Kolekcjoner szklanek. Retrospekcje z pracy na zmywaku w londyńskim barze jazzowym

W czasie wakacji, kilka miesięcy po osiągnięciu pełnoletności, udałem się do Anglii, by zarobić pierwsze w swoim życiu pieniądze. Wybrałem Londyn jako miasto wielokulturowe i zróżnicowane etnicznie, a w dodatku pracowali tam już moi znajomi i członkowie rodziny, więc wiedziałem, że bez problemu się w nim odnajdę. Praca wieczorami, po kilka godzin, sprawiła, że przez dwa miesiące byłem niezależny finansowo i nawet po kilkunastu latach czas spędzony w Londynie wspominam bardzo dobrze. Ba!, to doświadczenie stało się wyznacznikiem najlepszej relacji pracodawca-pracownik, która w Polsce jest dla mnie do dziś niemal nieosiągalna.

Pracownik Nieetatowy

Mając za sobą skończone dwie klasy liceum, spędzone w większości w sali prób zespołów rockowych, z którymi grywałem czasem koncerty, nie miałem zbyt dużo (żeby nie powiedzieć: wcale) doświadczenia na rynku pracy. Nieliczni z moich rówieśników poznali trud proletariackiego życia; kilku starszych często narzekało, że praca jest zbyt męcząca albo nudna. Nie wiedziałem, na co mam się nastawić, a także czego konkretnie szukać. Rodzice kupili mi bilet na autobus relacji Warszawa-Londyn i zapewnili nocleg u znajomego na pierwsze dni. Podczas podróży kierowca ostrzegał nas: „Pamiętajcie, uważajcie na Polaków… Najłatwiej dać się oszukać swoim”. Czy przesadzał?

LONDYN WZYWA

W roznoszeniu CV pomagał mi kolega ojca, pracownik budowlany i stały bywalec rockandrollowych klubów. Z papierosami w ustach i piwami w dłoniach przemierzaliśmy londyńskie ulice (dopiero kilka lat później władze zaczęły ograniczać tego typu swobody). Pamiętam, że już pierwszego dnia zdziwiło mnie, jak bardzo polski jest Londyn – w wielu miejscach widniały nabazgrane sprejem lub markerem nazwy klubów piłkarskich (zarówno w wariantach „…rządzą”, jak i „…to chuje”), co chwila słyszałem dźwięczne „kurrrwa” (szczególnie w nocy, gdy moi rodacy wracali napruci najtańszym piwem, będącym w wiecznej promocji: „Kup pięć, a szóste dostaniesz gratis!”), a zakupy mogłem zrobić w „polskim sklepie” (angielskiego chleba nie dało się jeść, no i mieli tam tańsze fajki). No, wypas!

Podanie o pracę chciałem zostawiać w przypadkowych miejscach, jednak kolega miał inny plan – należało wykorzystać mój wiek i tymczasowość wykonywanej pracy, by móc szybko zacząć (bez specjalistycznego szkolenia) oraz równie szybko skończyć (praca na czas określony). Byłem też w brytyjskim urzędzie pracy, by załatwić pozwolenie na legalną robotę (okazało się, że aby zacząć wystarczyło jedynie zaświadczenie o staraniu się o takie pozwolenie). Tam pierwszy raz w życiu zapytano mnie: „Czy posiadasz pięć lat doświadczenia w jakimś zawodzie?”, co w moim przypadku oznaczałoby, że karierę zawodową musiałbym rozpocząć już w podstawówce. To absurdalne pytanie słyszałem później w Polsce wiele razy.

Na szczęście pracę znalazłem już trzeciego dnia! I to wymarzoną dla fana muzyki, bo w barze jazzowym (dużą popularnością cieszyło się w tym lokalu również reggae, co zresztą było czuć w oparach dymu). Jedynym minusem tej pracy była odległość od mojego miejsca zamieszkania (piętro przedwojennej kamienicy, dzielone z czterema osobami z Polski; budowlańcami i masażystką), które wybrałem przede wszystkim z uwagi na koszt wynajmu pokoju (mieszkałem w trzeciej, a pracowałem w drugiej z sześciu stref Londynu). Pomimo istnienia metra, obejmującego niemal całe miasto, musiałem dojeżdżać do pracy autobusem około pięćdziesięciu minut. Jednak i tu dało się znaleźć coś pozytywnego, bo przejeżdżając przez różne dzielnice Londynu (czasem podróżowałem w ciągu dnia przed pracą), mogłem zobaczyć, jak wielkie różnice społeczne istnieją w tym „mieście sukcesu” – odrapane budynki i żebrzący ludzie, zaś kilka przystanków dalej ogromne szklane wieżowce, a w nich siedziby międzynarodowych korporacji.

Ilustracja: Edyta Bystroń
http://edytabystron.pl/

PRACA CZASEM BOLI

Pierwszy dzień w barze jazzowym był krótkim testem wytrzymałościowym; chodziło przede wszystkim o tempo. Do moich obowiązków – stanowisko nazywało się glass collector (pl. dosł. ‘zbieracz szkła’) – należało zbieranie, z sali koncertowej mieszczącej około trzystu osób, szklanek po piwie, drinkach i winie. Musiałem pakować je do dwóch dużych prostokątnych koszy i następnie wkładać do wyparzarek – a że szkła często brakowało, trzeba je było myć ręcznie. Po trzech godzinach mi podziękowano i mogłem wracać do mieszkania. Kolejnego dnia dostałem telefon, że się sprawdziłem i zapraszają mnie na podpisanie umowy i pracę wieczorem.

Bar otwierano około godziny siedemnastej, w tygodniu pracowało się do dwudziestej drugiej, a w weekendy do pierwszej w nocy. Menadżerami lokalu byli Brytyjka i Węgier. Za barem pracowały cztery osoby: Brytyjka, dwie Polki i Jamajczyk o polskich korzeniach. Szatniarzem był Japończyk, a ochroniarzami Grek i Algierczyk. Wszyscy mówiliśmy do siebie po imieniu – w tym bez żadnego „proszę pana/pani” do przełożonych – i taka atmosfera, według moich współpracowników, panowała również w innych lokalach tej firmy. Z kolei pewnego wieczoru podczas dyskoteki (jazzowe przeróbki popowych hitów, trip hop itd.) z budki DJ-skiej wyszedł czarnoskóry mężczyzna, który zaczął tańczyć, często stepując. Kiedy zapytałem barmana, skąd biorą tak utalentowanych pracowników, ten odpowiedział: „To jeden z właścicieli firmy! Nie bierze za to żadnej kasy… Po prostu to lubi!”. Miłe zaskoczenie.

Oprócz „kolekcjonowania szklanek” donosiłem też wino i zmieniałem beczki z piwem. Zadziwiające było to, że nie znajdowały się przy barze, jak to zwykle bywa, ale w piwnicy, gdzie podpinało się je do rurek prowadzących ten „eliksir życia” w górę do baru. Za pierwszym razem strumień piwa trysną mi w twarz, zrzucając z niej okulary (aż się wykrzywiły) i nabijając mi pod okiem limo. W piwnicy odkryłem też coś, co zmieniło moje nawyki żywieniowe na zawsze. Otóż nalewaki z popularnymi napojami były podłączone rurkami do worków z żelem (o smaku coli itp.) i do butli z wodą gazowaną. Poczuj smak orzeźwienia? Taa…

Praca była jednocześnie monotonna i ciekawa, bo z jednej strony ciągle powtarzałem tę same czynności (chyba że musiałem zmyć rzygi jakiegoś typa, który nażarł się za dużo „ryby z frytkami”), ale codziennie grały inne zespoły, często światowej klasy, i to mnie podnosiło a duchu. A co ze sprawą, jak się wydaje, najważniejszą, czyli z pieniędzmi? Jako młody człowiek bez doświadczenia dostawałem najniższą stawkę godzinową, która wówczas wynosiła około sześciu funtów za godzinę. Jednak ekipa baru była na tyle sprawiedliwa, że każdego dnia dzieliła napiwki (Anglicy naprawdę szanują tę tradycję) między wszystkich pracowników bez wyjątku w weekendy dostawałem nawet pięćdziesiąt funtów, co wystarczało na opłacenie mieszkania za cały tydzień. Jednakże praca była wymagająca i w połowie wakacji nadwyrężyłem sobie nadgarstek. Brytyjski lekarz doradził noszenie elastycznej opaski, co wówczas pomogło, ale w kolejnych latach wielokrotnie pojawiała się tam torbiel, którą trzeba było usuwać chirurgicznie. Cóż – coś za coś.

TRZEBA WRACAĆ

Po pracy był odpoczynek. Często menadżer zamawiał jedzenie (królowały bagietki z jajkiem i serem sprzedawane przez Pakistańczyków), częstując nas piwem lub dobrym whisky. Podczas jednej z takich posiadówek, kiedy zbliżał się koniec wakacji, musiałem go poinformować o moich zamiarach powrotu do Polski. „Dlaczego? – zapytał. – Czy w Polsce czeka cię lepsza przyszłość? Nie boisz się, że po skończeniu szkoły wrócisz do nas, jak wielu twoich rodaków?”. Zatkało mnie, ale wiedziałem, że w zasadzie ma rację. Kiedy próbowałem jakoś z tego wybrnąć, menadżer zaproponował, że mogę zrobić sześciotygodniowy kurs barmański ze specjalizacją coctail bar, dzięki której z samych napiwków wyciąga się przynajmniej sto funtów za wieczór. Dodatkowo mogłem pójść na dwuletnie studia z inżynierii dźwięku i pracować w ich lokalach (mieli pomóc w ogarnięciu formalności). Przyznacie, że zaskakująca troska o pracownika? Dlatego też postanowiłem w cyklu o „Pracowniku Nieetatowym” (zachęcam do przeczytania moich tekstów z poprzednich numerów) choć raz kogoś pochwalić, zamiast tylko narzekać.

Aaa… Byłbym zapomniał – ostrzeżenie kierowcy autobusu okazało się po części trafne, choć na szczęście nie oberwało się mnie. Mieszkający ze mną Polacy, jakieś dwa tygodnie po moim wyjeździe, wyburzyli po pijaku ścianę do pokoju koleżanki, która nie chciała im pożyczyć pieniędzy i się tam ukryła. Ot, taki emigracyjny patriotyzm.

Artykuł ukazał się w nr 14 „A-taku” (listopad 2020) – pdf tu: http://www.akcja.type.pl/wp-content/uploads/2020/11/atak14_fin.pdf
Wspieraj fundusz propagujący anarchizm i wydawanie „A-taku” (np. poprzez dotację, zakup wlepek itp.). Kontakt: akoordynacja@op.pl
Udostępnij tekst
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *