Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

Jesteś tu: Start / Sekcje FA /
A+ R A-
F.A. Poznań

F.A. Poznań

Aktywność poznańskiej sekcji FA stanowi szeroki wachlarz działań.

Z jednej strony są to różnorakie formy protestu i agitacji. Można by określić ten rodzaj aktywności jako aktywność doraźną. Charakteryzuje się ona "zewnętrznym" przesłaniem naszej grupy. Działalność ta daje nam możliwość wyrażenia swojego zdania, jest formą nacisku na władzę i inne instytucje oraz stanowi dla nas czynnik propagandowy. W tym zakresie działań mieszczą się zarówno akcje spektakularne takie jak demonstracje, happeningi, akcje bezpośrednie jak te mniej: petycje, plakaty, pisma etc.

Z drugiej zaś staramy się budować naszą rzeczywistość poprzez kreowanie świadomości na co dzień. Tworzymy wolnościową społeczność, która podejmuje działania na rzecz oddolnego, niezależnego i samorządnego życia. Działalność ta jest oparta o Rozbrat nadający grupie charakter stabilny. Federacja Anarchistyczna w roku 1997 otworzyła tu Bibliotekę Wolnościową, a w 2000 Klub Anarchistyczny gdzie znajdują się również biuro FA sekcja Poznań
O aktywności tej stabilnej wynikającej głównie z posiadania swojego miejsca można by pisać jeszcze bardzo dużo. Przede wszystkim Rozbrat daje nam możliwość bezpośredniego i łatwego kontaktu miedzy ludźmi. W oparciu o to miejsce możemy spotykać się z ludźmi mającymi podobny stosunek do otaczającego świata, rozmawiać, dyskutować, pomagać.

Adres witryny: http://www.rozbrat.org E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Wczoraj o 17.00 odbyła się pikieta pod domem Grzegorza Liberkowskiego na ul. Mostowej 19h/12, współwłaściciela kamiennicy na ul. Stolarskiej 2 i na ul. Niegolewskich 14.  Kilkanaście osób weszło na teren luksusowego apartamentowca, by poinformować mieszkańców o tym, z jakim sąsiadem mają do czynienia. Samego Liberkowskiego nie zastano, chyba, że nie miał odwagi otworzyć drzwi. Podobna akcja odbyła się kilka miesięcy temu pod domem Lechosława Gawrońskiego, relacja TUTAJ.

 

Przypomnijmy, że to właśnie Liberkowski wraz z Gawrońskim  z premedytacją nasyłają na lokatorów firmę Piotra Śruby, który w urągający wszelkim standardom prawnym i moralnym stara się wyrzucić lokatorów. Cel jest jeden - szybki zysk biznesmenów pokroju Liberkowskiego.

 

Wcześniej ofiarami Śruby padli mieszkańcy kamienic przy Strusia, Niegolewskich, Piaskowej, Małeckiego. Metody nękania wszędzie są podobne: zastraszanie i szantaż, odłączenie mediów (wody, gazu, telefonów, kanalizacji i prądu), skuwanie tynków, zalewanie mieszkań, wypuszczanie szczurów, itd. Wszyscy mieszkańcy Poznania, w tym sąsiedzi, współpracownicy, znajomi, kooperanci – powinni jednoznacznie dać do zrozumienia panu Liberkowskiemu, że przekroczył granice. Nie wolno nikomu w ten sposób traktować lokatorów.

 

Odpowiedzią powinien być społeczny i instytucjonalny bojkot pana Liberkowskiego. Nie kooperujmy z Grzegorzem Liberkowskim, ani żadną z jego firm (rodzinna firma Liberkowskich- Dexter). Potępmy wszystkich tych, którzy stają za nagonkami  na lokatorów, a związani są często z dużymi przedsiębiorstwami i instytucjami, brylują na salonach i w galeriach, przyjmowani są z otwartymi rękoma w urzędach.

W środę, 19 grudnia grupa kilkudziesięciu działaczy i działaczek Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów i Federacji Anarchistycznej udała się do Urzędu Wojewódzkiego z wiadrami… po wodę.

W tym przedświątecznym okresie wielu mieszkańców została pozbawiona dostępu do bieżącej wody, gazu i prądu w wyniku nielegalnych działań kamieniczników. Czyściciele kamienic obserwując długotrwały bezwład urzędu miasta i rządu, czują się bezkarni. Wyłączają mieszkańcom media, często tuż przed świętami, aby zmusić ich do wyprowadzki.  Cierpią lokatorzy z ulicy Stolarskiej, Matejki, Kościelnej, Kilińskiego, Litewskiej.... Byliśmy zapytać wojewodę, co on na to?

 

Po wodę do wojewody przyszli także mieszkańcy Stolarskiej, którzy już 8 miesiąc są zmuszeni żyć bez niej. W zeszłym tygodniu jedna z lokatorek, nieomal przepłaciła to życiem. Powiatowy Inspektor Nadzoru Powiatowego nakazał przyłączyć wodę w kamienicy, ale decyzje uchylił Nadzór Wojewódzki, polegający wojewodzie.

 

Lokatorów przyjął wojewoda Piotr Florek w asyście Wojewódzkiego Inspektora Nadzoru Budowlanego. Obiecał zainteresować się sprawą i podjąć próbę podłączenia wody na Stolarskiej jeszcze do świąt; po świętach natomiast spotkać z Wielkopolskim Stowarzyszeniem Lokatorów.

 

Tymczasem czyściciele działają. Lokatorzy kamienicy przy ulicy Niegolewskich 14 zostali poinformowani przez Piotra Śrubę, że od 1 stycznia „poradzi sobie z nimi inaczej”, czyli odetnie media. Tylko w zeszłym tygodniu do Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów zgłosili się lokatorzy z czterech kamienic należących do Macieja Schultza. Niektórzy z nich latami żyli bez dostępu do mediów.

Wczoraj (13.12.12) odbyła się pikieta przed biurem firmy (ul Mickiewicza 18) należącej do Macieja Schulza, właściciela szeregu nieruchomości w całym Poznaniu. Od dłuższego czasu daje się poznać jako bezwzględny kamienicznik, który prześladuje lokatorów. Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów, w ostatnim pół roku, miało trzy interwencje dotyczące bezprawnych działań Schultza: na ulicach Chwiałkowskiego, Kilińskiego i Kościelnej. Nękanie lokatorów, nielegalne  odłączanie im prądu i gazu, włamania do mieszkań itd. stają się typowymi działaniami Schultza i wynajętych przez niego pełnomocników.

 

Oprócz kilkunastu działaczy i działaczek Federacji Anarchistycznej oraz Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów na pikietę przyszli także  poszkodowani lokatorzy z ulicy Kościelna 15, którym Schultz odciął wodę. Zajmują oni mieszkanie legalnie, regulując systematycznie czynsz. Wcześniej – pod presja właściciela kamienicy – wyprowadziło się z niej wiele rodzin.

