Posłowie do polskiego wydania Wojna wojnie
Dzisiejszemu czytelnikowi czy czytelniczce łatwo jest podejść do niniejszego albumu jako
historycznej ciekawostki — wstrząsającej pamiątki z zamierzchłych, brutalnych czasów. Wygodnie
jest wierzyć, że w naszym współczesnym, „pokojowym” i przewidywalnym świecie instytucje
wojny i przemocy w pełni i skutecznie uczyniono zjawiskiem peryferyjnym. Ostatnich
siedemdziesiąt lat przyzwyczaiło nas — obywateli świata zachodu — do względnego pokoju.
Czasy wojny nie dobiegły jednak końca wraz ze zwycięstwem Aliantów — konflikty zbrojne w
niezmienionej formie trwają do dziś. Jedyną różnicą jest fakt, że zostały skutecznie usunięte z
naszego pola widzenia: zamiast w centrum świata zachodu, wydarzają się na jego peryferiach.
Doświadczenie wojny zaburza nasz spokój jedynie pośrednio, jako medialny spektakl o odległym,
bezsensownym okrucieństwie. Przemoc wojenna sprawia wrażenie obcej. W ciągu ostatnich
siedemdziesięciu lat w naszej polityce dominowała strategia — nazwijmy ją „liberalną” — oparta
na neutralizacji i wyparcia wojny jako żywiołu, który jedynie od czasu do czasu penetruje nasze
bezpieczne granice, forsuje mury bezkonfliktowej, spokojnej Europy. Ten nowy porządek miałby
powstać na powojennych gruzach starego świata, raz na zawsze pouczonego doświadczeniem
wojennego zezwierzęcenia i irracjonalnego okrucieństwa. Odtąd „cywilizacja Zachodu” winszuje
sobie przyszłości uporządkowanej, racjonalnej i sytej. Jednak oczyszczony z jawnej przemocy
Zachód budując swą potęgę na tym pięknym lecz zwodniczym marzeniu ukrywa koszt, jakim jest
ono okupione. Uwodząc swoich obywateli kapitalistyczną obietnicą nieustającego dobrobytu,
nieposkromionego postępu i niezmąconego pokoju, buduje obojętność na wojnę i wyzysk
pustoszące świat zewnętrzny. Nie zaprzątamy sobie głowy wojnami o ropę, sweatshopami w
dalekiej Azji czy deregulacją polityki wewnętrznej suwerennych państw dla ochrony interesów
międzynarodowych korporacji, pomimo iż działania te stanowią fundament podtrzymujący nasz ład
i piękny, beztroski sen. Skupieni na swoim jednostkowym dobrobycie, obywatele świata
zachodniego patrzą na destrukcyjne owoce swej dominacji z paternalistyczną litością i strapieniem.
Przekonani, że żyją w świecie światłych celów i dobrych chęci, nie wojny i wyzysku, w
zdewastowanych peryferiach widzą świat absolutnej obcości — pamiątkę z zamierzchłych czasów,
z których dawno już postanowili wyrosnąć. Jednak ten spektakl egzotycznego, anachronicznego
bestialstwa ma jedynie odwracać uwagę od kruchości i tymczasowości naszej fantazmatycznej
utopii — pozwala nie myśleć o tym, że ta zewnętrzna, peryferyjna przemoc jest owocem naszej
polityki, co czyni ją nie cudzą — a naszą.
Strategia ta ma jednak i inną nieprzewidzianą konsekwencję. Dyskurs, który polityczną
stabilność uzależnia od odraczanej bez końca obietnicy dobrobytu, nieodwracalnie atomizuje
społeczeństwo. W świecie, w którym jedynym wspólnym językiem jest dążenie do indywidualnego
sukcesu (w pracy, życiu rodzinnym, rekreacji i rozwoju duchowym) niepodobna pomyśleć i
zbudować wspólnotę. Mało tego, na wyjałowionym z wartości gruncie alienacja ekonomiczna
stanowiąca nieuchronną konsekwencję rozwarstwienia społecznego, do którego prowadzi
kapitalistyczny sen, zostaje pozbawiona możliwości wyrazu. Nic więc dziwnego, że niezmierzone
pokłady frustracji z powodzeniem udaje się zagospodarować populistycznemu językowi prawicy.
“Przegranym” w kapitalistycznym wyścigu szczurów oferuje się nową obietnicę — obietnicę
powrotu do silnej wspólnoty, wartości moralnych i wpływu na rzeczywistość. Zamiast jednak
zmierzać do pojednania w walce z autentycznymi przyczynami niemożliwej do zignorowania
alienacji będącej wynikiem kapitalizmu, dyskurs prawicy reorganizuje społeczeństwo
przekierowując jego uwagę ku kolejnemu marzeniu. Tym razem jednak nie obiecuje nam się już
mieszczańskiego spokoju, ale “prawdziwą”, sprawczą wspólnotę. Jej siła płynie z jasno
zarysowanych granic, które jako gwarant najwyższych, wspólnych wartości domagają się obrony za
wszelką cenę. Konsekwencją takiego sposobu myślenia staje się dialektyka “swoich” i “obcych”,
która daje poczucie sensu i nie domaga się wyjaśnienia. Zatem, tak jak strategia liberalna odwracała
naszą uwagę od chaosu świata zewnętrznego obiecując indywidualne spełnienie i sytość, strategia
prawicowa afirmuje ten chaos, wytyczając drogę urzeczywistnienia narodowej potęgi, której
osiągnięcie pozwoliłoby na jego uporządkowanie według “naszych wspólnych” wartości. A skoro
dyskurs liberalny odwracał uwagę od wojny czyniąc ją egzotyczną pamiątką z zamierzchłych
czasów, narracja prawicowa robi, co w jej mocy, aby uczynić ją atrakcyjną za sprawą uświęcającej
estetyzacji i romantyzacji bohaterskiej walki za ojczyznę. Paradygmat prawicowy nie rozwiązuje
jednak problemu kluczowego — podobnie jak liberalny, nie ukazuje nam, że wojen nie prowadzi
się w interesie obywateli, lecz dla maksymalizacji zysków globalnego kapitału (przypomnijmy
chociażby współpracę “amerykańskich” korporacji IBM, GM, Ford i Coca-Cola z rządem
nazistowskich Niemiec w czasie II wojny światowej, czy ogromne profity zaczerpnięte przez
Haliburton i Blackwater dzięki wojnie w Iraku), a jedynie czyni ludobójstwo wzniosłym i
atrakcyjnym. Obie strategie pozostają równie użyteczne dla kapitału, który wykorzystuje je jako
sposób na urozmaicenie politycznego spektaklu. Jak dwie strony tej samej monety, pozostają
powiązane — ich konflikt, który nigdy nie wznosi się ponad pozorność dekoracji scenicznej,
pozwala na dobranie stosownej dla panujących warunków kulturowych, ekonomicznych i
społecznych strategii sublimacji społecznej frustracji. Choć ich zastosowanie ma realny wpływ na
losy milionów, a nawet miliardów ludzi, pozostają scenicznymi rekwizytami, które wykorzystywać
można ze względną wymiennością i w dowolnej niemal konfiguracji. Niestety, wywołane przez
wojnę realne cierpienie i spustoszenie nie przestają istnieć, niezależnie od tego, czy staramy się o
niej nie myśleć, czy czynimy ją najpiękniejszym i najwznioślejszym wydarzeniem w dziejach
narodu i ojczyzny — obie narracje pomagają jedynie zapomnieć i wyprzeć istotę wojny, to jest ból i
cierpienie.
W roku 1924, w świetle koszmaru pierwszej wojny światowej, Ernst Friedrich widział
jasno, że aby przeciwdziałać wojnie należy postawić ją w centrum naszej uwagi, nas z kolei w
pozycji jej głównej przyczyny. Wojna nie jest bowiem zjawiskiem zewnętrznym, wyrasta na glebie
stworzonej do hodowli żołnierzy; jest samospełniającą się przepowiednią, koszmarną realnością snu
o bohaterskiej śmierci. Zgodnie z diagnozą Friedricha, wojna wynika bezpośrednio z
patriotycznego wychowania wpajanego młodzieży i dzieciom przez Państwo na usługach kapitału;
ten wszak wciąż głodny jest nowych żołnierzy gotowych z naiwną narodową dumą oddać życie w
jego interesie. Jak pisze:
„Uwolnijcie siebie z burżuazyjnych przekonań!
Walcz z kapitalizmem w sobie!
W naszych myślach i w naszych czynach wciąż czai się niewypowiedzianie wiele z filistra i
żołnierza, i prawie w każdym kryje się zmusztrowany «młodszy rangą», który chciałby
dominować i dowodzić, nawet jeśli tylko nad swoimi towarzyszami w rodzinie, swoją żoną,
czy dziećmi!” (str.28)
Zadanie, jakie stawia sobie Wojna wojnie polega na odsłonięciu połączenia pomiędzy pro-
państwowym wychowaniem a jego konsekwencjami — na wypowiedzeniu wojny wojnie, to jest
zniszczeniu uwewnętrznionych przez ludzi warunków reprodukujących przemysł śmierci. Ukazanie
okrucieństwa wojny uniemożliwia bowiem zarówno wyparcie jej jako obcej naszej kulturze, jak i
jej oswojenie wynikające z estetyzacji i pedagogicznej instrumentalizacji. Wstrząsająca brutalność
albumu nie ma więc charakteru sensacyjnego, nie chce egzotyzować wojny, budować dystansu
wobec jej bestialstwa — zestawienie pełnych chwały i wzniosłości, propagandowych obrazów
obowiązku patriotycznego z fotografiami przedstawiającymi realne skutki wojny zmusza nas do
konfrontacji z pełnym spektrum konsekwencji naszego „bohaterstwa”. Przełamując tabu ofiary
wojennej i zrujnowanego życia kombatantów, Friedrich rozbraja wizję przyodzianej w romantyczne
szaty „sprawiedliwej wojny” za ojczyznę (polskim przykładem może być choćby gloryfikacja “63
dni chwały”, która kompletnie ignoruje 200 tysięcy ofiar cywilnych). Normalizację wojny jako
irracjonalnej, obcej akcydentalności, jak i mężnego, narodowego zrywu, do którego wzywa nas
dziejowa konieczność przełamać można wyłącznie oddolnie, poprzez zmianę wychowania i zabicie
w sobie wewnętrznego żołnierza.
Przykazanie wypowiedzenia wojny wojnie może sprawiać wrażenie prostej i naiwnej
negacji. Jednak jako potencjalne podmioty ludobójstwa, jego faktyczni wykonawcy, musimy zdać
sobie sprawę z ogromu pracy, jakim okupiony jest pacyfizm. Niezależnie od ostatecznego celu
punktem wyjścia uczynić trzeba opór, odmowę. Friedrich odwraca patriotyczną narrację o sile i
bohaterstwie nawołując do zdławienia przemocy w jej zarodku, do odstąpienia od karmienia wojny
naszym biernym przyzwoleniem:
Silniejsze od wszelkiej przemocy, od szabli i karabinu, jest nasz duch, nasza wola.
Powtórzcie te dwa słowa: „Nie będę!”
Dodaj treść do tych słów i wszystkie wojny w przyszłości staną się niemożliwe. ( str. 30)
Gnijący w więzieniach i szpitalach psychiatrycznych dezerterzy, strajkujący pacyfiści,
pedagodzy i anarchiści — oto bohaterowie i bohaterki wypowiadający i wypowiadające w czasach
Friedricha służbę kapitałowi pod maską „świętej trójcy”: Boga, Honoru i Ojczyzny. Opór pozostaje
jednak jedynie pierwszym krokiem, jeszcze reaktywnym, lecz rozbudzającym w życiu potencję,
którą zaktualizować można za sprawą nowych wartości: przyjaźni, wzajemnej pomocy i miłości.
Mimo dojmującej rozpaczy, jaka przebija z kart albumu, Friedrich nie ulega pesymizmowi, zamiast
tego wskazując drogę ku lepszej przyszłości w pozytywnym projekcie pedagogicznym.
Zarysowana przez Friedricha wojna pomiędzy wychowaniem do śmierci i wychowaniem do
życia do dziś pozostaje centralnym napięciem naszej kultury. Głównym celem szkół nie jest
bowiem umożliwienie uczniom podważenia autorytetu, ani rozbudzenie odpowiedzialności za świat
i drugiego człowieka czy niezgody na niesprawiedliwość, ale wychowanie osób bezkrytycznie
przyjmujących wspólną, narzuconą odgórnie narrację, która w wygodny sposób porządkuje ich
rzeczywistość. Dyskurs patriotyzmu zasadzający się na nekrofilskiej gloryfikacji śmierci jest
zwyczajnie najprostszym dostępnym narzędziem zmuszającym już przedszkolną młodzież do
uznania państwa i narodu za wartości same w sobie. Tym właśnie sposobem zapętla się błędne koło
kultu śmierci i polityki pamięci. Brak tu miejsca na refleksję, na pytanie: za co ginę? W imię jakich
wartości? W imię jakiego życia państwo domaga się mojej śmierci? Spójrzmy na wiersz, którego do
dziś od wieku przedszkolnego uczeni i uczone są młodzi Polacy i młode Polki (choć zwraca się do
domyślnego, męskiego odbiorcy):
— Kto ty jesteś?
— Polak mały.
— Jaki znak twój?
— Orzeł biały.
— Gdzie ty mieszkasz?
— Między swemi.
— W jakim kraju?
— W polskiej ziemi.
— Czym ta ziemia?
— Mą ojczyzną.
— Czym zdobyta?
— Krwią i blizną.
— Czy ją kochasz?
— Kocham szczerze.
— A w co wierzysz?
— W Polskę wierzę.
— Czym ty dla niej?
— Wdzięczne dziecię.
— Coś jej winien?
— Oddać życie.
Jeżeli przyjrzymy się ostatnim dwu wersom przez pryzmat analizy Friedricha, ich zaskakująca
brutalność staje się absolutnie oczywista — uprzywilejowanie śmierci jako najwyższej realizacji
ludzkiego życia jest nieodłączną konsekwencją prymatu abstraktów, takich jak Naród i Państwo.
Ślepa wiara, posłuszeństwo i fantazmatyczna wspólnota krwi zamykają drogę innym formom
samorealizacji i wspólnotowości. Obywatel (Niemiec, Francuz, Polak) i jednostka nie są jednym i
tym samym. Jednostka z konieczności stoi w kontrze do narodu, jej indywidualne pragnienia,
potrzeby i relacje rozbijają jego absolutystyczną, dziejową narrację. Obywatela zaś wytwarza się,
konstruuje dla realizacji określonych, narzuconych z góry celów. Uniformizacja wojskowa, szkolna
i pracownicza służą jedynie zwiększeniu kontroli, odwróceniu uwagi jednostki od realnego
cierpienia wynikającego z kapitalistycznych wojen, wyzysku i konfliktów zbrojnych będących
nieodłącznym wynikiem polityki państw narodowych i ich szowinistycznego systemu edukacji. Nie
ma tu znaczenia, czy środkiem znieczulającym wykorzystywanym przez systemy władzy będzie
szkoła, kościół czy centrum handlowe — wynik pozostaje bez zmian: jest nim jednostka nieczuła
na świat, cierpienie innych, potulna i pozbawiona sprawczości. W tak zamyślanym projekcie
wychowawczym wszelka moc ustalania społecznych celów i wartości leży w rękach
kapitalistycznej czy państwowej władzy, nie wspólnoty krytycznie myślących, wrażliwych
jednostek. Doświadczenie pierwszej wojny światowej do podobnych konkluzji, aczkolwiek o
przeciwnym wektorze aksjologicznym, doprowadziło Benito Mussoliniego. Dostrzegłszy, do jak
wielkich poświęceń gotowi są na froncie żołnierze w imię fantazmatycznego mitu Narodu,
Mussolini postanowił wykorzystać potęgę idei państwowej dla sformułowania doktryny faszyzmu:
ideologii, która z premedytacją rozmywa granicę między jednostką i obywatelem:
Człowiek faszyzmu jest jednostką, która jest narodem i ojczyzną, prawem moralnem, które
skupia jednostki i pokolenia więzią tradycji i misji, która niweczy instynkt życia
zamkniętego w ciasnym kole rozkoszy, aby stworzyć nakazem obowiązku życie wyższe,
wyzwolenie z granic czasu i przestrzeni: życie, w którem poprzez samozaparcie, poprzez
poświęcenie swoich osobistych korzyści, poprzez samą śmierć urzeczywistnia to istnienie
nawskroś duchowe, w którem tkwi jego wartość jako człowieka. 1
To, co w projekcie Mussoliniego szokuje, ale i — jak uczy nas historia — uwodzi, to porażająca
brutalność i bezpośredniość, z jaką opisuje on technikę kontroli nad społeczeństwem. Wydaje się,
że choć opisane przez nas strategie “liberalna” i “prawicowa” (jak i wszystkie ich formy pośrednie)
starają się nie popaść w język faszyzmu, oba paradygmaty chętnie i z powodzeniem wykorzystują
jego metodologię — sprawują kontrolę nad trzema kluczowymi elementami społecznej
