Zaloguj

Federacja Anarchistyczna

Jesteś tu: Start / Artykuły /
A+ R A-

Publicystyka

11 kwietnia 2017 | Dział: Publicystyka

Rządząca partia, PiS, nie może uniknąć odpowiedzialności za wzrost fali przemocy wobec osób innej narodowości. PiS jest odpowiedzialny za atmosferę pogardy dla obcych i za strach przed obcymi.

PiS cynicznie wykorzystał niechęć do obcych i podsycił nienawiść do imigrantów i uchodźców, aby zdobyć władzę w 2015 roku. Antyuchodźczą politykę PiS prowadzi nawet wbrew  naukom Kościoła katolickiego, który ponoć stanowi dla niego zawsze moralny drogowskaz. Wbrew stanowisku papieża, apelującego o pomoc dla uchodźców. Chrześcijańska moralność i chrześcijański Bóg, jak się okazuje, musi ustąpić, kiedy pojawia się szansa przejęcia władzy.PiS z jednej strony chce zatem uchodzić za ugrupowanie CHADECKIE, kiedy potrzebuje poparcia hierarchii kościelnej i głęboko wierzących osób. Z drugiej stron PiS przedstawia się jako ugrupowania narodowe, ENDECKIE, kiedy potrzebne mu poparcie stadionu i prawicowych środowisk akademickich. Kiedy maszeruje w jednym szeregu z ONRowcami, kiedy kokietuje nacjonalistyczne bojówki napadające na zagranicznych studentów i tureckie kebaby.Lider PiS, Jarosław Kaczyński w wywiadach opowiada dziś, jak to w czasach opozycji studiował myśl Romana Dmowskiego. Tego samego, który z podziwem i nadzieją spoglądał na faszystowski Rzym, który nawoływał do asymilacji Żydów, uważając ich za obcy element, który spotykał się na dyskusjach z młodzieżą akademicką organizującą "ławkowe getta" i pogromy żydowskie. Jego polityczni i ideologiczni zwolennicy wydali rozkazy strzelania do robotników. To w tym mieście, 300 metrów stąd, ENDECKA policja zamordowała protestujących robotników.
Nie dostrzegano wówczas, że ta droga prowadzi dalej - do komór gazowych w Oświęcimiu. Prawdą jest, że wielu międzywojennych działaczy prawicy zawróciło z tej drogi i ratowali Żydów z narażeniem życia. Ale nie zwalnia to ENDECJI od odpowiedzialności za falę nienawiści jaka przetoczyła się przez Europę i która doprowadziła do gehenny Żydów, Romów czy homoseksualistów.Jan Józef Lipsk, działacz opozycji i Komitetu Obrony Robotników, napisał kiedyś esej pt. "Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy". Dowodził w nim, że obok patriotyzmu ONR-owskiego, patriotyzmu niechęci do obcego, do Żyda, Roma, muzułmanina - istnieje inny patriotyzm. Patriotyzm nakazujący traktować inne narody i inne grupy etniczne czy wyznaniowe z szacunkiem. Dziś na ulicach polskich miast nie widzę tego drugiego patriotyzmu. Dziś na ulicach polskich miast młodzież nosi koszulki z napisem "Śmierć wrogom ojczyzny", a nie "Za wolność naszą i Waszą".  Dziś patrioci-nacjonaliści atakują na ulicy osoby o innej karnacji skóry czy posługujące się innym językiem.Dziś bardziej niż kiedykolwiek jestem dumny z tego, że w moich żyłach płynie nie tylko polska, ale także ukraińska i niemiecka krew. Dziś żałuje, że moim dziadkiem nie był Tony Halik, którego duch obnażył ignorancję PiSowskich polityków z poznańskiej rady miasta.Dziś stojąc pod biurem PiS z dumą mówię: TU BYŁEM, Jarosław Urbański.

Stop rasizmowi! Stop homofobii! Stop wyzyskowi! Stop nacjonalizmowi!

 

 

www.rozbrat.org

09 kwietnia 2017 | Dział: Publicystyka

„Lokal tylko dla chrześcijan”, „Żydów nie przyjmujemy”, „Tylko dla aryjczyków! – tablice tej treści wisiały w witrynach kawiarni, restauracji i hoteli, Zarząd Związku Restauratorów, Związek Towarzystw Kupieckich, Związek Właścicieli Domów i Nieruchomości głosiły oficjalnie, że nie będą zatrudniać ani obsługiwać osób nie będących aryjczykami, że Żydom nie można wynajmować mieszkań, prowadzić z nimi interesów, został wprowadzony i przyjęty paragraf aryjski w klubach sportowych , w związkach prawników i lekarzy, a na uczelniach obowiązywał numerus nullus – czyli zakaz przyjmowania osób narodowości żydowskiej.

Gdzie to wszystko się działo? W hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy? Nie! W narodowym Poznaniu, w Wielkopolsce cztery lata przed wybuchem II Wojny Światowej. Poznań, województwo poznańskie, było liderem ruchu narodowo-katolickiego. Hasło „Wielkopolska bez Żydów” wcielano w życie od 1935. Powstała “Liga Zielonej wstążki” organizacja akademicka, która w swoim programie miała tylko trzy punkty:
1. Przestrzegać osobiście i propagować wszędzie bezwzględny bojkot żydowskiego handlu, rzemiosła i wolnych zawodów.
2. Zerwać stosunki osobiste i koleżeńskie z żydami.
3. Głosić wszędzie i uzasadniać konieczność wprowadzenia „numerus clausus” na wyższych uczelniach.Czy Poznań odrobił już swoją lekcję wstydu? Czy stał się miejscem, w którym nikt nie odważy się na wykrzykiwania rasistowskich haseł? Tak!
W każdym środowisku, także, a może szczególnie w akademickim trzeba pamiętać o haniebnej historii, której dopuszczono się na wyższych uczelniach.
26 grudnia 1937 roku 944 uczonych i profesorów wyższych uczelni amerykańskich wystosowało list otwarty do profesorów wyższych uczelni polskich:Od kilku lat z bólem dowiadywaliśmy się o coraz to nowych czynach gwałtu, popełnianych wobec studentów i profesorów Żydów w starych i czcigodnych świątyniach nauki polskiej. (…) Apelujemy do Was, koledzy w Polsce, o przeciwstawienie się planowanej dyskryminacji i o stosowanie w służbie pokoju takich metod, które są zgodne ze szczytnymi tradycjami nauki i ludzkości.”Niech te słowa z przeszłości dodadzą odwagi współczesnym akademikom, żeby nigdy nie powtórzyła się sytuacja z lat 30’ i 40’!
Tylko głupcy, nieznający historii pozwalają sobie na paradowanie ulicami naszego miasta ze sztandarami takich organizacji jak Młodzież Wszechpolska czy ONR.
Szczególnie w Poznaniu nie może być mowy o tym, żeby jakieś spalone politycznie i moralnie organizacje, typu oener czy inne wszechpolaki, które (JAKO JEDYNE!!!) organizacje parapolityczne, mają prawdziwą, najprawdziwszą krew dzieci na rękach chodziły ulicami i wrzeszczały swoje chore hasła nienawiści!
Ci odważni chłopcy z oneru, strzelając 1 maja 1937 roku na oślep do tłumu, jak tchórze zabili Abramka Szenkera – pięcioletniego chłopca. Jeśli więc teraz, wielcy narodowcy, macie odwagę drzeć się o wielkiej Polsce narodowej - to miejcie odwagę powiedzieć, że wrogiem waszej ojczyzny było pięcioletnie dziecko, które zastrzelone - zostawiliście na chodniku, uciekając przed wymiarem sprawiedliwości. Jesteście tchórzami i nie znacie przeszłości własnej organizacji. Jeśli chcecie nosić bluzy i koszulki z wizerunkami swoich bohaterów - to nie zapomnijcie o dzieciach zabitych przez prawdziwych Polaków! O pięcioletnim Abramku, o czternastolatku z Sosnowca - Moszku Rozenblumie, o Dwunastoletniej Małce i dziesięcioletnim Motelu z Woli Kuraszowej! Noście na swoich sztandarach nazwiska bezbronnych ludzi zamordowanych, zatłuczonych kamieniami, drągami w Przytyku, w Częstochowie, w Mińsku Mazowieckim. Mówicie o tchórzliwych atakach w nocy na śpiących ludzi, o podpaleniach, o bombach wrzucanych do sklepów, synagog i mieszkań. Mówcie o tym - jak to jest napadać w grupie na bezbronnych, na kobiety, na dzieci! To jest ta wasza odwaga, to jest ten czyn narodowy!
Z nacjonalistami, narodowcami, nazistami, kato-narodowicami się nie rozmawia! Nie dyskutuje! Nie ma miejsca dla rasizmu, dla homofobii, dla chorych idei nienawiści! Jeden z zapomnianych, wyrzuconych z pamięci literatury, żydowski pisarz Nachum Bomse pisał w pewnym opowiadaniu o starym Żydzie, który stanął naprzeciw najeżdżających miejscowość Moskali i krzyczał do przerażonych kobiet: „Ech hajs niszt mojre hobn! Ja nie każę się bać!”. Te słowa, to: „Ja nie każę się bać! Nie pozwalam nikomu się bać!” To jest rozkaz. Pamiętacie, co śpiewaliśmy wspólnie na koncertach Apatii? Hasła wolności zamienili w przemoc,
Zawładnęła nimi ta brutalna siła
Znaki nienawiści na wszystkich murach,
Głupia ideologia bezsilnych kretynów Niszcz nazizm NISZCZ NAZIZM!

23 marca 2017 | Dział: Publicystyka

Walka pracownicza nie zna granic! 

Nasze społeczeństwo wkroczyło w fazę populizmu, jakiego nie doświadczyliśmy w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Wyzysk pracowników i osób wykluczonych napędzany jest przez nacjonalistyczną i rasistowską retorykę, podżegającą ludzi przeciwko sobie nawzajem. Temu obrazowi świata pełnego nowych murów – zarówno na granicach, jak i w umysłach – musimy przeciwstawić projekt, który jest w stanie rozbić je wszystkie, a w ich miejsce stworzyć więzi między nami, pracownikami, oparte na solidarności i pomocy wzajemnej. Zamiast kultywować to co nas dzieli, powinniśmy skupić się na tym, co nas łączy w walce o lepsze warunki życia i - zgodnie z dążeniami anarcho-syndykalizmu – walczyć o świat bez wyzysku i dominacji.

FAU wzywa wszystkie osoby, inicjatywy, kolektywy i oddolne związki zawodowe, do wzięcia udziału w międzynarodowym dniu akcji na temat: „Praca i migracja“. W dniu 1 maja, chcemy wyrazić solidarność klasową z migrantami poprzez międzynarodową mobilizację przeciwko panującej ksenofobii, rasizmowi i nacjonalizmowi, które są bronią państwa i kapitału. Nasza walka z rasizmem skierowana jest przeciwko systemowi kapitalistycznemu, który opiera się na skrajnych nierównościach i - dla zapewnienia własnej ciągłości - zależny jest od podziałów społecznych.

Pracownikami w szczególnym stopniu wyzyskiwanymi i pozbawionymi uprawnień w naszym społeczeństwie są migranci, którzy – w wyniku rasistowskiej polityki migracyjnej – skazani są bądź na nielegalne zatrudnienie, zakazy pracy lub pracę przymusową. Zatrudniani głównie w branży gastronomicznej, sprzątającej czy budowlanej, o niskim poziomie uzwiązkowienia (lub żadnym), mają niewielkie możliwości walki z rosnącą prekaryzacją warunków pracy. Z kolei - oparte na idei dialogu społecznego - związki zawodowe „głównego nurtu“ wykazują niewielkie zainteresowanie w organizowaniu (nielegalnych) migrantów lub wspieraniu ich w walce o prawo do pobytu, czy też przeciwko barierom prawnym. Wręcz przeciwnie, koncentrując się na pracownikach zatrudnionych na stałe i kierując się logiką gospodarki narodowej, pogłębiają jedynie podziały społeczne.

Obecnemu stanowi rzeczy należy przeciwdziałać za pomocą solidarności i samoorganizacji - tak jak w przypadku naszych kolegów z Rumunii, którzy byli wyzyskiwani na placu budowy centrum handlowego w Berlinie (Mall of Berlin). Zmuszeni do życia i pracy w skandalicznych warunkach, zostali oni oszukani na wynagrodzeniu i spotkali się z groźbami. Samoorganizacja w FAU i wspólna walka pracownicza doprowadziły do tego, że Mall of Berlina został przemianowany na „Mall of Shame“ i stał się symbolem wyzysku migrantów w Niemczech. Tak oto, poprzez skuteczny opór przeciwko wyzyskowi, odpowiedzieliśmy na próby skierowania społecznej nienawiści przeciwko pracownikom z Europy Południowo-Wschodniej. Również w obecnych planach, by zmuszać uchodźców do podejmowania nieodpłatnej pracy w Niemczech, dostrzegamy próbę wykluczania i obniżania standardów pracy, co w konsekwencji negatywnie wpłynie na sytuację wszystkich pracowników. Jako klasa pracownicza powinniśmy solidarnie stawiać opór i walczyć nie tylko o prawo do swobodnego przemieszczania się dla wszystkich, ale także przeciwko wyzyskowi usankcjonowanemu przez rasizm.

Zgodnie z tradycją 1maja, wzywamy do solidarności z migrantami, by wspólnie protestować przeciw prekaryjnym warunkom pracy, przeciw kapitalistycznemu wyzyskowi, przeciw rasistowskiemu reżimowi granicznemu. Bez względu na to, jaką formę te protesty przyjmą – strajku, manifestacji, akcji informacyjnej, performance; nie ważne, czy na lokalnym lub ponadregionalnym poziomie; niezależnie od tego, czy jesteś pracownikiem/czką, osobą bezrobotną, studentem/tką, emerytem/ką, migrantem/ką lub uchodźcą/czynią, ważne jest, że wszyscy mają możliwość samoorganizacji przeciwko wyzyskowi. Tylko dzięki solidarności międzynarodowej i transgranicznej działalności związkowej, możemy stawiać opór kapitalizmowi. Dołącz do nas, by pod hasłem: „Walka pracownicza nie zna granic!“ wspólnie przeprowadzić akcję 1 maja. Wspólnie będziemy budować mosty, tam gdzie inni chcą wznosić mury.

 

Komitet ds. Międzynarodowych FAU

P.S. W razie jakichkolwiek pytań, zgłaszajcie się do nas. Jesteśmy otwarci na wszelkie pomysły, sugestie i komentarze. Cieszylibyśmy się z Waszego udziału w akcji 1 maja: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

06 marca 2017 | Dział: Publicystyka

Ceny kobiet wahają się w zależności od wieku i liczby posiadanych dzieci. Uprowadzone przez tzw. Państwo Islamskie jazydki wymieniane są pomiędzy dżihadystami lub sprzedawane na targach niewolnic i w Internecie. Część z nich już nigdy nie zostanie oswobodzona.

W sierpniu 2014 r. terroryści ISIS wtargnęli do zamieszkanego głównie przez jazydów dystryktu Sinjar, zabijając ponad 5 tys. osób. Czystki etniczne przeprowadzane przez dżihadystów dotknęły głównie wyznaniową kurdyjską mniejszość, która od zawsze stanowiła cel ataków – poczynając od czasów Imperium Osmańskiego, w trakcie rządów Saddama Husseina, a na tzw. Państwie Islamskim kończąc. Najazd ISIS wiązał się z próbami przymusowego nawracania jazydów na islam. Tysiące osób poniosło śmierć w wyniku odmowy, a ci, którym udało się uciec z Sinjaru napotkali szczelnie zamknięte granice Unii Europejskiej.

Dżihadyści w trakcie najazdu uprowadzili 7 tysięcy kobiet i dziewczynek, które potraktowane zostały jak łup wojenny. Część z nich wykupiono z niewoli, niektóre z jazydek zbiegły, inne zostały sprzedane na targu niewolnic m. in. do Algierii, Libii czy Arabii Saudyjskiej. Nazywane „trofeami”, gwałcone, zmuszane do aborcji i okaleczane kobiety, po uwolnieniu z rąk oprawców borykają się z zespołem stresu pourazowego (PTSD) i ciężką depresją. Odnotowano wiele przypadków samobójstw, także wśród dziewczynek, których wiek waha się pomiędzy 8–13 lat.

Kobietobójstwo – tym terminem najczęściej określa się masakrę jakiej dopuścili się na jazydkach islamisci – mówi szefowa Asudy, organizacji zwalczającej przemoc wobec kobiet w Iraku. – Uwolnione kobiety, którym udzielamy pomocy, przeżyły. Jednakżycie z tym bagażem doświadczeń jest koszmarem. Ofiary seksualnego wykorzystywania zostały okaleczone w sposób, który nigdy nie pozwoli im swobodnie funkcjonować w społeczeństwie.