 

Najbardziej bulwersujący przypadek miał miejsce w lipcu tego roku, kiedy Schultz włamał się do jednego z mieszkań w asyście ochroniarzy. Wezwana policja zabrała lokatora, Ryszarda W., na komisariat celem wyjaśnienia sytuacji. W tym czasie właściciel zajął jego mieszkanie i wymienił zamki. Po powrocie, wieczorem, lokator zastał mieszkanie zamknięte. Przez kilka dni był bezdomny. Następnie wraz z grupą działaczy i działaczek z Federacji Anarchistycznej, rozwiercił zamki i wyłamał drzwi zajmując ponownie mieszkanie. Okazało się, że zostało ono kompletnie zrujnowane przez właściciela (skuto tynki, zniszczono instalację itd.). Wszystkie meble i rzeczy osobiste zostały wyrzucone na podwórko koło śmietnika.  Zginęło wiele przedmiotów i dokumentów. Działanie Schultza było nielegalne. Należy dodać, że początkowo policja próbowała oskarżyć lokatora o naruszeni miru domowego. Ten nie zgodził się podpisać odpowiedniego protokołu i złożył skargę na prokuraturę. Następnie okazało się, że Ryszard W. ma pełne prawo zajmować rzeczony lokal. Niestety Schultz wykorzystał indolencję policji. (Pisaliśmy o tym zdarzeniu wcześniej TUTAJ i FILM)


Po pół godzinie pikietujący udali się do biura Schultz, ten jednak nie otworzył drzwi, pomimo, że był prawdopodobnie na miejscu obecny, na co wskazywał zaparkowany na posesji jego samochód. Protestujący odchodząc skandowali: „Jeszcze tu wrócimy!”.
Dnia 12.12.2012 r. o godzinie 23.30, w 31. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, pod Pomnikiem Poznańskiego Czerwca ’56 miała miejsce pikieta upamiętniająca ofiary państwowej przemocy. Wydarzenie zgromadziło około 40 osób, związanych ze środowiskiem anarchistycznym.

 

W trakcie przemówienia podkreślono fakt, że niezależnie od panującego w Polsce systemu władza, w momentach gdy obywatele najgłośniej domagali się podstawowych praw, nigdy nie przejawiała skrupułów i bez wahania wydawała rozkaz użycia broni, oraz że ta sama władza nie waha się inwigilować i zastraszać społeczeństwo, oraz ograniczać prawa obywatelskie pod pozorem zapewnienia ładu i spokoju . Ze względu na charakter pikiety, po przemówieniach pod pomnikiem Poznańskiego Czerwca złożono znicze, a następnie znicze złożono po drugiej stronie ulicy, gdzie znajduje się tablica upamiętniająca kolejarzy zastrzelonych 26. kwietnia 1920 r. z rozkazu endeckich władz Poznania. To tragiczne wydarzenie, podobnie jak większość wystąpień społecznych w najnowszej historii Polski, miało podłoże ekonomiczne.

 

Przed północą na placu zaczęli się zbierać zwolennicy PO (Młodzi Demokraci), ze znanym ze swojej antyspołecznej polityki radnym Ganowiczem na czele.

 

W świetle obowiązującej ustawy o zgromadzeniach, wniesionej przez Bronisława Komorowskiego, grupa ta nie mogła jednak przeprowadzić swojego zgromadzenia. Orędownicy silnego państwa wpadli we własne sidła, nie mogąc kontynuować swojego wiecu udali się na ul. Fredry i żegnani przez anarchistów okrzykami „władza precz!”. Przy okazji, zgromadzeni pod pomnikiem przypomnieli przedstawicielom partii rządzącej, że o robotnikach pamiętają jedynie od święta, nie zaś w czasie uchwalania oszczędnościowych budżetów miejskich i krajowych lub w trakcie podejmowania decyzji dotyczących m.in. podwyższenia wieku emerytalnego, czy ograniczania praw pracowniczych.


Oświadczenie

Władza do robotników strzela zawsze celnie

 

W kolejną rocznicę wprowadzenia stanu wojennego przedstawiciele i przedstawicielki Federacji Anarchistycznej i środowiska związanego z poznańskim Rozbratem, zbiorą się na Placu Mickiewicza pod pomnikiem upamiętniającym wydarzenia 1956 roku i innych robotniczych zrywów, aby oddać hołd wszystkim tym, którzy zginęli przeciwstawiając się państwowej przemocy.

 

Jednocześnie zapalimy znicze także pod tablicą upamiętniającą tragiczne wydarzenia z dnia 26 kwietnia 1920 roku, kiedy to nacjonalistyczne, endeckie władze rozkazały strzelać do protestujących poznańskich robotników, a następnie wprowadziły na ulicach stolicy Wielkopolski stan wyjątkowy. W wydarzeniach tych, pod Zamkiem, zginęło wówczas 9 robotników, tylu samo co w Kopalni Wujek w grudniu 1981 roku.

 

W okresie odrodzenia się skrajnego nacjonalizmu i autorytaryzmu jednoznacznie musimy oponować przeciwko instrumentalnemu wykorzystywaniu określonych rocznic historycznych dla celów elit władzy i ich interesów. Należy przypomnieć, iż ofiarami tych zbrodni padli niewinni ludzie, protestujący w słusznej sprawie i domagających się po prostu swobód i równości.


Każda władza, bez względu na jej pochodzenie polityczne, zwykła strzelać do protestujących robotników, obojętnie czy to byli kolejarze w 1920 roku, górnicy w 1981 roku, czy pracownicy Łucznika w 2000 roku. W tym ostatnim przypadku byli ranni, ale obyło się bez śmiertelnych ofiar i oby nigdy więcej nie musielibyśmy wznosić kolejnych pomników i pamiątkowych tablic w hołdzie ofiarom państwowej przemocy

W piątek 23 listopada odbyła się polska premiera włoskiego dramatu „Diaz: Don't Clean up this Blood" w reżyserii Daniele Vicari opowiadającego o demonstracjach podczas szczytu państw G8 w Genui w 2001 r.  Diaz to nazwa szkoły, która pełniła funkcję centrum niezależnych dziennikarzy i noclegowni dla uczestników demonstracji. W noc z 20/21 lipca 2001 roku stała się ona areną bestialskiego najazdu oddziału policji, którzy dosłownie zmasakrowali 93 śpiące tam osoby.

Po wielkich mobilizacjach społecznych przeciwko poprzednim szczytom G8, zainaugurowanym w Seattle w 1999 r., szefowie policji włoskiej wyprowadzili na ulice prawie 25 tys. funkcjonariuszy, nie licząc agentów wywiadu, których liczba pozostaje nieznana. W ciągu tygodni poprzedzających szczyt genueński większość mediów (nie wyłączając polskich) prezentowała przyszłych demonstrantów jako zdolnych do wszystkiego wywrotowców – zdolnych nawet do rzucania w policję workami z krwią zarażoną wirusem HIV…

 

W dniu wczorajszym zakończył się proces anarchisty oskarżonego o przewodzenie nie zgłoszonej pikiecie lokatorów z ulicy Piaskowej. Sąd uniewinnił oskarżonego. W uzasadnieniu sędzia, Mateusz Bartoszek, podkreślił, że jedynym dowodem przemawiającym na niekorzyść oskarżonego były zeznania byłego już policjanta. Na nieszczęście dla policji występującej w procesie jako oskarżyciel publiczny [sic!] zeznania jednego policjanta nie wystarczyły do wrobienia anarchisty w tak haniebny czyn, jak przewodzenie zgromadzeniu.

 

Proces udowodnił, po raz kolejny, że samo występowanie policji w roli oskarżyciela publicznego nie daje policji jakiegokolwiek mandatu do reprezentowania społeczeństwa - celem ochrony dobra publicznego. Jakie bowiem szkody społeczne przyniosła pikieta lokatorów - systematycznie zastraszanych przez nowego administratora kamienicy Piotra Śrubę – w której lokatorzy domagali się interwencji i pomocy od miejskich decydentów? W toku procesu sami zeznający policjanci podkreślali, że protest lokatorów nie zakłócił ruchu drogowego w mieście, przebiegał spokojnie, a jedynym jego skutkiem była konieczność wyjazdu przebywającego wówczas w Urzędzie Miasta Prezydenta RP, „drogą zapasową”. Policjanci zeznając oczywiście nie dodali, że dopiero nagłośnienie przez lokatorów ich problemów doprowadziło do zainteresowania się ich losem ze strony decydentów.

 

Najwyraźniej konieczność negocjacji z BORem co do drogi wyjazdu Bronisław Komorowskiego z urzędu stała się dla poznańskich policjantów doświadczeniem na tyle traumatycznym, że postanowili kogoś za to nieprzyjemne doznanie ukarać.
Padło na jednego z anarchistów uczestniczących w pikiecie.

 

Wypełnienie wniosku o ukarmianie przychodzi policjantom łatwo, gorzej jest już ze stawianiem się na rozprawach. Z czterech rozpraw, które się odbyły w tej sprawie oskarżyciel publiczny zjawił się na ostatniej, na której wniósł o ukaranie oskarżanego mandatem w wysokości 250 zł. Zastanawiające jest czy dokonano racjonalnej oceny, jakie będzie koszt przeprowadzenia łącznie z ogłoszeniem wyroku pięciu posiedzeń sądu (dwa posiedzenia odroczone, ze względu na niestawiennictwo świadka oskarżenia). Oskarżony musiał ponosić koszty kolejnych rozpraw, związane z dojazdem i nieobecnością w pracy. Oczywiście koszta przegranego procesu nie uderzą w kieszenie bezmyślnych policjantów, a zostaną pokryte z pieniędzy nas wszystkich – czyli pokryte przez skarb państwa. Oskarżony najpewniej podniesie te koszty wnosząc wniosek o odszkodowanie za bezzasadne oskarżenie.


Wątpliwe by przegrana sprawa nauczyła czegokolwiek „publicznych oskarżycieli”  czy funkcjonariuszy policji. Już w grudniu rozpoczyna się kolejny proces anarchistów. Tym razem policja stara się obwinić dwie osoby o przewodzeni pikiecie w trakcie eksmisji rodziny państwa Jencz. Policjanci starają się więc dość desperacko w końcu skazać jakiegokolwiek anarchistę czy anarchistkę. Czy tym razem „oskarżyciel publiczny” odniesie sukces w myśl zasady: „dajcie mi człowieka, a znajdzie się paragraf”? Najbliższa rozprawa anarchistów już 18 grudnia, serdecznie zapraszamy!
Kilkunastoletnie zaniedbania w polityce socjalno-mieszkaniowej doprowadziły do wielu negatywnych zjawisk, z którymi mamy obecnie do czynienia w Poznaniu. Ujawniły się one przede wszystkim w postaci brutalnych eksmisji zarówno z zasobów lokali prywatnych jak też spółdzielczych i komunalnych. Uświadomiły one licznym gremiom w mieście powagę problemu i popchnęło do podjęcia debaty. Dyskusje trwają od wielu miesięcy. W niczym nie zmieniły one sytuacji lokatorów, którzy stali się ofiarami dotychczasowej polityki.

 

Nie zmieniło się także postępowanie władz miasta, które mniej lub bardziej chętnie podejmują rozmowy, ale nie zamierzają w żadnym przypadku ustępować, kiedy strona społeczna domaga się konkretnych zmian. Tak było w przypadku dyskusji nad projektem budowy osiedla kontenerowego, kiedy urząd miasta i ZKZL zignorowały nie tylko stronę społeczną, ale także radę miasta. Podobnie stało się w przypadku próby powołania „mieszkaniowego okrągłego stołu”. W obu tych konkretnych przypadkach władze miasta wypięły się na tzw. dialog społeczny i kontynuowały swoją antyspołeczną politykę.

 

Obecnie znowu jesteśmy w sytuacji, kiedy ruchy i organizacje społeczne są zapraszane do stołu, aby prowadzić debatę o polityce mieszkaniowej. Jednakże coraz trudniej jest prowadzić rozmowy, kiedy od dłuższego czasu, codziennie, deptane są podstawowe prawa lokatorów. Trudno jest zaakceptować fakt, że politykę mieszkaniową miasta reprezentuje w rozmowach osoba odpowiedzialna za brutalne eksmisje ciężarnych matek z dziećmi, inwalidów i seniorów. Czy osoba taka może być partnerem do rozmów, które mają przenieść radykalny zwrot w polityce społeczno-mieszkaniowej miasta? Jeżeli się ten zwrot nawet dokona,  w co mamy prawo wątpić, to w takich okolicznościach nie uwzględni z pewnością potrzeb i interesów mieszkańców o niższym statusie materialnym. Traktuje się ich w tej debacie w najlepszym przypadku paternalistycznie i protekcjonalnie, a w najgorszym z głęboką pogardą - nie jak podmiot na równych prawach.

 

Mamy dziś do czynienia z pogłębiającą się asymetrią w relacjach pomiędzy lokatorami a deponentami  i właścicielami lokali. Dzięki szerzonemu i podtrzymywanemu mitowi o tzw. trudnym lokatorze (problem ten w Poznaniu w najlepszym wypadku dotyczy 200 lokali na 237.000)  właściciele i dysponenci mieszkań na wynajem na gruncie prawa i w praktycznym działaniu, pogłębiają z każdym rokiem tę dysproporcję. W efekcie tej polityki mamy zawyżone stawki czynszowe i ekstremalnie wywindowane w górę ceny mieszkań zarówno tych oferowanych na rynku wtórnym, jak też pierwotnym. Czy stan taki sprzyja tzw. szaremu obywatelowi? Przy dzisiejszym niedoborze mieszkań, rosnącym cenom czynszów i kosztom eksploatacji, o równowadze pomiędzy lokatorem i właścicielem czy dysponentem lokalu mowy być nie może. Dlatego lokatorzy padają coraz częściej ofiarami eksmisji.

 

W Poznaniu szacuje się, że istnieje od 15.000 do nawet ponad 30.000 pustostanów w zasobach prywatnych, spółdzielczych i miejskich. Tymczasem wiele rodzin żyje w warunkach przeludnienia.  Rozwiązanie bieżących problemów mieszkaniowych nasuwa się samo. Leży ono w konieczności wykorzystania obecnych zasobów. Z drugiej strony konieczna jest aktywna polityka miasta w zakresie budownictwa komunalnego. Realizacja tych dwóch punktów doprowadziłaby do spadku cen zarówno czynszów mieszkaniowych, ale także cen lokali na rynku deweloperskim. W oczywisty sposób uderzyłoby to w zyski deweloperów, agencji obrotu nieruchomości, banki, właścicieli kamienic itd. Znając jednocześnie skład rady miasta i innych decydenckich gremiów, naiwnością jest sądzić, iż ten układ władzy, który reprezentuje interesy deweloperów i kamieniczników, jest zdolny do głębokiej zmiany na gruncie polityki społeczno-mieszkaniowej. Byłoby polityczną niedorzecznością wierzyć, że rozmowy z dotychczasową miejską nomenklaturą, mogą radykalnie odmienić sytuację średnio czy nisko zarabiających, bezrobotnych, emerytów i rencistów. Jeżeli nawet jakieś elementy programu prezentowanego przez stronę społeczną zostaną wykorzystane przez władze, to można być pewnym, że stanie się to elementem dotychczasowej gry interesów. A w takim przypadku debata na temat problematyki społeczno-mieszkaniowej z naszym udziałem jedynie legitymizowałaby eksmisje, które w dalszym ciągu trwają.

 

Co więcej, dotychczasowa forma prowadzenia rozmów dotyczących polityki mieszkaniowej jest realnym zagrożeniem dla uwikłanych w nie, organizujących się oddolnie, ruchów, bowiem w żaden sposób nie przekładają się ona na decyzje polityczne i praktyczne działania władz. Stwarza się tylko tego pozory, jednocześnie „wyciszając” głos protestu i zaciemniając konsekwencje antyspołecznej polityki, takie jak choćby wzrastające zagrożenie bezdomnością.

 

Jedyną drogą, aby dokonać zmiany, jest w tym sporze występowanie z pozycji od władz niezależnych, tworzenia alternatywnych debat prowadzonych u „samego dołu”, a nie przy „kawce i ciasteczku” w ratuszu. Konieczne jest dążenie do zmian politycznych poprzez odwołanie prezydenta i rady miasta w dzisiejszym składzie; propagowanie i wspieranie akcji społecznego przejmowania oraz wykorzystywania niszczejących i niezagospodarowanych zasobów lokalowych. Czynnie przeciwstawiajmy się brutalnym eksmisjom poprzez blokady kamienic. Wreszcie powiedzmy sobie jasno, że zaległości w płaceniu czynszów, to efekt polityki socjalnej i ekonomicznej dotychczasowych władz, na którą się nie godzimy. W efekcie nie tylko nie możemy, ale nie chcemy płacić spekulacyjnie wywindowanych cen najmu, a nasza odmowa to nic innego jak strajk czynszowy.

 

Jak zatem widać istnieje wiele możliwości i płaszczyzn działania, co sprawia, że nie musimy uczestniczyć w obecnych stosunkach władzy, aby stanowić realne zmiany społeczne, polityczne i ekonomiczne.


Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów
Federacja Anarchistyczna s. Poznań
Poznańska Komisja Międzyzakładowa OZZ Inicjatywa Pracownicza

Demonstracja lokatorska

21 października 2012 r. | Dział: Wielkopolskie
Ponad 200 osób wzięło udział wczoraj w demonstracji ulicami Łazarza. Odbyła się ona pod hasłami walki z „czyszczycielami” kamienic, masowymi eksmisjami i wysokimi czynszami. Organizatorami protestu było Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów, Federacja Anarchistyczna oraz Stowarzyszenie My-Poznaniacy i uczestnicy Koalicji na Rzecz mieszkańców Stolarskiej. To właśnie spod kamienicy przy ulicy Stolarskiej 2, okupowanej przez mieszkańców od wielu miesięcy, ruszyła manifestacja.

 

W proteście wzięła udział liczna grupa lokatorów z „czyszczonych” kamienic w tym z ulicy Stolarskiej, Piaskowej, Niegolewskich, Strusia, Kanałowej, Małeckiego. Przybyli też mieszkańcy z innych zagrożonych wysiedleniem budynków. Lokatorzy na trasie przemarszu opowiadali o procederze wyrzucania na siłę mieszkańców z ich dotychczasowych lokali.

 

W demonstracji wzięli udział m.in.: Przewodniczący Komisji Gospodarki Komunalnej i Polityki Mieszkaniowej Rady Miasta Poznania Tomasz Lewandowski, profesorowie Margarit Mayer z Berlina i Tomasz Polak z UAM, aktorzy Teatru Ósmego Dnia. Licznie przybyli przedstawiciele mediów.

 

Protest zakończył pod Zarządem Komunalnych Zasobów Lokalowych przy ulicy Matejki, odpowiedzialnego za realizację polityki mieszkaniowej w mieście, a jednocześnie za masowe i brutalne eksmisje na bruk.

 

O powodach i celach manifestacji można przeczytać więcej w specjalnej odezwie organizatorów (czytaj TUTAJ).

 

Ruch obrony praw lokatorów trawa. Podczas samej demonstracji zgłaszali się lokatorzy kolejnych kamienic ze swoimi problemami prosząc o pomoc. Inni deklarowali chęć wsparcia. Protest spotkał się z żywym i przyjaznym odzewem ze strony mieszkańców Łazarza, którym był dedykowany.

Poniżej publikujmy list aktywistki Dášy Raimanovy, która została zaproszona przez Polskich aktywistów by dokumentować projekt, który prowadzą ze społecznością palestyńską na terenach okupowanych.

Sytuacja ta mogła spotkać każdego z nas, kto próbowałby pomóc w działaniach na rzecz Palestyńczyków. Aktualnie grupa aktywistów jest szczególnie kontrolowana przez służby Izraela. Aktywiści w obawie przed represjami nie mogą nawet sami nagłośnić problemu. Wsparcie z "zewnątrz" jest najbardziej potrzebne.

 

Przyleciałam na lotnisko w Tel Avivie w piątek 31 sierpnia 2012. W punkcie kontroli paszportów zostałam zapytana o cel mojej wizyty. Pokazałam im oficjalny list od Nomady [NOMADA Stowarzyszenie na Rzecz Integracji Społeczeństwa Wielokulturowego ], który zawierał dokładne wyjaśnienia na temat tego co tu robię i po co tu jestem. Od razu kazano mi czekać...Po trzech godzinach i trzech odrębnych przesłuchaniach prowadzonych przez trzy osoby zadające co raz bardziej absurdalne pytania dostałam z powrotem mój paszport z wbitą wizą umożliwiającą mi wjazd do Izraela. Jednocześnie podano mi do podpisania pismo że nie będę wjeżdżała na terytorium Palestyny bez otrzymania specjalnego pozwolenia wydanego przez izraelskie władze wojskowe.

 

Konsekwencją wjazdu bez zezwolenia byłaby deportacja oraz zakaz przekraczania granic izraelskich na następne 10 lat. Kiedy spytałam dlaczego miałabym podpisać taki dokument, jednocześnie prosząc o możliwość konsultacji z prawnikiem i ambasadą, poczułam, że jestem stawiana pod co raz większą presją...Po tym jak nie otrzymałam żadnych wyjaśnień odmówiłam podpisania się pod tym pismem i to wzbudziło ogólną wściekłość wśród izraelskich urzędników: papiery zostały podarte na moich oczach a zgoda na wjazd została cofnięta. Następnie zabrano mnie do innego pomieszczenia gdzie kazano mi „zapozować” do zdjęcia, czego również odmówiłam, nie zgodziłam się także na dalsze rozmowy. Moje postulaty i skargi wywołały natomiast oskarżenia, jakoby skłamałam podając cel mojej wizyty: urzędnik powiedział, że każdy może wydrukować sobie list z logo organizacji z pieczęcią i podpisem na nim. Domagałam się dalszych wyjaśnień mojej sytuacji ale usłyszałam tylko, że nie muszą mi niczego więcej mówić.

 

Wzięto mnie do następnego pomieszczenia, gdzie mój bagaż został poddany dokładnej kontroli i kompletnie rozgrzebany. Nadal nie otrzymywałam żadnego jasnego wyjaśnienia, i w czym właściwie jest problem . Wprowadzono mnie natomiast w przekonanie, że zostanę przeniesiona do aresztu do czasu mojej deportacji za dwa dni, w niedzielę. Deportowana? Ale gdzie ? Jako Słowaczka mieszkająca w Londynie, która przyleciała z Genewy.... Zabrano mnie do centrum zatrzymań znajdującym się na lotnisku gdzie mogłam odbierać połączenia telefoniczne od mojej rodziny. Jednak w funkcjonariuszach aresztu szybko rosło poirytowanie tym, że ktoś chce się ze mną skontaktować i umożliwiali mi rozmowy lub nie - w zależności od nastroju. Oczywiście, moja rodzina bardzo się martwiła - poprosili słowacki konsulat o pomoc. Wieczorem słowacki urzędnik konsularny przyjechał na lotnisko. Ku mojemu zaskoczeniu, powiedział, że nie może nic zrobić dla mnie - mam wrażenie, że nie chciał nic robić. Co więcej, zostałam zapytana przez towarzyszącą mu kobietę o mój wiek (odpowiedziałem, że mam 30 lat) na co ona zasugerowała, że powinnam wrócić do domu i znaleźć jakiś inny projekt, w innej części świata, doradzała mi, że w tym wieku nie powinnam już „walić głową w mur”....W tym momencie żałuję, że uścisnęłam im dłoń gdy wychodzili (jakimi idiotami spuścizny komunistycznej są ci ludzie?).Podczas kolejnego dnia spędzonego w areszcie spotkałem wielu przerażonych ludzi i wysłuchałam wielu bardziej smutnych historii. Mimo zachęty ze strony mojej rodziny, którzy nieprzerwanie od nie wydzwaniali, zaczęłam czuć, że przestaję wierzyć, że będę mogła kontynuować ten projekt z Nomadą i zacząłem wierzyć, że będę musiała wrócić do Europy. Na szczęście Nomada i moja rodzina zorganizowali szybko prawnika, który pojawił się już w sobotę wieczorem. Zaproponował mi dwie opcje: albo przyjąć deportacje i prowadzić sprawę z Londynu albo odmówić deportacji i rozpocząć proces sądowy w Izraelu. Jednak ta druga opcja, jak mi powiedziano, oznaczała by zamknięcie w areszcie przez kolejne 2 tygodnie...

 

Zdecydowałem się zostać i walczyć: Po tym jak stawiałam opór przy pierwszej próbie deportacji zostałam zakwalifikowana jako "niebezpieczna" i zamknięta w izolowanej celi z 24h CCTV i bez żadnych praw (na szczęście funkcjonariusze więzienni byli "rodzaju ludzkiego "też tak ich surowość w końcu ustępowała).Ku zaskoczeniu wszystkich pierwsza rozprawa odbyła się już w poniedziałek, a sędzia zdecydował się wpuścić mnie do Izraela ( co nie znaczy , że mnie wypuszczono). Jednak decyzja o tym, czy mogę wjeżdżać na terytoria palestyńskie czy nie miała zostać podjęta następnego dnia. Druga rozprawa, we wtorek trwała strasznie długo i było to naprawdę "ekscytujące" siedzieć w sali sądowej, gdzie prawnicy i sędzia, którzy wszyscy mówili wyłącznie po hebrajsku przez półtorej godziny rozmawiali wyłącznie o mnie i mojej przyszłości. Wniosek był taki, że pozwolenie na wjazd, o które miałabym aplikować, aby uzyskać zgodę na pobyt w Palestynie, właściwie nie jest wydawane przez organy wojskowe...po prostu nie istnieje. Ale to nie wystarczyło: adwokatowi oskarżenia pozwolono zadzwonić do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i pozwolić im zdecydować, czy zgadzają się mnie wpuścić bez posiadania nieistniejącego papieru ...

 

Ministerstwo zdecydowało, że muszę jednak wystąpić o to specjalne pozwolenie, ale sędzia nie dał mi już do podpisania zobowiązania, które przedstawiono mi wcześniej na lotnisku. Oznaczało to , że jestem wolna. W rezultacie prawnik wystąpił o pozwolenie a administracja wojskowa odpowiedziała, ze nie wie o co chodzi... czegoś takiego się nie wydaje...W sumie to co mi się przydarzyło to był rodzaj takiego "miłego" powitania w Izraelu. Jak to oficer więzienny powiedział: "Po raz pierwszy w Izraelu? Trochę inne doświadczenie, co?". Prawnicy byli super i naprawdę dawali mi wsparcie, ale oczywiście nie zrobili tego za darmo. Niesamowite były natomiast same koszty sądowe, które, mimo że wygrałam obciążyły mnie a nie ministerstwo. W rezultacie dostałam rachunek na 3000 euro, który po negocjacjach obniżono o 180 euro i przedłużono mi czas spłaty na kilka miesięcy Happy End: w drugim dniu mojej wolności dostałam pismo od Administracji Armii, które mówi że nie potrzeba żadnego zezwolenia na wjazd do terytoriów palestyńskich i każdy cudzoziemiec ma prawo do pobytu tam przez okres do 48 godzin (co w praktyce nie jest kontrolowane i jest niemożliwe do sprawdzenia).Po przeczytaniu mojej historii wyobrażacie sobie życie Palestyńczyków?

 

Dziękuję za wszystko, za wsparcie i zachętę do kontynuowania ich działań.

Dáša Raimanová

17 października przed Wydziałem Zdrowia i Spraw Społecznych Urzędu Miasta Poznania, odbyła się pikieta zorganizowana przez Inicjatywę Pracowniczą [w której uczestniczyli również aktywiści i aktywistki FA P-ń]. Kilkanaście osób skandowało hasła: „Dość wyzysku w żłobkach”, „Stępień [wiceprezydent] do roboty za 500 zł”, „Gdzie są nasze podwyżki?”. Celem pikiety było wyrażenie niezgody na podwyżki w wysokości 32 zł netto dla pracowników miejskich żłobków oraz podkreślenie tego, że zanim jeszcze doszło do podwyżek likwidowane są etaty w żłobkach w celach oszczędności. Zwolniona została członkini OZZ Iinicjatywa Pracownicza. Pracownice żłobków żądają godnych wynagrodzeń!

 

Pracownice żłobków weszły w spór zbiorowy ponad pół roku. Są niemal najgorzej wynagradzanymi pracownikami samorządowymi. Żądają 30 proc. podwyżek, aby godnie żyć, tymczasem władze miasta proponują 32 zł. Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza odrzuca taką propozycję.

Co więcej, jeszcze nie ma podwyżek a już są zwolnienia. Etat członkini związku w zespole nr 3 został zlikwidowany a jej wypowiedziano umowę w związku z pracami „grupy ds. oszczędności”.

 

W oświadczeniu zwązku czytamy: "są zwolnienia, gdzie są godne podwyżki?

 

1 października otrzymaliśmy od Zastępcy Prezydenta miasta Jerzego Stępnia informację o przeznaczeniu na podwyżki płac dla pracownic żłobków publicznych kwoty w wysokości  211 054,00  zł brutto. Daje to ok 32 zł netto podwyżki na osobę. Jednocześnie większa część powyższej sumy (202 183,00 zł) została wygospodarowana przez zespół ds. optymalizacji kosztów prowadzenia żłobków, w którym brały udział same pracownice. Nie jest to zatem kwota oferowana przez miasto w celu zwiększenia budżetu żłobków, a finanse pochodzące z cięć wypracowanych w żłobkach m.in. przez pracowników. Wynika z tego, że dodatkowy budżet jaki władze zgodziły się przeznaczyć na podwyżki dla wszystkich (ponad 400) pracownic żłobków wynosi niecałe 9 tys. zł.

 

Biorąc pod uwagę, iż pracownicy żłobków od czterech lat nie otrzymali żadnej podwyżki, kwota 32,00 zł netto absolutnie nas nie satysfakcjonuje. Wręcz przeciwnie, uważamy, iż propozycja Wydziału Zdrowia uwidacznia brak poszanowania władz względem naszej pracy. Dlatego Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza nadal będzie walczył o 30% podwyżki.