rzeczywistości: większą narracją, wspólnym mitem i obietnicą spełnienia w osiągnięciu
wskazanego przez siebie celu. Choć zmianie ulegać może treść, która wypełnia każdą z tych
kategorii (narracja postępu albo silnego państwa; mit równych szans na wolnym rynku albo ducha
narodu; indywidualny sukces albo odparcie zewnętrznych i wewnętrznych wrogów), mechanizm
kontroli i podporządkowania pozostaje ten sam. U jego podstaw leży obłudna, bo niemożliwa do
spełnienia, obietnica sprawczości — nierealizowalna, gdyż narzucona odgórnie, a przez to
skazująca na wieczną bezradność i podległość względem tego, kto wskaże kolejny cel, kolejne
marzenie, kolejny mit. Jedynym wyjściem z błędnego koła nieziszczonych snów i ucieczek ku
innym, równie nieziszczalnym obietnicom wydaje się pogodzenie jednostki z własną skończonością
i zależnością, przy jednoczesnym uwyraźnieniu spełnienia, jakie przynosi doświadczenie
wykorzystania swych ograniczonych sił dla pomocy innym i współtworzenia lepszej
rzeczywistości.
Głębia i piękno propozycji Friedricha leży w rozpoznaniu, że wartością człowieka nie jest
bynajmniej obywatelska śmierć w imię Narodu czy konsumpcjonistyczne spełnienie, ale
jednostkowy potencjał do miłości, troski i współudziału w naprawie rzeczywistości. Friedrich
uspokaja nas w zapewnieniu, że świat pozbawiony uniwersalnych wartości i ponadczasowych
absolutów nie jest bynajmniej światem pozbawionym znaczenia i sensu; przeciwnie — dopiero
uświadomiwszy sobie odpowiedzialność, jaka spoczywa na barkach pojedynczej jednostki, jak i
całej jej wspólnoty możemy pomyśleć świat, w którym nie jesteśmy sobie wrogami, a przyjaciółmi.
Dopiero wówczas, dzieląc odpowiedzialność za świat i siebie nawzajem, możemy oprzeć się
reprodukcji wartości, które nieuchronnie prowadzą do wojen. Życie bowiem nie może rozwijać się
1 Benito Mussolini, Doktryna faszyzmu, przeł. S. Gniadek, P. Sandauer, Lwów 1935, s. 18.
w odosobnieniu wyjałowionego z wartości liberalnego świata kapitalizmu, ani wiecznie spoglądać
wstecz, karmiąc się snem o potędze narodu i bohaterskiej śmierci. Życie czynne i sprawcze musi
opierać się na relacjach — niepodobna sprowadzić je do pośmiertnej chwały męczennika za sprawę
narodu ani egoistycznej sytości, gdyż dokonuje się we współtworzeniu lepszej rzeczywistości.
Dopiero jednostka wolna od tyranii absolutnych idei zdolna jest odkryć swój nieograniczony
społeczny potencjał — zapragnąć nie wiecznej pamięci na tablicy pomnika bohaterów, ale
doczesności w samopomocy i miłości. Realizacją tego projektu była dla Friedricha działalność
edukacyjno-pedagogiczna. Jego anarchistyczny elementarz Proletarischer kindergarten
(Proletariackie przedszkole) mający na celu edukację dzieci ku wzajemnej pomocy i troski, wciąż
funkcjonujące, berlińskie Antywojenne muzeum, którego działalności niniejsza książka jest
odbiciem, a także założone w 1954 powojenne centrum spotkań niemieckiej i francuskiej młodzieży
robotniczej „Île de la paix” (Wyspa pokoju) mające na celu nawiązanie dialogu i współpracy
francuskiej i niemieckiej młodzieży na rzecz pokoju, są inspirującą reakcją na okrucieństwo
otaczającej rzeczywistości, próbą otwarcia ludzi na perspektywę i odpowiedzialność stworzenia
nowego, lepszego świata — świata bez wojny.
Andrzej Grzybowski, Maciej Łagodziński