Islamskie więzienie

Scenariusz zazwyczaj był ten sam: islamiści najeżdżali wieś i wywlekali kobiety z domów na ulicę. Nakazywali im siadać bądź kłaść się twarzą do ziemi. Poszturchiwali buciorami. Później, przystawiając broń do głów, zapędzali je na samochodowe przyczepy i transportowali do Mosulu bądź Rakki. – Dowodzący bandami mężczyźni przeprowadzali wstępną selekcję kobiet zanim weszłyśmy do aut – opowiada Lamiya, 24-letnia jazydka, która po ucieczce z domu swojego oprawcy trafiła do obozu dla uchodźczyń w irackim Duhok. Jej twarz pokryta jest siateczką drobnych blizn będących pozostałością po poparzeniu wrzątkiem. – To kara za nieposłuszeństwo – tłumaczy dziewczyna. Każdy opór karany jest w bestialski sposób – wyrażające sprzeciw kobiety są bite, przypalane, oblewane kwasem. Często dochodzi do obrażeń głowy czy złamań rąk.

Młode kobiety ze wsi Lamiyi w trakcie najazdu ISIS zostały odseparowane od starszych i przewiezione do dużej willi w centrum Mosulu. Tym samym transportem podróżowały dzieci jazydek; chłopców odebrano kobietom i wcielono do islamskich bojówek. – Już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek zobaczę mojego syna – mówi Lamiya. – Jeśli Imar żyje, to kim teraz jest?Więźniem Państwa Islamskiego. Będzie mordował w imię ich Boga i uważał, że to co robi jest słuszne. Gdy go widziałam po raz ostatni miał 5 lat. Rozkładał i składał kałasznikowa, mówił po arabsku i nie reagował na moją obecność.

Ideą dżihadystów jest budowanie licznej armii, dlatego udział dzieci w walce jest czymś powszechnym. Kilkuletni kurdyjscy chłopcy, którzy zostali uprowadzeni, towarzyszą dorosłym mężczyznom na każdym kroku; w tym czasie uczą się mówić i pisać po arabsku, recytować Koran, poznają taktykę wojenną – posługiwanie się bronią różnego kalibru, od kałasznikowów po moździerze i bazooki. Dżihadyści wykorzystują dzieci także w celu sprawdzenia czy dany teren jest zaminowany lub strzeżony przez YPG (Kurdyjskie Jednostki Ochrony). Często młodzi chłopcy wysyłani są jako pierwsi na linię frontu w charakterze „żywych tarcz”.– Mężczyzna, który kupił mnie na aukcji żądał ode mnie żebym rodziła mu chłopców. Mówił, że mnie zabije jeśli urodzę dziewczynkę – wspomina Shadan. Kobieta została porwana wraz ze swoimi siostrami i sprzedana na targu niewolnic w stolicy ISIS w Syrii. Wcześniej sfotografowano ją siedzącą na kanapie w malutkim pomieszczeniu znajdującym się na tyłach więzienia dla jazydek. – Wszystkim więźniarkom nakazano trzymać dłonie na kolanach i patrzeć prosto w obiektyw – opowiada Shadan. – Dzieci sadzano wokół kobiet; młodsze na kolanach, starsze na podłodze. Pod żadnym pozorem nie wolno im było płakać; strażnicy mierzyli do nich z broni, dotykali lufami główek.

PiekłoShadan została zlicytowana na targowisku. Każda z kobiet wychodziła na komendę przed szereg i była oglądana przez potencjalnych „klientów”. Zęby, dłonie, stopy, włosy. Mężczyźni dotykali jazydek przez burki. Gdy wynegocjowali cenę, „sprzedawca” pobierał opłatę i odsyłał kobiety do domu „nabywcy”. Shadan trafiła do haremu imama, który na powitanie obił jej twarz. – Okładał mnie pięściami i krzyczał, że mam być skromna i posłuszna, że mam od tej pory obowiązki i powinnam słuchać się najstarszej z żon.

Lamiya, Shadan i wiele innych kobiet padały każdego dnia ofiarami przemocy seksualnej. Wymuszano na nich odbywanie stosunków płciowych bez zabezpieczeń bądź faszerowano tabletkami antykoncepcyjnymi niewiadomego pochodzenia. – Nie wiedziałam, co biorę. Żona imama podawała mi jedną kapsułkę każdego dnia, a ja bałam się zapytać o przeznaczenie leku. Zresztą nawet się nad tym nie zastanawiałam. Byłam przerażona jak zwierzę, gdy Mohammed wracał do domu i przywoływał mnie skinieniem ręki – opowiada dziewczyna. – Zabierał mnie do pokoju i rzucał na dywan. Gdy mnie gwałcił patrzyłam na popękany sufit i to mi jakoś pomagało, bo odwracało uwagę od zadawanego bólu.

Według relacji Lamiyi niektóre z kobiet poddawane były przymusowej aborcji, po których borykały się z powikłaniami lub umierały. Zabiegi dokonywane były w nieprzystosowanych do tego pomieszczeniach, bez zachowania podstaw higieny. – Kobiety zabierano do jakiegoś lekarza na przedmieściach. W pomieszczeniu przebywało kilku mężczyzn, którzy przytrzymywali je podczas zabiegu – mówi Dilal, wolontariuszka pracująca w jednym z obozów dla jazydek w Iraku. – Dziewczyny traciły bardzo dużo krwi podczas nieudolnie przeprowadzanych aborcji, dochodziło do okaleczania narządów płciowych i zakażeń. Wiem także, że niekiedy po porodzie stosowano eutanazję, jeśli okazywało się, że kobieta urodziła dziewczynkę.

 

Jazydki przechodzą piekło w granicach Państwa Islamskiego, ale ta niewola, w którą zostały wtrącone nie skończy się po ich uwolnieniu. To miejsce to więzienie bez reguł, bo każdy dżihadysta dyktuje swoje warunki, a kobiety zmuszone są pod groźbą utraty życia poddać się męskiej władzy – tłumaczy Gul, psycholożka z Erbil, która od początku wojny z ISIS pracuje z uchodźccami. – Niewolnictwo w XXI wieku ma się całkiem dobrze, a kraje „pomagające” w wojnie na Bliskim Wschodzie w niewielkim stopniu angażują się w pomoc uwolnionym już jazydom. Brakuje świadomości, że dochodzi obecnie do kolejnego ludobójstwa, podobnego temu, które przeprowadzone zostało podczas II wojny światowej w Europie.

 

Marta Senk

Tekst ukazał się pierwotnie w 5 nr Ulicznej Gazety Anarchistycznej A-Tak

23 lutego 2017 | Dział: Publicystyka

Osoby śledzące doniesienia na temat organizowania blokad polowań, z pewnością dochodzą do wniosku, że głównym ich powodem jest sprzeciw wobec "rozrywkowego" pozbawiania życia dzikich zwierząt. Kwestie etyczne stanowią istotny czynnik motywujący aktywistów i aktywistki do działania. Jednak występowanie przeciwko myślistwu ma rozleglejszy sens, także walki ekonomicznej. Jest sprzeciwem wobec rosnącej eksploatacji przyrody dla doraźnych komercyjnych celów.

Przyglądając się danym za ostatnie osiem sezonów łowieckich (2008/2009-2015/2016) umieszczonych na stronach Polskiego Związku Łowieckiego (PZŁ), dostrzegamy, że liczba odstrzału wielu zwierząt łownych wzrasta. Dotyczy to szczególnie danieli (wzrost o 123%), muflonów (wzrost o 192%), jeleni (102%), saren (30%), wreszcie dzików (53%). Wprawdzie spada liczba upolowanych ptaków np. kuropatw (spadek o 94%) czy bażantów (spadek o 23%), a także zajęcy (spadek o 16%), to wyraźnie się rysuje tendencja do pozyskiwania jak największej ilości mięsa. Stąd rośnie odstrzał dużych zwierząt, a maleje małych. Gdyby porównać wyniki łowieckie na przestrzeni ostatnich ośmiu lat, to zauważamy, iż dziś szacunkowo pozyskuje się o ponad 1/2 więcej mięsa niż wcześniej. Potwierdzają to też dane Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) dotyczące skupu dziczyzny. W stosunku do jeleni, saren i dzików (głównych dużych ssaków łownych) wzrósł on między rokiem 2010 a 2015 o ponad 40%. Jest to - dodajmy - tendencja europejska, która da się zaobserwować już od kilku dekad. Myśliwi i część naukowców tłumaczy to raczej czynnikami naturalnymi, a nie ekonomicznymi. Utrzymują, że odstrzał jest konsekwencją wzrostu populacji ssaków łownych, który postępuje zasadniczo niezależnie od człowieka. Tak naprawdę jednak funkcje "ochronno-przyrodnicze" łowiectwa sprowadzają się do zabiegów hodowlanych, jak na przykład krytykowane przez ekologów dokarmianie zwierząt w zimie i  introdukcje, czyli wprowadzenie nierodzimego gatunku do danego ekosystemu.Polują nie tylko myśliwi zrzeszeni w kołach PZŁ, ale także leśnicy, a Lasy Państwowe (LP) nie ukrywają, że chciałyby zarabiać nie tylko na handlu drewnem, ale także coraz więcej na sprzedaży dziczyzny. Lasy Państwowe to ogromne przedsiębiorstwo. W Polsce ponad 90% powierzchni lasów jest poddana intensywnej eksploatacji gospodarczej. Spółka przynosi rocznie ponad 400 mln złotych czystego zysku, przy przychodzie ze sprzedaży wynoszącym 8,2 mld złotych. Lasy Państwowe posiadają zatem środki, aby swoje marketingowe plany zrealizować. Temu też prawdopodobnie mają służyć zmiany w Prawie łowieckim. Nowelizacja tej ustawy oprócz tego, że jest odpowiedzią na postulaty miłośników łowiectwa (rekrutujący się w większości spośród uprzywilejowanych klas społecznych), to ma otworzyć nowe możliwości niezakłóconej eksploatacji fauny. W handlu dziczyzną pośredniczą spółki prywatne. Większość dziczyzny jest eksportowana na Zachód (głównie do Niemiec). Wg GUS wartość eksportu w ostatniej dekadzie wzrosła o blisko 80%. Rynek ten wart jest dziś ok. 177 mln zł (47 mln. $) i dynamicznie się rozwija. Pojawiają się też rozważania marketingowe, jak zachęcić Polaków i Polki do kupowania i konsumowania dziczyzny, która dla większości póki co jest po prostu za droga i trudno dostępna. Powoli jednak realizowany jest plan pobudzenia wewnętrznego popytu na dziczyznę, co raczej stoi w sprzeczności z tłumaczeniem, że łowiectwo ogranicza się tylko do zachowania równowagi biologicznej i funkcji "ochronno-przyrodniczych".Co to realnie oznacza? Dziś zabija się ok. jednego miliona zwierząt łownych (85-90% odstrzału dokonują członkowie PZŁ, pozostałą część przede wszystkim leśnicy). Pesymiści twierdzą, że ofiarą eksploatacji może rocznie padać nawet ponad 1,5 miliona zwierząt, gdyby uwzględnić te, które umierają ranione, ale nie schwytane przez myśliwych. Presja na odstrzał ciągle rośnie, ale to wcale nie oznacza, że populacja dużych ssaków łownych maleje. Przeciwnie, wkłada się wiele starań, aby do tego nie dopuścić, wraz ze wspomnianym już dokarmianiem czy wprowadzeniem do ekosystemu gatunków obcych (np. danieli). Całe połacie lasów i przyległości zamieniono w tereny de facto hodowlane, a eksploatacja lasów (wycinka) sprzyja powstawaniu polan i młodników, gdzie wiele zwierząt łownych żeruje. Współczesny hodowlany las jest o wiele rzadszy od borów sprzed kilku stuleci, co - wbrew pozorom - sprzyja rozwoju gatunków zwierząt łownych. Przede wszystkim jednak struktura dzisiejszego rolnictwa przyczynia się do powiększania się liczebności wielu ssaków kopytnych, które zyskały dostęp do dużych obszarów bogatych w żywność, o każdej w zasadzie porze roku. Na tym tle - nie tyle innego, co dodatkowego - sensu nabierają blokady polowań. 28% naszego kraju zajmują lasy, a wraz z przylegającymi do nich polami, to ogromny obszar, który został zawłaszczony na potrzeby czysto merkantylnych celów. Na styku sektora państwowego (zwierzyna łowna teoretycznie należy do państwa) i biznesu rodzą się prywatne fortuny i dostatnio żyje urzędnicza nomenklatura. Sprzedaje się nie tylko drewno, ale także w coraz większej ilości dziczyznę.  Problem polega na tym, czy dzieje się to w interesie społecznym? Według jednego z opracowań, myśliwi (ok. 100 tys. osób) to przede wszystkim osoby z wyższy wykształceniem (49,7%), mężczyźni (97,4%), reprezentujący prywatnych przedsiębiorców (34,7%) lub - dodatkowo - menadżerów przedsiębiorstw i kierownictwo instytucji państwowych (32%). Jest to "hobby" wyjątkowo elitarne. Z kolei sama konsumpcja mięsa jest ścisłe spleciona z zajmowaną pozycją społeczną. Jak wykazałem to w mojej książce "Społeczeństwo bez mięsa", powołując się na badania GUS dotyczące polskich gospodarstw domowych, te o najniższych dochodach konsumują o 1/5 mniej mięsa w ogóle, niż gospodarstwa domowe o najwyższych dochodach. W przypadku dziczyzny rozdźwięk ten jest prawdopodobnie jeszcze większy. Blokady polowań są zatem próbą odzyskania inicjatywy społecznej w obszarze, gdzie pojęcie dobra wspólnego, jak lasy i dzikie zwierzęta, zostało dawno zatracone - pomimo obowiązujące rządowej retoryki ochrony przyrody. Chroni się jedynie zasób, na którym swoją łapę położyły uprzywilejowane klasy społeczne - mężczyźni z wyższym wykształceniem kierujący prywatnymi firmami lub przedsiębiorstwami i instytucjami państwowymi.
Artykuł ukaże się na nadchodzącym numerze pisma "A-tak"

 

Jarosław Urbański

17 lutego 2017 | Dział: Publicystyka

Uchodźcy z Syrii, podobnie jak miliony ludzi z innych krajów do ucieczki za granicę przez wojny, głów i klęski żywiołowe, padają ofiarą brutalnej eksploatacji ekonomicznej. Na granicy turecko-syryjskiej wyrosły nieformalne strefy przemysłowe, w których wyzyskuje się setki tysięcy pozbawionych środków do życia uciekinierów. Wielu z nich, po latach ciężkiej pracy bez perspektyw, podejmuje próby wyjazdu do Europy. 

Francois Crépeau, niezależny ekspert przy Radzie Praw Człowieka ONZ, w swoich licznych wystąpieniach wskazywał, że jeżeli rządy Europy chcą mieć jakąkolwiek realną kontrolę nad migracjami to muszą wprowadzić w życie mechanizm umożliwiający legalne przekraczanie granic. Jako jeden z nielicznych mówił wprost: „Nie udawajmy, że to co dotychczas robi UE oraz jej członkowie działa. (…) [B]udowanie grodzeń, używanie gazu łzawiącego i inne formy przemocy kierowane przeciwko migrantom i ludziom ubiegającym się o azyl; więzienie, odmawianie prawa do podstawowych rzeczy takich jak schronienie, jedzenie czy woda oraz używanie języka nienawiści nie zatrzyma ludzi przed migracją, czy wykorzystywaniem różnych dróg migracji (też tych nielegalnych) do Europy”[1]. Crépeau wypowiadał się w kontekście wydarzeń, które miały miejsce w 2015 r., a nazwane zostały „kryzysem uchodźczym”. Twierdził, iż jest on właściwie kryzysem struktur Unii Europejskiej. Jako rozwiązanie alternatywne, wobec wprowadzanego przez rządy politycznego stanu wyjątkowego, militaryzacji granic, zaostrzenia kontroli czy dyscyplinowania migrujących ludzi, Crépeau proponuje stworzenie np. systemu wiz, które umożliwią migrantom i uchodźcom wejście na rynek pracy w danym kraju przyjmującym. Jednocześnie zaznacza, że takiemu rozwiązaniu musiałoby towarzyszyć wprowadzenie systemu sankcji wobec tych pracodawców, którzy wykorzystują status niezarejestrowanych migrantów jako tanią siłę roboczą na czarnym rynku pracy w sektorach takich jak m.in. rolnictwo, budownictwo, przemysł tekstylny czy usługi sprzątające. Bowiem – jego zdaniem – tylko to jest w stanie w jakimkolwiek stopniu załamać biznes przemytu ludzi i wykorzystywanie migrantów jako taniej siły roboczej. Wydaje się jednak, że żaden z przedstawicieli Rządów Unii Europejskiej nie ma zamiaru wdrażać programów w oparciu o założenia Crépeau, ponieważ interesy państw i kapitału są znacząco inne niż interesy migrantów. Poza tym, debata na temat tzw. kryzysu uchodźczego, skutecznie odwróciła uwagę od kryzysu europejskiego.
     
Od jakiegoś czasu publikowane na łamach BBC, Guardiana i Al-Jazeery ukazują szczegóły dotyczące  pracy dzieci syryjskich, zatrudnianych w tureckich fabrykach tekstylnych. Ważne jest by podejmować analizy mające na celu ukazanie szerszego kontekstu zjawiska wykorzystywania pracy uchodźców na „czarnym rynku”, odwołując się do zamknięcia tzw. szlaku bałkańskiego i uznania Turcji za tzw. trzeci bezpieczny kraj.
 
Praca i globalny kapitał


Praca migrantów zawsze pełniła kluczową rolę w gospodarkach kapitalistycznych. Żeby nie sięgać daleko, na początku lat 70. XX w. w Niemczech imigranci stanowili  9,1% siły roboczej, w Szwecji 5,5%,  w Belgii 7,2%, we Francji 9,3%, a w Szwajcarii aż 24%. 35 lat później (w 2005 r.), kiedy w obrębie kontynentu europejskiego dokonały się istotne zmiany polityczne i ekonomiczne (m.in. upadek Muru Berlińskiego), zapotrzebowanie na imigrancką pracę nie słabło. Obcokrajowcy stanowi w dalszym ciągu istotną część siły roboczej: w Niemczech 9,3%, w Szwecji 4,8%, w Belgii 9,1%, we Francji 5,3%, w Szwajcarii 20,9%, w Wielkiej Brytanii (w 2002 r.) 9,7%.  Kryzys z lat 2007-2008 oznaczał pogorszenie się sytuacji na rynku pracy w wielu europejskich krajach, ale bynajmniej, w dłuższej perspektywie, nie doprowadził do rezygnacji z pracy imigrantów. Co ważne, zapotrzebowanie to dotyczy przede wszystkim migracji wahadłowej tzn. takiej, która pojawia się w okresie gospodarczej hossy i „wraca do siebie”, kiedy następuje ekonomiczna bessa. W ten sposób pracownicy-imigranci nie są obciążeniem dla systemu socjalnego i migrują w takt kapitalistycznych cykli koniunkturalnych. W takim układzie użyteczna staje się często nielegalna siła robocza, którą łatwo zmusić do wyjazdu poprzez bardziej restrykcyjne działania odpowiednich służb państwowych. Mechanizmy segregacji prawnej, społecznej i ekonomicznej zawsze służyły utrwalaniu hierarchii i nierówności społecznych w globalnych stosunkach pracy. Z jednej strony migranci stanowili rezerwową armię pracy, z drugiej strony, pozbawieni podstawowych praw, są niekiedy zdyscyplinowani do tego stopnia, że zaakceptują wzrastający poziom eksploatacji i prekarne warunki zatrudnienia. Wprowadzanie neoliberalnych „pro-integracyjnych” programów jest często nierozerwalnie związane z rozwojem niestabilnych i tymczasowych form zatrudnienia, obniżania wynagrodzeń itd. Oczywiście nierozerwalnie powiązaną kwestią pozostaje kontrola siły roboczej, zarówno na poziomie przedsiębiorstw jak i kraju, zatem zatrudnienie może być limitowane nie tylko z powodów koniunktury ekonomicznej, ale też z powodów politycznych. Taka sytuacja ma miejsce również w wielu krajach Bliskiego Wschodu. Warto przyjrzeć się sytuacji w Jordanii, kraju którego historia od wielu lat jest nieodłącznie związana z polityką kontroli nad uchodźcami osiedlonymi w tutejszych obozach. Systemy kontroli społecznej, ale również segregacji na rynku pracy w oparciu o pochodzenie, były od lat implementowane jako skuteczne narzędzie podziału pomiędzy obywatelami Jordanii i cudzoziemcami. Obecnie możemy przytoczyć chociażby sytuację Syryjczyków mieszkających w największym na Bliskim Wschodzie, oddalonym o 13 kilometrów od granicy z Syrią, obozie dla uchodźców Zaatarii Camp w Jordanii. Syryjczycy nie mogą z niego wychodzić bez uzyskania zgody. Zgoda na wyjazd z obozu do każdego innego jordańskiego miasta jest związana z koniecznością uzyskania jordańskiego sponsora, który może zagwarantować utrzymanie finansowe poza murami obozu. W obozie mieszka ponad 81 tys. zarejestrowanych osób, realnie liczba ta może być znacznie większa. Od stycznia 2012 r., z założenia tymczasowy obóz przerodził się w czwarte największe miasto Jordanii, otoczone drutem kolczastym i chronione przez jordańskie wojsko i policję. Ten pustynny teren o obszarze 13 km2 jest obecnie podzielony na 12 dzielnic, w których rozmieszczone są nieformalne sklepy, szkoły, szpitale, meczety. Przydrożne sklepy, prowadzone przez mieszkańców, powstawały wraz z biegiem lat. Działają bez systemu zezwoleń czy pozwoleń o pracę. Nieformalna gospodarka rozwinęła się w odpowiedzi na zamknięcie i izolację mieszkańców obozu. Bezpieczny trzeci kraj NATONiezależnie od położenia geograficznego, w gospodarce kapitalistycznej na poziomie zakładów pracy, w których zatrudniani są cudzoziemcy wprowadzanie podziałów ze względu na narodowość to skuteczny środek kontroli i podporządkowania pracowników poprzez szerzenie atmosfery wzajemnej niechęci i podziałów. Dobrym przykładem jest obecna sytuacja prawna Syryjczyków na terenie tzw. „trzeciego bezpiecznego kraju”. Zgodnie z oficjalnymi statystykami w Turcji przebywa obecnie ok. 2,7 mln syryjskich uchodźców, ale realnie jest ich więcej. Część ludzi przekroczyła bowiem granice bez dokumentów lub nie zarejestrowała swojego pobytu. Przebywający w Turcji Syryjczycy mają status „gości”, natomiast uzyskanie legalnej pracy jest w dużej mierze uzależnione od przyszłego pracodawcy.  Tureckie prawo pracy zobowiązuje przedsiębiorców do zatrudniania nie więcej niż 10% obcokrajowców w danym przedsiębiorstwie.  Ale właściciele fabryk nie zawsze przestrzegają tych obostrzeń. Dynamicznie zmieniające się regulacje prawne dotyczące rejestracji pobytu i otrzymania „tymczasowej ochrony” zapewnianą przez dokument zwany kartą Kimlik i specjalne numery rejestracyjne FIN 98 lub 99, stanowią znaczne udogodnienie dla szukających luk w prawie pracodawców.
Sytuacja ta ma znaczny wpływ na turecki rynek pracy. Ximena Del Carpio, współautorka raportu Banku Światowego na temat wpływu obecności Syryjczyków na turecki rynek pracy, podsumowuje, że zgodnie z empirycznymi wynikami prowadzonych przez nią badań, wzrastająca od momentu wybuchu konfliktu w 2011 r. liczba emigrantów syryjskich, która dotarła do Turcji, spowodowała wyparcie tutejszych pracowników z nieformalnego sektora rynku pracy. Inaczej  mówiąc Syryjczycy „przejęli” turecki „czarny rynek pracy”, choć duża część z nich traktuje Turcję jedynie jako kraj tranzytowy do UE. Zgodnie z przywoływanymi przez nią liczbami w sektorze tym na 6 tureckich pracowników przypada 10 Syryjczyków. Del Carpio twierdzi, że przesunięcie wystąpiło wśród wszystkich rodzajów nieformalnie zatrudnionych pracowników tureckich, niezależnie od płci, wieku czy wykształcenia, jednak dotyczyło to szczególnie miejsc pracy zajmowanych przez osoby bez formalnego wykształcenia. Zmiany zatrudnienia były adekwatne do dynamiki wynagrodzeń zaniżonych przez imigrantów: wzrost liczby uchodźców miał duży, negatywny wpływ na potencjalne dochody tureckich pracowników sektora nieformalnego, szczególnie kobiet i osób o niskim poziomie wykształcenia.
W istocie brak możliwości ubiegania się o legalną pracę przez większość przebywających na terenie Turcji uchodźców syryjskich, niezależnie od czasu przebywania na terenie tego kraju czy posiadanych umiejętności, kwalifikacji i sieci znajomości, skutkuje tym, że duża część imigrantów (zwłaszcza tych bez środków finansowych) nie ma innego wyjścia jak podejmować pracę „na czarno”, zaakceptować niskie płace oraz zastane warunki czy niesprawiedliwe zasady. Pracownicy zatrudnieni w dużych międzynarodowych firmach, zazwyczaj wyżej kwalifikowani, mogą uzyskać pozwolenie o pracę na wniosek samego pracodawcy. Wówczas procedura rejestracji i pozwolenia o pracę jest dość szybka. Niemniej jednak w stosunku do pracowników niżej wykwalifikowanych sytuacja legalnego zatrudnienia zdarza się rzadko.
     
Szybko, szybko!


Kaoa, 27-letni Syryjczyk, który pracował w Turcji, by móc zdobyć pieniądze na przyjazd do Europy, mówi w jaki sposób szefostwo fabryk wykorzystywało nieformalny status prawny Syryjczyków. „Cały czas na nas krzyczeli czabuk (szybko). Ze wszystkim musieliśmy się śpieszyć. Dodatkowo w grupie pracowników tworzyli podziały ze względu na narodowość. Szefostwo poprzez sposób funkcjonowania firmy nastawiało negatywnie do siebie pracowników syryjskich i tureckich. Takie podziały ze względu na pochodzenie były dla nich bardzo korzystne. Nie mogliśmy wspólnie walczyć o swoje prawa, walczyliśmy między sobą. Mówili, że to są Syryjczycy, więc muszą pracować szybciej i ciężej, żeby dostać pieniądze. Wykorzystywali naszą siłę tak, jak tylko mogli.”Lina, z którą rozmawiałam w Grecji, po to aby zebrać pieniądze na podróż do Europy, przepracowała prawie 3 lata w tureckim przemyśle odzieżowym. Wielokrotnie przytaczała opisy tureckich fabryk. „Właściwie prawie wszystkie fabryki tekstylne, które zatrudniają bez umowy znajdują się na przedmieściach Istambułu. Te większe i mniejsze. Jeżeli są w centrum to nie przy głównych ulicach, raczej w piwnicach, zakamarkach ulic, na podwórkach budynków, (…) w piwnicach znajdują się zakłady, maszyny do szycia i stanowiska pracowników, (…) są całe przedmieścia gdzie zatrudniani są praktycznie sami uchodźcy. (…) Dużo Syryjczyków pracuje nielegalnie. Pomimo tego, że każdy o tym wie, nikt nie chce dawać im pozwolenia na pracę. Bardzo rzadko się zdarza, że szefowie są do tego skłonni. Inaczej musieliby też podnieść stawki wynagrodzeń. Niemniej jednak są kontrole pracodawców. I właśnie dlatego największy wyzysk odbywa się w miejscach ukrytych. Czasami jest tak, że właściciele firm dogadują się z lokalną policją w ten sposób, że nikt się nie czepia. Jeżeli zapłacą za ciebie to nawet dostaniesz możliwość legalnej pracy szybciej.  Ale generalnie pracodawcy boją się zatrudniać legalnych pracowników w centrum Istambułu np. w znanych dzielnicach handlowych, bo wiedzą, że są narażeni na kontrole. Jest to dla nich duży stres. Jeżeli chcą jednak mieć tańszych pracowników, to ryzykują.”W przypadku Liny, jeden z właścicieli sklepu odzieżowego zatrudnił ją legalnie. Nic jej o tym nie mówiąc, załatwił wszystkie formalności. „Szef sam się domyślił, że nie mam pozwoleń na pracę i nie jestem w stanie ich sama uzyskać. Sam je za mnie wyrobił, nic mi o tym nie mówiąc, żebym mogła legalnie pracować.” Lina, jako młoda kobieta ostatecznie została zatrudniona na stanowisku sprzedawczyni. Płynnie posługiwała się językiem angielskim, arabskim oraz podczas pobytu w Turcji nauczyła się również języka tureckiego. Pozwoliło jej to na uzyskanie o wiele większych zarobków niż cała jej rodzina. Lina zarabiała po pierwszym miesiącach pracy w sklepie 5 tys. lir. Natomiast jej matka oraz brat, zatrudnieni w fabrykach albo jako pomoc kuchenna, mogli zarobić od 300 do 700 lir miesięcznie. Sformalizowanie i zalegalizowanie jej stosunku pracy było zależne od rodzaju jej relacji z pracodawcą. Niemniej jednak Lina wskazywała, że w tym samym sklepie, w charakterze magazynierki pracowała 8-letnia Syryjka. „Mówili, że tak jest dla niej najlepiej, bo będzie mogła kupić jedzenie. (…) Jeżeli ktokolwiek chciał pomóc jej i jej rodzinie to powinni przecież zapytać innych dorosłych z jej rodziny i im zaoferować pracę. Wiem, że przecież miała tatę i brata, ale oni woleli jej zaoferować tę pracę, bo jej zapłacą najmniej – to jest główna idea zatrudniania dzieci. Ona pracowała codziennie za jakieś 200-300 lir miesięcznie. Czasami pracowała po 12 godzin dziennie, podawała towary, przekładała, sprzątała. To też nie były zdrowe warunki dla dziecka. Powietrze w piwnicy nie było zdrowe, było tam dużo kurzu, wilgoci i pyłu.” Według Liny „Turcja na pewno nie jest bezpiecznym krajem dla uchodźców. Dużo ludzi nie znosi tam być, ze względu na sytuację polityczną, jeżeli mogą to uciekają stamtąd. Ale jeżeli nie masz pieniędzy lub dokumentów, to tam utknąłeś. Prawnie Syryjczyk, przynajmniej na początku, jest pozbawiany praw pracowniczych”.Lina większość zarobionych pieniędzy wydała na przerzucenie rodziny do Grecji. „Najpierw wysłałam moją Mamę. Zapłaciłam za przeprawę pontonem przez morze do Grecji. Później wysłałam brata i młodsze siostry. Byłam jedyną osobą, która była w stanie zebrać pieniądze na wyjazd całej rodziny. Ja zostałam na końcu.” Jednocześnie opowiada o kolejnych etapach swojej własnej podróży. „Najpierw musisz dostać się na łódkę płynącą z Turcji na greckie wyspy, ładując się w sumie do kompletnie przepełnionego pontonu. Ta podróż kosztuje ok. 600 euro. Następnie, dlatego że nie miałam syryjskich dokumentów i nie mogę ich nigdzie ponownie wyrobić, niektórzy ludzie pomogli mi przypłynąć z wysp do Aten nielegalnie. Również musiałam za to zapłacić. Jednocześnie nie miałam za sobą dużo pieniędzy. Miałam tylko tysiąc euro na podróż. Bałam się, że mogę gdzieś utknąć. (…) Później musisz radzić sobie sama, zdobyć jakieś pieniądze. (…) Decydowanie się na nielegalne przekroczenie granicy jest tu bardzo popularne. Przemytnicy wiedzą też jak złapać klienta. Rozwijane są całe strategie marketingowe na rynku przemytniczym. (...) Nie możesz dawać do zrozumienia, że są twoją jedyną szansą, bo zaczną to wykorzystywać. Często się zdarza, że ludzie którzy im ufają dają im pieniądze, a oni po prostu znikają. Kilka osób zaoferowało mi pomoc, ale zobaczymy, muszę najpierw ich sprawdzić, zobaczyć czy nie oszukały innych. Tu wszyscy wszystko wiedzą.”
W pułapce wyzysku