 

Zanim podwyżki zostały skonsultowane z pracownicami żłobków i Związkiem Zawodowym Inicjatywa Pracownicza, w ramach oszczędności zwolniono jedną z pracownic Zespołu Żłobków nr 3 – aktywną członkinię naszego związku. Przyczyną zwolnienia jest likwidacja etatu. Decyzja dyrektorki powyższego zespołu, spowodowała iż pozbawiona pracy osoba znalazła się w trudnej sytuacji materialnej. Ponadto zwolnienie nastąpiło zanim Jerzy Stępień oraz Rada Miasta wydali zgodę na podwyżki dla pracownic, oraz zanim zgodzili się na nie pracownicy żłobków.

 

Stanowczo nie zgadzamy się na takie traktowanie!

Wdrażane są oszczędności, likwidowane kolejne etaty, podczas gdy potrzeby pracownic pozostają nie zrealizowane! Mamy dość arogancji władz!

Żądamy godnych pensji, które pozwolą nam godnie żyć! Żądamy także realnego wpływu na decydowanie co dzieje się w naszych miejscach pracy!


Komisja Międzyzakładowa OZZ Inicjatywa Pracownicza przy Zespołach Żłobków w Poznaniu
W środę 17 października odbyła się pikieta pod siedzibą Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych, w ktorej uczestniczyło kilkanaście osób z Federacji Anarchistycznej i Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Powodem była wtorkowa eksmisja kobiety w ciąży, której dokonano „na zlecenie” ZKZL pomimo, że Zarząd był poinformowany o stanie w jakim znajduje się lokatorka.

O sprawie tej pisaliśmy wczoraj (czytaj TUTAJ). Na dzisiejszym proteście pojawiły się poznańskie media. Żywo reagowali przechodnie. Protestujący domagali się zaprzestania brutalnych wysiedleń. Poszkodowana lokatorka będzie dochodzić swoich praw przed sądem.

Demonstracja Lokatorska

20 października 2012 r. | Dział: Zapowiedzi
Koalicjanci na Rzecz Mieszkańców Stolarskiej, Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów, Stowarzyszenie My-Poznaniacy, Federacja Anarchistyczna sekcja Poznań zapraszają na demonstracje lokatorską szlakiem gentryfikowango Łazarza oraz spotkanie z prof. Margit Mayer.

20 października o godzinie 13 spod kamienicy na ul. Stolarskiej 2 ulicami Poznania przejdzie demonstracja lokatorska. Pierwszy raz będziemy demonstrować nie w centrum miasta, ale w obrębie jednej z jego dzielnic – Łazarza. W ten sposób chcemy unaocznić wszystkim skutki antyspołecznej polityki mieszkaniowej. Jej efektem jest zarówno wyłonienie się nowego standardu mieszkań - kontenerów socjalnych, jak też przyzwolenie władz miast na masowe eksmisje, "oczyszczanie" prywatnych kamienic z lokatorów, zanik budownictwa komunalnego, prywatyzacja zasobów lokalowych miasta i budownictwa mieszkaniowego.

Skutki tej polityki możemy zaobserwować na Łazarzu, gdzie oczyszczonych z lokatorów zostało wiele kamienic, część stoi latami pustych, a dotychczasowi mieszkańcy, o niższym statusie materialnym, są „wypychani” z dzielnicy. Proces ten – nazywany obecnie gentryfikacją – trwał latami, ale dziś przybrał na sile i wywołał szereg konfliktów społecznych. Od 2010 roku, broniąc się, lokatorzy protestowali w łazarskich kamienicach przy ulicy Strusia, Niegolewskich, Stolarskiej, Małeckiego, Rynek Łazarski itd. „Czyściciele” nachodzą lokatorów w kolejnych budynkach, jak przy ulicy Kanałowej.

W demonstracji między innymi udział weźmie prof. Margit Mayer z Berlina – jedna z międzynarodowych sygnatariuszy Apelu o Solidarność z Mieszkańcami Stolarskiej badaczka ruchów społecznych oraz polityki miejskiej, współredaktorka (wraz z prof. Neilem Brennerem i prof. Peterem Marcuse'm z Nowego Jorku książki „Miasto dla ludzi, nie dla zysku”. O godz. 17.00 w klubokawiarni „Głośna” (ul. św. Marcin 30) odbędzie się wykład oraz dyskusja z prof. Mayer poświęcone globalnemu wymiarowi gentryfikacji, obecnemu kryzysowi finansowemu oraz strategiom przybieranym przez ruchy miejskie na świecie.

http://www.facebook.com/events/496722447013313/

Dlaczego warto pójść z nami? Obecna polityka władz miasta jest ściśle powiązana ze zjawiskami, jakie możemy zaobserwować na rynku mieszkaniowym: wysiedlania, wysokie czynsze, spekulacje, wywindowane w górę ceny nowo wybudowanych mieszkań. Rezygnacja samorządu ze wspierania budownictwa komunalnego i uspołecznionego, doprowadziła do tego, że deweloperzy zmonopolizowali rynek, a ceny mieszkań w ostatnim czasie wzrosły kilkukrotnie. Wieloletnie zaniedbania doprowadziły do tego, ze Poznań wywiązuje się z obowiązku zabezpieczenia mieszkań socjalnych na poziomie 1-2%. To jeden z najniższych odsetek w kraju. Jednocześnie działając pod presją 2600 orzeczonych eksmisji do lokali socjalnych, które powinien zagwarantować samorząd Poznania, władze, aby się wywiązać z ustawowego obowiązku, stosują obecnie bezwzględną politykę wysiedleń z własnych zasobów. Opróżnione lokale dostosowują pod potrzeby mieszkań socjalnych, które charakteryzują się niskim standardem. Powstają getta kontenerowe które są mają wyznaczyć nowy, jeszcze niższy standard, mieszkań socjalnych. Z drugiej strony, prywatni właściciele kamienic, nie chcąc już czekać i nie wierząc w efektywność działań miasta w tym względzie, dokonują brutalnych eksmisji na własną rękę.
Jednocześnie przypadki takie jak na ul. Stolarskiej to jedynie wierzchołek góry lodowej, jakim są wieloletnie zaniedbania w polityce mieszkaniowej w Polsce. Niemal połowa polskich mieszkań jest przeludniona, w porównaniu do 17% w całej Unii Europejskiej. Blisko 20% Polaków, mimo że są samodzielni i aktywni zawodowo, wciąż miesza z rodzicami. Kolejne 20% musi spłacać przez długie lata kredyt hipoteczny często zaciągnięty na niemal lichwiarskich warunkach. Wszystkich dotykają ciągłe podwyżki cen usług komunalnych. Nawet podczas rzekomego „boomu” budowlanego z ostatniej dekady, w Polsce oddano ilość mieszkań, która jest niewystarczająca w stosunku do realnych potrzeb. To ilustruje dramatyczność sytuacji mieszkaniowej w Polsce. Tymczasem powszechny dostęp do mieszkań jest podstawą prawidłowego funkcjonowania wspólnoty miejskiej. Brak polityki mieszkaniowej w Poznaniu jest wyrazem lekceważenia potrzeb mieszkańców przez władze.

Dlatego 20 października wyjdziemy na łazarskie ulice. Będzie to głos sprzeciwu wobec dotychczasowej polityki miasta, wyraz solidarności z tymi, którzy zdecydowali się walczyć o swoje prawa, oraz głos mieszkańców Poznania, oraz gości z Polski i ze świata, w sprawie mieszkaniowej.

Pamiętaj: mieszkanie jest twoim prawem, a nie przywilejem dla wybranych!

http://www.facebook.com/events/482875085079856
Jak co roku, już po raz 12 szwedzka centrala związkowa, Sveriges Arbetares Centralorganisation  -SAC (zaprzyjaźniona z Inicjatywą Pracowniczą), obchodzi dzień poświęcony pamięci ich kolegi, bestialsko zamordowanego przez neonazistów w drzwiach swojego domu na przedmieściach Sztokholmu, w Sätra.

 

Björn był długoletnim działaczem związkowym anarchosyndykalistycznej federacji pracowniczej SAC i jako anarchista i związkowiec zawsze przeciwstawiał się segregacji rasowej i narodowościowej - zarówno w pracy, na ulicy jak i w artykułach. Reagował na przejawy wrogości, czy jakiejkolwiek niesprawiedliwości lub wyzysku w stosunku do imigrantów, ludzi innych ras, wyznań, pochodzenia.

Przed swoja śmiercią Björna Söderberga był zaangażowany w ujawnienie, w miejscu swej pracy, że właśnie wybrany przedstawiciel pracowniczy - Roberta Vesterlunda – powiązany jest z grupami neofaszystowskimi. Organizacje te są obarczane odpowiedzialnością za kilkanaście morderstw na terenie Szwecji w ciągu ostatnich lat. W efekcie działań Björna, R.Vesterlund został usunięty ze stanowiska reprezentanta załogi.

 

Jak wykazało śledztwo po tym wydarzeniu R. Vesterlund groził Björnowi publicznie oraz zbierał na jego temat materiały, zdjęcia itd. W międzyczasie, w czerwcu 1999, ,Vesterlund był powiązany z zamachem bombowym na życie znanego antyfaszystowskiego dziennikarza i jego ośmioletniego syna. Ciężko ranni cudem uniknęli śmierci po eksplozji bomby w ich samochodzie. Policja nigdy jednak Vesterlunda  w tej sprawie nie przesłuchała.

12 października 1999 r. Björn Söderberg w wieku 41 lat zginął w drzwiach swojego domu trzykrotnie postrzelony, w tym także w głowę. Policja aresztowała w tej sprawie Roberta Vesterlunda i dwoje innych neofaszystów.

 

Związek (SAC) wezwał do oddania hołdu zamordowanemu i do organizowania wieców antyfaszystowskich w całej Szwecji w dniu 23 października 1999. W noc poprzedzającą obchody żałobne nieznani sprawcy wysadzili i w znacznym stopniu zniszczyli, historyczny lokal federacji SAC i jednocześnie dom/muzeum poświęcone legendarnemu działaczowi związkowemu i bardowi Joe Hill w Gävle.

Zamach ten wywołuje gniew. 23 października przeszedł do historii Szwecji jako dzień największych demonstracji antyfaszystowskich w tym kraju od czasu II Wojny Światowej. W samym Sztokholmie maszerowało 20 tysięcy osób.

 

Björn Söderberg nie był pierwszym ani ostatnim związkowcem atakowanym czy zamordowanym przez faszystów, nazistów czy tzw narodowców. 1 grudnia 2008 w Sztokholmie neonaziści w środku nocy wlali środek łatwopalny przez drzwiczki pocztowe w drzwiach wejściowych do mieszkania pary działaczy SAC. Obudzony związkowiec rozpoznawszy, że na podłodze jest benzyna, brodząc w niej krzyczał, że w mieszkaniu oprócz niego, znajduje się jeszcze dziecko. Mimo to sprawcy podłożyli ogień. Płomienie szybko zajęły korytarz i resztę mieszkania odcinając lokatorom drogę ucieczki. Ojciec i matka ze swoją dwuletnią córką, zdołali się wydostać przez balkon do sąsiadów poniżej. Są przekonani, że próbowano ich zabić za działalność anty-faszystowską w ramach związku zawodowego. 6 miesięcy wcześniej  O. Brunnström, jako przedstawiciel SAC, wypowiedział się przeciwko organizacji „patriotycznego” marszu w Salem.  Jakiś czas później jego dane i adres domowy znalazły się na stronie portalu neofaszystowskiego jako wrogów rasy. Dwie noce wcześniej pod Sztokholmem doszczętnie spłonęło centrum kultury niezależnej „Cyklop”, gdzie odbywały się koncerty i imprezy anty-faszystowske, anty-rasistowskie, wolnościowe. Policja jednak nie widzi ani powiązań, ani politycznego tła, klasyfikując oba wydarzenia jako zwykle podpalenia.

 

Björn Söderberg został na zawsze w pamięci swych związkowych kolegów i koleżanek. Co roku, w dzień śmierci Björna SAC przyznaje nagrodę osobie, która wykazała się odwagą cywilną i moralną w walce o prawa emigrantów np. w miejscu pracy. Sam związek w ostatnich latach ma obiecujące efekty w organizowaniu pracowników-imigrantów.

„Nie minuta ciszy, ale całe życie w walce!” - ku pamięci Björna Söderberga i wielu innych, którzy z odwagą przeciwstawiali się podziałom środowiska pracowniczego, społeczeństwa, ludzi, czy to ze względu na rasę, narodowość, czy też wyznanie, płeć, orientację seksualną, wiek, czy niepełnosprawność.

Kapitał wykorzystuje zadłużenie i kryzys finansowy jako pretekst do wdrażania oszczędności, co oznacza obniżenie płac oraz świadczeń społecznych. Wykorzystując jednocześnie terroryzm, uzasadnia atak na wolności obywatelskie. W obecnej sytuacji należy zrozumieć, iż źródłem długotrwałego kryzysu są walki społeczne na rzecz wyzwolenia życia od ciągłego podporządkowania pracy w społeczeństwie zorganizowanym na kształt gigantycznej fabryki. Dla rządzących odrzucenie ich reguł oznacza kryzys. Odpowiedź kapitału na kryzys zawsze wiąże się z represją i instrumentalizacją, zawsze dąży on do wyeliminowania tych grup społecznych, których nie jest w stanie okiełznać. Przez długi czas na Wschodzie najbardziej oczywiste były represje, a na Zachodzie instrumentalizacja, jednak obie metody występowały wszędzie, jak również wszędzie napotykały na opór, a często ludzie ich unikali. Ten opór i unikanie doprowadziły do wdrażania monetarnego oręża finansowego służącego przemianie charakteru kryzysu, tak aby nie uderzał on w kapitalizm, lecz w nas samych. W historycznych, jak i obecnych przejawach oporu i ucieczki od podporządkowania musimy odkryć nasze słabości i siłę, aby zapanować nad obecną ofensywą kapitalistyczną oraz stworzyć nowe pojęcia przydatne w walce.

Harry Cleaver swoją czterdziestoletnią pracę jako profesor prowadził na Uniwersytecie w Sherbrooke w Quebec, New School for Social Research w Nowym Jorku, a następnie na Uniwersytecie Teksańskim w Austin. Jako student w latach 60. był aktywny w ruchach na rzecz praw obywatelskich i przeciwko wojnie w Wietmanie. Po objęciu profesury w latach 70. organizował działania przeciwko cięciom wdrażanym w Nowym Jorku, podczas gdy miasto przechodziło kryzys finansów. Równocześnie był zaangażowany w obronę mniejszości meksykańskiej narażonej na ataki i działania mające na celu ograniczenia interwencji USA w Ameryce Południowej. Po wybuchu powstania zapatystów w 1994 r. wspierał ich walkę o uzyskanie autonomii. Jego prace naukowe skupiają się na krytyce teorii ekonomicznej i politycznej głównego nurtu, ponownej interpretacji teorii marksistowskiej oraz walkach społecznych przeciwko kapitalizmowi. Jego książka "Polityczne czytanie Kapitału" ukazała się w zeszłym roku nakładem wydawnictwa Bractwo "Trojka".

Teksty Harry'ego Cleavera publikowane były także w Przeglądzie Anarchistycznym.

Harry Cleaver: Praca wciąż jest centralną kwestią

Harry Cleaver na libcom.org

Z inicjatywy Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów i Federacji Anarchistycznej, ukazała się broszura Lokatorki mówią - sytuacja społeczno-mieszkaniowa Poznania, zawierająca wywiady przeprowadzone w sierpniu 2012 roku z lokatorkami, które musiały stawić czoła trudnościom socjalno-mieszkaniowym. Naświetlają one zakres problemu, z jakimi musi się zmierzyć niemała część mieszkańców Poznania. W wywiadach wypowiadają się tylko kobiety. To działanie celowe podjęte w opozycji do dominującego przekonania, że eksmisje dotyczą jakichś bliżej niedookreślonych „trudnych lokatorów” czy „osób nie płacących czynszów”, „awanturujących się mężczyzn”. Tymczasem ofiarami polityki socjalno-mieszkaniowej w naszym mieście padają  konkretni ludzie – często właśnie kobiety, dzieci, czy osoby schorowane (przykładowo w sierpniu br. ZKZL wyeksmitował 90-letniego mężczyznę). Wspólną ich cechą jest niższy status ekonomiczny i społecznych, choć bywa, że ofiarami są także profesorowie, nauczycielki i właściciele małych interesów. Logika „świętego prawa własności i wolnego rynku” oraz biurokratycznych struktur władzy nie oszczędza nikogo, kto tylko stanie na drodze interesom tych, którzy czują się panami sytuacji i wydaje się im, że wszystko mogą.

 

W niniejszej broszurze przedstawiamy trzy wywiady przeprowadzone w sierpniu 2012 roku z lokatorkami, które musiały stawić czoła trudnościom socjalno-mieszkaniowym. Naświetlają one zakres problemu, z jakimi musi się zmierzyć niemała część mieszkańców Poznania. W wywiadach wypowiadają się tylko kobiety. To działanie celowe podjęte w opozycji do dominującego przekonania, że eksmisje dotyczą jakichś bliżej niedookreślonych „trudnych lokatorów” czy „osób nie płacących czynszów”, „awanturujących się mężczyzn”. Tymczasem ofiarami polityki socjalno-mieszkaniowej w naszym mieście padają  konkretni ludzie – często właśnie kobiety, dzieci, czy osoby schorowane (przykładowo w sierpniu br. ZKZL wyeksmitował 90-letniego mężczyznę). Wspólną ich cechą jest niższy status ekonomiczny i społecznych, choć bywa, że ofiarami są także profesorowie, nauczycielki i właściciele małych interesów. Logika „świętego prawa własności i wolnego rynku” oraz biurokratycznych struktur władzy nie oszczędza nikogo, kto tylko stanie na drodze interesom tych, którzy czują się panami sytuacji i wydaje się im, że wszystko mogą.

 

Wiele problemów socjalno-mieszkaniowych bierze się z dotychczasowej polityki miasta. W Poznaniu od początku lat 90. (1995-2009) miasto sprzedało w większości dotychczasowym lokatorom, na preferencyjnych warunkach, ponad 10,5 tys. lokali, czyli 41% tego, co posiadał samorząd. W tym samym okresie wybudowano jedynie 638 nowych mieszkań komunalnych. Jak podał na początku 2012 roku NIK, Zarząd Komunalnych Zasób Lokalowych, jedynie na poziomie 1-2% odpowiada na zapotrzebowanie na lokale socjalne, na które czeka tysiące rodzin w tym 2600 z orzeczonym wyrokiem eksmisji. Pociąga to za sobą określone konsekwencje, nie tylko dla budżetu miasta, ale także gminnej polityki społecznej. Polityka władz centralnych i lokalnych polegająca na prywatyzacji mieszkalnictwa, zarówno zasobów mieszkaniowych jak też budownictwa mieszkaniowego (dominująca dziś rola deweloperów), nie łączy się ze wzrostem pomocy podmiotowej. Podstawowym instrumentem są tu „dodatki mieszkaniowe”. Na przestrzeni lat pomoc ta jest sukcesywnie ograniczana, pomimo dynamicznie rosnącego zadłużenia rodzin.

 

Analizując sytuację w Poznaniu i polskich miastach możemy wymienić kilka zasadniczych kwestii. Mamy do czynienia z:

1) Wysokimi, wywindowanymi w ostatnich latach cenami nowo wybudowanych mieszkań oferowanych głównie przez deweloperów oraz z wysokimi czynszami najmu. Stanowi to bariery nie do przekroczenia dla poważnej części mieszkańców miast.

2) Z wysokim zadłużeniem gospodarstw domowych i coraz większymi trudnościami w spłacie zobowiązań, przy szwankującej i celowo ograniczanej podmiotowej pomocy socjalnej.

3) Rosnącym zagrożeniem eksmisyjnym (rocznie w Polsce do sądów wpływa 30-40 tys. pozwów o „opróżnienie lokalu mieszkalnego”, a komornicy przeprowadzają 7-7,5 tys. eksmisji w tym 1/3 do zdewastowanych hoteli robotniczych czy podobnego typu lokali; problem ten dotyczy rocznie 100-120 tys. osób)

4) Rosnącym problemem gmin w pokryciu roszczeń odszkodowawczych z powodu nie wywiązywania się z ich obowiązków konstytucyjnych i ustawowych. Obciążają one w coraz większym stopniu ich budżety.

5) Sięganiem przez władze po coraz bardziej kontrowersyjne metody w szukaniu szybkiej recepty na rozwiązanie dramatycznych problemów mieszkaniowych takich jak m.in.  budownictwo kontenerowe i inne tego typu substandardowe rozwiązania. A także przeprowadzanie brutalnych eksmisji.

6) Gettoizacja miast, wzrost nierówności i odpływy mieszkańców, co prowadzi do spadku dochodu miast. W ostatnich latach (od 2008 r.) także systematyczny wzrost bezrobocia.

7) Wzrost konfliktów miejskich związanych nie tylko z problemami lokatorskimi, ale też przestrzennymi spowodowanymi przedkładaniem przez władze miejskie interesów deweloperskich nad interes mieszkańców i pracowników.

Zaangażowanie samorządu w sprawy socjalno-mieszkaniowe jest absolutnie niewystarczające. Ale nie jest to dziełem przypadku, lecz od lat reprezentowanej przez włodarzy Poznania polityki.

Wielu mieszkańców i lokatorów staje w obliczu problemów absolutnie sama, lub tylko przy mały wsparciu najbliższych, których sytuacja socjalno-mieszkaniowa często nie jest dużo lepsza. Muszą sprostać nie tylko potrzebom bytowym, takim jak mieszkanie, praca, opieka nad dziećmi, opieka zdrowotna, ale także zmierzyć się z biurokratyczną machiną i bezwzględnością kamieniczników. Jak sami twierdzą, nikt ich nie reprezentuje – w tej broszurze oddaliśmy  lokatorkom głos, żeby mówiły we własnym imieniu.

Plik PDF
Strona 9 z 19