Wszyscy jesteśmy pucybutami?

Sukces jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko wcześniej wstawać, bardziej się starać i dźwigać większy ciężar, by zostać kimkolwiek się zapragnie. To jedno z najczęściej powtarzanych zaklęć neoliberalnego kapitalizmu. Jego mitologia opiera się na marzeniu o indywidualnym awansie do klasy średniej. Jednostki wspinające się po drabinie stratyfikacyjnej łatwo ulegają iluzji, że żyjemy w społeczeństwie równych szans, a sukces każdego i każdej z nas jest proporcjonalny do wysiłku, jaki wkładamy w dążenie do niego.

Magda Borysławska, Izabela Wnorowska

Z jednej strony działa tutaj wdrukowane pragnienie odcięcia się od kondycji robotniczej. W taki sposób bowiem przez pierwsze dwie dekady transformacji rozumiano w Polsce emancypację. Z drugiej strony wodą na młyn kapitalistycznej propagandy jest folklor coachingowo-rozwojowy i bajki o tym, że aby osiągnąć sukces, wystarczy go sobie zwizualizować i przestać bać się wyzwań. Opowieści o ciągłym aspirowaniu i wysokich ambicjach, karmiące się naszymi niedostatkami i bezsilnością wobec systemu, najmocniej działają na najbiedniejszych i gorzej sytuowanych. To ich najłatwiej zawstydzić – wytykając, że nie potrafią się dostosować i iść z duchem czasu.

Autorka: Edyta Bystroń (https://www.facebook.com/edyta.bystron.komiksy/)

Uwikłani w kapitał

Przekonanie, że każdy członek społeczeństwa ma dostęp do tych samych zasobów i możliwości, jest krzywdzącą iluzją. Nierówności społeczne są zbyt silnie zakorzenione w strukturach społecznych, by dało się je pokonać samodzielnie, będąc – jak to się zachęcająco mówi – kowalem swojego losu.

Problem ten stanowił centralny punkt badań francuskiego socjologa Pierre’a Bourdieu. Według jego tzw. teorii kapitałów istnieją w społeczeństwie trzy główne rodzaje kapitału: ekonomiczny, kulturowy i społeczny oraz jeden nadrzędny (kapitał symboliczny), który jest swego rodzaju wypadkową trzech pierwszych, gwarantującą społeczne uznanie. Znaczenia kapitału ekonomicznego nie trzeba nikomu wyjaśniać: wszyscy wiemy, jak bardzo liczą się złotówki wpływające na konto. Dużo bardziej intrygującymi, a jednocześnie często pomijanymi w społecznej świadomości, są kapitały kulturowy i społeczny. W skrócie – pierwszy z nich można zdefiniować jako edukację, zarówno tę zinternalizowaną, jak i formalną, a drugi jako sieć kontaktów oraz dostęp do różnych grup społecznych. Produktem współdziałania tych trzech rodzajów kapitału jest tzw. habitus, czyli trwałe dyspozycje jednostki, określające jej (dość stałą) pozycję w społeczeństwie, wzorce zachowań i gust. Wszystkie te elementy mają decydujący wpływ na to, czy i jakie wykształcenie zdobędziemy, ile będziemy zarabiać, jak często będziemy podróżować, z jakiej oferty kulturalnej (i czy w ogóle) będziemy korzystać, czy i jakie sporty uprawiać, a także jaką nosić fryzurę. Ilość i rodzaj kapitałów są określone już w momencie urodzenia i w bardzo nielicznych przypadkach możliwe jest zgromadzenie na tyle odpowiedniej ich ilości, by zdobyć inną pozycję w społecznej hierarchii.

Śmiało można więc stwierdzić, że amerykański slogan „od pucybuta do milionera”, będący synonimem kapitalizmu, jest nie tylko nierealny, ale wręcz szkodliwy, bo przerzuca odpowiedzialność za niepowodzenia życiowe z poziomu systemu na poziom jednostki.