Duża część cudzoziemców (pochodzących z różnych krajów), którym udało się dotrzeć do Grecji już po całkowitym lub częściowym zamknięciu tzw. szlaku bałkańskiego, była zmuszona do pozostania na jej terenie. Aby uzyskać pieniądze na utrzymanie, niektóre podjęły prace w sektorze usług seksualnych. Hamid, Irańczyk, z powodu zamknięcia szlaku bałkańskiego, postanowił aplikować o azyl w Grecji. Procedura okazała się bardzo długa i aby się utrzymać był zmuszony podjąć pracę na rynku usług seksualnych w Atenach, „Wiesz co się z nami wszystkimi stało? Ci, którzy mieli pieniądze od rodzin pojechali dalej, bo mogli zapłacili przemytnikom za dokumenty i drogę. Część nie wytrzymała warunków w obozach, tego ciągłego czekania i postanowiła wrócić do domu. Część chłopaków zaczęła pracować w sex-barach. To nie jest trudne, jak ktoś zauważy, że jesteś młody i ładny oraz kilka razy widzi cię na Viktorii lub Omonii, to zaoferuje pracę. Samo tańczenie albo usługi seksualne – to zależy od tego, ile pieniędzy potrzebujesz. Niestety, często żeby wytrzymać ludzie zaczynają brać narkotyki Jak nie miałem pieniędzy, to chodziłem kilka razy tam zarobić. Teraz znalazłem pracę jako barman.”  Obecnie wiele międzynarodowych mediów skupiło się na problemie dzieci syryjskich, pracujących w tureckich fabrykach. Niewiele z artykułów przedstawiało szerszy kontekst sytuacji i warunków życia Syryjczyków w Turcji. Największe fabryki odzieży są zlokalizowane głównie na przedmieściach najbardziej zindustrializowanych miast takich jak Gaziantep, Mersin, Adana oraz Istambuł. Tureckie fabryki stanowią jeden z najważniejszych punktów w międzynarodowym łańcuchu dostaw. Swoje fabryki mają tu zlokalizowane największe międzynarodowe koncerny, m.in. Adidas, Nike, Zara, H&M, Mark & Spencer czy Mango. Po tym, jak wspominałam, na łamach kilku międzynarodowych dzienników m.in. BBC, Guardiana, Al-Jazeery, ujawniono złe warunki pracy syryjskich dzieci i dorosłych, o głos poproszono menedżerów wymienionych marek. Pytani o swoje stanowisko w tej sprawie, przedstawiciele korporacji stosują różną taktykę. Zazwyczaj twierdzili, że nic nie wiedzieli o zatrudnianiu i wykorzystywaniu Syryjczyków, ponieważ pracownicy byli zatrudnieni u podwykonawców. Jak wskazuje 17-letni Muhammad, sieć dostawców jest skomplikowana. Ten były pracownik jednej z dużych fabryk mieszczących się w Istambule, z którym udało mi się przeprowadzić wywiad, twierdził, że pracownicy często sami nie wiedzą dla jakiego koncernu pracują. „Nie wiem czy te firmy, w których pracowałem były połączone z jakimiś międzynarodowymi koncernami. W sumie mnie to nie obchodziło. Byłem tylko zwykłym pracownikiem, który przychodzi do pracy po to, żeby zdobyć pieniądze. Może ta fabryka była częścią dużego łańcuchu dostawczego, jeżeli chodzi o eksport ubrań z Turcji, ale dla mnie było to mało istotne. Pracowałem codziennie od wczesnego rana do ok. 21:00, aż nie weszła druga zmiana. Nosiłem bardzo dużo ciężkich rzeczy. Jedyne słowo, które zapamiętam do końca życia i które słyszałem najczęściej to czabuk, tzn. szybko. Używali tego słowa praktycznie bez przerwy. Krzyczeli na pracowników szybko, szybko, pracuj szybko, rób szybko! Nawet jakbyś robił coś tak szybko jak Superman to i tak zaczęliby na ciebie krzyczeć, że masz robić to szybciej. Dlatego też nikt z nas nie lubił tej pracy.” Duża część międzynarodowych koncernów posiada certyfikaty „Fair Trade” lub są członkami organizacji i instytucji poświadczających o godnych warunkach pracy pracowników oraz zachowaniu norm etycznych, takich jaki „Ethical Trade Initative”. Niemniej jednak w praktyce dochodzi do łamania podstawowych praw. W całej debacie na temat tzw. kryzysu uchodźczego w ogóle nie podnosi się tematu tego kto czerpie największe zyski z trudnej sytuacji w jakiej znaleźli się uchodźcy.
     
Ekonomiczna geografia miasta


Na tureckich ulicach widać żebrzące dzieci syryjskie, rodziny zbierające złom, dzieciaki sprzedające chusteczki lub zabawki. Wszyscy zdają sobie sprawę z wykorzystywania uchodźców jako nisko płatnej siły roboczej.
Sytuacja prawna Syryjczyków jest przede wszystkim wykorzystywana do zaniżania kosztów produkcji w tureckich fabrykach. Zatrudniani w dużej mierze nielegalnie, otrzymują znacznie niższe pensje. Przykład nierównych pensji mogą stanowić zarobki Syryjczyków zatrudnionych w tureckich fabrykach w dzielnicy Istambułu Bagiclar, gdzie Turcy zarabiają 1,5 tys. lir miesięcznie, natomiast Syryjczycy tylko 750 lir. Różnica ta w stawkach dziennych wynosi odpowiednio dla Turków 70-100 lir i Syryjczyków 30-40 lir. Średni czas pracy wynosi ok. 60 godzin tygodniowo. Nie wiemy jak duża część z 2,7 mln oficjalnie zarejestrowanych uchodźców syryjskich na terenie Turcji – z czego połowa to dzieci i młodzież poniżej 17 roku życia – pracuje. Brakuje statystyk na ten temat. Zgodnie z niektórymi szacunkami ok. 250 tys. osób pracuje nielegalnie, głównie w sektorze odzieżowym. Prawie połowa Syryjczyków, żeby polepszyć swoją sytuację twierdzi, że zaciąga długi. Około 5% deklarowało, że żebrze na ulicy. Zdecydowana większość syryjskich imigrantów (85%) mieszka poza tureckimi obozami dla uchodźców. Należy pamiętać o tym, że statystyki nie oddają pełni sytuacji – liczba uchodźców z Syrii ciągle wzrasta, część osób przekraczała granicę nielegalnie i żyje na terenie Turcji nie będąc zarejestrowana. Zgodnie z założeniami porozumienia pomiędzy UE a Turcją, osoby, które przebywały okres dłuższy niż 6 miesięcy na terenie Turcji miały nabywać prawo aplikowania o pozwolenie na pracę. Pozwolenie to umożliwiłoby  Syryjczykom otrzymywanie co najmniej  minimalnego wynagrodzenia w wysokości 379 euro. Niemniej jednak cała procedura ubiegania się o status legalnego pracownika zawiera szereg obostrzeń i barier, które w gruncie rzeczy są dla większości nie do przejścia. Pozwolenie o pracę jest zależne głównie od pracodawcy.Systemy segregacji
 
Trudne warunki życia, ograniczona możliwość korzystania z podstawowych praw oraz sytuacja na rynku pracy w Azji Mniejszej i na Bliskim Wschodzie skutkują tym, że imigranci starają się jak najszybciej przedostać do UE. Ahmad Ismat działacz społeczny, aktywista, współpracownik i tłumacz pracujący dla wielu organizacji międzynarodowych oraz osoba odpowiedzialna za kontakty z międzynarodowymi agencjami prasowymi w Turcji, skomentował w następujący sposób tzw. kryzys uchodźczy: „W 2015 r. UE była świadkiem ogromnej migracji, bo ludzie chcieli po prostu prawa do pracy i edukacji. Syryjczycy czekali 5 lat, żeby turecki rząd poprawił warunki dla Syryjczyków. Duża część ludzi idących przez szlak bałkański  w 2015 r. to ludzie, którzy najpierw uciekli do Turcji, a dopiero później do Europy. Powiedziałbym, że tysiące ludzi w 2015 r. uciekało z Turcji, a nie z Syrii”.
Rząd turecki na razie przyjął określoną strategię działania w odpowiedzi na konflikt w Syrii. Przebywający w Turcji Syryjczycy nie mogą ubiegać się o status uchodźcy, lecz mają jedynie status „gości”. Zarejestrowani obywatele Syryjscy są posiadaczami karty Kimilk, co zapewnia status „ochrony tymczasowej” wraz z dostępem do darmowej służby zdrowia. Jak mówi Koa: „Na początku przyjechałem sam do Turcji (z Aleppo), później sprowadziłem całą rodzinę. Ja i mój brat pracowaliśmy w Turcji. Pieniądze, które zarabialiśmy wystarczały by przeżyć do końca miesiąca. To było bardzo trudne. Tylko wizyty w szpitalach w nagłych przypadkach są darmowe (…). Lekarze pierwszego kontaktu są już płatni. Przedstawiciele rządu tureckiego powiedzieli też, że opieka zdrowotna dla uchodźców jest darmowa. W rzeczywistości nie do końca tak jest, musisz też płacić za recepty pełną kwotę. Jeżeli masz całą rodzinę do utrzymania, jest to prawie niemożliwe, żeby móc wszystko zapłacić – mieszkanie i jedzenie. Ja zarabiałem 1,2 tys. tureckich lir, a czynsz za mieszkanie wynosił 800 lir. Do tego, trzeba jeszcze zapłacić za wodę, prąd. No i ceny jedzenia nie są takie niskie. Na jedzenie czasami zostawało nam 200 lir. (…) To nie jest możliwe, żeby przy takich zarobkach wyjechać z Turcji. Jeżeli nie masz rodziny czy przyjaciół za granicą, którzy wyślą Tobie pieniądze, po prostu utknąłeś. (…) Jeżeli to byłoby bezpieczne miejsce dla uchodźców  [Turcja] to na pewno, nikt by nie próbował stąd cały czas uciekać. Jeżeli nie masz pieniędzy to po prostu utknąłeś w tym więzieniu, gdzie nie masz praw. Rząd Turcji bierze dużo pieniędzy od UE na programy dla uchodźców, my jakoś nie widzieliśmy rezultatów. Rząd turecki bierze również pieniądze od uchodźców, poprzez eksploatację naszej pracy, swoimi rękami jesteśmy zmuszani do wspierania tego kraju”.
 
Dodatkowy problem stanowi ograniczenie możliwości przemieszczania się Syryjczyków wewnątrz Turcji. Duża część Syryjczyków zobowiązana jest do pozostawania na terenie okręgu, w którym są zarejestrowani i w którym otrzymali kartę Kimlik. Taka forma kontroli nad Syryjczykami budzi szereg konsekwencji. Mając znacznie ograniczoną możliwość poruszania się, Syryjczycy zdani są w całości na pomoc oraz zasoby, jakie oferują im władze danego okręgu. Przywilej Rozwój gospodarek kapitalistycznych oraz liberalizacja stosunków handlowych wbrew założeniom globalizacji, mówiącym o wolnym przepływie ludzi i kapitału, kładzie duży nacisk na zaostrzenie reżimów granicznych. Reżimy te celowo miały służyć również do kategoryzowania ludzi na „obywateli” i „nie-obywateli”. Jak wskazywał Immanuel Wallerstein w swych rozważaniach nad klasowym charakterem rasizmu: „Obywatelstwo to przywilej, a przywilej jest chroniony przez wyłączenie spod niego niektórych ludzi. Wykluczenie zamiast być otwarcie klasowe, stało się narodowe tudzież kryptoklasowe” [2]. System granic oraz mechanizm kryminalizowania tzw. nielegalnych imigrantów wpisuje się w różnorodność nadawanych statusów i praw osobom migrującym, które de facto stanowią ogromną siłę napędową międzynarodowych gospodarek.
 
W krajach europejskich systematyczne wprowadzanie dość restrykcyjnej kontroli, opartej na systemie paszportowym oraz militaryzacja granic, miało miejsce dopiero po wybuchu i w następstwie I wojny światowej. Działania te były związane ze wzrostem biurokratycznej kontroli nad migracją, a także z chęcią zachowania kontroli nad siłą roboczą.Systemy wzmożonej weryfikacji danych osobowych, wzrastająca przemoc i militaryzacja granic podczas tzw. kryzysu uchodźczego w 2015 r. stanowiły tego ilustrację. Również szafowanie pojęciem kryzysu uchodźczego, umożliwiło dyscyplinowanie i segregację osób przemierzających szlak bałkański.
 
Kontrola oraz podporządkowanie migrantów rządom i kapitałowi są powodowane obawami przed skutecznym dochodzeniem przez nich swoich praw pracowniczych, socjalnych i obywatelskich oraz buntami społecznymi. Często ruch migracyjny stanowi jedną z największych sił protestów pracowniczych. Uchodźcy nie są bowiem tylko biernymi ofiarami, lecz zdeterminowanymi ludźmi zdolnymi walczyć o swoje prawa. Władze poszczególnych państw wydają się mieć tego świadomość.  I właśnie z powodu obaw, że mogą pojawić się żądania równego traktowania, europejskie państwa narzucają szereg restrykcji, mających na celu utrzymanie cudzoziemców pod kontrolą, co daje możliwość szybkiej i skutecznej pacyfikacji potencjalnego niezadowolenia.

Katarzyna Czarnota

Przypisy:[1]United Nation Human Rights Office of the High Commissioner http://www.ohchr.org/EN/NewsEvents/Pages/DisplayNews.aspx?NewsID=16344.
[2] Wallerstein I., Utopistyka. Alternatywy historyczne dla XXI wieku, Bractwo Trojka, Poznań 2008, s. 44.
 Tekst ukazała się piśmie Le Monde Diplomatique 01/131  (styczeń 2017)

26 stycznia 2017 | Dział: Publicystyka

Więzienie stało się jednym z głównych narzędzi zarządzania ludnością migrującą w Europie i poza nią w latach 90. – zjawisko to szło w parze z globalizującym neoliberalizmem tamtego czasu. Pierwszy obóz więzienny zbudowano w Polsce w początkowych latach wolnorynkowej przemiany ustrojowej, w 1996 r. w Lesznowoli; do roku 2008 r. zarządzała nim policja, potem przejęła go straż graniczna. Resztę systemu obozów więziennych wprowadzano jako elementy polityki bezpieczeństwa granic, której przyjęcie stanowiło warunek wstępny wejścia do strefy Schengen w 2008 r. Wzdłuż nowej wschodniej granicy zewnętrznej otwarto na początku 2008 r. cztery obozy w przygotowaniu do akcesu Schengen: tj. obozy w Białej Podlaskiej, Białymstoku, Kętrzynie i Przemyślu. Obóz w Krośnie Odrzańskim, położony przy granicy zachodniej – z Niemcami, założono w 2009 r.
Twierdza Europa
W ciągu ostatniej dekady władze UE dokładały starań w celu usunięcia granic wewnętrznych między krajami członkowskimi na rzecz umocnienia zbiorczej granicy zewnętrznej. Zmieniło to kontynent w formację, którą środowiska lewicowe nazwały „Twierdzą Europa”. Kiedy Polska, Węgry, Słowacja, Litwa, Łotwa i Estonia weszły do Unii w 2004 r., a następnie do strefy Schengen w 2008 r., granica zewnętrzna przesunęła się na wschód, a zaszczyt pilnowania jej przypadł w efekcie władzom wymienionych państw. Wśród nowych krajów strefy Schengen Polska otrzymała być może największe „wyróżnienie”, jako że władze UE wybrały Warszawę na główną siedzibę agencji Frontex, która odpowiada za koordynowanie czynności ogólnoeuropejskiej straży granicznej chroniącej granicę Twierdzy Europa.
Zbudowanie układu obozów więziennych stało się elementem o zasadniczym znaczeniu w nowo przyjętej przez Polskę europejskiej polityce bezpieczeństwa granic. Kluczowe dla tej polityki są regulacje tzw. Dublin II z 2003 r. (od czerwca 2013 r. – Dublin III) zmuszające migrantów do pozostania w kraju, w którym dostali się na teren UE. W praktyce oznacza to, że migranci, którzy zostawią po sobie jakikolwiek ślad (typu: odciski palców, wypełniony formularz, zarejestrowanie przez straż graniczną, wiza) w kraju takim, jak Polska, muszą tu zostać i nie wolno im się przenieść do innych państw Unii. Główną konsekwencją przepisów z Dublina jest to, że deportacje między państwami członkowskimi przekształciły się w mechanizm systemowy. Migranci, których złapie się na łamaniu dublińskich ustaleń, deportowani są do swoich „pierwszych krajów”, gdzie zmusza się ich zwykle do odsiedzenia kary w obozie więziennym. Wielu spośród migrantów więzionych w polskich obozach trafiło tam właśnie przez te przepisy – tak stało się w przypadku Ekateriny Lemondżawy.
Rodzina za kratami
W Europie i krajach śródziemnomorskich istnieje 421 oficjalnych obozów więziennych. Dostępność statystyk dotyczących tych obozów i ludności w nich osadzonej zależy od siły ruchów oddolnych, które potrafią swoimi żądaniami spowodować publiczne udostępnienie tych informacji. Według wyliczeń grup oddolnych każdego roku na terenie UE przetrzymuje się blisko 600 tys. migrantów. W części państw obozami więziennymi dla migrantów, podobnie jak zakładami karnymi, zarządzają prywatne firmy i korporacje. W Wielkiej Brytanii na przykład trzy obozy więzienne prowadzi firma ochroniarska G4S.
W Polsce wszystkie siedem obozów pozostaje w gestii straży granicznej. SG nie ma obowiązku upubliczniać informacji statystycznych dot. więźniów, jednak wskutek strajku z 2012 roku organizacjom pozarządowym zezwolono na wgląd w te dane – pojedynczo, obóz po obozie – w 2012 r. i 2014 r. Według ostatnich statystyk (dane z 2013 r.), w obozach więziennych umieszczono tamtego roku łącznie 1 738 osób. W momencie wizytacji NGOsów w obozach w styczniu i lutym 2014 r. osadzonych było 347 osób, w tym 61 proc. mężczyzn (213 osób), 14 proc. kobiet (50 osób) i 24 proc. małoletnich (84 dzieci). Obozy w Kętrzynie, Białej Podlaskiej i Przemyślu mają oddziały dla kobiet i nieletnich; pozostałe obozy są wyłącznie dla mężczyzn. Niemal połowa osadzonych w obozach (w 2013 r.) przyjechała z Rosji – 49 proc.
Niepotrzebni nieprzestępcy
W kategoriach prawnych więzienie migrantów stanowi tzw. detencję administracyjną, czyli środek nadzorowania miejsca pobytu przed deportacją. Więzienie migrantów nie jest środkiem karnym, ponieważ nie zostało popełnione przestępstwo. Przekroczenie granicy bez dokumentów według wszystkich regulacji prawnych – polskich, europejskich i międzynarodowych – jest zaledwie wykroczeniem administracyjnym. Nie jest to czyn przestępczy (co oznacza, że termin „nielegalni migranci” nie ma podstawy prawnej). W Polsce najwyższy wyrok to trzy miesiące, ale SG może wnioskować o przedłużenie tego okresu aż do maksymalnego czasu pozbawienia wolności (oficjalnie nazywanego „pobytem”) – 18 miesięcy.
Skoro migracja to nie zbrodnia, to czemu więzienie? Więzienie funkcjonuje na zasadzie środka dyscyplinującego, kary za złamanie ustroju granicznego. Osoby chcące wykorzystać możliwości, jakie daje migracja (takie jak bezpieczeństwo, lepsze warunki życiowe i warunki pracy), wytwarzają napięcia w obrębie europejskiego terytorium. Kontrolowaniu migrantów i zarządzaniu nimi – czyli przyszłymi pracownikami, lokatorami, studentami, chorymi i beneficjentami świadczeń socjalnych m.in. – przyświeca ideologia wolnego rynku. Z jednej strony logika ta wspiera migracje korzystne dla sprawy zysku i zgodne z organizacją produkcji w danym rejonie, z drugiej zaś – przeciwstawia się aspiracjom milionów migrantów wewnętrznych i zewnętrznych (również uchodźców). Zorientowana rynkowo polityka migracyjna odpowiednio dobiera migrantów „użytecznych” i „produktywnych” – i tym daje prawo pozostania. Resztę uznaje za zbyt wysoką nadwyżkę siły roboczej i utrudnia jej swobodne przemieszczanie się.
Więzienia zwykłych ludzi
Obozy więzienne dla obcokrajowców, podobnie jak więzienia, oficjalnie przedstawiane są jako jeden z filarów bezpieczeństwa. Stanowią jednak także kluczową część systemu opartego na radykalnej nierówności. Kapitalizm broni się, kryminalizując biedę. Dlatego chociaż Amerykanie również dopuszczają się wykroczeń administracyjnych, gdy przedłużą pobyt w Europie ponad trzymiesięczną wizę, jest rzeczą niesłychaną znaleźć obywatela USA w europejskim obozie więziennym. Więźniami tych obozów nie są także szejkowie i inne elity światowych peryferiów, jakkolwiek wiele z nich zasłużyło na najcięższe kary. Za kraty europejskich obozów więziennych trafiają więc z zasady ludzie wywłaszczeni z najróżniejszych dóbr. Te same nierówności odzwierciedla kondycja każdego systemu więziennego. W Polsce najpowszechniejsze przestępstwa popełniane przez więźniów zakładów karnych w 2014 r. to czyny charakterystyczne dla biedy i „szeregowych gangsterów” – zwykłe kradzieże, kradzieże z włamaniem, rozboje i inne przestępstwa wobec mienia. Dla porównania, za przestępstwa przeciw obrotowi gospodarczemu w tym samym roku osadzono tylko 152 osoby (na ponad 70 tys. więźniów ogółem). Byli i obecni więźniowie sami stanowią świadectwo tego, że przeważająca większość osadzonych w polskich zakładach karnych wywodzi się z klasy robotniczej.
Im większe przestępstwo, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że pójdzie się za nie do więzienia. Dla elity „świat bez granic” jest codziennością – jej pragnień i chciwości nie ograniczają żadne mury, kraty ani granice. Jego ofiara – Ekaterina Lemondżawa – musiała zaś wielokrotnie udowadniać polskiej straży granicznej, że nie kryje w majtkach zagrożenia dla bezpieczeństwa naszego kraju. Instytucje karne, jak więzienia i obozy więzienne dla migrantów, a także wszystkie zasieki Twierdzy Europy stanowią więc przede wszystkim narzędzie kryminalizacji ubogich i utrzymania przywilejów najbogatszych – stanowi to oczywiście mocny argument za ich zniesieniem. Nie da się jednak ich znieść bez jednoczesnego zniesienia nierówności społecznych, które są podstawowym zapleczem elit.

Maria Burza
Kolektyw Syrena
Warszawa, październik 2016

Cały tekst ze źródłami stanowi posłowie do książki
„Nr 56. Pamiętaj, nazywam się Ekaterina”

Fragment opublikowany w anarchistycznej gazecie ulicznej A-TAK nr 4

22 grudnia 2016 | Dział: Publicystyka

Przez lata horror był traktowany jako rozrywka lub diagnoza społeczna. Anarchiści mają do horroru stosunek inny niż liberałowie czy konserwatyści. Traktują oni cały arsenał jego środków wyrazu nie tylko jako sposób interpretacji rzeczywistości, ale jako wezwanie do społecznej zmiany.
Kino jako takie, a już zwłaszcza kino popularne, gatunkowe, niezbyt dobrze kojarzyło się anarchistom początku XX w. Uważali oni, że odciąga ono masy od walki klasowej, a krytyczną debatę zastępuje łatwą rozrywką. Krytyka kultury popularnej szła w parze z analizą jej roli w działaniach aparatu represji. Policja i rządy wykorzystywały środki techniczne dawane przez kinematografię, by z jednej strony formatować ideologiczny przekaz, a z drugiej – by zdobywać dowody na „nielegalną” działalność anarchistów. Zresztą, choć z różnym nasileniem, dzieje się tak do dziś. A co jeśli przejmiemy piaskownice i zabawki, a zdobyte środki użyjemy do wzmocnienia walki klasowej?
Anarchiści i propaganda
Propaganda idei to ważna część składowa działalności anarchistycznej. Nie przypadkiem wizerunek anarchistki mówiącej przez tubę stał się znakiem rozpoznawczym Instytutu Jeana Vigo, reżysera – anarchisty o którym mogliście przeczytać w poprzednich numerach „A – taku”. Tuba jest tu oczywiście metaforą. Chodzi o przekaźnik, który jednak sam w sobie nie jest przekazem (choć – jako symbol – może nim się stać). Propaganda w rozumieniu anarchistycznym to nie tylko słowa i obrazy, ale przede wszystkim czyny. Istotą anarchizmu jest bowiem akcja bezpośrednia, która jednak bez komponentu społecznego traci swój emancypacyjny charakter. Zamienia się w apologię gwałtu i przemocy, a więc de facto w przeciwieństwo anarchizmu.
Zmiana społeczna a radykalne obrazowanie
Dla zrozumienia anarchistycznego spojrzenia na horror (a także jego krwawą, kontrkulturową odmianę – gore) kluczowy jest słynny manifest Jeana Vigo „W stronę kina społecznego”, wygłoszony podczas drugiego pokazu „Psa Andaluzyjskiego”, arcydzieła surrealnej kultury szoku. Sami surrealiści, choć prowokowali, mimo wszystko uwzględniali aspekt społeczny, choć rozumieli go często na sposób artystyczny. Kościół czy państwo były wrogami wolności, rozumianej często dość ogólnie. Jean Vigo nie do końca akceptował zarówno sam prosty efekt szoku dla szoku, jak i koncepcję rozrywki dla rozrywki. „Kamera, mimo wszystko, nie jest pompą do tworzenia próżni” – pisał w 1930 roku – „Dążyć do kina społecznego to dążyć do gwarantowania kina, które porusza prowokacyjne tematy, które tną ciało”. Vigo był zafascynowany gwałtownymi, strasznymi obrazami z filmu Buñuela  i Dalego, jednak był to dla niego punkt wyjścia. Oczywiście, mieszczańska publiczność była zbulwersowana, i słusznie, jednak wnioski z tego faktu nie wyszły poza samozadowolenie i awangardowy eksperyment. Francuski reżyser chciał jednak traktować kino poważnie, jako wspomnianą tubę, nie odrzucając jednak zdobyczy eksperymentalnego horroru jakim to mianem często określa się „Psa Andaluzyjskiego” oraz tak bliskiej sercu anarchisty koncepcji akcji bezpośredniej. Jego debiut, „A propos Nicei” (1930), to materializacja tych idei: wyjście w miasto, filmowanie z zaskoczenia, z różnych perspektyw, bez hierarchii, ale z konkretnym założeniem: „A cel zostanie osiągnięty, jeśli uda się odsłonić ukrytą w geście przyczynę, piękno czy karykaturę wybrane losowo z banalnej osoby, jeśli uda się ujawnić ducha zbiorowości przez jeden z jej czysto fizycznych przejawów. A wszystko to z taką siłą, że od teraz na świecie, my, obojętni, zostaniemy postawieni, na przekór sobie, poza jego zewnętrznymi pozorami. Dokument społeczny powinien otworzyć oczy”. Ta koncepcja, jak wiele innych anarchistycznych pomysłów, nie została podchwycona od razu, ale jej echa można odnaleźć choć w stylizowanych na reportaże horrorach „amerykańskiej krwawej fali” z połowy lat 70.
Anarchistyczna mitologia
Mit, rozumiany zarówno szeroko (jako każdy element znaczący), jak i wąsko (jako opowieść niosąca historyczny sens), jest obecny w anarchizmie od samych jego początków. Jest ważnym składnikiem tak propagandy, jak i analizy rzeczywistości, wreszcie – bywa katalizatorem do akcji bezpośredniej. W filmach Jeana Vigo mit jest immanentną cechą obserwowanej rzeczywistości. Z anarchistycznego punktu widzenia wszystko jest polityczne, a więc anarchistyczna mitologia jest immanentnym składnikiem świata, w którym żyjemy. Każda ludzka aktywność to rodzaj upodmiotowienia, a w tym sensie działanie jako takie ma już charakter prospołeczny i protopolityczny. W głośnej „Pale ze sprawowania” śpiący nauczyciel zostaje wzięty za trupa, który na dodatek budzi się do życia, zapowiadając zagładę starego porządku. Akcję bezpośrednią podejmują tu uczniowie, dojrzewający do buntu, wreszcie malujący tupie czaszki na czarnych banderach i ogłaszający rebelię. To opowieść uniwersalna, a jednocześnie konkretna. Bez trudu odnajdziemy tu odniesienia do anarchistycznego pedagoga Francisco Ferrera, a w intuicyjnych postulatach uczniów – anarchizm znany z banerów czy plakatów. Lęk przed upodmiotowieniem jednostek i mas towarzyszy każdej władzy.  O tym w gruncie rzeczy opowiadają wszystkie filmy Jeana Vigo, a przekaz ten – daleki od liberalnego „dawania wędki” – jest w istocie bliski emancypacyjnej logice horroru.
Pułapka interpretacyjna
Horror i gore bywają traktowane jako rodzaj pułapki interpretacyjnej. Pod pozorem rozwiązania ważnych problemów oferują koniec końców jedynie mniej lub bardziej straszne czy przerażające katharsis. W tym ujęciu horror nie ma prawa wyjść poza rozrywkę, kino eksploatacji, względnie – rodzaj metafory. To właśnie owa „pompa do tworzenia próżni”. Takie ujęcie horroru i gore to dalekie echo klasycznego tekstu Luiggiego Fabbriego „Burżuazyjne wpływy na anarchizm”. Pod tym nieco pretensjonalnym tytułem kryje się kluczowa dla tego tematu analiza wpływu anarchizmu na literaturę, na temat wyrażania buntu poprzez przemoc, oraz wpływ jaki te akty wywierają na anarchizm. Główna teza Fabbriego jest rodzajem oskarżenia: to burżuazyjna kultura stworzyła klimat dla terroru i przemocy. „Wśród burżuazji odnajdziecie więcej zrozumienia dla mordercy, który odbiera życie z ludzkiej społeczności, niż złodzieja, który, na podstawie ostatnich analiz, nie zabiera nic z żywego dziedzictwa ludzkości, lecz tylko zmienia miejsce i stan posiadania rzeczy.” – zauważa włoski anarchista. W rezultacie takiej deformacji anarchizmu, za anarchię biorą swe czyny pospolici przestępcy. Zdaniem Fabbriego anarchizm sprowadzony do ślepego terroru jest rodzajem burżuazyjnej sztuki dla sztuki, szoku dla szoku, a brak komponentu społecznego ma dalekosiężne skutki. Ten lęk przed zastąpieniem myśli i praktyki emancypacyjnej przez militaryzm i nacjonalistyczną przemoc jest aktualny także i dziś.
Przejmujemy piaskownicę!
Czy jednak burżuazyjna kultura ma monopol na horror? Anarchiści przez ostatnie kilkadziesiąt lat udowodnili, że nie! Jedna z ikon horroru filmowego, słynny Knock z „Nosferatu – symfonii grozy” Murnaua, Aleksander Granach to dobry przykład. Anarchista z przekonań, piekarz z zawodu, zarobione pieniądze przeznaczał na obronę prawną sądzonych anarchistów oraz pomoc ofiarom faszyzmu i stalinizmu. Z kolei współcześni aktywiści w swej propagandzie wprost odwołują się do strachu, przerażenia oraz ogólnie rozumianej estetyki horroru. Są więc nawiązania do kanibalizmu („Nie starcza do pierwszego? Zjedz bogatego!”), ekspresjonistyczne światłocienie mrocznych zamków i transnarodowych wampirów, wreszcie – nawiązania do krwawej historii. Jednak drastyczny komponent akcji w rodzaj poznańskiego „wieszania elit” ma charakter symboliczny. Realna jest za to – przypominają anarchiści – codzienna przemoc władzy oraz kapitału. To ona jest potworna i należy stawić jej opór. W anarchistycznej perspektywie horror jest zatem wezwaniem do społecznej rewolucji.  
Krzysztof Kołacki

Tekst ukazał się w anarchistycznej gazecie ulicznej  A-TAK nr 4

04 grudnia 2016 | Dział: Publicystyka

Na wstępie należy zaznaczyć, że największym nieszczęściem jest, że taka książka musiała zostać napisana. A musiał zostać napisana, ponieważ zamordowano Jolantę Brzeską, ponieważ tak wiele osób zostało eksmitowanych, pozbawionych prawa do dachu nad głową, wyzbytych z godności, ponieważ tak często zamiast realnej pomocy w obliczu kryzysu mieszkaniowego ludzie muszą wysłuchiwać pustych komunałów polityków i steku nic niewartych obietnic.

Autorzy rozpoczynają od tego, co tak mocno odbiło się na nich samych i współtworzonych przez nich ruchu lokatorskim. Jest 1 marca 2011 roku ostatni dzień, w którym widzianą żywą Jolantę Brzeską. W książce możemy dowiedzieć się wszystkiego, co wiadomo o jej ostatnich godzinach życia i koszmarnej śmierci. Jej zwęglone ciało znaleziono następnego dnia w Lasku Kabackim. Zgodnie z przyjętą przez policję hipotezą było to … samobójstwo. W tak absurdalną tezę trudno uwierzyć, dlatego tak wnikliwie przedstawia się czytelnikowi samą postać Pani Jolanty. Kobiety, która została zmuszona przez okoliczności, by walczyć o swój dom, o swoją godność, prawo do bycia podmiotem, a nie przedmiotem w procesie tzw. reprywatyzacji. Brzeska była jedną, z wielu osób, które miały stać się ofiarami osób zajmujących się skupywaniem roszczeń, a następnie „odzyskiwaniem” kamienic. Słowo „odzyskiwanie” musi być tu ujęte w cudzysłowie, gdyż, jak bardzo wnikliwie wyjaśniają w książce autorzy, reprywatyzacja to proceder, który nie ma wiele wspólnego przekazywaniem prawowitym właścicielem ich znacjonalizowanego mienia. „Po 1989 roku w Polsce sentymentalizm historyczny wręcz eksplodował, bezkrytyczna gloryfikacja II Rzeczpospolitej po latach dała efekt w postaci przyzwolenia przez większość polskiego społeczeństwa na dziką reprywatyzację traktowaną bezrefleksyjnie w kategoriach wyrównywania historycznych „krzywd”. Zwrot dawnym właścicielom i ich spadkobiercom pałaców, kamienic, gruntów czy fabryk miał przywrócić sprawiedliwość, odwieczny ład i porządek. Tyle, że jeśli ktoś ma zyskać, to inny musi stracić”.Brzeska nie była wiecowym mówcą, ale wyróżniała się uporem i determinacją, wśród organizujących się lokatorów, zaangażowanych w walkę z dotykającą ich niesprawiedliwością. Nigdy nie opuszczała kolejnych spotkań organizacji lokatorskich, uczestniczyła w ulicznych protestach i tych, które odbywały się na sesjach Rady Miasta. Wiele wskazuje, że właśnie jej upór i determinacja, skłoniły kogoś, by nastać na jej życie, możliwe, że chciano ją tylko zastraszyć, ale coś poszło nie tak, komuś puściły nerwy i posunął się do ostateczności. Autorzy starają się przedstawić wszelkie możliwe tropy i ślady związane z tragiczną śmiercią, głównie, dlatego, że o tak rzetelnej analizie różnych hipotez zapomniała policja i prokuratura. Organy ścigania wykazały się niedbalstwem i przyjęły wersję o samobójczej śmierci, najmniej prawdopodobną, ale najwyraźniej najwygodniejszą. Obecnie pojawiła się nadzieja związana z decyzją o wznowieniu śledztwa w sprawie śmierci Jolanty Brzeskiej, czas pokaże, czy przyniesie ono spodziewane rezultaty.wszystkich-nas-nie-spalicie-b-iext44557229Tragedia warszawskiej działaczki ruchu lokatorskiego stanowi dla autorów również preludium do bardziej szczegółowego omówienia losów innych pokrzywdzonych mieszkańców zasobów lokalowych miasta. W istocie, bowiem postępowanie władz miasta, jak i specjalistów od „czyszczenia kamienic” świadczy o tym, że często, wieloletni mieszkańcy stołecznych kamienic, są jedynie pewnym mało znaczącym elementem owego zasobu. Na własne nieszczęście nie przedstawia „istotnej wartości”, więc można ich razem z owym zasobem „sprzedawać” czy raczej „oddawać” w ramach procesu reprywatyzacji. Dokładnie omawiana jest cała metodyka owego procesu, łącznie z najbardziej znanymi jej beneficjentami, urzędnikami, którzy ów proceder ułatwiają, i prawnikami, którzy nadają mu pozory legalności czy też „dziejowej sprawiedliwości”. W istocie jednak mamy do czynienia z działaniem, które nie tylko krzywdzi obecnych mieszkańców i nie prowadzi, do jakiegokolwiek naprawienia krzywd, a jedynie generuje kolejne. Na podstawie często wątpliwych, nieweryfikowalnych informacji, lub weryfikowanych w sposób pobieżny miasto pozbywa się całych kamienic razem z lokatorami. Skazuje ich tym samym na łaskę właścicieli-spekulantów, którzy chcą się ich pozbyć wszelkimi sposobami, poczynając oczywiście od wielokrotnego podnoszenia czynszu, a nierzadko posuwając się również do gróźb i szykan. W książce możemy szczegółowo poznać historię przynajmniej kilku kamienic i walki ich mieszkańców. Jak z goryczą przyznają autorzy, ta walka rzadko przyciąga uwagę mediów i opinii publicznej, kiedy sami lokatorzy przedstawiają szczegóły swojej gehenny, wielu nie dowierza, że taki rzeczy mogą dziać się w „państwie prawa”. A gehenna lokatorska trwa od lat i odbywa się przy współudziale miejskich radnych i urzędników. Nie tylko lekceważą oni sprawy lokatorów, ale też owocnie ułatwiają nowym kamienicznikom ich działania. Owo przyzwolenie, jak wykazała, niedawna afera z reprywatyzacją działki przy ulicy Chmielnej 70, najwyraźniej ma swoją cenę i pozwala sowicie „dorobić sobie” do urzędniczej pensji. Pozostaje jednak cały czas otwarte pytanie, czy ten kolejny przykład „reprywatyzacji” wreszcie zmusi decydentów do uregulowania tej kwestii. W tym miejscu również czytelnik jest wnikliwie zapoznawany z tym, jakie były już podejmowane wysiłki związane z wprowadzeniem owych regulacji i jak niewiele na razie zostało w tej sprawie zrobione. A zastany stan pozwala na działania „czyścicieli kamienic” i skupujących kolejne kamienice spekulantów nie tylko w Warszawie, ale również w inny miastach. Poznajemy, więc przykłady działań wymierzonych w lokatorów poznańskiej kamienicy przy ulicy Stolarskiej, a także z Łodzi i Krakowa.Lokatorzy nie mogąc liczyć na wsparcie urzędników i władz, muszą się organizować samodzielnie, często uczyć się na własnych błędach, wnikliwie studiując prawo, poznając mechanizmy rządzące mediami, by umieć zainteresować opinię publiczną swoim losem. Bez względu na wszelkie przeszkody, ta żmudna walka uczy lokatorów pomocy wzajemnej i solidarności, przynosi drobne zwycięstwa i rodzi nadzieję. Jolanta Brzeska zginęła walcząc… i właśnie dalsza walka o sprawiedliwość jest najlepszym hołdem dla pamięci o niej.

Piotr Ciszewski,Robert Nowak "Wszystkich nas nie spalicie" - wydawnictwo Trzecia Strona, 2016 r.

 

Łukasz Weber

źródło: www.rozbrat.org

30 listopada 2016 | Dział: Publicystyka

Temat więziennego systemu kastowego jest często podnoszony przez media w ostatnich czasach, często jest też dyskutowany w połączeniu z więźniami politycznymi. Jednak prawie wszystkie osoby, które piszą na ten temat, wiedzą o tym z historii byłych więźniów albo używają popularnych stereotypów społecznych. W rezultacie pojawia się wiele błędów i fałszywych wyobrażeń.

Celem tego artykułu jest naświetlenie niektórych aspektów tego złożonego i wieloaspektowego zjawiska nieformalnej hierarchii w białoruskich więzieniach.

 

Mikołaj Dziadok

27-letni aktywista ruchu anarchistycznego. Urodzony w mieście Bragin, w obwodzie homelskim. Jest absolwentem Wydziału Prawa Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego, pracował jako kurator prawny w Centralnym Sądzie w Mińsku i doradca prawny w prywatnej firmie. W 2009 rozpoczął specjalizację w Naukach Politycznych i Studiach Europejskich na Europejskim Uniwersytecie Humanistycznym (w Wilnie). We wrześniu 2011 został zatrzymany w Mińsku pod zarzutem ataku na ambasadę Rosji. Został skazany na 4 i pół roku więzienia za udział w akcjach protestacyjnych koło Sztabu Generalnego, Domu Unii Gospodarczych i kasyna Shangri-La, w „procesie anarchistów”. 3 miesiące przed zakończeniem wyroku został skazany na kolejny rok uwięzienia z Art. 411Kodeksu Kryminalnego (intencjonalne nieposłuszeństwo wobec administracji więziennej). Został zwolniony 22 sierpnia 2015 na podstawie prezydenckiego dekretu o „Prezydenckim ułaskawieniu” (nie napisał petycji o ułaskawienie, chociaż było mu to wielokrotnie oferowane). Obecnie jest studentem pierwszego roku na Europejskim Uniwersytecie Humanistycznym w specjalizacji światowa polityka i ekonomia.

Istnieją prace naukowe w tym temacie. I oczywiście nie mam aspiracji, aby całe to zjawisko w jego złożoności opisać w tym jednym artykule. Opisywać będę głównie jedną kastę więzienną, której istnienie charakteryzuje system jako całość, oraz której świadomość jest krytycznie ważna dla każdego upadającego więźnia w Białorusi, zwłaszcza dla więźniów politycznych. Chodzi o tak zwanych „pethuki” („kogutów”) (również „cwel”, „pederasta”, „grzebień” itd.)

Tak więc z tego tekstu dowiesz się:

– jak „cwele” pojawili się w więzieniach;

– w jaki sposób zostajesz „cwelem”;

– jakie są warunki życia tych osób w aresztach i więzieniach;

– jakie funkcje wykonują w więzieniach;

– dlaczego istnienie tej kasty jest istotne dla administracji zakładów karnych.

Part 1. Blatnoy (złodziejski), muzhik (chłop), kozel (kozioł) i petukhi(kogut)
Jak powstała kasta „pethuki”»

Zacznijmy od podłoża historycznego. Tak zwana kasta “Petukhi” jest tradycyjnie kojarzona z homoseksualizmem. Jeśli patrzymy na to z tego punktu widzenia wszystko jest proste: homoseksualność w więzieniach zawsze istniała, również w więzieniach carskich i w gułagach. Ze względu na ogromnie maczystowską i homofobiczną naturę kodu więziennego (“ponyatiya“) i więziennej subkultury, staje się to bardzo jasne, dlaczego osoba homoseksualna w więzieniu automatycznie ląduje w kaście „cweli”. Maczyzm charakteryzuje nienawiść do wszystkich kobiet, uznanie kobiet za podludzi, którzy nie mają prawa do swojej własnej woli. To podejście przenosi się też na osoby homoseksualne.

Ale „cwele” tylko w małym stopniu składają się z osób homoseksualnych. W większości kastę tworzą osoby, które złamały nieformalny kodeks więzienny –”ponyatiya“. Warto zauważyć, że kasta “petukhi” z określonymi regułami wejścia do niej i wyjścia z niej (czy raczej niemożliwości wyjścia) pojawiła się dość niedawno. Zgodnie ze znanymi mi źródłami, nie była częścią więzień carskich ani gułagów. Pojawienie się kasty niedotykalnych (co dotyczy również osób homoseksualnych) wiąże się z późnym okresem sowieckim.
Niektóre badaczki i badacze uważają, że pojawienie się kasty więźniów, których nie wolno dotykać rękami, jest reakcją złodziejskiego świata, który chciał się ocalić, na „bitch wars”. Złodzieje musieli wymyślić alternatywną do morderstwa karę dla winnych.

Inne i inni piszą, że była to reakcja na przeludnienie w ośrodkach zamkniętych: w sytuacji przeludnienia i bycia na widoku pozostałych skazanych 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, najbardziej skuteczną i trudną formą kary było całkowite lekceważenie i ostracyzm, ekstremalne formy ignorowania.

O “masti” (kastach) – podsumowanie

Historycznie w świecie przestępczym istniały tylko 3 “masti” (kasty albo style życia): złodziej
vor“, chłop “muzhik“, kogut “petukh“. W tej hierarchii możesz upaść od najwyższego (vor) do najniższego (petukh). Ale nie możesz wspiąć się po drabinie kastowej. We współczesnej subkulturze kryminalnej w Białorusi więźniowie podzieleni są na nieco odmienne kasty, mianowicie: kryminalną blatnoy“, chłopską “muzhik“, osłów “kozel“, kogutów “petukh“.

Blatnoy to profesjonalny przestępca, który poza więzieniem utrzymuje się z biznesu kryminalnego. Jego misją jest promowanie „ideałów złodziejskich” gdziekolwiek jest, otwieranie „tylnych drzwi” (korumpowanie administracji więziennej), przenoszenie życia więźniów spod oficjalnych zasad pod kodeks złodziejski (“ponyatiya“), itd.

Zgodnie z “ponyatiya“, tylko oni maja prawo zaklasyfikować więźnia jako cwela. Jednak ze względu na to, że nie wszystkie białoruskie kolonie mają złodziei („ruch złodziejski” w Białorusi jest w stanie rozkładu), ta zasada nie zawsze jest przestrzegana, dlatego jako cwela może zakwalifikować każdy: oficer na służbie, “kozel” a czasem w wyniku zbiorowej decyzji “muzhik“.

Muzhik jest największą grupą w więzieniach. „Muzhik” nie jest wścibski, pracuje, nie interesuje się niczym, poza tym, jak wyjść na zwolnieniu warunkowym. Znajduje się między różnymi siłami wydającymi rozkazy: złodziei (jeśli jacyś są), kozelów i administracji więziennej.

Kozel (aktywista) jest więźniem, który otwarcie współpracuje z administracją. To zazwyczaj skazany z długim wyrokiem. Administracja daje mu obowiązki i pewną władzę nad innymi więźniami. Jak duża jest ta władza zależy od stopnia lenistwa oficerów więziennych. Znam przypadki, w których “kozely” spisywali naruszenia innych więźniów, a administracja tylko je podpisywała.

Często “kozel” ma prawo bić innych więźniów, aby zachować ich subordynację. I oczywiście oficjalnym obowiązkiem “kozela” jest donoszenie na innych więźniów. Na przykład w IK-17 (Shklov) (IK – kolonia karna) jeden z więźniów określił to bez ogródek: „Gliny kazały mi mieć cię na oku”. Co najmniej dwóch innych nie ujawniło się, ale wykonywało swoją pracę bardzo aktywnie.

W przypadku mojej sprawy dyscyplinarnej, która doprowadziła mnie do izolatki (“krytaya” — zamknięty), decyzja została podjęta na podstawie spisanego świadectwa, stworzonego przez mojego współlokatora, który szczegółowo opisał, w jaki sposób pojawiłem się w baraku, jak się zachowywałem, z kim się kłóciłem, na jakie tematy dyskutowałem itd.

Jest pewien szczegół

Omawiając kastę „petukhów” musimy odnotować, że istnieje jeszcze jedna spokrewniona „kasta” – tak zwani „odizolowani do klaryfikacji”, ci, którzy są „na kruzhke” (na kubku).

Wygląda to na przykład tak: jest podejrzenie, że ktoś miał stosunki homoseksualne na zewnątrz, ale nie ma wystarczających dowodów, są tylko pogłoski. W takim wypadku dopóki nie nastąpi potwierdzenie albo zdementowanie tego oskarżenia, osoba znajduje się “na kruzhke“: je oddzielnie od reszty i używa tylko własnych naczyń (stąd określenie – „oddzielnie na kubku”)

Osoba może spędzić lata z tym statusem, dopóki “blatnoy” (“kozel” albo oficer więzienny – zależnie od sytuacji w więzieniu) nie potwierdzi oskarżeń, np. przenosząc go kompletnie do kasty “petukhów“, lub zdementuje je, np. przenosząc go oficjalnie do kasty “muzhików”.

Pozycja osoby “na kruzhke” jest bardzo zbliżona do pozycji “petukha” ale nie jest mu równa. Nie może pić herbaty z innymi więźniami i nie ma prawa do głosowania, ale nikt nie może nazwać go “petukhem“.

To jedyna sytuacja, w której jest możliwe przejście z niższej kasty do najwyższej. Więzień “na kruzhke” jest w czymś w rodzaju kwarantanny – aby uniknąć kontaktu fizycznego z innymi skazanymi, ponieważ inni nie chcą inicjować kontaktu z sodomitą (“zashkvar“). Każdy, kto na przykład pije herbatę z „odizolowaną” osobą, automatycznie dostaje ten sam status.

W innych wypadkach „odizolowani” albo osoby “na kruzhke” są w pozycji równi “petukhom” i całkiem łatwo jest im wpaść w ten status.

Jak zostać “petukhem

Istnieje wyczerpująca lista przypadków, w których osoba zostaje przeniesiona do kasty cweli (znajduje się w „strefie ciot”, „w haremie”):

Pasywne kontakty homoseksualne: Osoba, która przyznaje, że miała kontakty homoseksualne, na zawsze otrzymuje etykietkę “petukha”, “cioty“, itp. Aktywna homoseksualność jest jednak uważana za normalną i nie jest określana jako homoseksualizm, jest normalnym zachowaniem. Chociaż warto wspomnieć, że ten koncept zmienił się w ciągu ostatnich lat. Ci, którzy uprawiają seks z „petukhami” są uważani za podejrzanych.

Osobiście wielokrotnie słyszałem pogląd, że – “Nie ma różnicy kto pieprzy się z kim – obaj są ciotami”. Ale oczywiście osoba, która była aktywna w akcie homoseksualnym, nie może być nazwana „petukhiem”.

Każdy nietradycyjny stosunek seksualny z kobietą: Jeśli więzień przyzna, że uprawiał seks oralny z kobietą, albo że pocałował ją po tym, jak zrobiła mu fellatio, albo jadł / pił z tego samego naczynia co ona – staje się “petukhiem“.

Oczywiście jest to niemożliwe, żeby dowiedzieć się o takich rzeczach bez udziału danej osoby. Więc w większości przypadków osoba wpada do „strefy ciot” w wyniku własnych słów. Musicie zrozumieć, że nikt nie ma prawa wymuszać groźbami czy podstępem informacje na temat twojego życia seksualnego. Na marginesie, w 1990tych była specjalna wiadomość w tej sprawie “progon” (“Malyava” (latawiec) zawierająca nowe reguły) od złodziei, którzy starali się zmniejszyć nadmierną liczbę “petukhów” w więzieniach.

W pewien sposób pracownicy więzienni starali się rozwiązać ten problem. Na przykład w więzieniu Zhodino zanim osoba trafiła do celi, oficer więzienny instruował ją: „Pamiętaj, nigdy nie ssałeś fiuta ani nie lizałeś cipki!”

To samo dotyczy komunikacji z osobami homoseksualnymi na wolności. Jeśli ktoś nagle wspomniał, że jego kolega jest gejem, natychmiast zostawał zaliczony do „petukhów“.

Jakikolwiek kontakt z ekskrementami / uryną i jakąkolwiek zawartością śmietnika. Osoba, która została ochlapana uryną, albo ubrudziła sobie ręce kupą w toalecie, automatycznie stawała się “petukhem”. Z tego powodu na przykład hydraulicy są uznawani za „odseparowanych” w większości więzień.

Jest znana historia z IK-5 5 (Ivatsevichi), która mogłaby być dobrym przykładem. W jednej z sekcji był «zavhoz» (główny “kozel” sekcji – osoba, która kontroluje warunki w sekcji i jest prawą ręką administracji – TN), który przez długi czas dotkliwie znęcał się nad jednym facetem, wyzywając go na każdy możliwy sposób. W zemście ten facet oblał «zavhoza» słoikiem uryny podczas porannego apelu na oczach całej linii więźniów. Oczywiście został za to pobity i wsadzony do karnej celi (izolatki). W teorii los «zavhoza» był przesądzony, jednak personel więzienny interweniował w sytuację. Prawdopodobnie «zavhoz» był «cenną zdobyczą» dla administracji. Oznajmili skazanym, że «zavhoz» został ochlapany… zieloną herbatą. A ci, którzy będą nazywać go “petukhiem”, zostaną pobici. Jednak prawie nikt nie rozmawiał potem z «zavhozem» i został wysłany do innego więzienia.

Osobiście znałem też “petukha“, który spadł do tej kasty, ponieważ jego głowa uderzyła o muszlę klozetową w czasie walki w kolonii dla młodocianych.

Jeśli chodzi o kontakt ze śmietnikiem, osoby mogą wpaść do kasty cweli, jeśli z głodu nikotynowego szukają niedopałków papierosów w śmietniku.

To dotyczy także takich sytuacji jak nieintencjonalne dotknięcie czyichś genitaliów, np. podczas poślizgnięcia się pod prysznicem.

Żeby oddać sprawiedliwość, należy powiedzieć, że czasami robi się wyjątek wobec osób z problemami zdrowotnymi (zależnie od oceny osób decyzyjnych). Na przykład, jeśli osoba nie może utrzymać moczu, nie zostanie przeniesiona do kasty “petukhów“.

Wykonywanie jakiej kowiek pracy “petukhów“. Ściśle “petukhowymi” zajęciami są: czyszczenie toalet (to ma zastosowanie w koloniach karnych, w areszcie śledczym / oddziale leczniczym każdy więzień może sprzątać toaletę w swojej celi), w niektórych więzieniach – mycie umywalek oraz wynoszenie śmieci. Wykonywanie tych czynności automatycznie umieszcza osobę w kaście “petukhów“.

Oto przykład, który wydarzył się w IK-15 (Mogilev), kiedy tam byłem. Człowiek stał na apelu. Nagle poczuł że musi bardzo szybko skorzystać z toalety. Pobiegł tak szybko, jak mógł, ale nie udało mu się zdążyć – zrobił kupę zanim doszedł do toalety. Być może był nieśmiały albo sumienny, bo postanowił posprzątać po sobie. Wziął miotłę, szmatę… To zobaczył jakiś inny więzień, który zawołał «zavhoza» na świadka, a ten potwierdził przeniesienie do najniższej kasty.

Nieformalne zasady zabraniające czyszczenia toalet są bardzo wygodne dla personelu więziennego, kiedy muszą umieścić więźnia w celi karnej (izolatce).

Każdy oddział ma oficjalny harmonogram sprzątania, który oczywiście nie uwzględnia systemu kastowego. Równocześnie wszyscy wiedzą, że tylko “petukhowie” czyszczą toalety. Więzień polityczny Igor Olinevich wiele razy lądował w celi karnej za odmowę czyszczenia toalety. Z pewnością każdy więzień o zdrowych zmysłach spędziłby dowolną ilość dni w zimnym pokoiku bez żadnych prywatnych rzeczy, byleby tylko nie spaść do kasty “petukhów”. Personel więzienny wie o tym doskonale i z chęcią używa tego wygodnego narzędzia do naciskania na niepożądanych.

Podobna sytuacja zdarzyła się mi w IK-9 (Gorki). Niedługo po tym jak wyszedłem po raz kolejny z celi karnej, podszedł do mnie szef oddziału. Powiedział, że dzisiaj jestem w grafiku do czyszczenia umywalek i wynoszenia śmieci. Już wcześniej zrobiłem wywiad i wiedziałem, że w tym więzieniu tylko „petukhowie” mogą myć zlew. Więc, ceremonialnie zebrał połowę administracji więzienia i lokalnego “kozela” na świadka, wskazał mi miotłę i szmatę oferując wykonanie „zaplanowanego obowiązku”.

Oczywiście odmówiłem, a wtedy powiedział grobowym tonem, że „powstanie dokument wykazujący twoją odmowę wykonania zadania” i wkrótce potem wróciłem wygrzewać ławkę w mojej własnej izolatce.

Pedofile prawie zawsze trafiają do “haremu”. Ludzie uważają, że w więzieniu gwałciciele są zawsze gwałceni, ale to nie prawda. Niektórzy więźniowie mogą odmówić wypicia herbaty z niektórymi gwałcicielami, ale nic ponadto. Jeśli chodzi o pedofili, czeka ich dużo bardziej nieuchronny los.

Jeszcze do niedawna byli oni zmuszeni do transferu do kasty „petukhów” od momentu, w którym wkraczali do ośrodka zamkniętego, bez czekania na wyrok. Jednak duch czasów się zmienia i trend „wszystko zgodnie z prawem” zbiera swoje żniwo. Na własne oczy widziałem co najmniej dwóch pedofili, którzy nie zostali „odseparowani” i żyli prawie tak samo, jak inni. Oczywiście siedzieli cicho jak myszki i nie każdy skazany pozwalał im siadać na swojej pryczy czy nawet mówić do siebie. Ale jest taka tendencja, zwłaszcza w więzieniach dla osób skazanych po raz pierwszy.

Do “haremu” trafia każdy, kto spędził trochę czasu w celi z “petukhem”. Dokładny okres czasu się zmienia. Czasem jest to godzina, czasem dzień. Idea jest taka, że jeśli ktoś wchodzi do takiej celi, musi sprawić, aby „petukh” sam chciał opuścić celę, a on został. Ale wiadomo, że fizycznie jest to prawe niemożliwe.

Każda osoba, która miała fizyczny (poza seksualnym) kontakt z „petukhiem” albo użyła jego osobistych rzeczy, zostaje przeniesiona do najniższej kasty. W praktyce wygląda to w ten sposób: osoba, która bierze przez pomyłkę naczynia „petukha” albo je z nich, używa artykułów higieny osobistej „petukha”, przytula go, albo wita się z nim przez uścisk dłoni, zakłada jego ubrania (intencjonalnie lub nie), wypija z nim herbatę, automatycznie kwalifikuje się do jego kasty.

Danie czegoś “petukhowi” jest możliwe. Wzięcie czegoś od niego prowadzi do zostania “petukhiem“.

Jednak te zasady mają swoje wyjątki, zwłaszcza w więzieniach o specjalnym nadzorze. Na przykład „petukh” może prać ubrania „muzhika”, wolno mu siadać na pryczy “muzhika” itd.

Czasami osoby piszą lub mówią, że skazany może zostać przeniesiony do kasty cweli za każde złamanie więziennej etykiety. Wcześniej się to zdarzało, ale nie teraz. Przynajmniej ja nie widziałem takiego wypadku.

Osoba, która okrada innych więźniów, może być nazywana „szczurem” i ignorowana, osoba, która poparła stronę państwa w sądzie może być za plecami nazywana “suka” (suką) itd. ale transfer do najniższej kasty w wyniku takich naruszeń jest reliktem dni, kiedy kodeks złodziejski był jeszcze silny w białoruskich więzieniach.

Stąd koncept “dotkniętego” (“zashkvar“) jest czymś zbliżonym do Żydowskiego, Muzułmańskiego i Perskiego rytualnego splamienia. Charakterystycznymi cechami tej tradycji jest irracjonalny i zabobonny lęk przed „nieczystym”. Ale podczas gdy, jak podaje Tora, osoba, która dotknie padliny, będzie „nieczysta do wieczora”, zgodnie z kodem więziennym osoba ochlapana uryną będzie „petukhiem” do końca życia, nawet jeśli zostanie uwolniona i wróci do więzienia po 30 latach.

Część 2: Kodeks złodziejski (“ponyatiya”) w służbie państwa


Warunki życia “petukhów” w więzieniach

Jakie jest życie “petukha” w więzieniu? W jednym zdaniu: jest absolutnym piekłem.

Zgodnie z “ponyatiya” “petukh” nie ma żadnych praw. Nie ma prawa się kłócić, ripostować, bronić swojej godności, ponieważ uważa się, że nie ma godności. Inni mogą go bić, upokarzać i wyśmiewać.

Kiedy zwykły więzień i “petukh” idą korytarzem baraku, ten drugi ma obowiązek stanąć przy ścianie, aby nie dotknąć innego więźnia, inaczej może zostać pobity.

Petukhowie” wykonują całą brudną robotę: myją toalety (a możecie sobie wyobrazić, że 8-10 toalet przypada na 100 osób), wynoszą śmiecie i inne tego typu rzeczy. Niektórzy “petukhowie” zapewniają usługi seksualne innym skazańcom, w zamian za herbatę i papierosy (chociaż w więzieniach, w których byłem, personel walczył z tym procederem i jeśli przyłapali “petukha” i jego klienta na uprawianiu seksu, obaj lądowali w izolatce).

Petukhowie” dostają żeńskie imiona, więźniowie mówią o nich “ona” albo “kochanie”. Szczerze mówiąc to okropne i obrzydliwe patrzeć, jak młodzi ryczący ze śmiechu więźniowie wołają na przykład na 60-letniego bezzębnego dziadka „Alenka” czy „Marina”.

Petukhowie” nie mogą nawet na moment zapomnieć, kim są. Wchodzą do stołówki po wszystkich, są ostatni w kolejce do prysznica. W klubie czy pokoju lenistwa (pokoju do oglądania TV) mają oddzielną ławkę w najbardziej niewygodnym miejscu. Zdanie: „Wypierdalaj stąd” padające w ich kierunku, jest normą. Jeden ze skazanych nieustannie kłócił się ze mną, że “Petukhowie nie są ludźmi”.

[x]

Jednak personel więzienny ma nawet gorsze podejście do “petukhów” niż więźniowie. Inspektorzy i często oficerowie w każdy możliwy sposób urągają im, znęcają się nad nimi publicznie, straszą ich, mogą ich również pobić.

Jako bezbronne osoby ze złamana wolą walczą o swoje prawa jeszcze mniej niż zwykli więźniowie. W rezultacie – ponad połowę samobójstw, które wydarzyły się w więzieniach i aresztach w czasie mojego uwięzienia, popełnili “petukhowie“, mimo że stanowią nie więcej niż 3-5% populacji więziennej.

Co znaczące, sytuacja w aresztach śledczych, gdzie “petukhowie“, są w oddzielnych celach, nie jest wcale lepsza. W “Volodarce” (areszcie śledczym w Mińsku – przyp. Tłum.) cela “petukhów” ma nr 70. Słyszałem od osób, które od dawna mieszkały w pobliżu tej celi, że jej mieszkańcy otwierali sobie żyły niemal codziennie.

Czym się zajmują?

Życie na dnie hierarchii, stała nienawiść i upokorzenie od niemal każdego z pewnością nie tworzy osób z mocnym kręgosłupem moralnym. Z moich własnych obserwacji wynika, że w większości “petukhowie” to osoby zupełnie pozbawione zasad, nikczemne, gotowe zrobić wszystko dla swojej korzyści. Chociaż te cechy generalnie nie są rzadkością wśród więźniów, wśród “petukhów” są prawdopodobnie dużo bardziej powszechne.

Znakomita większość “petukhów” pracuje dla administracji: donosząc, wykonując „zadania operacyjne”, prowokując itd. Potrzeba przetrwania w agresywnym i wrogim świecie więziennym popycha ich do współpracy z najsilniejszą stroną – personelem więziennym. Tak więc większość funkcji, które i tak wykonują „petukhowie”¸jest im narzucana przez oficera na służbie.

Oficjalne obowiązki “petukhów” obejmują czyszczenie toalet (nikt inny oprócz nich tego nie zrobi) i wynoszenie śmieci. Wielu zarabia na życie sprzątając pokoje. “Petukhowie” dzielą się na tych, którzy „pracują” i na „nie pracujących”. Pierwsi – to ci, którzy w zamian za opłatę (herbatę, papierosy, słodycze), zapewniają usługi seksualne innym więźniom. Drudzy – to ci, którzy tego nie robią, co oznacza, że nie mogą być do tego zmuszeni.

Wiele osób uważa, że “petukhem” zostaje się poprzez gwałt w więzieniu lub areszcie. Tak było 15-20 lat temu. Jednak dzisiaj to się właściwie nie zdarza w białoruskich więzieniach. Przynajmniej ja nie znam takiego przypadku, ani żadna z osób, które siedziały ze mną, nie mówiły mi o niczym takim. Również w czasie mojego zamknięcia w więzieniu nie było przypadków gwałtu na “petukhach”

Współczesne więzienia są dużo bardziej kontrolowane przez administrację niż kiedyś i zgwałcony “petukh” może napisać skargę na gwałciciela, co zaowocuje wydłużeniem jego wyroku.

Jakie są korzyści dla administracji?

Z pewnością zastanawiacie się, dlaczego państwo i zwłaszcza administracja więzienna zgadza się na istnienie w więzieniach tego dzikiego średniowiecznego systemu, z jego niedotykalnymi, wasalami i prostytutkami? W rzeczy samej jest to nieludzkie, okrutne i w końcu nielegalne, rzeczywiście w świetle wewnętrznym zasad postępowania systemu więziennego wszyscy więźniowie powinni być traktowani tak samo i jakikolwiek podział kastowy jest niedopuszczalny.

Czy personel więzienny może to powstrzymać i wprowadzić być może ostrą i ciężką ale jednak dyscyplinę?

Odpowiedź jest prosta: nie potrzebują tego.

Spędziłem sporo czasu w instytucjach karnych, byłem w wielu miejscach i widziałem wiele osób. Byłem w czterech więzieniach zamkniętych i trzech więzieniach półotwartych, rozmawiałem z prostymi “muzhikami” i “złodziejami”, bandytami, narkomanami, „handlarzami” i “polozhenecami” (podszefami), oszustami i mordercami, “kozelami” i nwet “petukhami” i oczywiście komunikowałem się dość dużo z personelem więziennym.

Zastanawiając się dość dużo nad konstrukcją białoruskiego systemu karnego doszedłem do mocnej konkluzji, że złodzieje i policyjny system kierownictwa więziennego są dwoma filarami, które wspierają się nawzajem.

Wymyślony przez złodziei nieformalny system “ponyatiya” i oficjalne wewnętrzne zasady postępowania w są w dzisiejszych czasach raczej wzajemnie połączone niż w stanie wojny i konfliktu.

