szkoły, miały one po prostu trochę większą celę niż inni. Warunki ich uwięzienia nie różniły się od naszych w żaden inny sposób.


Poprawa warunków socjalnych

 

Administracja ośrodka w Krośnie Odrzańskim prowadziła gospodarkę nie zatrudniania żadnych osób sprzątających z zewnątrz w związku z czym, na wszystkich osadzonych spoczywał obowiązek wykonywania tej pracy za darmo. Jeśli ktoś odmówił sprzątania nie wolno mu było palić. Jeśli on nie palił – cała cela była objęta zakazem palenia. Gdy był z celi, w której nikt nie palił – co wprawiało na moment strażników w lekką konsternację - w rezultacie zabraniano korzystania z czajnika. A spora część naszej diety składała się z chińskich zupek, czyli już wiadomo czemu to służyło. To zabawny przykład, ale po prostu nigdy nie brano pod uwagę naszej woli i preferencji. W związku z tym, że my byliśmy wyjęci spod prawa, strażnicy mieli prawo do postrzegania nas jako podludzi i zachowywali się zgodnie z taką właśnie wizją.


Nadużycia wobec osób osadzonych w ośrodkach

 

Ludzie byli regularnie bici lub umieszczani w izolatkach albo umieszczani w izolatkach i zbiorowo bici. Zwykle wybierano taką osobę, która nie mówi w języku znanym reszcie osadzonych – Chińczyków lub Afgańczyków – to bardzo inteligentne posunięcie.... Nie było żadnych przepisów regulujących narzucane ograniczenia i stosowane kary – strażnicy robili po prostu to, co chcieli. A jeśli napiszesz skargę to trafia ona jedynie do dyrektora ośrodka.

 

Jednostka Straży Granicznej używała terenu ośrodka jako modelu do ćwiczeń praktycznych: od czasu do czasu ćwiczono ataki w celu "tłumienia zamieszek". Oznaczało to, że o 6 nad ranem tłum zamaskowanych funkcjonariuszy nagle wpadał do twojej celi, po czym wyrzucano cię na korytarz i ustawiano wzdłuż ściany z rękami założonymi za głowę, podczas gdy cały twój dobytek był rozrzucany na podłogę celi. Zdarzały się całkowicie bezpodstawne przeszukiwania cel i upokarzające rewizje. Za każdym razem ludzie starali się sprzeciwiać słownie przemocy ze strony władz ośrodka. Strażnicy zawsze ogłaszali, że szukają narkotyków, ale przecież większość przebywających tam ludzi, to tylko pechowi ojcowie rodzin i osoby starsze, próbujące dołączyć do swoich bliskich w Unii Europejskiej, czy też po prostu wrócić do domu. Nigdy nie widziałem, żeby strażnicy znaleźli coś podejrzanego .


Zakończyć kryminalizację osób osadzonych w ośrodkach

 

Wszyscy mężczyźni z mojej celi byli po prostu zwykłymi ludźmi próbującymi emigrować ze swoich niebezpiecznych i biednych krajów. Większość osób trzymanych w całym systemie obozów to normalni robotnicy budowlani, elektrycy, kucharze, sklepikarze, którym kiedyś udało się zaoszczędzić trochę pieniędzy i wyruszyć w świat w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i swojej rodziny. Części emigrantów udaje to się w jakiś sposób, ale też wielu z nich miało pecha i skończyło w polskich ośrodkach, gdzie zostali potraktowani gorzej niż przestępcy, bo nawet przestępcy mają swoje prawa.  Wszędzie tam, gdzie ambiwalentny status prawny splata się z chęcią zysku, widzimy obraz dość charakterystyczny: ogromny obóz, pełen pozbawionych praw i wykorzystywanych ludzi żyjących w bardzo złych warunkach, rządzony przez wszechmocną i skorumpowana administrację. To właśnie zobaczyłem na własne oczy w przejściowym ośrodku dla uchodźców z Krośnie Odrzańskim.



Petr Silaev - rosyjski dziennikarz, pisarz, działacz społeczny. Koordynował kampanię medialną głośnej sprawy lasu w Chimkach w 2010 r.  Został oskarżony przez władze rosyjskie o współpracę ze służbami obcego wywiadu, zdradę, ekstremizm. Zmuszony do ucieczki z kraju wystąpił o azyl polityczny w Belgii. W marcu 2012 roku Finlandia przyznała mu status polityczny uchodźcy. Pisze dla Openspace (Rosja), Colta (Rosja), Voima (Finlandia). Jego książka "Exodus", opublikowana w 2010 roku, została nominowana do wielu nagród literackich i przetłumaczona na język angielski, niemiecki, fiński, włoski i grecki.

W nocy 29 grudnia, w kamienicy przy ulicy Niegolewskich 14 zalano kilka mieszkań. Właścicielem nieruchomości jest Grzegorz Liberkowski a administracją zajmuje się Piotr Śruba - ten sam duet co na Stolarskiej.

 

Późno w nocy woda ze znajdującego się pustostanu zaczęła zalewać cały szereg mieszkań w jednej z klatek w kamienicy przy ulicy Niegolewskich 14. Mieszkańcy, którzy od kilku tygodni utrzymują stały kontakt z Wielkopolskim Stowarzyszeniem Lokatorów, powiadomili WSL. Na miejsce wezwana została policja. Wyłączony został cały pion i część mieszkańców została pozbawiona dostępu do wody. Najbardziej ucierpiało mieszkanie jednej z lokatorek, która w ostatnim czasie czynnie uczestniczyła w pracach i działaniach WSL

 

Jasno z tego wynika, że Piotr Śruba, zachęcony wyraźnie ciepłym przyjęciem ze strony wojewody wielkopolskiego, Piotra Florka, który ostatnio dwukrotnie przyjął czyściciela kamienic, postanowił działać dalej według tych samych metod. Zalanie mieszkań na Niegolewskich świadczy dobitnie o tym, że czyściciele kamienic nie zamierzają ani o jotę zmienić swoich metod działania. I nie można się temu dziwić widząc postawę władz publicznych, które pokazują swoją kompletną niemoc i inercję, albo nawet starają się takie metody usprawiedliwić, powołując się na „święte prawo własności prywatnej”.

 

Nie możemy dalej tolerować dotychczasowej sytuacji. Piotr Śruba tylko na chwilę został przywołany do porządku - dziś działa dalej. Zastraszanie lokatorów i pokazanie, że nie mają oni żadnych możliwości upomnienia się o swoje, że ustawa o ochronie praw lokatorów to jedynie świstek papieru, jest na rękę właścicielom pokroju Liberkowskiego, Gawrońskiego czy Schultza. Ale czyszczą lub czyścili kamienice też inni, jak choć senator PO Filip Libicki, uważając zapewne, że prawa lokatorów muszą – tak czy inaczej – ustąpić ich prawu własności. Co tu dużo kryć, państwo ujawnia tutaj swój jednoznaczny klasowych charakter przymykając oko na bandytów działających na zlecenie właścicieli kamienic, którzy na krzywdzie zwykłych lokatorów, dorabiają się majątków. Osławiona „niewidzialna ręka rynku” odcina mieszkańcom wodę, gaz, prąd, podrzuca szczury i insekty, kilofem dewastuje klatki schodowe i niszczy rury kanalizacyjne - ta sama ręka ściska też dłoń przedstawicieli władzy.

Dziś odbyło się zapowiadane wcześniej spotkanie u wojewody wielkopolskiego w sprawie sytuacji w kamienicy na ulicy Stolarskiej. Na rozmowy przybyli oprócz lokatorów przedstawicielki i przedstawiciele Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów, Federacji Anarchistycznej i poznańskie media. Rozmowy niewiele przyniosły. Jeszcze wiele tygodni mieszkańcy będą się musieli obyć bez gazu i wody.

 

Bezpośrednią przyczyną – przypomnijmy – z powodu której sprawa Stolarskiej trafiła do Urzędu Wojewódzkiego, było wstrzymanie przez Wojewódzkiego Inspektora Nadzoru Budowlanego decyzji Inspektora Powiatowego, nakazującego podłączenie wody na Stolarskiej. Lokatorzy chcieli się już z początkiem grudnia spotkać z wojewodą w celu wyjaśnienia sytuacji, ale ten ich zbywał. Dopiero przedświąteczna akcja, 19 grudnia, polegająca na wizycie lokatorów z wiadrami w urzędzie, doprowadziła do zainteresowania się ze strony Piotra Florka problemem. Wyraził wówczas opinię, że niechybnie na święta woda na Stolarskiej będzie. Nie było. Dodatkowo w niedzielę wieczorem robotnicy Piotra Śruby odcięli prąd, a wojewoda Florek wyłączył telefon, bo lokatorzy i media, zbyt jak widać natarczywie, chcieli się dowiedzieć - co dalej?

 

Na dzisiejsze spotkanie Piotr Śruba przybył w asyście swojego prawnika. Na salę, gdzie miało odbyć się spotkanie, nie wpuszczono przedstawicielki Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów, Katarzyny Czarnoty. Wojewoda zawahał się nawet czy może wejść mecenas Agnieszkę Rybak-Starczak, która reprezentuje lokatorów ze Stolarskiej. Tym samym Piotr Florek wysłał jasny sygnał opinii publicznej – w spotkaniu mógł wziąć udział Piotr Śruba i usiąść obok lokatorów, za nękanie których zabroniono mu zbliżania się do kamienicy na odległość nie większą niż 100 metrów, przeciw któremu toczy się szereg postępowań prokuratorskich, a jego działalność jako czyściciela kamienic jest dobrze znana i udokumentowana. Odmówiono wstępu natomiast osobie, która stara się bronić praw lokatorskich. Postępowanie wojewody, jego uwagi i zachowanie broniące Piotra Śrubę, decyzje podlegających jemu służb, ewidentnie świadczą, że przyjęto opcję broniącą czyścicieli kamienic, a nie ich ofiar – lokatorów. Być może Piotr Florek zna się z właścicielami Stolarskiej, Liberkowskim i Garwońskim, a przynajmniej się zachowuje, jakby był kolegą ich wykidajły, Piotra Śruby.

 

Wojewoda Florek nie chciał rozmawiać z mediami. Chyba żeby znowu z gęby nie zrobić sobie cholewy. Ma wydać specjalny komunikat. Ustalono jedynie, że przeprowadzona zostanie na Stolarskiej ekspertyza budowlana, która ma przesądzić o stanie budynku i czy nadaje się on do zamieszkania. Mają ją sporządzić specjaliści na zlecenie… właścicieli kamienicy. Ma się to odbyć do końca stycznia przyszłego roku, a to oznacza, że jeszcze wiele tygodni lokatorzy na Stolarskiej nie będą mieli wody, ani innych mediów. Tym samym, może nie w świetle kulawego i wybiórczo stosowanego prawa, ale moralnej odpowiedzialności, do starkingu, czyli uporczywego nękania lokatorów, przyłożył się nie tylko Piotr Śruba, ale jego już dobry, jak widać, kolega, Piotr Florek – wojewoda wielkopolski.

Wieczorem 23 grudnia robotnicy Piotra Śruby wtargnęli do kamienicy na ulicy Stolarskiej i zniszczyli instalację elektryczną. Lokatorzy są pozbawieni gazu, wody, instalacji telefonicznej, a teraz także prądu. Ta bezwzględność postępowania czyścicieli kamienic musi doczekać się równie bezpośredniego odzewu.

 

Już wcześniej informowaliśmy, że działacze i działacze Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów (WSL) obawiają się, że na dniach dojdzie to takiej sytuacji. Pracownicy Fabryki Mieszkań i Ziemi byli widziani na terenie posesji już kilka dni temu. Próbowali zatkać kanalizację, ale im się nie udało. W piątek, 21 grudnia, lokatorzy ze stolarskiej i WSL zwołani w tej sprawie na godz. 13.00. konferencję prasową – nikt z mediów niestety nie dotarł.

 

Pomimo obietnic zlożłonych w ostatnią środę przez Wojewodę Wielkopolskiego Piotra Florka, na Stolarskiej nie pojawił także nikt z urzędników w sprawie podłączenia wody (o akcji czytaj TUTAJ). Wojewoda zaprosił działaczy lokatorskich na rozmowy dopiero po świętach – 28 grudnia.

 

Dramatyczna sytuacja lokatorów doprowadziła do spontanicznej akcji solidarnościowej zwołanej na dzień 24 grudnia godzinę 12:00. Po wczorajszym zniszczeniu w kamienicy na Stolarskiej przyłącza prądu, z Warszawy do Poznania został przywieziony, a następnie uruchomiony agregat prądotwórczy. Do tej chwili działa i zapewnia mieszkańcom elektryczność. Przywieziono butle z gazem, paliwo do agregatu, dziesiątki baniaków i zgrzewek wody. Przybyli działacze i działaczki Federacji Anarchistycznej, Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów i My–Poznaniaków, jak też wielu niezrzeszonych poznaniaków i poznanianek.

 

Wojewoda Piotr Florek, który wcześniej obiecał pomóc lokatorom, najpierw telefonicznie oznajmił, że nie może nic zrobić, a następnie wyłączył telefon. 24 grudnia w godzinach porannych spotkał się natomiast z czyścicielem Piotrem Śrubą, a dopiero potem z samymi lokatorami. Zaoferował zgrzewki wody i interwencyjny nocleg w hotelu; Piotr Śruba w wypowiedzi dla mediów stwierdził zaś, że przywróci elektryczność, jeżeli lokatorzy zapłacą 300 tys. zł.

 

Przypomnijmy, że podający się za administrującego kamienicą Piotr Śruba nie przedstawił żadnych dokumentów, które wskazywałyby, że jest upoważniony do pobierania czynszów. Lokatorzy złożyli kilka miesięcy temu wnioski do sądu o ustanowienie depozytów na ten cel. To w takich wypadkach standardowa procedura, kiedy nie wiadomo komu naprawdę należy płacić czynsz, jednak jakiekolwiek posiedzenie w tej sprawie jeszcze się nie odbyło. To kolejny dowód na inercję państwa w tej kwestii. Dodatkowo, w związku z pozbawieniem lokatorów dostępu do podstawowych mediów, reprezentująca ich przed sądem mecenas Agnieszka Rybak-Starczak, żąda znaczącego obniżenia należnego czynszu za ostatnie pół roku.

 

Jest rzeczą zdumiewającą, że wojewoda zdecydował się rozmawiać ze Śrubą, który ma zakaz zbliżania się do kamienicy z powodu nękania lokatorów. Istnieje szereg dobrze udokumentowanych przypadków czyszczenia przez niego kamienic – nie tylko przy Stolarskiej – ulice Strusia, Niegolewskich, Piaskowej itd. Co więcej, wojewoda dał Śrubie wiarę i faktycznie uwiarygadnia jego osobę i działania.

 

Kolejne spotkanie wojewody z lokatorami (i Piotrem Śrubą?) w tej sprawie ma się odbyć 28 grudnia.

Strona 8 z 19