Gdybyś tylko wcześniej wstawał…

Mimo swojej szkodliwości wspomniany slogan nie przestaje jednak być rozpowszechniany. Złote recepty na to, jak przestać być pucybutem, sprzedaje w najlepsze choćby motywator finansowy, który jakiś czas temu zaskarbił sobie sporą popularność w memiarskiej części leftbooka. Jak zbudować majątek? W czterech prostych krokach: 1) spłać długi; 2) wydawaj mniej; 3) zarabiaj więcej; 4) inwestuj rozważnie. Gotowe. Faktycznie, oszczędzanie i inwestowanie wydaje się super pomysłem. Problem w tym, że wynagrodzenie 1,5 miliona osób pracujących w Polsce (głównie w handlu i gastronomii) było w 2019 roku niższe niż płaca minimalna. Również dane Eurostatu z 2018 r. falsyfikują głęboko zakorzenione przeświadczenie, że ciężka praca jest gwarancją dobrobytu. Badanie pokazało, że zagrożonych ubóstwem jest 6% osób pracujących na stałą umowę o pracę i 16% osób pracujących na umowę na czas nieokreślony. Kusząca wizja pomnażania kapitału jest poza zasięgiem 1,7 mln osób zatrudnionych na umowę o pracę, które według danych Eurostatu za 2018 r. zarabiały mniej niż 1920 PLN. Nie pomoże tutaj ani regularne wizualizowanie sobie dobrobytu, ani pozytywne nastawienie.

A może zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego jest tak, że zwycięzcy loterii w większości kończą jako bankruci? Motywator spieszy z wyjaśnieniem: Nie wiedzą, jak obchodzić się z pieniędzmi, czyli nie potrafią myśleć jak biznesmen. Mają „mentalność biedaka”. Przez tę optykę zupełnie tracimy z oczu systemowe podłoże nierówności społecznych. Według neoliberalnych wizji trudna sytuacja materialna to efekt złych nawyków i cech osobowości. Przerzucanie całej odpowiedzialności za wyjście z biedy na jednostkę to stały element fetyszyzowania tzw. przedsiębiorczości. Zwykle idzie w parze z pouczaniem, wytykaniem palcami,  lenistwa czy braku zaradności. W końcu doba bezrobotnego biedaka ma tyle samo godzin, co doba Jeffa Bezosa czy Billa Gatesa, prawda? Co powstrzymuje więc ludzi, którzy urodzili się w popegeerowskich wioskach, w wielodzietnych rodzinach, przed zbijaniem majątku?

Klasizm w czystej postaci widzimy jak na dłoni, przyglądając się rzekomym powodom, przez które ludzie nie mają pieniędzy. Zwykle punktuje trzy: nie oszczędzasz, nie masz dodatkowych źródeł dochodu, otaczasz się innymi ludźmi bez pieniędzy. Według Krajowego Rejestru Długów tych okropnych ludzi bez pieniędzy jest całkiem sporo: ponad 5,5 miliona Polek i Polaków nie ma żadnych oszczędności, a ponad 2,6 miliona posiada ich mniej niż tysiąc złotych. Miejmy nadzieję, że motywator wrzucił już post o tym, gdzie najlepiej znaleźć bogatych znajomych.

Powtarzanie, że „chcieć to móc” – w kraju, w którym przez niemal dwie dekady transformacji mieliśmy dwucyfrowy wskaźnik bezrobocia i w którym obecnie 40% z nas nadal żyje na poziomie minimum socjalnego – to oznaka braku empatii i zupełnego niezrozumienia rzeczywistości społecznej. O ile wspomniane wskaźniki ekonomiczne poziomu życia dają się w sposób czytelny zawrzeć w słupkach statystyk, o tyle zasoby kulturowe i społeczne wydają się przezroczyste, nie tak namacalne i przez to trudniejsze do uchwycenia. Zwierciadłem, w którym dokładnie odbijają się nierówności kulturowe, jest na przykład dostęp do edukacji.

Do szkoły, Jasiu!

„Ucz się, dziecko, ucz, to będziesz dobrze zarabiać” – powtarzają rodzice przynależący do niższych klas społecznych. Nie jest to błędne myślenie, gdyż kapitał kulturowy, tj. między innymi edukację, można przekuć w ekonomiczny, jednak efekty tego działania widoczne są dopiero w kolejnych generacjach.