To prawda, że więzienni oficjele siłą usunęli z praktyki “ponyatiya” te zasady, które zapobiegają ich kontroli i sprawiają im kłopoty. Cała reszta świata profesjonalnych kryminalistów i MVD (Ministerstwa Spraw Wewnętrznych) dogadują się ze sobą doskonale. Dostają od siebie nawzajem to, czego potrzebują: personel więzienny – spokój w ośrodku, brak incydentów i kontrolę (po co mieliby kontrolować setki więźniów, jeśli mogą kontrolować jednego “blatnoya” / “kozela”, który trzyma innych na wodzy?). Złodzieje / “kozely” przywileje i władzę. Wszyscy są szczęśliwi. Oczywiście poza “muzhikami”, którzy jak zwykle są pomiędzy młotem a kowadłem w sytuacji de facto podwójnego podporządkowania.

Wielu spośród więźniów, którzy spędzili ponad dziesięć lat w więzieniach i widzieli, jak wszystkie białoruskie więzienia przeszły transformację z „czarnych” (pod kontrolą więźniów) na „czerwone” (pod kontrolą administracji) mniej więcej między 2005 a 2010, mówili otwarcie: „Teraz jest tak samo jak kiedyś. Tylko zamiast złodziei są “kozely”. Wcześniej wódka i telefony komórkowe były pod “blatnoyami”, ale teraz są pod aktywistami. Jeśli wcześniej za wpadkę “muzhik” był bity przez złodziei, teraz jest bity przez “kozelów”“.

Co znaczące, nawet twarze takich nieformalnych liderów pozostały te same. Jak myślicie, gdzie oficerowie więzienni szukali lojalnych i oddanych aktywistów podczas aktywnego „łamania” i przekształcania więzienia – “zavhozów” i porządkowych, gotowych wypełniać dowolne rozkazy? Zostali zrekrutowani wśród wczorajszych złodziei, którzy szybko zdradzili swoje ideały kryminalne, ponieważ byli straszeni np. zesłaniem do „zakrytych” więzień czy utratą przywilejów, czy po prostu kilka razy zostali zamknięci w celach karnych.

W rezultacie dzisiejsze więzienia białoruskie są prowadzone przez administrację razem z więźniami, którzy „gruntownie poprawili swoje zachowanie”, ale których każdy cal ciała jest pokryty tatuażami więziennymi i których pięści ociekają wazeliną.

Pomimo formalnej sprzeczności funkcji, przenikanie się świata kryminalnego i personelu korekcyjnego jest zauważalne nie tylko na poziomie instytucjonalnym, ale też na poziomie językowym.

Oficerowie używają slangu więziennego nie mniej aktywnie niż skazani. Jak pisałem, ci sami “petukhowie” są lekceważeni i upokarzani nawet bardziej przez personel więzienny niż przez kryminalistów. Wśród pracowników więzienia maja nawet swoich własnych „odseparowanych”, którzy są wyrzutkami w kręgu kolegów.

Kiedy bylem w IK-15 pracował tam „odseparowany” inspektor. Koledzy nie pili z nim herbaty i był też jedynym, który mógł rewidować “petukhów“. Takie wypadki zdarzają się częściej: w IK-14 (Novosady) jak wiem z opowieści współwięźnia, był nawet odseparowany oficer, o którym koledzy dowiedzieli się, że uprawiał „niewłaściwy” seks z żoną. W rezultacie przestali pić z nim herbatę i zaczęli go prowokująco lekceważyć, co więcej nawet więźniowie bezkarnie go lekceważyli. Jest wiele takich przypadków.

Co ciekawe, wielu więźniów na fali zaostrzania reżimu i relatywnego pogorszenia warunków życia “petukhów” (około 20 lat temu byli dużo częściej bici i mogli być gwałceni), wyrażało przede mną opinię, że niebawem “petukhowie nie będą istnieć, ponieważ wszyscy będą zmuszeni do mycia toalet”. Często dodawali również, że władze musza „wyglądać przyzwoicie w oczach Europy”(tak, była tam także tego rodzaju polityczna analiza). Jednak wydaje mi się, że to się nie wydarzy w najbliższej przyszłości. Powód jest ten sam, istnienie kasty “petukhów” znacząco ułatwia kontrolowanie więzienia.

Bez wątpienia administracja białoruskich więzień mogłaby zmusić wszystkich więźniów do czyszczenia toalet i do tego, aby siadali przy stole niezależnie od kasty.

Nie byłoby żadnych zamieszek ani strajków z tego powodu. Maksymalnymi konsekwencjami takiej innowacji byłoby może zesłanie kilku dziesiątek zatwardziałych wyznawców “ponyatiya” do „zamkniętych” więzień. Większość białoruskich więźniów jest tak sponiewieraną i niemą masą, że można by ich zmusić do czegokolwiek. A gdyby zaoferować im perspektywę zwolnienia warunkowego w zamian za sprzątanie toalet, ścigaliby się, żeby to zrobić.

Jednak, jak widzimy, administracja wcale nie spieszy się, żeby to zrobić.

Kolejny ważny punkt: istnienie tej kasty daje personelowi więziennemu nieocenione pole do nacisku na więźniów, którzy odmawiają posłuszeństwa.

W każdym areszcie i więzieniu istnieją osoby, które odmawiają gry na zasadach określonych przez policję. Są to albo antyspołeczne osoby, które “gazuyut” (np. starają się żyć dokładnie według zasad prawa złodziejskiego), albo więźniowie, którzy starają się bronić swoich praw, na przykład składając zażalenia do różnych instancji, albo ci, którzy będą prześladowani w więzieniu tylko ze względu na swój status, na przykład więźniowie polityczni.

Wiele osób z tych kategorii nie boi się już utraty paczek i wizyt, cel karnych ani reżimu więziennego, ani więzień „zamkniętych’ ani artykułu 411 Kodeksu Kryminalnego (Celowe nieposłuszeństwo wobec prawnych żądań administracji jednostki penitencjarnej – przyp. Tłum.). Pytanie: co z nimi zrobić? I oto przychodzi ostateczny argument: kasta “petukhów”. A wtedy nawet ci, którzy nie boją się izolatek ani pałek oczywiście poważnie się zastanowią. Ponieważ życie w tej kaście jest najgorszą rzeczą, jaka może się przytrafić więźniowi. Osoba z poczuciem własnej godności nie może pozostać w grupie z takim statusem, to staje się wręcz niemożliwe. A nie ma drogi wyjścia z tej kasty.

Rozmawiałem z byłym więźniem pracującym w IK-2 (Bobruisk), który na swoje żądanie przestrzegania prawa i nie łamania jego praw dostał taką odpowiedź od kierownika więzienia: „Czy zapomniałeś, gdzie znajduje się harem?” I nie jest to jednostkowy wypadek.

Nie trzeba wspominać o używaniu tego narzędzia przeciwko więźniom politycznym. Osobiście znam co najmniej trzy przypadki, w których więźniowie polityczni byli zsyłani do kasty “petukhów” tylko za to, że byli więźniami politycznymi.

We wszystkich trzech przypadkach wydarzyło się to w podobny sposób. Po przybyciu więźnia politycznego do więzienia w obecności przedstawiciela skazanych (“blatnoya” albo “kozela”) pada oskarżenie wobec politycznego: że poprzednio siedział w tej samej celi z „cwelem”, albo że wypił z kubka “petukha” albo że zadawał się z “petukhem” na wolności. Oczywiście te oskarżenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Ale jak za dotknięciem magicznej różdżki pojawia się jeszcze jeden świadek i potwierdza: „tak, wypił, sam widziałem” albo „tak, zadawał się z ciotą na wolności, widziałem to na własne oczy!”, chociaż „oskarżony” wcale nie zna tej osoby. I tak decyzja zapada, wszystko zgodnie z “ponyatiya”!

Rezultat: więzień polityczny wpada do kasty “petukhów”¸aktor (“blatnoy” albo “kozel”) dostaje łapówkę, np. wizytę albo paczkę, a przebiegły oficer, który rozwinął cały plan, otrzymuje administracyjną marchewkę od przełożonych.

Na szczęście udało mi się uniknąć tego losu, chociaż próby były czynione. Jednak w oczywisty sposób administracja nie miała wielkich ambicji, żeby umieścić mnie w „haremie”, inaczej z pewnością udałoby im się to.

Taka zgodność pomiędzy nieformalnymi elitami więziennymi i administracji więziennej odnośnie więźniów politycznych pozwala mi znowu powiedzieć, że hierarchiczny system karny zawsze działa w jedności, kiedy chce kogoś stłamsić albo pozbyć się obcego ciała – potencjalnych buntowników, którzy są w stanie walczyć o swoje prawa.

Oczywiście możemy czynić analogię z latami 1930-40, kiedy kryminaliści wzięli aktywny udział w eliminacji „trockistów”, „zdrajców narodu” i innym „58” (artykuł “On counterrevolutionary activity” of USSR Criminal Code – przyp. Tłum.) (zobacz V. Shalamov “Zhulnecheskaya krov”, E. Eppbaum “Gulag”, Sołżenicyn „Archipelag Gułag”, księga 3).

Tak, dwie głowy karnej hydry mogą się czasem sprzeczać, ale niezależnie od tego potrzebują siebie nawzajem, i w momentach, w których będą potrzebować zniszczyć takie osoby – z pewnością będą się wspierać.

Czy istnieje droga wyjścia?

W tym momencie, jak mi się wydaje, warto byłoby dać kilka rad na temat tego, co można zrobić, jeśli jesteś w więzieniu i widzisz, że ktoś próbuje przenieść cię do kasty “petukhów“z powodu twojego nieposłuszeństwa albo (co się częściej zdarza) “politycznego” statusu.

Przede wszystkim musisz zmienić swoją postawę wobec tego, co się dzieje. Jako mężczyźni jesteśmy wszyscy uczeni, że “pedały” są znieważające i obrzydliwe, że być “pedałem” to wstyd. A teraz grupa dorosłych meżczyzn o zdrowych zmysłach mówi, że nim jesteś. Po pierwsze musisz zrozumieć, że w twojej obecnej sytuacji nie ma niczego wstydliwego i nie ma w niej żadnej twojej winy. Nie jesteś pedofilem, gwałcicielem ani nawet gejem. To tylko feralny system kastowy, który przeważa w więzieniu, jest używany przeciwko tobie, żeby złamać twoją wolę i obniżyć twój status w oczach innych.

Co robić?

Jeśli ten proces nie wszedł jeszcze w nieodwracalną faze, na przykład zostałeś wrzucony do celi z “petukhem” albo skazani prowokują cię publicznie, zadając podchwytliwe pytania, warto jest walczyć do ostatka – walcz, okaleczaj się, prowokuj konflikty, ale wydostań się z tej sytuacji, żeby pokazać swoją niepowstrzymaną determinację.

Jeśli ten moment przepadł i jesteś w kryzysie, poproś administrację o przysługujące ci prawo do osobistego bezpieczeństwa (Punkt 11 Kryminalnego Kodeksu Wykonawczego Białorusi) – przeniesienie do bezpiecznego miejsca (zazwyczaj do izolatki). Zgodnie z tym punktem “w wypadku zagrożenia osobistego bezpieczeństwa osoby skazanej, ma ona prawo wnosić do dowolnej oficjalnej instytucji, która zajmuje się wyrokami kryminalnymi, o zapewnienie ochrony osobistej. W takiej sytuacji oficjalna instytucja powinna natychmiast zapewnić bezpieczeństwo skazanej osobie”.

Nie znam żadnego wypadku, w którym prośba więźnia spotkałaby się z odmową. Jednak wszystko jest możliwe i może się zdarzyć, że dla silniejszego efektu osoba, która została określona jako “odseparowana” i której usunięcia ze wspólnych baraków zażądano, zostanie tam celowo zostawiona. Na przykład na jedną noc, żeby mogła doświadczyć całej krasy życia “petukha“. W takiej sytuacji musisz być gotowy na upokorzenie, na walkę, na wszystko. Znowu jest to sytuacja, w której powinieneś być gotowy na ekstremalne formy samookaleczenia albo samoobrony w każdy możliwy sposób.

Iwarto pamiętać, że im więcej problemów sprawisz administracji, tym szybciej zapewnią ci bezpieczeństwo, ponieważ administracja więzienna nie ma na celu fizycznego zniszczenia więźniów politycznych, chodzi im o to, aby złamać ich psychicznie. Nie potrzebują dodatkowego ciała albo osoby niepełnosprawnej w więzieniu.

Oczywiście należy zrozumieć, że prośba do administracji, aby umieścili cię w izolatce, jest “wpadką” w odniesieniu do “ponyatiya”. Takie osoby są nazywane “skazany wewnętrznie”, “ukryty” itd. Zgodnie z tym samym “ponyatiya”, jeśli uważasz, że zostałeś “odseparowany” “bezprawnie” (np. niesprawiedliwie), powinieneś znaleźć przełożonego w hierarchii więziennej (“goryla”, który pilnuje porządku albo złodzieja działającego zgodnie z kodem) i poprosić go o odwołanie tej decyzji, zamiast prosić administrację o umieszczenie cię w bezpiecznym miejscu.

Sam zdecydujesz, co zrobić. Jednak w mojej opinii odwołanie się do kodeksu “ponyatiya”, który sam w sobie jest narzędziem do łamania dysydentów, jest co najmniej krótkowzroczne. Oficer zawsze znajdzie dojście, w mniej lub bardziej łatwy sposób, do każdego więziennego decydenta. A ten, wybierając pomiędzy ocaleniem twojej przyszłości albo swoim własnym dobrostanem, z pewnością wybierze to drugie.

Pierwszą rzeczą, jaką powinieneś zrobić w takiej sytuacji, jest uczynienie publicznym tego, co się z tobą zdarzyło, poinformowanie prawników i rodziny, żeby mogli zanieść tę informację do mediów. Media są nadal czymś w rodzaju tarczy chroniącej przed kompletną tyranią, więc ważne jest, żeby rozmawiać szczerze i otwarcie o wszystkim, co ci się przytrafiło; mów bez wstydu o kastach i “ponyatiya”, o prowokacjach personelu więziennego. W gruncie rzeczy administracja naciska na więźniów właśnie w ten sposób, grając na ich męskich uczuciach i poczuciu wstydu związanym z faktem, że “teraz jestem jak pedał”.

W ten sposób większość tego typu historii, które nie koniecznie dotykają więźniów politycznych, nigdy nie wychodzi na jaw. Ludzie po prostu boją się mówić o nich, tym samym podtrzymując zaklęty krąg milczenia i pozwalając personelowi więziennemu na dalsze używanie nieformalnych zasad więziennych do wywierania nacisku na osoby niepożądane.

Możemy to zatrzymać tylko wtedy, gdy zaczniemy mówić na głos o tym problemie, pokonując ten absolutnie nieracjonalny wstyd i strach.

Jak już mówiłem, nie byłem sam w takiej sytuacji, ale cały czas byłem gotowy na to, że trafię do “haremu” na rozkaz KGB. Poprzez długi namysł, obserwację i analizę przeżyć innych osób doszedłem do wniosku, że w takim wypadku zachowałbym się dokładnie tak, jak to opisałem powyżej.

Podsumowując, chciałbym zakończyć ten tekst czymś optymistycznym i afirmującym życie. Ale rzeczywistość dyktuje nieco inny ton. Liczba osób, które lądują w więzieniu ze względu na swoje poglądy, stopniowo wzrasta a wraz z nią wzrasta nacisk w więzieniach. Ważną częścią tego nacisku jest dokładnie ten system kastowy i nieformalna hierarchia, które opisałem powyżej.

To nie jest kwestia indywidualnych przypadków, lecz masowy system “ćwiczenia” na specjalnej kategorii więźniów, który jest testowany na więźniach uzależnionych od narkotyków. Innowacją w więzieniach było zapobiegawcze oznaczenie ekstremistów za pomocą żółtych etykietek, które są zmuszeni nosić. W świetle radykalnego pogorszenia sytuacji społeczno-ekonomicznej w kraju, wydaje się logiczne, że po narkomanach przyjdzie pora na “politycznych”, dla których zostaną stworzone oddzielne więzienia.

Ogólnie rzecz biorąc, myślę, że wszyscy z nas, którzy i które walczymy dzisiaj o zmiany i obalenie dyktatora, powinniśmy i powinnyśmy odrzucić złudzenia i zdać sobie sprawę z tego, że nie będzie lępiej, będzie tylko trudniej. Oczywiście personel więzienny będzie nadal używał złodziejskiego kodeksu “ponyatiya”, żeby wywierać nacisk na więźniów politycznych. To narzędzie jest łatwe i wielokrotnie dowiodło swojej efektywności.

Jedynie obalenie archaicznego systemu kastowego może zmienić sytuację na lepsze, a pierwszym krokiem w tym kierunku powinno być przerwanie ciszy i obalenie tabu, które uniemożliwia rozpoczęcie społecznej dyskusji na ten temat.

Mikołaj Dziadok

  źródło:
http://avtonom.org/en/news/belorussian-prison-untouchables-prison-hierarchy
https://mikola.noblogs.org/?p=387