9 marca wieczorem w sopockim hospicjum zmarł Krzysztof Galiński “Gal”.
Krzysiek był jedną najbardziej prawych i skromnych osób, jakie znaliśmy. Jedną z najbardziej zasłużonych osób, które miały niebagatelny wpływ na ruch anarchistyczny w Polsce. Gdyby nie jego pomysły, zaangażowanie oraz zmysł organizacyjny, to ruch anarchistyczny w Polsce wyglądałby zupełnie inaczej.
Od połowy lat 80-tych działał w Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego a następnie w Ruchu Wolność i Pokój. Był inicjatorem powołania Międzymiastówki Anarchistycznej, a następnie Federacji Anarchistycznej.
Tworzył takie pisma jak: “A Cappella”, “Mać Pariadka”, “Marsho”, “Wolny magazyn”
Krzysiek był też pierwszą osobą, która zasiała w Polsce idee Food Not Bombs. U niego w mieszkaniu odbywały się też pierwsze gotowania gdańskiej ekipy.
Będzie nam Ciebie brakowało !!
————————————————————————————-
13 marca odbył się pogrzeb, który zgromadził ponad 300 osób z różnych środowisk, od starych WiP-owców, przyjaciół, anarchistek i anarchistów, po uczniów i rodziców ze szkoły w której prowadził hipoterapie. Nie mogło zabraknąć też niewielkiej delegacji Federacji Anarchistycznej z czarną flagą. Na pogrzebie były obecne media,
a sam Gal napisał swą mowę pożyciową Trójmiasto żegna Krzysztofa Galińskiego. Poruszające słowa na pogrzebie odczytaną podczas pogrzebu.
Były zdjęcia, piosenki Gala z Mać Pariatka Cabaret jak i te napisane później i nagrane.
Galu był pół życia drukarzem, stąd nie mogło zabraknąć papieru: na pogrzebie oprócz jego “Mowy pożyciowej” rozdawana była także GAZETKA GALOWA z wspomnieniami o Galu, a na koniec także K’Mać z jego ostatnim wierszem/piosenką.
Poniżej mowa pożyciowa Krzysztofa Galińskiego Gala:
No i umarłem, trochę mi żal
Gal
W sumie na tym mógłbym zakończyć.
Jednak plusem śmierci takiej jak moja (a nie w wyniku zawału czy wypadku) jest otrzymanie czasu na pokrzątanie, pozamykanie przynajmniej części swoich spraw, w tym na próbę udziału w swoim funeralnym ,,projekcie’’ . Chciałem to wykorzystać.
Wiele, wiele lat temu, po pogrzebie kumpla, postanowiłem, że na moim pogrzebie nie będę chciał żadnej mowy oprócz własnej; wiem, być może trąci bufonadą.
Co prawda, podczas pandemii naszły mnie wątpliwości; wyobraziłem sobie bliską mi osobę, samotną, czytającą moją mowę do zdziwionego pana grabarza i była to bardzo, bardzo przygnębiająca wizja.
Zostawiając po sobie mowę pożyciową dla znajomych trzeba się wykazać pewną dozą optymizmu, wierząc, że będzie dla kogo ten tekst odczytać.
To oczywiście nie wiąże się z przekonaniem, że mam coś niesamowicie odkrywczego do przekazania, to jedynie przeświadczenie, że być może nie dawałem za życia zbyt dużo dowodów wdzięczności za dar Waszego towarzystwa – robię to teraz.
Ale do rzeczy.
Kasper Hauser, oddzielony od ludzi, był „zwierzęciem”.
Jesteśmy nie tylko zbiorem genów czy efektem wychowania, ale też tym, w czym byliśmy zanurzeni: w kraju, w kulturze – a przede wszystkim w środowisku ludzi, z którymi się przemierzało całe swoje życie.
Byłem szczęściarzem, jeśli chodzi o ludzi, których spotkałem.
Ta ogromna masa Waszych niesamowitych osobowości, często skomplikowanych, złożonych, ale jak najbardziej pozytywnych czyniła moje życie lepszym, łatwiejszym, ciekawszym.
Nigdy nie doświadczyłem czegoś, co można by było nazwać dojmującym poczuciem krzywdy, a jeśli nawet pojawiły się tego drobne przebłyski , to życie bardzo szybko to weryfikowało. Mam też nadzieję, że sam nie byłem dla nikogo tego powodem. Jeśli tak, to jest dobra okazja, by mi wybaczyć.
Lecimy dalej:
Urodziłem się jako Krzysztof Psiuk. Miałem 8 lat gdy zmarł tata. Gdy mama założyła nową rodzinę, dostałem nazwisko ojczyma – Galiński. Tak więc moje gniazdowanie to trzy rodziny. Każda z nich bardzo różna, z zupełnie inną historią, a po kądzieli nawet ze złożoną identyfikacją narodową. Schlebiam sobie, że od dziecka miałem więc możliwość doświadczania różnorodności i doceniania jej wartości.
A teraz trochę ZBOWIDU Wchodziłem w wiek młodzieńczy w doborowym towarzystwie kontestującej ekipy z Politechniki Gdańskiej. Choć nie byłem jej studentem, to początek burzliwych lat 80., ulica w tłumie i kameralnie piwnica, gdzie przy wałku, flaneli, filcu z farbą i matrycy białkowej (czasem sicie) tworzyliśmy papierową ,,rewolucję’’ był dla mnie formacyjny. To z tą ekipą zaczęła się moja fiksacja na ulotkowo-gazetkowym aktywizmie trwającym przez wiele kolejnych lat. Tym kilku chłopakom i dziewczynom zawdzięczałem bardzo wiele.
Byli pierwszymi zbuntowanymi dorosłymi, którym jako nastolatek mogłem się przyglądać i współpracować, i którymi mogłem się zachwycić.
Potem przyszło towarzystwo niesamowitych oryginałów i marzycieli spod czarnego sztandaru, w tym z Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego. Tęsknota za lepszym światem, za modelem życia społecznego, w którym każdy człowiek ma szansę być podmiotem, wyzwalała w tym naszym środowisku niesamowitą energię i kreatywność, z którą nigdy później nie spotkałem się w takim wymiarze. Przedziwne, że z jednej strony byliśmy w swych ocenach niby ,,odrealnieni’’, a z drugiej, widząc co dziś dzieje się w świecie, trudno nie zauważyć, że tamte diagnozy 20 latków były nadspodziewanie trafne.
Później Ruch „Wolność i Pokój” i kolejny dowód na moje szczęście bycia wśród wielu ludzi, którzy odnajdywali się bardziej w świecie wartości i idei niż partyjnych gierek.
To niesamowite, że pomimo tylu lat, różnic w poglądach na to co dzieje się w kraju, więzy towarzyskie, przyjacielskie przetrwały, a idea pomocy wzajemnej może nadal być czymś żywym.
Praca w szkole specjalnej, stowarzyszenie i spółdzielnia socjalna to kolejny etap odkrywania ludzkiej życzliwości i zaangażowania. Całej masie współpracowników bez względu na ich staż i specjalność jestem winny podziękowania za wsparcie w moich zawodowych zmaganiach. Podobnie ma się rzecz z uczniami, którzy nieustannie dają nam wszystkim lekcje, że z jednaj strony ludzka niedoskonałość i ograniczenia mogą być czasem pokonywane, ale też, że to nie one nas definiują.
Dodatkowo, obserwowanie rodziców dzieci niepełnosprawnych było lekcją autentycznego heroizmu i uczyło pokory w ocenie swoich większych czy mniejszych życiowych problemów.
Ważnym doświadczeniem było dla mnie spotkanie z polskim unitarianizmem, a następnie towarzystwem kwakrów. Kwakrzy to mikroskopijne środowisko religijne z korzeniami w angielskim protestantyzmie, prawdopodobnie najmniej spektakularne, i dla pobocznych obserwatorów najnudniejsze wyznanie świata – bo bez celebry, dogmatów, kapłanów, za to z naciskiem na wspólne milczenie – w tej mikroskopijnej grupce odnajdywałem przestrzeń dla moich potrzeb duchowych (cokolwiek to znaczy).
No i wreszcie wieś Trzebiatkowa, z prezentem w postaci cudownych ludzi, których tam odnalazłem. Kolejny dowód na to z jak niespodziewanych stron może do nas przyjść dobro.
Wszystkim Wam, z którymi miałem zaszczyt przemierzać drogę na różnych etapach życia, no i oczywiście tym, którzy podpierali mnie w przeróżny sposób na jej ostatnim onkologicznym etapie, bardzo, bardzo za wszystko dziękuję.
Oczywiście dziękuję też zwierzakom na farmie, szczególnie za kozią i drobiarską szczodrość dla mnie i mojej rodziny. Ale przede wszystkim dziękuję koniom, dzięki którym nie tylko zarabiałem na chleb, ale które dawały mi ogrom radości, gdy mogłem czerpać z nich siłę tak w siodle jak w powożeniu. Ktoś kiedyś powiedział, że żaglowce, konie
i wiosna to jedyne co się panu Bogu udało, pewnie jest tego trochę więcej, ale konie na pewno są w czołówce – czy konie mnie słyszą ?
Jest też mój podopieczny, który od 20 lat realizował ze mną pomysł wspólnego życia na farmie. Nieraz mierzyłem się z niepokojącą refleksją na temat własnych predyspozycji towarzyskich, gdy uświadamiałem sobie, że z całej masy ludzi mieszkających w naszym wiejskim domu, jedyną osobą spoza rodziny, gotową do bycia ze mną wspólnie na wsi dłużej, był głuchoniemy mężczyzna z niepełnosprawnością intelektualną, który sam nie jest w stanie kupić biletu na PKS i wyjechać.
To jedna z najdziwniejszych relacji w moim życiu: mieszanina fascynacji, wdzięczności, współczucia i himalajów irytacji, oraz przerażenia z odkrycia, że drzemią we mnie również mordercze instynkty:-)
Środowisko liberalnych kwakrów nie posiada kapłanów, modlą się w milczeniu. Mam nadzieję, że moi katoliccy krewni i przyjaciele mi to wybaczą. Ale jeśli ofiarujecie mi na koniec 2 minuty ciszy nad grobem, będzie to jak najbardziej OK.
I jeszcze jedno. Umierając ma człowiek dziwaczne poczucie, że robi coś nadzwyczajnego (w sumie to nawet zabawne) co upoważnia go do dawania rad, wezwań, apeli. Więc:
BĄDŹCIE DLA SIEBIE DOBRZY
BĄDŹCIE DLA SIEBIE DOBRZY NAWZAJEM
Oraz: zwracajcie uwagę na swój stolec, kontrolujcie go! I nie jest to żadna aluzja do polityków i wielkiego kapitału, który rządzi tym światem (chociaż w sumie pasuje). Wczesna diagnoza przy nowotworze trzustki może uratować życie.