Edukacja w Polsce jest bezpłatna i teoretycznie ogólnodostępna. Jak się jednak okazuje, decyzja o kontynuowaniu edukacji oraz o kierunku wykształcenia jest w dużej mierze uwarunkowana czynnikami rodzinnymi. Jak wynika z badania „Uwarunkowania Decyzji Edukacyjnych” (przeprowadzonego w 2014 roku przez Instytut Badań Edukacyjnych) dzieci rodziców posiadających wykształcenie wyższe dużo częściej same dążą do ukończenia studiów. W przypadku kiedy matka lub ojciec posiadają wykształcenie podstawowe lub gimnazjalne, tylko około 8% ich potomstwa decyduje się na zdobycie wyższego wykształcenia, podczas gdy w przypadku rodzin akademickich jest to około 73%. Nastawienie do edukacji kształtuje się zatem już w kontekście rodzinnym, co automatycznie prowadzi do ciągłego reprodukowania nierówności społecznych. Idealistycznym (a może jednak ignoranckim?) jest przekonanie, że stworzenie dostępu do edukacji daje jednakowe szanse wszystkim jednostkom.

Rodziny, które pomimo nienajlepszych warunków finansowych i braku przynależności do kręgów akademickich decydują się wysłać dzieci na studia, często nie są w stanie zapewnić im zaplecza finansowego. W efekcie tacy studenci zamiast skupić się na nauce i na nawiązywaniu kontaktów (a zatem gromadzeniu kapitału społecznego), są zmuszeni do podjęcia pracy zarobkowej, niestety najczęściej w kiepsko opłacanych branżach, które nie są związane z ich kierunkiem studiów. W tym czasie ich koledzy i koleżanki mogą sobie pozwolić na bezpłatne praktyki i szkolenia, zyskując tym samym dodatkowego asa w rękawie podczas późniejszego poszukiwania pracy.

Kompetencje czy możliwości?

Kolejnym ważnym aspektem definiującym pozycję w hierarchii społecznej są posiadane umiejętności. Idea merytokracji, na której co do zasady bazują współczesne systemy edukacyjne i zawodowe w Europie, wydaje się wprawdzie najbardziej sprawiedliwym konceptem, jednak znów – nieco idealistycznym. Merytokracja zakłada, że pozycje w społeczeństwie rozdzielane są na podstawie wiedzy i umiejętności danej jednostki, a nie jej pochodzenia, płci czy narodowości. Nie można jednak zapomnieć, że poszczególne umiejętności cieszą się w społeczeństwie różnym stopniem uznania, a co za tym idzie, gwarantują inne wynagrodzenie i pozycję. Oznacza to, że jednostki, które dysponują przecież przeróżnymi zdolnościami i różnymi rodzajami wiedzy, nie mają dostępu do tych samych możliwości. Problemem, który od razu nasuwa się w tym kontekście na myśl, jest ekonomizacja edukacji, czyli wykorzystywania kształcenia jedynie do osiągnięcia określonych celów gospodarczych. Głównym celem edukacji zdaje się być obecnie jedynie przekształcenie kapitału kulturowego w kapitał ekonomiczny. Edukacja nie służy już temu, by kształcić studentów na świadomych i autonomicznych obywateli, lecz jedynie temu, by byli w stanie przynieść jak największy pożytek gospodarce. W ten sposób emancypacyjny charakter kształcenia schodzi na drugi plan, a osoby posiadające wiedzę i zdolności, które nie przyczyniają się do wzrostu gospodarczego, zostają niemalże wykluczone.

Motywowanie ludzi do działania nie jest niczym złym. Problemem jest obwinianie i drwiący ton wynikający z przemilczania potężnych u nas w Polsce barier mobilności społecznej. Winda mobilności ledwo zipie, a opinia publiczna nadal brzydzi się programami socjalnymi i ideą państwa opiekuńczego. Niezauważanie nierówności kulturowych prowadzi do przemocy symbolicznej. Ta najbardziej dyskretna forma przemocy zakorzeniona jest w strukturach systemu edukacji, rynku pracy, występuje we wszystkich kręgach społecznych, ale to właśnie ci wykształceni i oświeceni stosują ją najczęściej.

Artykuł ukaże się w nr 15 „A-taku” (obecnie, maj 2021, w trakcie składu). Wspieraj fundusz propagujący anarchizm i wydawanie „A-taku” (np. poprzez dotację, zamówienie plakatów itp.). Kontakt: akoordynacja@op.pl

Udostępnij tekst
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *