@-TAK Publicystyka Wyróżnione

Chore zdrowie…

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia w Polsce pozostawia wiele do życzenia. To mało powiedziane. Ochrona zdrowia jest dramatycznie zaniedbana, funkcjonuje na zasadzie prowizorki i z całą pewnością nie spełnia oczekiwań ludzi. Przyjęło się uważać, że zdrowie i życie to najważniejsze wartości, a jednak państwo nie spełnia w tej kwestii roli, do jakiej rzekomo zostało powołane.

Kolejne oddziały szpitalne są likwidowane, szpitale zamykane. Trudno dostać się nie tylko do specjalistów, ale czasem nawet do lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. Ceny leków dawno przekroczyły granice przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Patrząc na system zdrowotny w Polsce zastanawiamy się: o co chodzi? Żyjemy w środku Europy, w XXI wieku, a jednak nie możemy czuć się bezpieczni. Każdy kolejny minister zdrowia, każdy rząd, premier i parta rządząca (a nawet opozycyjna!), każde z głównonurtowych mediów, zwłaszcza tych prorządowych, ma na to od lat jedno wyjaśnienie: chodzi o pieniądze – albo jest ich za mało albo medycy chcą za dużo. Społeczeństwo przywykło do tego przekonania i utrwaliło je w swojej zbiorowej świadomości i podświadomości. Jeśli nie wystarczy takie wytłumaczenie, to zwykle jest w zanadrzu drugie: brakuje specjalistów, bo wyjeżdżają za granicę, tu pracować nie chcą – koniec końców zapewne za mało im pieniędzy… Rząd odpowiada tymi i podobnymi argumentami na każdą groźbę protestu czy strajku w branżach medycznych. Media podbarwiają problem opiniotwórczo-emocjonalną papką pokazując jacy to lekarze są nieczuli, pielęgniarki wredne, ratownicy medyczni nieodpowiedzialni, terapeuci niekompetentni itd. Znamy te historie dobrze, bo przywoływane są w sytuacji każdego tąpnięcia i kryzysu. Jeśli karetka nie dowiezie kogoś na czas do szpitala, jeśli małe dziecko umrze z powodu sepsy, jeśli chory starszy człowiek zamarznie w nieogrzewanym domu, jeśli rozniesie się zaraza, spłonie dom opieki, do aptek trafi wadliwa partia leków, coś stanie się któremuś z celebrytów… wytłumaczenie jest to samo: brakuje pieniędzy, brakuje medyków.

Dlaczego stan systemu ochrony zdrowia jest w tak potężnej zapaści? Jeśli zwrócić uwagę na ilość środków, jakie poprzedni i obecny rząd wydaje na zbrojenia oraz finansowanie konfliktów zbrojnych, to można wreszcie zdać sobie sprawę z oczywistego faktu: w tym kraju NIE BRAKUJE PIENIĘDZY! Teraz widać to wyraźnie i nie ma nad czym dyskutować. A skoro ich nie brakuje, to jasne wydaje się, że powinny być przeznaczane w pierwszej kolejności na sprawy najważniejsze, czyli zdrowie i życie. Wobec tego, dlaczego ciągle brakuje psychiatrów dziecięcych? Dlaczego szczepienia na meningokoki nie są finansowane ze środków publicznych? Dlaczego lekarze z własnej kieszeni muszą opłacać kursy specjalistyczne? Dlaczego dyrektorzy szpitali państwowych obcinają personelowi świadczenia socjalne? Dlaczego karetki jeżdżą na łysych oponach? Odpowiedzi na te i wiele podobnych pytań wiążą się z drugą poruszoną wcześniej sprawą – dlaczego brakuje specjalistów? Wyjeżdżają z Polski? Odchodzą do sektora prywatnego? Jak to jest, że w Polsce funkcjonuje już ponad 20 uczelni kształcących lekarzy i innych profesjonalistów medycznych, z których co roku co najmniej kilka tysięcy kończy studia, zaczyna pracę zawodową i specjalizuje się w różnych dziedzinach, a jednak nie ma kto diagnozować i leczyć ludzi?

Jeśli na medycynę w Polsce patrzy się tylko od zewnątrz lub bazuje na tym co mają do powiedzenia media, to można ulegać frustrującej iluzji. Okazuje się bowiem, że pozory mylą. Jest źle, jednak to co widać i to co jest pokazywane w kanałach informacyjnych to tylko pozory, a w każdym razie czubek góry lodowej, zaś sedno problemów leży trochę gdzie indziej niż może się to wydawać.

U podłoża fatalnej sytuacji w ochronie zdrowia leży przede wszystkim nieprawidłowy system zarządzania i błędna organizacja pracy. Gdy ambitni i zwykle pełni pasji młodzi lekarze przychodzą do pracy, rzeczywistość szybko i brutalnie sprowadza ich na ziemię. Przede wszystkim, zarówno w szpitalach, jak i przychodniach decydujący głos ciągle ma pokolenie, które mentalnie tkwi w Polsce Ludowej. Struktura pracownicza przypomina łańcuch ewolucyjny z tzw. porządkiem dziobania – z władcą absolutnym na górze i wyrobnikami na dole. Młodzi czują się wykorzystywani, marnuje się ich czas, energię, potencjał i zapał na realizowanie idiotycznych biurokratycznych procedur, czyli przede wszystkim wypełnianie masy dokumentów oraz wykonywanie zajęć nienależących do ich właściwych kompetencji. 8-godzinny czas pracy jest wykorzystywany nieefektywnie i wbrew podstawowym zasadom BHP choćby w odniesieniu do stresu i zdrowia psychicznego personelu medycznego. Starsze pokolenie medyków zatrważająco często okazuje się niedouczone, a wręcz niekompetentne. Nie nadążają i nie chcą nadążać za nowościami w medycynie. Wolą zajmować ciepłe posadki tkwiąc w rutynie niż dokształcać się. Z kolei młodym utrudniają wprowadzanie pozytywnych zmian. Lekarze młodsi najczęściej widzą przestarzały porządek, chcą wprowadzać pewne zmiany, ale utrudnia się im to prostym argumentem: „Za młody jesteś, a ja tu rządzę!”. Gdy lekarz po specjalizacji przejdzie kursy z nowoczesnych metod diagnostyczno-leczniczych i chce je wprowadzać w swoim macierzystym oddziale, to kierownik nie raz mu to utrudnia lub po prostu mówi: „Nie da się, bo pani od rozliczeń z NFZ stwierdziła, że nie ma takich procedur w rozdzielniku”. Jeśli młodzi lekarze próbują uświadomić osobom decyzyjnym (kierownikom oddziałów, dyrektorom szpitali) możliwość i konieczność zmian, to zwykle słyszą argument: „Zawsze było tak jak jest, więc po co to zmieniać?”. Trudno w to uwierzyć, ale lekarze często dyżurują w sposób łączony na co najmniej dwóch oddziałach, przy czym niejednokrotnie oddziały te są na różnych piętrach lub nawet w różnych budynkach szpitala. Tak było 40 lat temu, więc tak jest dalej. A stany zagrożenia życia pacjentów mogą zdarzyć się na jednym dyżurze w kilku miejscach naraz. Co ciekawe, dyżur lekarski w dalszym ciągu trwa 24 godziny, w czasie których jeden lekarz ma sprostać wszystkim obowiązkom, od których zależeć ma zdrowie i życie pacjentów pozostających pod jego opieką. Zdrowy rozsądek podpowiada, że coś tu jest nie tak. Żaden organizm nie jest w stanie w pełni efektywnie działać przez tak długi czas. Ale tak zawsze było, więc po co to zmieniać? W każdym razie, co jakiś czas słyszy się tu i ówdzie, że lekarz zmarł po lub jeszcze w trakcie pełnienia dyżuru. Dziwne? Wcale nie!

Medycyna na przestrzeni minionych dziesięcioleci zrobiła ogromne postępy – wprowadziła nowe metody diagnostyki i nowe formy terapii. Świadomość, a przy tym oczekiwania pacjentów znacząco wzrosły. Nie dziwne, że każdy człowiek chce opieki medycznej na odpowiednim poziomie. Jednak ubeckie metody zarządzania szpitalami przez dyrektorów oraz arogancja i kołtuństwo kierowników poszczególnych jednostek sprawia, że szpitale i przychodnie co najwyżej stoją w miejscu lub czynią śmiesznie małe postępy (Gdy gdzieś zrobi się jakiś jeden większy krok, media robią z tego wydarzenie na miarę lotu na Księżyc). Co ma robić lekarz czy pielęgniarka, który widzi, że mogłoby być lepiej, a jednak nie ma jak przebić głową muru marazmu, nieuctwa i chamstwa? Wytrzymuje to przez parę lat, jednak w końcu rezygnuje. Idzie do innego szpitala lub przychodni, gdzie z czasem staje wobec podobnych problemów. W końcu ma dosyć i odchodzi do gabinetu prywatnego lub wyjeżdża pracować za granicę.

Dyrektorzy szpitali bardzo często próbują usprawiedliwiać swoje nieudolne zarządzanie argumentami o braku środków, o niewłaściwym finansowaniu procedur przez NFZ lub o tym, że wszędzie jest źle, więc u nas też może być źle. Stąd przestają inwestować w rozwój zawodowy personelu i likwidują świadczenia socjalne. Jednocześnie okazuje się, że niejednokrotnie finansują nieopłacalne przedsięwzięcia oraz tworzą dodatkowe stanowiska kierownicze (z pensją kierowniczą) dla znajomych znajomych. Jak to się stało, że w pewnym mieście powiatowym na południu Polski po niemal 50 latach likwiduje się porodówkę oraz oddział ginekologiczno-położniczy, rzekomo przez nieopłacalność, a w miejsce ich tworzy się zakład opiekuńczo-leczniczy, który został zlikwidowany 4 lata wcześniej też z powodu nieopłacalności? Nagle zakład opiekuńczo-leczniczy zaczął się jednak opłacać? W każdym razie kobiety z 70-tysięcznego powiatu nie będą miały do dyspozycji porodówki i będą zmuszone szukać miejsca na poród i prowadzenie ciąży w oddalonych miastach (to chyba polityka prorodzinna w neoliberalnym wydaniu). Jak to się stało, że w tym samym szpitalu na permanentnie i w pełni obłożonym oddziale chorób wewnętrznych pracuje etatowo tylko jeden lekarz, reszta sztukuje na godziny? Dlaczego dyrekcja na przestrzeni kilku lat pozbywa się kilkunastu dobrych specjalistów, którzy po prostu oczekiwali poprawy warunków pracy, chcąc rzetelnie i w godnych warunkach diagnozować i leczyć? Czy musi dochodzić do takich obłędnych sytuacji, w których wobec braku internistów, do badania osób starszych przy okazji szczepień oddelegowuje się… pediatrów?? Jak to się dzieje, że wykwalifikowany specjalista zwraca się do dyrektora szpitala proponując konkretne, sensowne i wcale niedrogie (w skali lat wręcz opłacalne) przedsięwzięcia dla poprawy jakości opieki medycznej, a w odpowiedzi słyszy: „Nie masz innych problemów? Jak ci się nie podoba, to się zwolnij!”. To nie są ani odosobnione ani pojedyncze przypadki. To istna plaga, o której media zdają się zupełnie milczeć. Zatrważająco często dyrektorzy szpitali i przychodni oraz kierownicy oddziałów traktują placówki zdrowotne jak swój prywatny folwark, a wobec podwładnych (i pacjentów) zachowują się jak szefowie kapitalistycznych korporacji, panowie, władcy i satrapy, szantażując, rozbijając zawodową solidarność i stosując mobbing w najbardziej bezczelnie wyszukany sposób. Oczywiście dyrektor raportuje stan zarządzanej placówki wobec władz samorządowych, ale robi to tak jak mu pasuje. Z kolei władze samorządowe słyszą to, co chcą słyszeć. Podobnie ministerstwo zdrowia i reszta rządu – w końcu papier (i e-papier) wszystko przyjmie, a zarządzający mogą spokojnie nadal wyjadać sobie z dzióbków i czekać spokojnie aż do następnych wyborów. Gdyby jeszcze w organach władz samorządowych i władzy centralnej zasiadały osoby kompetentne w dziedzinie zdrowia, to może ktoś przerwałby w końcu to koło obłędu. Ale jak ma być dobrze kiedy stołki są obsadzone po linii politycznej? Władze, by sprawić wrażenie, że panują nad sytuacją, co najwyżej dodają medykom kolejne dokumenty do wypełniania. Czy tak wygląda walka z przerostem biurokracji? W każdym razie, jest to polityka frustrująca i odbierająca personelowi medycznemu resztki chęci do pracy… a pacjent czeka, cierpi i umiera.

Wyrachowanie, politykierstwo, przy tym niekompetencja, ignorancja i zwykłe chamstwo w systemie zarządzania ochrony zdrowia to efekt hybrydowego połączenia postPRL-owskiej kołtuńsko-aroganckiej mentalności z nieludzkimi mechanizmami wolnorynkowymi, które zza pieniędzy rzadko widzą potrzeby człowieka.

I to jest rzeczywista przyczyna chorej sytuacji w zdrowiu publicznym.

Diagnoza postawiona. Teraz trzeba to wyleczyć…

Życzę zdrowi@!

Lekarz

@-TAK nr 20

Udostępnij tekst

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *